środa, 29 czerwca 2011

"Wyznania Maksa Tivolego" Greer Andrew Sean

Przekład: Maciej  Szymański
Oprawa: broszurowa klejona
Liczba stron: 296
Wydanie: 2005
Format: 128 x 197
ISBN: 83-7301-603-1



Czy wyobrażacie sobie, że można zacząć życie od końca? Albo jak to jest znać datę swojej śmierci? Maks Tivoli ją znał i był fenomenem medycznym, który stał się jego przekleństwem.
San Francisco, rok 1871, wtedy przeszedł na świat chłopiec  - Maks. Nie wyglądał i nie pachniał jednak jak zwykłe niemowlę, był cały pomarszczy. Jego ciało dojrzewało w odwrotnym kierunku - stawało się coraz młodsze. Ale we wnętrzu był coraz starszy - w każdej  jego cząstce umysłu i duszy,  na zewnątrz - młodszy. 

Dzięki tej drwinie natury Maks mógł kochać Alice-swoją miłość życia -  trzy razy, za każdym razem w inny sposób, zawsze z tą samą mocą. Zakochał się w niej, gdy była nastolatką, a on chłopcem uwięzionym w ciele starego człowieka. Po raz drugi, gdy oboje spotkali się w średnim wieku, lecz ona go wtedy nie rozpoznała. A on, z pomocą przyjaciela, tkwił w tej mistyfikacji. Tak jakby dostał drugi raz tę samą szansę. Po raz trzeci, gdy ona jest już mocno posiwiała, a on jest stracem z ciałem chłopca.

"Jest w niej trup, który wymaga wyjaśnień. Kobieta kochana trzy razy. Zdradzony przyjaciel. Chłopiec, którego długo szukano". Czego chcieć więcej od powieści? Zwłaszcza, że pisarz słowa dotrzymuje.

Książka Greera, napisana w formie stylizowanego na XIX-wieczną prozę pamiętnika, wpisuje się w tradycję romansów najwyższej półki. Fragmentami przypomina Prousta (to samo umiłowanie szczegółu, pragnienie zatrzymania chwili), trochę "Cierpienia Młodego Wertera", trochę "Lolitę".

Ale przede wszystkim jest to wzruszająca opowieść o miłości, której nie zniszczył czas.  Opowieść o przyjaźni, która przetrwała całe życie, która była  zdolna do największych poświeceń. Książka, która intryguje i  zachwyca, zarówno treścią jak i sposobem prowadzenia narracji. Bezwarunkowa miłość, która jest stanie znieść wszystko i ciągle trwać, bo przecież "Każdy z nas jest miłością czyjegoś życia".

poniedziałek, 27 czerwca 2011

"Kyś" Tatiana Tołstoj

Tłumaczenie: Jerzy Czech
Oprawa: miękka
Rok wydania: 2004
Format: 145 × 205 mm
Ilość stron: 292
ISBN: 83-240-0479-3

Nazwisko Tołstoj zobowiązuje. Pisarz, który je nosi, powinien pisać naprawdę dobrze. Tatiana Tołstoj to potrafi i rzeczywiście jest wnuczką pisarza. Nie Lwa jednak, a Aleksieja, znanego w Rosji z literatury dla dzieci. Poza tym jej babka pisała wiersze, a dziadek był tłumaczem. 

Tatiana przedstawia świat, który wskutek jakiegoś bliżej nieokreślonego Wybuchu cofnął się do epoki kamienia łupanego. W miejscu, gdzie kiedyś była Moskwa, znajduje się skupisko drewnianych osad, zamieszkałych przez prymitywnych   mutantów.  Nie  ma tu człowieka bez feleru, defektu. Jeden  ma ogon, inny rogi, pewna kobieta jest łysa, a z głowy wyrastają kogucie grzebienie, niektórzy  mają łuski, skrzela, są gigantycznego wzrostu. Wszystko to Effekt po Wybuchu. 

Gród ten nazywa się  Fiodoro-Kuźmiczów. Struktura społeczna posiada tu  ścisłą hierarchię. Na samej górze drabiny stoi Najwyższy Basza Fiodor Kuźmicz, oby żył długo, który obdarował ludzi ogniem i wymyślił koło, skonstruował łódź drewnianą i sanie. Poza tym cały czas wydaje ukazy, np. o ustanowieniu Dnia Kobit, inaczej babskiego Święta,  podczas którego nie wolno tłuc żon i matek - pod warunkiem, że wstaną raniutko, pierogów nagotują i wyszorują do czysta podłogi. I oczywiści każdej trzeba odpowiednio powinszować: "Życzę wam, Żono i Matko, i Babko, I Kuzynko abo insza Ptaszynko, zdrowia, szczęścia, pomyślności w pracy i życiu osobistym". Następny w hierarchii jest Główny Sanitarz, szef tajnej policji. Opływa we wszystkie dostatki, ale zarazem knuje spisek przeciw Najwyższemu Baszy, tym samym podejrzewając każdego mieszkańca o zdradę. Lud żywi się myszami i suszonymi 'robachami'. Ma też 'rdzę' zbieraną na trzęsawiskach, podobną do torfu, którą da się wykorzystać na wiele sposobów. Można ją pić, palić. Ponadto pieniądze mają tu mniejszą wartość niż talony, urzędnicy 'rzucają' towary na nieistniejący rynek, mieszkańcy kupują wszystko jak leci. Uczestniczą też w defiladach.

