piątek, 27 maja 2011

"Lit-6" Risto Isomäki

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Kojro za co bardzo dziękuję

Data wydania: grudzień 2008
Przekład: Bożena Kojro
Liczba stron: 311
Format: 130 x 200 mm
ISBN: 978-83-916458-7-1

W Japonii, w centrum Osaki, w podziemiach wieżowca, znajduje się dobrze strzeżony reaktor atomowy. Rapid-L to całkiem nowy, kompaktowy, bardzo zaawansowany typ reaktora jądrowego. Jednak nowoczesne zabezpieczenia nie są przeszkodą dla wyszkolonych terrorystów. Z zimną krwią zabijają, mieczem samurajskim, ośmiu wartowników i kradną moduły LR.  Zostają powiadomione odpowiednie służby, aby złapać i uniemożliwić przestępcom ich plan.     

Dzięki litowi-6 można skonstruować wielką bombę jądrową choćby ze zwykłego, niewzbogaconego uranu naturalnego albo z uranu zubożonego, który obecnie, w postaci pocisków z rdzeniem uranowym, sprzedaje się wszędzie. Przestępcy muszą jedynie zdobyć taki uran, aby posiąść broń o ogromnej skali rażenia. Nie jest to jak okazuje się takie trudne. Uran jest przewożony tankowcami, a potem wykorzystuje się go do paliwa jądrowego w elektrowniach atomowych. A jeśli ma się kilkadziesiąt gramów plutonu, całą masę litu-6 i bardzo dużo zwykłego, ubogiego uranu naturalnego, to można zbudować taką bombę atomową, jaką się chce.    

Zaskoczyła mnie ta powieść i przyznam, że trochę poleżała na półce, zanim po nią sięgnęłam. Tematyka niekoniecznie jest dla mnie fascynująca. Ale Risto Isomäki pisze przejrzystym i zrozumiałym językiem, że nawet dla takiego laika, jak ja, w dziedzinie fizyki i chemii, wszystko było zrozumiałe (tu chylę czoła przed tłumaczką książki). Poza tym akcja w powieści wręcz galopuje, przenosi się z Japonii do Stanów Zjednoczonych, potem znowu do Japonii. 

Ponadto w książce zostaje poruszony jeszcze inny problem. Dlaczego Amerykanie nigdy nie przyznają się do błędów, dlaczego nie powiedzieli nigdy "przepraszam"? Skupiają się tylko na wyjaśnieniu, dlaczego to zrobili, i że było to pod każdym względem właściwe. Spalili przecież żywcem tysiące cywilów za pomocą bomb atomowych i zwykłych bomb zapalających.  A pilot Paul Tibbets ochrzcił samolot niosący bombę na Hiroszimę imieniem i nazwiskiem swojej matki - Enola Gey! Jak można nazwać bombowiec imieniem  matki, a potem spalić żywcem 140 tysięcy ludzi. Poza tym opad powstały po detonacji bomby jest zabójczy. Większość chmury radioaktywnej, nim uniesie się w górę, rozchodzi się w dolnych warstwach atmosfery ziemskiej, co sprawia, że istoty żywe wdychają promieniotwórcze cząstki, zanim ulegną rozpadowi.    

Polecam "Lit-6", ponieważ problem energii atomowej dotyczy nas wszystkich. Poza tym trzeba umieć ją dobrze i umiejętnie wykorzystywać. Bo jak się okazuje, jest to najbardziej ekologiczna  forma pozyskania energii. Trzeba tylko się nauczyć najpierw ją chronić, a potem wykorzystywać. I miał rację Pierre Curie, odbierając Nagrodę Nobla, że "nowe wynalazki przyniosą ludziom więcej dobrego niż złego".     

czwartek, 26 maja 2011

Wszystkim Mamom na Dzień Mamy!


Stanisław Wyspiański "Macierzyństwo", 1902,  pastel 62 * 46,5 cm
Warszawa, Muzeum Narodowe. 
Jeden z najpiękniejszych obrazów przedstawiający Matkę. 

niedziela, 22 maja 2011

"Zgred" Rafał A. Ziemkiewicz


'Zgred', według słownika języka polskiego, „to starszy mężczyzna, zwłaszcza zrzędliwy i niesympatyczny”, ale można tak też powiedzieć o własnym ojcu. Swojej najnowszej książce Rafał Ziemkiewicz nadaje taki tytuł. A tytułowy „Zgred” to właśnie Autor. 45-letni  dziennikarz, publicysta, mąż, ojciec, któremu nie są obojętne losy Polski.

Ale 'Zgred' to również zmarły ojciec Autora, którego mit i pamięć Pan Ziemkiewicz pielęgnuje. Nie potrafię sobie przypomnieć, żebym kiedyś rozmawiał o Bogu z tatą, a przecież jakoś mi wszystko, co trzeba, przekazał. Jako coś tak odruchowego i oczywistego, jak przeżegnanie napoczynanego bochenka chleba.”   I tak samo jak ojciec Ziemkiewicza był chory na Polskę, której nie umiał pomóc,  jak ta choroba go męczyła i psuła radość życia, tak i synowi przekazał to w genach. 

Dlatego godziny przy piórze może nie leczą ran, ale pozwalają oczyścić organizm z toksyn” i tak postał dziennik, zapiski z lutego,  marca i pierwszej połowy kwietnia 2010 roku. A jak sam twierdzi, dziennik powinien służyć zapisywaniu tego, czego nie wykorzystuję w mediach, prywatności i uczuć. Ale weź to oddziel, kiedy cię po prostu najjaśniejszy szlag telepie, gdy widzisz na każdym kroku, jak się gangsterzy moszczą, jak triumfują, garną pod siebie, jak doją ten biedny kraj na potęgę i łupią frajerów do gołej skóry – i wszystko jest ich, nikt im nie podskoczy”.