Natomiast główny bohater to Benedikt Karpow. Jego matka przyszła na świat przed Wybuchem i nie była w stanie pogodzić się z nowym ładem i cofnięciem się ludzkości w rozwoju intelektualnym. Dlatego wpajała synowi zamiłowanie do książek i opwiadała o dawnych czasach. Benedikt ma również skłonności do CHWILOZOFII. Oto przykład jego wywodu: "Ot, myślisz sobie, baba: i po cóż to jest taka baba? Poliki ma, brzucho, oczami mryga, gada coś do siebie. Głowa kręci, gębą kłapie, a w środku co ma? Mięsa moc, ćmę kości skrzypiących, kiszek obfitość, a więcej nie ma nic. To się śmieje, to stracha, to brwi nasępi - a czy naprawdę ma jakie czucie?  Myślenie? A nuż ona tylko udaje babę, a w samej rzeczy jest wilkołak z błota?"  

Powieść jest przesiąknięta symboliką i aluzjami. Tołstoj zaczęła pisać „Kysia” w 1986 roku, choć jak sama twierdzi, nie jest to tylko odpowiedź na katastrofę w Czarnobylu, a na skutki rewolucji październikowej. Takie rozliczenie się z historią, Rosją, Rosjanami w bardzo satyrycznym ujęciu. Gratuluję autorce przede wszystkim odwagi i kunsztu każdego słowa. Wszystko to bowiem napisane jest stylem ludowo-archaicznym, ze słowami użytymi w pierwotnym znaczeniu. Tudzież słowa uznania dla tłumacza. Jest tu również nutka polskości, przywołane zostają nazwiska polskich pisarzy i poetów, tytuły dzieł, wierszy np. "Rzepka" Juliana Tuwima.

"Kyś" nie jest tylko książką o Rosji, ale również o współczesnym świecie, o dawnych "demoludach". Sam tytuł wzięty jest od dzikiego kota-rysia, na którego Rosjanie wołają (kis kis kis lub kysz).  Warto też wiedzieć, że 'ryś' jest po rosyjsku rodzaju żeńskiego. Właśnie taka jest dla autorki "Ruś" - kraina bliska sercu, zarazem barbarzyńska, rządzona przez aroganckich urzędników i bezwzględnych żandarmów.

Polecam gorąco, ja przy czytaniu bawiłam się przednio.  

 I na koniec swoiste motto o książkach,  które wypowiada Nikito Iwanycz, przedstawiciel Dawnych, czyli tych przed Wybuchem: 
 "Ale słowo, nakreślone w nich, twardsze jest od spiżu i długowieczniejsze niż piramidy!  A? Zaprzeczysz może?"  

recenzja też na Rosja w literaturze 

Wspomnienie - Krzysztof Kieślowski

"Każdy człowiek chce zmieniać świat, kiedy zaczyna cokolwiek robić. Ja chyba nie liczyłem na to, że można zmienić świat w dosłownym tego słowa znaczeniu. Myślałem, że uda się ten świat opisać"

ur. 27 czerwca 1941r. - zm. 13 marca 1996r.

Dziś przypada siedemdziesiąta rocznica urodzin reżysera, jednego z moich ulubionych.
W swoich filmach często wykorzystywał muzykę Zbigniewa Preisnera.  A to jedna z moich ulubionych kompozycji. Utwór pochodzi ze ścieżki dźwiękowej "Trzy kolory - Czerwony", napisany do wiersza Wisławy Szymborskiej  "Miłość od pierwszego wejrzenia", wykonuje go Zbigniew Zamachowski. Utwór nie został wykorzystany w filmie.

 

sobota, 25 czerwca 2011

„Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa

"To było bajeczne lato" - tak brzmi pierwsze zdanie w tej powieści. Od razu mnie urzekło i wiedziałam, że tak książka mi się spodoba. 
"To studium miłości odciętej od całej mitologii romantycznej (...) Mieści się w niej wiele, wszystko, co jest  związane z naturą człowieka: instynkt, seks, namiętność, także ta duchowa, fantazmany, które kształtują nasze relacje, czynią nas lepszymi ludźmi" - tak napisał autor o swojej powieści. I bardzo trafnie tu ujął istotę tego uczucia.

W to pewne bajeczne lato nastolatek-Ricardo Somocurcio (zarazem narrator w powieści), poznaje Lily-niegrzeczną dziewczynkę. Od tego czasu jego los odmienił się już na zawsze. Podobno tak naprawdę można kochać tylko raz. Ale również często (a raczej zawsze) jedna ze stron kocha bardziej. I tak było w przypadku Ricarda. Ta pierwsza, inspirująca, ale i toksyczna miłość nadawała mu sens życia, a jednocześnie bezlitośnie mu go odbierała. 

Lily, niegrzeczna dziewczynka, Chilijeczka, towarzyszka Arlette, madame Arnoux, Mrs. Richardson, metresa szefa japońskiej mafii,  pojawiała potem wiele razy w życiu Ricarda, bez uprzedzenia i równie niepodziewanie znikała. Czy można być zakochanym cały czas w jednej kobiecie, która pojawia się nagle i znika z życia, rozpala je szczęściem przez krótki czas, a potem zostawia suche, jałowe, zaszczepione przeciwko jakiejkolwiek innej namiętności czy miłości?  