„Zgred” to komentarze dotyczące spraw, politycznych, ekonomicznych, społecznych przeplatane zapiskami z życia Autora. Ziemkiewicz pisze o swojej żonie, córkach, o wspomnianym już ojcu, matce, rodzeństwie, teściach, o problemach, z jakimi musi się zmierzyć mąż i ojciec. I jak sam przyznaje niekiedy kłopoty rodzinne, szczególnie tu zaskakujące są dzieci, „przerastają go intelektualnie” i ucieka wtedy w pisanie. 

Ziemkiewicz bardzo trafnie również komentuje wydarzenia z życia kulturalnego, światka artystycznego i wszechobecnych tam celebrytów. Pokuszę się o jeden cytat dotyczący pewnego jurora z pewnego programu. Powiatowy jest w sumie banalny – ot, niszowy dziennikarz  muzyczny, czując nadchodzącą starość, postanowił się dobrze sprzedać i kupić sobie porsche czy jak tam się ten kosztowy przedłużacz nazywa”. Albo inny, dotyczący redaktora Liza (ale tu już nie zacytuję), jeszcze lepszy przykład i jeszcze lepszy komentarz, obydwu można wrzucić do jednego worka z napisem LUMPENAUTORYTET   (tak też określał ich Ziemkiewicza na swoim blogu).   

Podsumowując, z dziennika wyłania się obraz Autora nie tylko jako rzetelnego dziennikarza i świetnego publicysty, ale przede wszystkim obraz kochającego męża i ojca. „Zamiast coś napisać o sobie, jaki jesteś naprawdę, od razu skręcasz w politykę, w jakieś...narodowowyzwoleńcze kazania” - tak powiedziała jego żona. I trafnie to  ujęła, bo zapiski dotyczące rodzinny podobały mi się tu najbardziej. Czasami Autor wpadał w pułapkę, właśnie taką narodowowyzwoleńczą i pisze pod ten ton. Jednak wszystko to z ogromnym dystansem do siebie i poczuciem humoru. I już to kiedyś chyba napisałam, ale mam słabość do Tego Pana i uwielbiam czytać Jego komentarze.

Zgred” to nie tylko wywody i zapiski Autora o sprawach politycznych, choć kończy się dość poważnie, bo początek kwietnia 2010, to katastrofa samolotu pod Katyniem. To również swojego rodzaju poradnik, jak być dobrym mężem i ojcem, jak wychowywać dzieci, jakie wartości im wpajać,  w końcu jak osiągnąć szczęście rodzinne. A miłość do dzieci i uwielbienie kochanej żony-Oleńki przebija się od pierwszych kart książki. I na pewno Autora nie zaliczyłabym do słownikowego pojęcia 'Zgred'.

WYNIKI

Nadszedł czas ogłoszenia wyników. Pytanie nie było proste, a odpowiedzi były różne.  Ale jednak wybrałam. I książkę otrzymuje





Judyta z bloga przyjemnostki

I pozwolę zacytować sobie Jej odpowiedź na pytanie.
Co powinni przeczytać mężczyźni, aby lepiej zrozumieć kobiety?

Myślę, że żaden mężczyzna tak do końca nie zrozumie kobiety. Jednak może spróbować poznać jej myśli czytając książki przez nią ukochane. Nie ważne czy to jest "Przeminęło z wiatrem" czy "Norwegian Wood", ważne jest to, żeby postarał się odkryć, z którą bohaterką utożsamia się jego ukochana, w którym bohaterze się platonicznie kocha, o jakich wydarzeniach lub doświadczeniach marzy. Razem z czytaniem niech zanurzy się w fabule jak we wspomnieniach swojej kobiety, niech odkryje nad którymi fragmentami płakała, a z którymi się śmiała. 

A później ... ? Później, kiedy mu się to uda lub przynajmniej się starał, niech porozmawia o swoich odkryciach z ukochaną. Nawet jeśli do końca nie trafił ze swoimi domyśleniami to i tak największą nagrodą będzie pocałunek lub przytulenie pełne wdzięczności i miłości od swojej ukochanej. Nic tak nas kobiet nie wzrusza jak próba poznania i odkrycia naszych dusz przez mężczyzn, których obdarzamy miłością. My same często do końca siebie nie znamy, czasami nie rozumiemy, więc kiedy taką próbę podejmuje mężczyzna daje nam piękny dowód przywiązania, zainteresowania, miłości, czułości i zapowiedź wspólnej przyszłości.

Zwyciężczynię proszę o adres na e-maila, a wszystkim dziękuję za udział.

czwartek, 19 maja 2011

"Miasto ślepców" José Saramago

"Nigdy nie wiadomo do czego jesteśmy zdolni, trzeba pamiętać, że czas wszystko zmienia, wystarczy tylko poczekać, czas to siła kierująca naszymi losami, to gracz, który siedzi po drugiej stronie stołu, trzymając w ręku wszystkie karty, podczas gdy nam pozostaje tylko wymyślanie kart z własnym życiem".  

Trudno jeszcze pozbierać mi myśli, po przeczytaniu tej książki, ponieważ książka mną wstrząsnęła. Tematyka niby nie taka oryginalna, bo o nagłych epidemiach, kataklizmach, pisał już Albert Camus w "Dżumie" albo Golding we "Władcy much". Tutaj mamy epidemię ślepoty. 

Zaczyna się niewinnie i nic nie zapowiada nadchodzącego kataklizmu. W centrum miasta, stojąc na skrzyżowaniu i czekając na zielone światło, nagle ślepnie mężczyzna. Mężczyzna widzi tylko biel. Zapanowała nagła jasność. I po krótkim czasie, tak jakby ślepota była chorobą zaraźliwą, ślepną pozostali mieszkańcy miasta. Na początku ci, co mieli styczność z pierwszym mężczyzną, czyli lekarz, który go badał, pacjenci, którzy byli w przychodni (kobieta w ciemnych okularach, stary człowiek z  czarną opaską, zezowaty chłopiec), jego żona, taksówkarz, policjant i wielu następnych. Dochodzi do tego, że rząd wykorzystując dawny szpital psychiatryczny, organizuje kwarantannę i zamyka w nim  wszystkich ślepców. Szpitala pilnują wartownicy, dostarczane są środki czystości i pożywienie. I codziennie dowożeni są nowi pacjenci. Wkrótce jednak ślepną również wartownicy i rządzący. Szpital staje się zamkniętych światem i tu zaczyna się piekło.  

Jak wiele potrafi znieść człowiek? Jak sprawdzi się warunkach, gdzie zaczyna brakować jedzenia? Do czego jest zdolny, by przetrwać?   Każdy tu reagował inaczej, jedni płakali, inni krzyczeli ze strachu lub wściekłości, jeszcze inni przeklinali. Nie każdy potrafił dźwigać krzyż  swojego eschatologicznego cierpienia w sposób godny. Zaczęły się rodzić zwierzęce instynkty. Nawet ktoś obdarzony wybujałą i twórczą wyobraźnią nie zdołałby opisać brudu i zapachu panującego w szpitalu. Ale w tym zamkniętym świecie jest jedna, zdrowa osoba, która widzi normalnie. To żona lekarza, ale paradoksalnie wcale nie jest w lepszej sytuacji niż wszyscy ślepcy. Ona na wszystko musi patrzeć, widzi całe zezwierzęcenie ludzi, ich upodlenie i upokorzenie. Czy może być coś gorszego? 

José Saramago zastosował w swojej powieści parę chwytów. Po pierwsze to bezimienność bohaterów. Nikt nie ma imienia i nazwiska. Tu jest lekarz, jego żona, złodziej samochodów, prostytutka-kobieta w ciemnych okularach, zezowaty chłopiec, stary człowiek w czarnej opasce na oku, pokojówka i tak dalej. Ta bezimienność sugeruje to, że ślepcem może być każdy z nas i każdego to może spotkać, bez względu na wiek i wykształcenie.

Drugi chwyt to miasto, również bez nazwy. Ale stary człowiek w czarnej opasce oślepł, gdy oglądał obrazy w muzeum. Widział obraz przedstawiający kruki w zbożu, a to z pewnością "Pole pszenicy z krukami" Vincenta van Gogha w Amsterdamie, ale widział również psa zagrzebanego w piachu, a to na pewno "Pies zagrzebany w piachu" Francisco Goyi w Madrycie. Oglądał też wóz z sianem przejeżdżający przez rzekę i miał na myśli obraz Johna Constble'a w Londynie, a kobieta stojąca w otwartej muszli to "Narodziny Wenus" z Florencji. Znowu kilka miast, a to świadczy o tym, że epidemia ślepoty może wybuchnąć wszędzie, w każdym miejscu. 

Co więc należy zrobić, aby się przed nią ochronić? I czy w ogóle można się jej wystrzyc?  Jak mają zachować się władze? Jeden z bohaterów stwierdza: "Jeśli kiedykolwiek odzyskam wzrok, będę z większą uwagą zaglądał ludziom w oczy, szukając w nich duszy". Właśnie! Może wystarczy tak niewiele, może nie dostrzegamy tego, co widzimy na co dzień. A może trzeba zamknąć na chwilę oczy, otworzyć i zobaczyć coś, czego do tej pory nie widzieliśmy.  Może trzeba stracić wzrok, aby znaleźć miłość swojego życia? Może trzeba nazwać pewne uczucia, których się nie chciało widzieć

"Czy to znaczy, że mamy za dużo słów? 
To znaczy, że mamy za mało uczuć
A może przestaliśmy je nazywać?
I dlatego je tracimy"   
 
A może trzeba się poświęcić dla innego? Wyzbyć się na chwilę egoizmu, który przesłania wszytko, sięgnąć do dna serca. Bo tam, właśnie na samym dnie serca, jest nadzieja - wielka, niezmierzona i jedyna!  
 "Jesteśmy  ślepcami, którzy widzą, Ślepcami, którzy patrzą i nie widzą".

 recenzja też na Projekt Noblisci

sobota, 14 maja 2011

"Podróżnik WC" Wojciech Cejrowski

Wojciech Cejrowski od 1985 roku jeździ z wyprawami tam, gdzie przyroda jest wciąż dzika, czyli na takie tereny, gdzie człowiekowi trudno wytrzymać. Do tego, jak sam twierdzi, nie jest potrzebna odwaga bohatera, tylko samozaparcie muła. Nie trzeba być dzielnym, lecz wytrzymałym, odpornym, cierpliwym i upartym. 

"Podróżnik" to tyle co "notatnik z podróży" - zeszyt, w którym można zapisać  na bieżąco różne historie, myśli i wydarzenia. 

A owy "Podróżnik" wcale nie jest nową pozycją. Po raz pierwszy ukazał się w 1997 roku. Miał być pierwszym z wielu cienkich zeszytów, składających się  na autorski cykl książek. Nie wyszło. Światło dzienne zobaczył tylko tom pierwszy, który na przestrzeni kolejnych lat można było nabyć wyłącznie na aukcjach internetowych. Podróżnik obrósł legendą, jednak Wojciech Cejrowski nie chciał zgodzić się na wznowienie. Tak było do 2010 roku, kiedy to ukazało się drugie wydanie książki. Wydanie zupełnie nowe – poprawione, uzupełnione, rozbudowane. Dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach przez Autora. 
 
"Podróżnik WC", w odróżnieniu od pozostałych książek Cejrowskiego, jest zbiorem różnych opowieści. "Gringo wśród dzikich plemion" i "Rio Anaconda" są jedną wielką historią, natomiast ta pozycja to powiązanie rozmaitych przygód. I jak zawsze czyta się to lekko i szybko, ale... 
Właśnie tu będzie jakieś 'ale'.