A może można uodpornić się na miłość? Nie dopuszczać do siebie żadnych uczuć, stworzyć sobie barierę albo rzucić się w wir pracy. Tak próbował zrobić Ricardo. Po każdym odejściu famme fatale szybko wpadał w rutynę zawodu, a profesja tłumacza pozwalała mu podróżować, nieźle zarabiać i brać wolne, kiedy przyszła mu ochota.To dawało mu wolność, swobodę, ale nie szczęście. A szczęście zawsze przychodziło wtedy,  kiedy pojawiała się ona. I czy to było Limie, Paryżu, Londynie, Tokio czy Madrycie zawsze potrafił rzucić wszystko, by spędzić parę chwil z ukochaną, której szelmostwa doprowadzały, go do szaleństwa, obłędu, ale nie mógł o niej zapomnieć.

Chyba za bardzo nie napisałam tutaj o fabule, ale książka wywarła na mnie ogromne wrażenie, wyzwoliła we mnie wiele emocji i szalenie podobały mi się szelmostwa famme fatale. Choć była zepsuta do szpiku kości, cyniczna i wyrachowana, i ciągle powtarzała: "Pieniądze dają bezpieczeństwo, bronią cię, pozwalają korzystać z życia w całej jego pełni i nie martwic się o dzień jutrzejszy. To jedyne szczęście, jakiego można dotknąć". Jednak bardzo się myliła, bo na końcu zwyciężyła miłość, tylko właśnie miłość przetrwała. 

I jeszcze parę słów o narracji. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem i to bardzo udane. Podobał mi się styl, polot i kreacja postaci drugoplanowych: Juana Barreto, Mrs. Stubard, małżeństwa Gravoskich. Drażniły mnie tylko zbyt często pojawiające się zdrobnienia: kapelusik, usteczka, króciutkie, amancik oraz infantylne zwracanie się do siebie bohaterów (też za częste)  'mój grzeczny chłopczyku', 'moja niegrzeczna dziewczynka'. Ale biorąc pod uwagę całość, to wybaczam autorowi :) Ciekawe czy w innych powieściach używa takich zdrobnień, bo z pewnością do nich zajrzę.  


recenzja też na Projekt Nobliści 

czwartek, 23 czerwca 2011

"Cesarstwo" Steven Saylor

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

Przekład: Janusz Szczepański
Oprawa: twarda z obwolutą
Wydanie:  2011
Liczba stron:656
Format: 150 x 225
ISBN: 978-83-7510-627-5

Czytając ostatnie zdanie "Rzymu" poczułam lekki niedosyt, że to już koniec. Dlatego z ogromną przyjemnością sięgnęłam po kontynuację. W poprzedniej części mogliśmy śledzić perypetie tego samego rodu od czasów prehistorycznych, aż po schyłek republiki i przejęcie władzy przez Oktawiana. W owym rodzie z pokolenia na pokolenie przykazywany zostaje talizman - fascinum, który chroni noszące je osoby. Nie inaczej jest w drugiej części. Amulet wciąż towarzyszy bohaterom i jest świadkiem wielu wydarzeń. "Cesarstwo" opowiada o życiu w Rzymie od panowania Oktawiana Augusta, pierwszego z cesarzy, do złotego wieku Hadraiana - w latach 14-141 po Chrystusie - właśnie na kanwie losów patrycjuszowskiej linii Pinariuszów.

Jeśli chodzi o wydanie, to zachowany jest ten sam wysoki poziom. Twarda okładka z obwolutą, pozłacane litery na czarnym tle, szycie i kremowy, imitujący szlachetną starość papier. Dlatego lubię takie książki, które oprócz walorów intelektualnych, sprawiają jeszcze przyjemność zmysłom wzroku i dotyku. 

Pozycja jest podzielona na cztery rozdziały, poświęcone przygodom przedstawicieli kolejnych pokoleń rzymskiego rodu – Lucjusza, bliźniaków Tytusa i Kesa, kolejnego Lucjusza oraz Marka. Wraz z końcem republiki i nastaniem autokratycznych rządów w Rzymie wiele się zmienia, wszystko teraz kręci się wokół cesarzy: ich charakterów, życia  rodzinnego, preferencji seksualnych, ich często ekstrawaganckiego stylu życia i nierzadko gwałtownej śmierci, taki "cezarocentryzm". 

I w porównaniu z pierwszą częścią, jest tu wiele fragmentów szokujących. Namiętności i trudne wybory jakie targały bohaterami "Rzymu", zostały tu zastąpione scenami brutalnymi. Lucjusz, potem Tytus i Kseo, syn Tytusa-Lucjusz, Marek wszyscy są blisko dworu cesarskiego, mają więc informacje z pierwszej ręki o tym, co w rzymskiej polityce się dzieje. Często są świadkami lub wręcz uczestniczą w ekstremalnych pomysłach cesarzy. A trzeba przyznać, że cesarzom wyobraźni nie brakowało i tylko prześcigali się w swoich dziwactwach i okrucieństwach. Z resztą nie tylko cesarzom, Rzymianie uwielbiali igrzyska, przedstawiania i żądni byli emocji.  Tu mistrzostwo Saylora, moim zdaniem, w wykreowaniu postaci Kaliguli i Hadraiana oraz w opisie prześladowań chrześcijan. 

Poza tym  bohaterowie przeżywają najdonioślejsze wydarzenia swoich czasów – pożar Rzymu w 64 roku, czy wybuch Wezuwiusza w 79 roku. Kroczą różnymi drogami, mają odmienne poglądy. Jeden musi uciekać z Rzymu, drugi zostaje zabawką w rękach cesarzowej-Messaliny, inny kochankiem westalki, jeszcze inny zostaje zgładzony. Są oni świadkami rozkwitu architektury, literatury, muzyki. W Rzymie pojawiło się jeszcze wiele postaci, które  na stałe wpisały się w historię miasta. Pojawili się i odchodzili, umierali i rodzili się nowi. Trwano przy obyczajach i zwyczajach przodków, ale też wprowadzano zmiany i reformy.

Tylko jedno tu się nie zmienia - miejsce, które wiecznie trwa. Miasto, które miało za panowania Hadriana milion mieszkańców, gdzie powstawały przepiękne świątynie, kwitło rzemiosło i literatura, rozwijał się teatr. A zaczęło się wszystko na siedmiu wzgórzach, z jedynym ołtarzem Heraklesa i z figowcem na Palatynie, w którego gałęziach baraszkowali  Romulus i Remus.

wtorek, 21 czerwca 2011

Jak wyobrażam sobie lato...


Alfons Mucha - "Ete" ("Lato")



Spadkiem po impresjonistach było dążenie do uchwycenia nastroju, ulotnego wrażenia chwili, które próbowano osiągnąć przez ukazanie tajemniczości postaci bądź całej sytuacji. Secesja dała jednak początek nowoczesnemu plakatowi, który dotąd nie był zaliczany do dziedzin sztuki. Plakat z tego okresu zaczyna się posługiwać wyrazistym, wręcz dosadnym językiem, nie ukrywa swej perswazyjnej funkcji. Mistrzem w tej dziedzinie był Francuz, Henri de Toulouse-Lautrec. Drugim nazwiskiem związanym z tworzeniem plakatu jest Alfons Mucha, z pochodzenia Czech, który pracował we Francji, jego dziełem jest szczególny typ kobiety, który stanowi kwintesencję dekoracyjnego stylu secesyjnego.Twórczość Muchy łączy tradycje bizantyjskie i współczesne. Znakiem rozpoznawczym Muchy są grafiki kobiet w stylu belle époque – wyidealizowana postać pięknej kobiety otoczonej naręczem kwiatów i liści, symbolami oraz arabeskami.  

Nie jest to może arcydzieło sztuki. Twórca też mniej znany. 
Ale tak właśnie wyobrażam sobie lato, Panią Lato...


sobota, 18 czerwca 2011

"Pani Bovary" Gustave Flaubert

Zarówno Flaubert, jak i jego dzieło doczekały się setek biografii, analiz i opracowań krytycznych. Jest to niewątpliwe arcydzieło francuskiego realizmu. Nie jest to pozycja dla kogoś kto lubi watką akcję, napięcie i dreszczyk emocji. Akcja jest tu bardzo skąpa,  praktycznie nic się nie dzieje, mało dialogów, ale to wszystko wynika z koncepcji autorskiej, bo autor postawił tu przede wszystkim na psychologię postaci i jak sam pisał: "Mało wydarzeń. Ja zaś twierdzę, że myśl to też wydarzenia: zaciekawić nimi trudniej,  wiem o tym." I to właśnie składa się na styl Flauberta. 

Powieść ma charakter biografii Karola Bovary. Właściwie on jest bohaterem czterech pierwszych i czterech końcowych rozdziałów. Karol, choć ukończył studia medyczne, jest zwyczajnym pospolitym człowiekiem "szaraczkiem". Wychowany przez nadopiekuńczą matkę, zdał się na nią nawet w kwestii wyboru pierwszej małżonki. Po jej rychłej śmierci rozpacza krótko i żeni się ponownie, urzeczony przymiotami ciała i duszy piwnookiej Emmy, z domu Rouault. Młodzi początkowo wiodą życie w ponurym Tostes. Ten poczciwiec bez polotu nie dostrzega, że ciemne oczy, które całuje z regularną czułością, obserwują go nienawistnie, a pąsowe usta szepcą z obrzydzeniem: 'Pomyliłam się'. Nawet, gdy żona popada w stany przygnębienia, nie pobudzają go one do przemyśleń, nie wydają się niepokojące. 

Pani Bovary - wykształcona i samotna - spędzała dni na czytaniu, snuciu marzeń, haftowaniu, rysowaniu. Lubiła zbytek, więc dom błyszczał kosztownościami, a ona codziennie potrafiła układać sobie nową fryzurę. W romansach, czytanych ukradkiem, dostrzegała prawdziwy obraz miłości. Te nieustające wyznania w  świetle księżyca, rozpacz, łzy i pocałunki rozstań, słowiki w gajach, czyli wszystko to  czego pozbawiane było jej małżeństwo z Karolem. Przez to wdaje się w dwa płomienne romanse - z Rudolfem i Leonem- przynoszą one jej jednak rozczarowanie. Tak zdaniem Flauberta kończy się każda romantyczna miłość.  

Emma Bovary od początku nie wzbudziła mojej sympatii, chociaż należę do osób dość wyrozumiałych i wiele potrafię zrozumieć. To jej nieustanne poszukiwanie szczęścia, jej niedosyt życia, wyobrażenia o romantycznej miłości, nawet to, że małżeństwo, które miało być dla niej ukojeniem, jeszcze bardziej ją przygnębiało, wręcz tłumiło i wpędzało jeszcze w głębszy smutek. Że nienawidziła męża za jego spowszedniałą miłość, za "rozmowy płaskie jak chodnik uliczny". Ale nie potrafię zrozumieć tego, że nawet urodzenie dziecka, nie otrząsnęło ją z trwania w wiecznym samonakręcającym się cierpieniu. Do córki potrafiła się jedynie zwracać: "A dajże mi spokój!", nic ją nie cieszyło, nawet uśmiech dziecka. 