Najpierw jednak plusy. Podobał mi się opis miasta-Meksyk, wspomnienie babci Władysławy, ciekawostki dotyczące poszczególnych narodowości,  anegdoty i niektóre rady.  Cejrowski ujął mnie tym, że poświęcał cały dzień na zwiedzanie jednego  muzeum sztuki. I na tym niestety koniec plusów. Zabrakło mi fascynacji, z jaką opisywał mieszkańców dzikich terenów w "Gringo...", pasji, z jaką wspominał zielone plamy na  mapie, czyli miejsca wprawdzie formalnie odkryte, ale jeszcze nie zdobyte.  

Poza tym tytuł i okładka książki mówią same za siebie. Nie ma tu fascynacji przebytymi podróżami, a fabuła skupiała się na Autorze, jego dolegliwościach, wywodach oraz samej osobowości. Cejrowski momentami staje się pyszny, wyniosły, a czasami chamski. Myśli stereotypami, próbuje być moralizatorski i często się powtarza, i sam sobie zaprzecza. Ale może, gdybym ja, była w tylu krajach, w tylu dzikach miejscach, też by we mnie urosło poczucie megalomanii. Może?

Summa summarum książka warta przeczytania, ale "Gringo..." przeczytałabym z przyjemnością jeszcze raz, a "Podróżnika WC" już niekoniecznie.  

recenzja też na reporterskim okiem

piątek, 13 maja 2011

Rotmistrz Witold Pilecki

Przez awarię znikł wczorajszy post :( Tak więc próbuje jeszcze raz. Tylko szkoda mi Waszych komentarzy. 

"Nie dajmy zginąć poległym" - pisał Zbigniew Herbert.  
 
Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu na północy Rosji, dokąd rodzina została przeniesiona przez władze rosyjskie w ramach represji po powstaniu styczniowym. W rodzinie silnie pielęgnowanie były tradycje patriotyczne oraz starano się zapobiec rusyfikacji dzieci wpajając im ideały o dążeniu do odzyskania niepodległości.

Pilecki szybko wstąpił do działającej w konspiracji Polskiej Organizacji Wojskowej, następnie przyłączył się do oddziału kawalerii Samoobrony Wileńskiej (dowodzonej przez "Łupaszkę"). Brał udział w  wojnie obronnej  1939 roku. Nawiązał  kontakt z maj.Janem Włodarkiewiczem, z którym podjął wspólne działania w celu utworzenia podziemnej organizacji niepodległościowej. Jako szef sztabu TAP (Tajnej Armii Polskiej) ukrywał się pod nazwiskiem Tomasz Serafiński.

Aresztowania wśród żołnierzy Tajnej Armii Polskiej, osadzanie coraz większej liczby skazańców w obozie koncentracyjnym Auschwitz i rozszerzająca się jego zła sława w miarę zwiększania jego funkcji eksterminacyjnych - wpłynęły na decyzję Witolda Pileckiego, by tam dobrowolnie się udać. Zamiar ten zrealizował 19 września 1940 r. podczas łapanki na Żoliborzu, skąd pod nazwiskiem Tomasza Serafińskiego dostał się do Auschwitz jako więzień nr 4859. Jako więzień był głównym organizatorem konspiracji w obozie.Organizowana przez niego siatka – ZOW (Związek Organizacji Wojskowej) wyznaczyła sobie cele: podtrzymywanie na duchu kolegów, przekazywanie współwięźniom wiadomości z zewnątrz obozu, potajemne zdobywanie żywności i odzieży oraz jej rozdzielanie, przekazywanie wiadomości poza druty KL Auschwitz (raporty). 

W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 Pilecki wraz z dwoma współwięźniami zdołał uciec z obozu. Wziął udział w powstaniu warszawskim. Jesienią 1945 zorganizował siatkę wywiadowczą i rozpoczął zbieranie informacji wywiadowczych o sytuacji w Polsce, w tym o żołnierzach AK i 2 Korpusu, którzy byli więzieni w obozach NKWD i deportowani przez Sowietów na Syberię. W późniejszym śledztwie wskazał też zorganizowane w Warszawie trzy magazyny broni. Rozważał skorzystanie z tak zwanej Nie zareagował na rozkaz Andersa polecający mu opuszczenie Polski, w związku z zagrożeniem aresztowaniem. Rozważał skorzystanie z tak zwanej amnestii  w1947 roku, ostatecznie postanowił jednak nie ujawniać się. 8 maja 1947 został aresztowany. W areszcie był torturowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa.Ostatecznie został oskarżony o działalność wywiadowczą na rzecz rządu RP na emigracji. 15 maja 1948 rotmistrz został skazany na karę śmierci i wkrótce stracony. Wyrok wykonano w więzieniu mokotowskim  na Rakowieckiej, poprzez strzał w tył głowy.  
 
 

Był żołnierzem Polski utraconej, przedstawicielem tej Polski, która została w swoim duchowym, społecznym i nawet ludzkim wymiarze w ogromnym stopniu bezpowrotnie zniszczona przez dwa okupujące nasz kraj systemy totalitarne XX wieku. 
 
Jest jednym z ludzi, których wielkość wyznacza nie tyle odwaga osobista i poświęcenie, ale przede wszystkim postawa służby i ofiarności wobec własnego państwa i narodu.

Należał do  dawnego, polskiego, ginącego świata, gdzie pojęcia takie jak: wiara, wolność, patriotyzm, bohaterstwo, poświecenie, demokracja pojmowane były z jego z rzeczywistym znaczeniem.  

13 maja, w 110 rocznicę urodzin Bohatera,w 25 miastach w Polsce, odbędą się marsze ku czci Pileckiego. I powtarzając jeszcze raz za Herbertem: "Nie damy zginać poległym". A kto ma ochotę nich posłucha. 