Ucieczka od świata rzeczywistości w strefę ułudy, marzycielstwo, idealizowanie rzeczy nieposiadanych i rozczarowanie tym co się posiada, poszukiwanie szczęścia połączone z poczuciem niespełnienia - czyż nie jest to aktualne? Tyle, że Flaubert potępia taką postawę, kpi z romantycznej miłości, która przerodzić się może w obłąkanie. Stworzył on genialny, mistrzowski portret psychologiczny, bo nawet w XXI  wieku w wielu kobietach można odnaleźć cechy pani Bovary. Nurtuje mnie jeszcze  tylko jedno, czy dziś Flaubert tak samo okrutnie potraktowałby swoją bohaterkę, czy  możne znalazłby dla niej inne rozwiązanie? A tak, pani Bovary, uciekła od samej siebie, dla samej siebie niezrozumiałej i do końca była przekonana, że jej rozpaczliwy niedosyt ma tylko jedno wyjście: 
"Zasnę i będzie po wszystkim".

czwartek, 16 czerwca 2011

"Miłość buja nad Szkocją" Alexander McCall Smith

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Muza za co bardzo dziękuję.

tłum. Elżbieta McIver
seria: 44 Scotland Street
wydanie: czerwiec 2011
format: 145 x 205 mm
oprawa: broszurowa
stron: 351
wydanie: czerwiec 2011
ISBN 978-83-7495-627-7

To trzecia cześć serii, zapoczątkowana "44 Scotland Street" i kontynuowana "Opowieściami przy kawie." Nie czytałam dwóch pierwszych części, więc trochę się obawiałam, że się pogubię. Jednak dosyć szybko się odnalazłam, ponieważ autor na początku przypomina w skrócie co się działo wcześniej. Poznajemy dalsze losy mieszkańców edynburskiej kamienicy przy Scotland Street 44.  Mamy tu plejadę osobowości o przeróżnych charakterach i temperamentach.

Pat - zaczyna studiować historię sztuki, po zajęciach dorabia pracując w galerii, poszukuje miłości, a raczej partnera, jej celem najpierw staje się z kolega ze studiów-Wolf. Niestety Wolf ma już dziewczynę, a na dodatek okazuje się nią nowa współlokatorka Pat.

Dominika - wyjechała do osady pirackiej nad cieśniną Malakka i jako antropolog prowadzi tam badania. Egzotyczny klimat dość szybko okaże się dla niej niezbyt łaskawy. 

Angus Lordie - ponad 50-letni malarz, który cierpi trochę na niemoc twórczą, czuje się niedoceniany i niedostrzegany, poza tym nie może przestać myśleć o Dominice. Jedynym pocieszeniem jest dla niego pies-Cyril. Niestety pewnego dnia nawet Cyril znika. W mieszkaniu Dominiki pojawia się natomiast nowa osoba - rozwiedziona pisarka, która pragnie się skupić na tworzeniu swojej powieść. 
 
Matthew - też jakoś nie najlepiej mu się układa, choć hojnie obdarował go ojciec. Prowadzi galerię sztuki, ale ciągle mu czegoś (może kogoś) brakuje. Kupuje sobie nawet kaszmirowy sweter w kolorze przybrudzonej owsianki i spodnie o barwie zgniecionej truskawki, żeby być bardziej wyrazisty. Niestety i ten wybór, okazał się nie trafiony. Pojawia się natomiast nowa kobieta w jego życiu, pani architekt Leonie...
 
Bertie - genialny sześciolatek, który swoim pytaniem potrafi wprowadzić w zakłopotanie nie jednego dorosłego. A jego matka - Irene oczekuje nowego dziecka i dopiero się rozkręca w obowiązkach rodzicielskich. Zapisuje Bertiego do Edynburskiej Orkiestry Nastolatków (choć Bertie ma dopiero 6 lat, ale co tam, determinacja nadgorliwych rodziców nie zna granic).
     
Czyta to się wszystko gładko i przyjemnie, krótkie rozdziały bardzo wciągają i chce się doczytać jak najszybciej do końca.  Chociaż irytowały mnie trochę tytuły rozdziałów, które zdradzały treść np. Matthew poznaje panią architekt, Bertie sam w Paryżu. Ale rozumiem, że taki to styl. 

Taka mieszanka uroku z błyskotliwymi komentarzami, z odrobiną satyry, a nawet filozoficznej refleksji. Alexander McCall Smith złamał przede wszystkim wizerunek Szkota,  z zimnego, nieprzystępnego i skąpego,  zrobił ciepłego i bardzo otwartego na świat.

"Książki McCall Smitha są jak gorące kakao w mroźny wieczór, jak ciepła bielizna na zimowe dni. Powinny być zapisywane przez lekarzy jako lek na zimową chandrę"- tak skomentował książki "The Times". Ja to czytałam, kiedy za oknem świeciło słońce i też podziałała na mnie kojąco. 

niedziela, 12 czerwca 2011

W pigułce - jaka naprawdę jestem...