"Amerykański pisze Żyd                                                          Niech się prostuje nieszczęść splot
O Waszej za holocaust winie                                                     I niechaj drżą moskiewskie karły,
Obce Żydowi słowo "wstyd"                                                     Hańba wierzącym w Sierp i Młot,
Choć w polskiej chował się rodzinie.                                        Chwała za niepodległość zmarłym.



Zanim ostatni pójdzie z Was
W niebieskiej partyzantce służyć,
Wszyscy staniemy jeszcze raz.
Może historia się powtórzy..."

poniedziałek, 9 maja 2011

"Zwerbowana miłość" Paweł Szlachetko

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Muza za co bardzo dziękuję.

wydanie: listopad 2010
format: 145 x 205 mm
oprawa: broszurowa
stron: 368
ISBN 978-83-7495-549-2

Warszawa, przełom roku 1988/1989, bura i senna zima, czasy PRL-u, agentów Służby Bezpieczeństwa, funkcjonariuszy milicji, Fiatów 125p, Polonezów, kolejek, dolarów, marek, zagranicznych towarów, Peweksów i wielkich przekrętów. 

Andrzej i Siejka, agenci służb specjalnych, planują misterny międzynarodowy przekręt. Stawką są grube pieniądze i tajne dokumenty. Żeby zrealizować intrygę, potrzebują odpowiedniej kobiety – wciągają więc do akcji,  niczego nie podejrzewającą, call girl - Annę. Jedak sprawy nieco się komplikują, ponieważ  między Andrzejem i Anną wybucha gorące uczucie. Intryga nieoczekiwanie zamienia się w miłość. Kobieta odkrywa, że jest tylko pionkiem w grze bezwzględnych agentów. Anna przez lata była pewna, że tylko ona może decydować o swoim jutrze. Miłość? To bzdura! Liczą się tylko pieniądze - dolary, funty i marki. Przejmuje sprawy w swoje ręce i z pomocą przyjaciółek ma zamiar zrealizować śmiały i niebezpieczny plan…

Bardzo zaskoczyła mnie ta powieść. Wartka, wciągająca akcja, niespodziewane zwroty w fabule, szczypta ironii i obraz społeczeństwa polskiego końca lat osiemdziesiątych. A w tle toczy się walka o wpływy, wielkie pieniądze i nietykalność polityczną, ale również rodzą się hasła wolności, obrady rozpoczyna Okrągły Stół.

Czy polska "Pretty Woman"  uwierzy miłosnym zaklęciom, czy pomoże kochankowi zrealizować jego plan? I czy Andrzej przekona Annę, że jest kobietą jego życia i okaże się księciem na białym koniu? To tylko wątek miłosny powieści. Poza tym "Zwerbowana miłość" to świetna lekcja historii, dla  tych którzy nie pamiętają końca lat osiemdziesiątych, kolejek , talonów, sklepów z zachodnimi towarami oraz dowcipów o Amerykanach, Polakach, Rosjanach. POLECAM!

A ja pamiętam, że przymiotnik "zagraniczny" kojarzył się z niebywałym luksusem i zawsze był lepszy niż krajowy. I na koniec ;)

Bush, Gorbaczow i Wałęsa spotykają Pana Boga. Wszyscy są ciekawi, co przyniesie przyszłość. Pierwszy pyta prezydent USA:
- Za ile lat będzie kryzys w moim kraju?
- Za dwadzieścia - odpowiada Pan Bóg.
- To nie za mojej kadencji - cieszy się Amerykanin.
- Za ile lat będzie kapitalizm w ZSRR? - pyta pierwszy sekretarz.
- Za trzydzieści - odpowiada Bóg.
- To nie za mojej kadencji- stwierdza z ulgą Rusek.
Pytanie zadaje Wałęsa:
- Za ile lat zbudujemy w Polsce drugą Japonię?
- A, to już nie za mojej kadencji - odpowiada Pan Bóg  

sobota, 7 maja 2011

Konkurs z Audrey!

Zgodnie z obietnicą ogłaszam konkurs. Do wygrania jest  poniższa pozycja. Wspomnienia Seana- syna Audrey.



ZASADY

1. Chęć wzięcia udziału w konkursie należy zgłosić w komentarzu.

2. Spróbować odpowiedzieć na pytanie

Co powinni przeczytać mężczyźni, aby lepiej zrozumieć kobiety?  
 
3.  Zgłaszać się można do 21 maja, 22 maja wybiorę (lub wybierzemy) zwycięzcę, osobę, która będzie najbardziej oryginalna i zachwyci lub poruszy mnie (nas) odpowiedzią. W  przypadku wątpliwości urządzę losowanie, ale mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby, bo liczę na Waszą kreatywność :)

4. Kto ma ochotę, to zapraszam  do zabawy.

"Poznajemy zwierzęta"

Książkę dostałam od Wydawnictwa Muza za co bardzo dziękuję.

wydanie: marzec 2011
format: 195 x 272 mm
oprawa: zintegrowana
stron: 216
ISBN 978-83-7495-944-5

Królestwo zwierząt to ogromna grupa organizmów wielokomórkowych, które mają pewne wspólne cechy. Naukowcy dzielą je na dwie grupy - kręgowce i bezkręgowce. Szwedzki uczony Karol Linneusz w XVIII wieku stworzył system klasyfikacji wszystkich organizmów (także zwierząt) - określają je dwuwyrazowe nazwy łacińskie. System  stał się podwaliną współczesnego podziału.

 Systematyka jest nauką zajmującą się uporządkowaniem wszystkich żywych organizmów. Główną metodą stosowaną w niej jest klasyfikacja polegająca na łączeniu organizmów w grupy zwane jednostkami systematycznymi, czyli taksonami. Podstawową jednostką systematyczna jest gatunek. Systematyka zwierząt jest bardzo rozbudowana i skomplikowana. W książce znajduje się uproszczony i bardzo czytelny schemat podziału. 

Zwierzęta są tu opisane i pogrupowane ze względu na miejsce występowania: sawanna i prerie, morza i oceany, Antarktyka i Antarktyda, pustynie, góry, lasy tropikalne, lasy umiarkowane, rzeki i jeziora. Odnalezienie danego gatunku ułatwia również alfabetyczny spis treści i indeks nazw.

Pięknie wydania i bardzo ciekawa pozycja. Odkrywa tajemnice zwierząt świata. Jest tu mnóstwo ciekawostek i odpowiedzi na wiele pytań: Jak pingwiny radzą sobie z zimnem? Jak kangur używa kończyn? Jak polują lwice? Które wieloryby są największe? W jaki sposób oddycha delfin? Jak wygląda pławikonik?  oraz mnóstwo innych. Największym atutem tej książki są przepiękne zdjęcia.  A Camelus bactrianus, czyli wielbłąd dwugarbny podbił moje serce!


Poszerzenie i usystematyzowanie wiedzy o zwierzętach. Polecam, fascynująca pozycja zarówno dla dzieci, jak  i dorosłych.

piątek, 6 maja 2011

"Na południe od granicy, na zachód od słońca" Haruki Murakami

Tłum. Aldona Możdżyńska
format: 145 x 205 mm
okładka: twarda
stron: 232
wydanie: 2010
ISBN: 978-83-7495-282-8

On - 37-letni, Hajime, mąż i ojciec dwóch córek, dość dobrze ustawiony finansowo, posiada czteropokojowy apartament, mały domek w górach Hakone, BMW, Jeepa Cherokee, jest właścicielem dwóch jazzowych barów, z entuzjazmem wykonuje swoją pracę, w wolnych chwilach chodzi na basen, siłownię i spędza czas z rodziną.

Ona - 37-letnia Shimamoto, piękna i tajemnicza kobieta,  w niemowlęctwie chorowała na polio, od czego później powłóczyła lewą nogą, po latach przeszła operację i wada stała się niewidoczna.

Hajime i Shimamoto razem spędzili dzieciństwo, chodzili do tej samej szkoły, razem się uczyli i słuchali ulubionej muzyki, oboje byli jedynakami. Ponadto Hajime czuł się odpowiedzialny i opiekował się Shimamoto ze względu na jej chorą nogę. Rozstali się jednak w wieku 12 lat, dostali się do innych szkół i ich znajomość się urwała. Spotkali się dopiero po 25 latach. 

Co przez taki okres może się zmienić? Czy możliwy jest powrót do przeszłości? Czy to będzie ta sama osoba? Hajme, od czasu rozstania się z Shimamoto, porównuje do niej każdą napotkaną dziewczynę. Nawet obsesyjnie przyglądał się wszystkim innym kobietom, które kulały na jedną nogę, mając nadzieję, że to będzie Shimamoto. I jako spełniony zawodowo i rodzinne dorosły mężczyzna, nadal pielęgnował wspomnienia. W głębi duszy czuł się nieszczęśliwy i cały czas miał wrażenie, że czegoś, raczej kogoś mu brakuje. A jak się skończy tak historia? Niestety dość banalnie. Ale czy dawna fascynacja przetrwa? Czy można porzucić swoje ustabilizowane życie w imię niespełnionej w dzieciństwie miłości? Ile można czekać na ideał? I czy rzeczywiście ta pogoń za niespełnieniem będzie tego warta?     

Nie wiem co ma w sobie ten Murakami, który pisze o banalnych sprawach, a jednak przedstawia to w taki sposób, że jego książki po prostu się połyka.  Bo jak można napisać 190 stron o tym, o czym się myśli, kiedy się biega; jak można napisać 232 strony o kryzysie wieku męskiego i typowych trójkątach: on, żona i kochanka? Dalej nie wiem czy proza Murakamiego podoba mi  się, czy nie? Ale skoro jego książki można  przeczytać  w jeden wieczór,  to musi być w nim coś specyficznego. Mnie w pewien sposób urzekł, choć przeczytałam na razie tylko dwie jego książki. Nie podoba mi się jednak, że pewne wątki pozostawia niedokończone. Po czym pozostaje lekki niedosyt.   

I dawno już tego nie robiłam, ale teraz sobie na to pozwolę. Cytaty :) Uwielbiam, czytając książki, podkreślać fragmenty, zakreślać wszelkie złote myśli, najlepiej takie w znaczeniu przenośnym lub dwuznacznym. I oto parę moich ulubionych z tejże pozycji: 
 
 "Wtedy jednak nic nie rozumiałem. Nie rozumiałem, że mogę skrzywdzić kogoś tak strasznie, że osoba ta już nigdy nie dojdzie do siebie. Że można, po prostu żyjąc, zranić inną istotę tak bardzo, że rana ta nigdy się nie zagoi".     

"Niektóre uczucia wywołują ból właśnie dlatego, że pozostają" 

"Czasem, kiedy patrzę na ciebie, mam wrażenie, że spoglądam na odległą gwiazdę.  Jest oślepiająco jasna, ale jej światło pochodzi sprzed dziesiątków tysięcy lat. Może ta gwiazda już nawet nie istnieje. Ale niekiedy jej światło wydaje mi się bardziej rzeczywiste niż wszystko inne".  

Po prostu... 

"Kochankowie urodzeni pod pechową gwiazdą"
 

czwartek, 5 maja 2011

"Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji" Sean Hepburn Ferrer

"Bóg cmoknął ją w policzek i tak już zostało" - powiedział o Audrey jeden z reżyserów. Miał wiele w tym racji i trafnie to ujął. Bo po dziś Audrey Hepburn jest uosobieniem elegancji, klasyki, piękna, skromności. Co sprawiło, że stała się niezapomnianą, że tak silnie działała na ludzi? Na pewno wiele czynników."Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji" - to podróż w głąb serca, wspomnienia kochającego ją syna Seana.
 