Do odkrywania sekretów o sobie zaprosiła mnie Książkowiec. Takie pisanie o sobie nie jest wcale łatwym zadaniem, choć zawodowo muszę to robić dosyć często, tylko że ma to raczej formę samooceny i refleksji, niż pisania o swoich pasjach i fascynacjach.
  • Pierwszą moją pasją są książki, regały i wszystko co z nimi związanie. Lubię mieć książki na własność, dlatego rzadko korzystam z bibliotek, a raczej oblegam księgarnie. Nie lubię też pożyczać swoich zdobyczy, ponieważ z każdą wiąże się jakaś historia i każda ma swoje miejsce na regale.  
  • Drugą moją pasją, do niedawna uśpioną, jest malarstwo i historia sztuki, bo jak to powiedział Goethe "Nasz czas jest krótki, a sztuka długa".  Aktualnie pochłaniam namiętnie luksusowe 8-tomowe "Malarstwo białego człowieka" Waldemara Łysiaka. Na razie posiadam 4 tomy (bo cena trochę zawrotna, a tu jeszcze 9 tom w przygotowaniu), ale wracam wciąż  do poprzednich i delektuje się obrazami (tutaj przepięknie wydanymi), słowami, spostrzeżeniami (gdzie Autor ukazał siebie w najlepszej klasie, a Jego interdyscyplinarność jest tu po prostu genialna).  
  • Fascynuje mnie poezja Zbigniewa Herberta. Mogłabym czytać i czytać słowa Mistrza godzinami. 
  • Prawie wcale nie oglądam telewizji, mogłaby dla mnie nie istnieć. Drażnią mnie programy rozrywkowe; prostactwo i chamstwo ludzi, którzy uważają się za gwiazdy; seriale (tu wyjątek - "CSI Maiami" i "Dr House"). Na te dwa seriale czasami się skuszę.  
  • Jeśli film, to na dużym ekranie i zdarza mi się wracać do swoich ulubionych, do klasyki. Uwielbiam filmy Quentina Tarantino, Olivera Stone'a, Krzysztofa Kieślowskiego.
  • Nie mam ściśle sprecyzowanego gustu muzycznego. Większość utworów, które mi się podają wiąże się z moimi emocjami lub sentymentem, czyli lubię utwór ponieważ kojarzy mi się z jakimś miejscem, wspomnieniem, z Kimś. Tudzież w nieskończoność mogłabym słuchać utworów w wykonaniu Michała Bajora, Przemysława Gintrowskiego (wiersze Herberta) czy motywów muzycznych z ulubionych filmów. Aktualnie jestem wielką miłośniczką Zakopower.
  • Uwielbiam jesień. Jest to moja ulubiona pora roku, wtedy kiedy kwitnie wrzos, jest pełno barw złocistych, brązowych, purpurowych. Długie wieczory przy kominku, pod kocykiem, z książką, winem lub gorącą czekoladą. A nastrój zadumy i melancholii  - paradoksalnie - nastawia mnie optymistycznie do życia. 
  • Wolę góry niż morze. Choć co roku zażywam kąpieli, ale nie w zimnym Bałtyku. Jeśli już morze - to ciepłe, krystalicznie czyste, gdzie widać każdy kamyczek np. Adriatyk. A jeśli Bałtyk, to tylko jesienią. 
  • Nie znoszę zakupów! (poza oczywiście przebywaniem w księgarniach). Chodzenie po sklepach, oglądanie, a szczególnie przymierzanie są dla mnie stratą czasu  i wyprowadza mnie z równowagi. 
  • W liceum chodziłam prawie cały czas w butach Dr. Martens i jeździłam na przystanek Woodstock.  
  • Często zdarzają mi się huśtawki nastroju, popadanie w skrajności np. płaczę i śmieję się, -Kocha jeszcze mnie czy nie kocha? Choć pracuję nad tym.
  • Dziś zrobiłam truskawkowe Tiramisiu z przepisów Zosi. Wyszło przepyszne i boskie. Polecam stronę i przepisy. 
  •  A na koniec "Przesłanie..." - "STRZEŻ SIĘ OSCHŁOŚCI SERCA"


  A do łańcuszka zapraszam Prowincjonalną nauczycielkę i dr Kohoutka.

czwartek, 9 czerwca 2011

"Rzym" Steven Saylor

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.
 
Przekład: Janusz Szczepański
Wydanie: luty 2011
Liczba stron: 608
Format: 150 x 225
Oprawa: twarda z obwolutą
ISBN: 978-83-7510-069-3
Cywilizacja rzymska budzi wielkie zainteresowanie. Przetrwała stulecia nie tylko w formie znalezisk archeologicznych oraz idei, lecz przede wszystkim jako dziedzictwo ciągle żywe w świecie, w którym istniejemy. Dla większości, dla mnie do tej pory też,  starożytna historia Rzymu zaczyna się w roku 753 przed naszą erą, gdzie według legendy, bliźniacy Romulus i Remus, wcześniej wykarmieni przez wilczycę, założyli miasto.   

Tymczasem historia miasta zaczęła się jeszcze dawniej. Około 1000 roku przed naszą erą istniała podobna kołysce dzika wyspa, otoczona siedmioma wzgórzami. U ujścia rzeki handlarze zbierali białe kryształki soli, które wymieniali na niezbędne do życia towary. Przywódcą grupy był Larth, który posiadał  umiejętność wyczuwania obecności numenów, czyli duchów zamieszkujących skały i drzewa. Pewnego roku spotkali handlarzy, którzy sprzedawani metale i trudnili się kowalstwem. Dokonano oczywiście wymiany, po której obie strony były niezwykle zadowolone.  Po uczcie wydanej na cześć gości, Larthowi przyśnił się Fascinus. "Wśród oślepiającego światła wyuczył raczej, niż dostrzegł, unoszącą się nad ogniem rzecz. Był to męski członek, pozbawiony ciała, ale nabrzmiały i wyprostowany. Miał skrzydła jak ptak i zawisł nieruchomo w powietrzu (...) Fascinus był inny. Niepowtarzalny. Istniał sam w sobie, bez początku ani końca. Jego forma dobitnie wskazywała, że ma coś wspólnego z życiem i jego początkiem." Poruszony wizją Larth wysłał  swą jedyną córkę-Larę, by spędziła z  młodym kowalem noc. Następnego ranka handlarze i goście rozstali się, a Tarketios podarował swej młodej ukochanej amulet – "dziwny, bezkształtny kawałek nieobrobionego metalu – inny jednak od wszystkich, jakie dotąd widziała. Ciążył jej mocno w dłoni, a barwę miał jeszcze bardziej niezwykłą: czysto żółtą jak słoneczny blask". Dziewięć miesięcy później Lara powiła syna, któremu na łożu śmierci powierzyła swój największy skarb – złoty amulet, pokryty ołowiem. Owy amulet przechodził od tej pory z pokolenia na pokolenia, chronił noszące je osoby i ciągle trwał. Był świadkiem wszystkich wydarzań, które rozegrały się na terenie, gdzie powstał Rzym.