"Śmiać się głośno i często, zdobyć miłość dzieci i szacunek mądrych ludzi, cieszyć się uznaniem szczerych krytyków, wytrzymać zdradę fałszywych przyjaciół, poznać piękno, znaleźć najlepsze cechy swoich bliźnich i uczynić świat odrobię lepszym - poprzez dziecko, ścieżkę w ogrodzie albo uzdrowienie stosunków społecznych - wiedzieć, że komuś żyje się lżej, bo ty żyłaś - oto prawdziwa miara sukcesu".    I bez wątpienia to się Audrey udało.  
 
Dla mnie jednak była to kobieta smutna i trochę nieszczęśliwa. Miała w sobie ciągły i niezaspokojony "głód uczuć". Nosiła w sobie urazę z dzieciństwa. Dwukrotnie nie zaznała szczęścia w małżeństwie, bo ciągle cierpiała po odejściu ojca.  Dlatego po latach pracując w  UNICEF-ie, tak łatwo poznawała u swoich podopiecznych ten "głód uczuć". Jej świat emocjonalny miał prostą konstrukcję: jeśli kogoś kochasz i troszczysz się o niego, to ten ktoś odwdzięczy ci się w ten sam sposób. Kiedy poznała prawdę, przeżyła ogromny zawód. A jednak w ostatecznym rachunku okazała się dużo silniejsza. Była niczym "żelazna dłoń w jedwabnej rękawiczce". 

Dokonywała właściwych wyborów. Najpierw wybrała pracę. Potem rodzinę. A kiedy jej potomstwo dorosło na tyle, żeby samemu już o siebie zadbać, zwróciła się stronę biedniejszych dzieci tego świata. Chciała dawać. W ostatniej decyzji tkwił zasadniczy klucz do zrozumienia czegoś, co towarzyszyło jej przez całe życie: wewnętrznego smutku.

Styl to słowo, które używa się w wielu kontekstach. W przypadku Audrey to było uzewnętrznienie duchowego piękna, wzmocnione poczuciem dyscypliny i wielkiej wiary w ludzi. Elegancja i prostota to była jej potęga, która przetrwała.

Ja nie jestem wielką fanką Audrey, owszem podziwiam, ale do wielkich zwolenniczek nie należę. Uwielbiam piosenkę "Moon River", ale nie lubię "Śniadania u Tiffan'ego". Bardziej podobały mi się "Rzymskie wakacje" i "Zabawna buzia". Ale w dorobku każdego aktora jest taki film, z którym widzowie będą go kojarzyć całe życie. W przypadku Audrey to jest właśnie "Śniadanie..." 

To ciepła i wzruszająca książka. Zawiera piękne zdjęcia rodzinne, dotąd niepublikowane. To opowieść o wspaniałej kobiecie, skromnej dziewczynie, wielkiej gwieździe, która nie dostrzegała własnego blasku oraz oddanej matce. Opowieść o kobiecie, która uwielbiała psy, swój ogród i niewyszukane spaghetti.  

Za parę dni konkurs u mnie, gdzie do wygrania będzie owa książka. Zapraszam!
 

wtorek, 3 maja 2011

"Zawsze przy mnie stój" Carolyn Jess-Cooke

Książkę wygrałam w candy u Aliny i niezmiernie się z tego ucieszyłam, ponieważ uwielbiam wszystko co związane z Aniołami. Dodatkowo przeczytane recenzje tej książki, sprawiły, że nie mogłam się jej doczekać. "Zawsze przy mnie stój" zapowiadała się urzekająco. Oczekiwania miałam więc wielkie, ale nie zawiodłam się! Dawno nie przeczytałam już nic takiego, co by mnie tak pochłonęło i sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać.

Bohaterką jest Margot, która po śmierci wraca na ziemię, aby być Aniołem Stróżem samej siebie. Ma niełatwe zadanie, musi przeżyć swoje życie jeszcze raz. Ale jak tu je przeżyć, wiedząc, że nie było udane, że nie było usłane różami. Każdy Anioł otrzymuje zadanie do wypełnienia, musi udowodnić, że zasługuje na Niebo, ponieważ większość z nich nie wykonała odpowiedniej pracy w swoim śmiertelnym życiu.  Obserwować, chronić, rejestrować, kochać - to zadania Ruth, bo tak nazywa się Margot po śmierci. Ale czy może zmienić rezultat swojego życia? Czy może ustrzec Margot przed fatalnymi wyborami? Jak ma ją chronić wiedząc, że będzie popełniała błędy? Czy sama może tego dokonać? Tu będzie liczyła się jeszcze wola Boga.  Ale w wypełnieniu zadania będą przeszkadzać jej jeszcze demony. Czy, aby zmienić bieg wydarzeń będzie musiała zawrzeć pakt z demonem i zdobyć się na największe poświęcenie?

"Tam, gdzie jest miłość, nie ma przeszkód nie do pokonania". Właśnie miłość. Czy tylko ona wystarczy? Czy może warto z niej zrezygnować, żeby w życiu było łatwiej, prościej? "Zawsze przy mnie stój" to poruszająca opowieść o trudnych wyborach, przebaczeniu i nadziei. Ale również powieść, która przywraca wiarę w Anioły.

Bo przecież nie tylko umarli pełnią funkcję Aniołów Stróży. Co co byli by rodzice, rodzeństwo, pielęgniarki, lekarze, przyjaciele...  Ja ostatnio miałam wrażenie, że mój Anioł Stróż na chwilę stracił czujność, dlatego przydarzyło mi się parę nieszczęść. Może ten Anioł upadł, tak to bywa czasem z Aniołami. Ale zawsze po każdej burzy, świeci słońce. Z każdego upadku można się podnieść. Mam nadzieję, że mój Anioł podniesie się, otworzy dłoń, da to światło i szepnie do ucha: "Już jestem i będę..."   