W ten sposób autor prowadzi czytelników przez meandry historii świata starożytnego, od założenia miasta, panowania królów, obalenia ich, powstania republiki, stoczonych wojen, wyborów, po ustanowienie cesarstwa. Historia miasta jest też nierozerwalnie związana z historią przedstawicieli dwóch wielkich rodów – Potycjuszów i Pinariuszów. To ich potomkowie rządzili miastem, byli mu wierni jak i również je zdradzali.  

Książka podzielona jest na 12 rozdziałów, gdzie każdy z nich opisuje ważne i przełomowe wydarzenie w historii Rzym. Autor wplata w historie postacie fikcyjne i jak sam twierdzi "historia zawsze zawiera element fikcji". Poza tym każdy rozdział to osobna historia miłości, namiętności, poświecenia i wielkich wyrzeczeń. I czy to było uczucie między Walerią a Potycjuszem, czy między Klaudią a Tytusem, czy westalką Pinarią a niewolnikiem Pennatusem, zawsze wszechobecna była miłość, a każde z tych uczuć było niezwykle burzliwe, targanie wielkimi namiętnościami, skłonne do poświeceń.  I piękny, moim zdaniem zwyczaj czy prastary rytuał, gdzie panna młoda w dniu ślubu nadaje sobie nowe imię, będące żeńską formą imienia męża:

"Gdziekolwiek będziesz, Tytusie,  tam i ja będę, twoja Tycja".

I parę słów o wydaniu. Twarda okładka z obudową, pozłacane litery na czarnym tle, szycie i kremowy, imitujący szlachetną starość papier, wszytko to sprawia, że czytanie jest nie tylko przyjemnością intelektualną, ale również zmysły dotyku i wzroku są bardzo pobudzone. Poza tym każdy rozdział rozpoczyna mapka, która ułatwia zrozumienie treści, a drzewo genealogiczne na początku książki systematyzuje wiedzę. 

A na koniec jeszcze jeden bohater, o którym nie wspomniałam wcześniej. Bohater, który był świadkiem zaciętej walki bliźniaków, porwania Sabinek, widział wyścigi rydwanów, "ludi Romani", przeżył najazd Galów, podboje Hannibala, aby potem jak legendarny feniks, który ginął w płomieniach tylko po to, by się odrodzić z popiołów silniejszy niż kiedykolwiek.  Bohater, który widział burzliwe narodziny republiki, a potem jej upadek i narodziny nowego ustroju; bohater, który widział zdradę swoich synów, gwałty przez nich czynione, tortury im zadawanie; bohater, który doświadczył głodu, grabieży, ale który również był świadkiem rozkwitu architektury, budowy murów, świątyń, akweduktu. Bohater, który nie raz uronił łezkę rozpaczy i bezsilności, a uronił również łzy szczęścia i mógł być dumny ze swoich synów. Wielki, piękny, niepokonany, który ciągle trwa. Wieczny - Rzym!
 

wtorek, 7 czerwca 2011

Stosik :)

Moje plany czytelnicze na najbliższy okres. 
Choć czerwiec ciężkim miesiącem jest :( Na razie natłok obowiązków trochę mnie przerasta, ale byle do 20. Potem już będzie z górki i relaks. A póki co, stosik ciągle się powiększa. Oto pozycje do przeczytania w najbliższym czasie...


Od dołu
1.  "Rzym" Steven Saylor - od Wydawnictwa Rebis. Prawie przeczytany.  
2.  "Miłość buja nad Szkocją" A. McCall Smith - od Wydawnictwa Muza
3. "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa - z biblioteczki szwagra ;)
4. "Dom duchów" Isabel Allende - też od szwagra 
5. "Pani Bovary" Gustave Flaubert - własna zdobycz, nieprzeczytana w liceum, dlatego teraz nadrabiam
6. "Paź królowej" Dorota Masłowska - z przeceny
7.  "Wyznania Maksa Tivolego" A.S. Greer - znowu od szwagra
8.  "Buszujący w zbożu" J.D. Salinger - też w ramach nadrobienia zaległości z liceum
9. "Kyś" Tatiana Tołstoj - też od szwagra i w ramach wyzwania Rosja w literaturze 

Wyszła dziewiątka,  ale coś na pewno jeszcze dorzucę do MOJEJ CZERWCOWEJ DZIESIĄTKI.
A teraz czekają na mnie arkusze, wykresy, statystyki, sprawozdania. Brr...

piątek, 3 czerwca 2011

Trochę prywatnie...