Mój Anioł Stróż - To pewien Ktoś.
Ktoś, kto sprawił, że uwierzyłam w siebie;
Ktoś, kto obudził we mnie kobietę;
Ktoś, kto mówił mi, że mam piękny uśmiech;
Ktoś, kto nauczył mnie znaczenia nowych pojęć, takich jak: tęsknota, namiętność, pożądanie;
Ktoś, z kim mogę się kłócić intelektualnie;
Ktoś, o kim mogę powiedzieć, że wolałabym jeden dzień dłużej z nim, niż całe życie z kimś innym; 
Ktoś, choć nie jest obok mnie i nigdy nie będziemy mogli się połączyć, ja czuję Jego obecność.
I parafrazując słowa z pewnego filmu. Wolałabym tylko raz powąchać jego włosy, pocałować usta, dotknąć dłoni niż zaznać wieczności bez tego, tylko raz.

niedziela, 1 maja 2011

"Świetlisty szlak: Brat naszego Boga, Dives in misericordia" Karol Wojtyła, Jan Paweł II

Publikacja zawiera dramat Karola Wojtyły "Brat naszego Boga" napisany w latach 1945-1950 oraz encyklikę "Dives in misericordia" (łac. Bogaty w Miłosierdziu)  ogłoszoną w Watykanie 30 listopada 1980 roku już przez papieża - Jana Pawła II. Dodatkowo do obu tekstów zamieszczone zostały komentarze osób reprezentujących rozmaite profesje czy powołania: komentarz aktorki - Ewy Błaszczak, poety - Ernesta Brylla, siostry zakonnej - s. Małgorzaty Chmielewskiej, kompozytora - Michała Lorenca, teologa - o. Jacka Salij, filozofa - Zbigniewa Stawrowskiego, dziennikarza -  Marka Zająca.   

Treści obu dzieł mocno ze sobą współbrzmią. Ich jednoczesna lektura ujawnia szczególną "intuicję miłosierdzia" obecna w przesłaniu Karola Wojtyły - Jana Pawła II od młodości aż po wiek dojrzały. Zawiera przesłanie, jak  wygląda prawdziwy "świetlisty szlak" - szklak prowadzący z ciemności do światła, z wyzysku do sprawiedliwości. Warto czasem zejść z utartych szlaków, po których dążyliśmy do tej pory, i poddać się sile miłosierdzia.  

"Brat naszego Boga" 
Dramat Karola Wojtyły przedstawia losy polskiego powstańca, malarza i zakonnika świętego brata Alberta Chmielowskiego. Utwór składa się ze wstępu i trzech aktów: Pracownia przeznaczeń, W podziemiach gniewu, Dzień Brata. Mówi o istnieniu dwóch powołań w jednym człowieku. Główny bohater odczuwa powołanie do sztuki i do niesienia pomocy potrzebującym. Wywołuje to w nim niemal rozdarcie wewnętrzne. ''Przecież nie mogę miłować równocześnie, bo nie mogę  miłować po połowie. Są to dla mnie dwie otchłanie, które mnie ciągną w połowie drogi miedzy jedną a drugą".  Ostateczną decyzję podejmuje oglądając swój obraz Ecce homo. W wizerunku Chrystusa odnajduje miłosierdzie i odpowiedzialność za ubogich. Adam Chmielowski przemienia się w Brata Alberta i zakłada zgromadzenie zakonne - Zgromadzenie Braci Albertynów. 
 
 "Przyszedłem tu obudzić to, co  w was drzemie (...) Dlaczego milczy w was gniew? Nie lękajcie się! Dostarczcie tylko gniewu, a znajdą się siły, które zdołają ująć go, wykorzystać i poprowadzić! "   
 

"Brat naszego Boga" to książka urzekająca, choć daleko jej do bycia klasykiem gatunku. Jednak Autorowi przecież nie o to chodziło. Karol Wojtyła pisał swój dramat, gdy w Polsce powstawał komunizm. Jest to więc rozprawa z poglądami marksistowskimi. Bunt wobec ucisku, chęć wolności, jest uzasadniona i niepotępiona, ale większą wolnością jest Miłosierdzie. Autor dał również wzór postawy dla duchowych wobec rewolucji. Charakterystyczny jest tu również język, pełen mistycyzmu i metaforyki, nawiązujący miejscami do stylu biblijnego.


 "Dives in misericordia"
Encyklika  poświęcona jest głównie problematyce Miłosierdzia Bożego  i jego znaczenia w moralności chrześcijańskiej. Etymologia słowa "miłosierdzie" to "miło wokół serca", "sierdzie" znaczyło w staropolszczyźnie "serce", ale też "groźnie" i to się mieści w tym pojęciu. Miłosierdzie zakłada odpowiedzialną, dojrzałą relację z Bogiem, dlatego trzeba się liczyć z konsekwencjami: groźbą i karą. Jan Paweł II dał w niej teologiczne pogłębienie dla kultu Bożego Miłosierdzia, głoszonego przez świętą siostrę Faustynę Kowalską. Papież podkreślił, że miłosierdzie "w swoim właściwym i pełnym kształcie objawia się jako dowartościowanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku".

Dla mnie miłosierdzie ma wielki wymiar, ale pozostaje nieodgadnione, ma w sobie jakaś tajemnicę. Jednak ludzie często mylą miłosierdzie z litością. A to przecież nie to samo. Nie oznacza pobłażliwości wobec zła, a warunkiem przebaczenia jest naprawienie tego zła i zadośćuczynienie. To "widzenie z lotu ptaka". Ja jestem zbyt mało dojrzała duchowo, aby to zrozumieć i pewnie nigdy nie będę, pozostanie to dla mnie tajemnicą. Ale jest to nadzieja, że jestem może na początku drogi... 
A dziś wszystkie drogi prowadzą do Rzymu!