Dziś mija 7 miesięcy od czasu założenia mojego bloga, więc trochę spóźnione półrocze. Powody założenia bloga, tu wstyd się przyznać, były dość egoistyczne. Ale nie to jest najważniejsze. Początkowo miał to być blog kulinarno-czytelniczy, ale szybko przekonałam się do tego, aby został tylko książkowy. 

Książki zawsze mnie fascynowały. Uwielbiam księgarnie, antykwariaty, uwielbiam dotykać, przeglądać i wąchać kartki ksiąg.  Nie zdawałam sobie sprawy, że prowadzenie bloga, sprawi mi tyle przyjemności i że ktoś to będzie czytał. A co najważniejsze pisanie  stało się dla mnie lekarstwem. Poznałam tu wielu wspaniałych moli książkowych, którzy potwierdzają, że z czytelnictwem nie jest tak źle, jak sugerują wszelkie statystyki i badania.  

Dziękuję Wszystkim, którzy odwiedzają moją stronę, czytają, zostawiają komentarze, a liczba odsłon (ponad 11 000!),  przerosła moje oczekiwania.  

A na koniec boski utwór, który mnie od pewnego czasu prześladuje...  :)



czwartek, 2 czerwca 2011

"Liczby Charona" Marek Krajewski

Oprawa: miękka
Rok wydania: 2011
Format: A5 (144 x 205)
Ilość stron: 248
ISBN: 978-83-240-1611-2

"Królowa nauk"  - matematyka, nigdy nie była moją mocną stroną. Cudem przebrnęłam przez nią w liceum, a jedyny dział, który mnie w niej fascynował to logika. I dzięki Bogu należę do tego pokolenia, które załapało się jeszcze na 'starą maturę', gdzie matematyka nie była obowiązkowa.  

W najnowszej powieści Marek Krajewski do zagadki kryminalnej dodaje właśnie zagadkę matematyczną, a konkretnie analizę kwadratów liczbowych. Mieszkańcy międzywojennego Lwowa  żyli matematyką i umierali przez nią. Była sprawą życia i śmierci. Wszystko przez opracowanie teorii liczb szumiących, zwanych liczbami Charona. Można z nich odczytać opowieść o człowieku, wykonać kilka wzorów i przekształceń i będzie wiadomo kiedy dany człowiek umrze, czy będzie cierpiał i jak zginie. 

We Lwowie zostaje w brutalny sposób zabita wróżbitka - Luba Bajdykowa. Zmarła miała  obcięte włosy oraz gwóźdź wbity w podniebienie. Następnie zabójca wysyła policji pukiel obciętych włosów z zapisanym na kartce szyfrem - to trzydzieści sześć hebrajskich liter pisanych jedna  za drugą, bez żadnej przerwy, w jednej linijce.  Wkrótce, w podobny sposób, zamordowana zostaje prostytutka i również policja otrzymuje hebrajskie hasło, i kolejną zagadkę. Okazuje się, że każda litera hebrajska jest znakiem jakieś liczby. Na przykład za literę alef możemy podstawić liczbę 1, za lamed -30, zamiast resz- 200 i tym podobne. W ten sposób powstają kwadraty liczbowe. Każdy kwadrat ma bok utworzony z sześciu hebrajskich liter i jak tabela składa się z wierszy i kolumn, gdzie każdy wiersz po przetłumaczeniu ma sens. Luba, Bajdyk, choroba, gwóźdź  - to wychodzi z odczytu kwadratu dla pierwszej ofiary, czyli wróżbitka zginęła od gwoździa i przez chorobę weneryczną.  Lija, Koch, arogancja, ręka, sznur  - to kwadrat dla drugiej ofiary, czyli prostytutka zginęła uduszona sznurem, bo była arogancka i zarozumiała. 

I tu czas na głównego bohatera powieści - Edward Popielski. Były komisarz policji dwa lata temu  został wyrzucony z pracy za niesubordynację i wydawać się mogło, że najlepsze lata ma już za sobą. Cierpi na epilepsję, ledwo wiąże koniec z końcem, mając na utrzymaniu córkę, opiekunkę do dziecka i służącą. Traci też swoje uznanie na uniwersytecie, na którym wykładał i zmuszony jest dorabiać udzielając korepetycji studentom. Poza tym czuje, że traci swoje siły witalne, co jest powodem jego frustracji i jest o krok od alkoholizmu. 

Niewyjaśnione morderstwa stają się szansą dla Popielskiego na wyjście z dołka. Policja zatrudnia go jako eksperta od hebrajskiego, Biblii oraz pasjonata matematyki. To właśnie on rozszyfrował hebrajskie litery i ułożył z nich kwadrat matematyczny. Dodatkowo Popielskiego odwiedza dawna studentka - Renata i składa mu osobistą propozycję rozwiązania pewnej zagadki. Szybko okazuje się, że obie sprawy są ze sobą powiązane, a w Popielskim ożywają siły witalne i zaczyna obdarzać daną uczennicę uczuciem oraz marzyć o stworzeniu nowego związku. Sprawy jednak nieco się komplikują...   

To było moje pierwsze spotkanie z powieściami Krajewskiego.  Trudno więc powiedzieć o sympatiach czy antypatiach. Powieść czyta się szybko, akcja wciąga, ale styl pisania chyba niekoniecznie przypadł mi do gustu. Niesmaczne, a wręcz odrażające opisy np. upodobań kulinarnych bohaterów (chyba, że to zabieg koniecznie obrzydzający wszystkim jedzenie), nie wspomnę już o pewnych czynnościach fizjologicznych, które są tu zbyt dokładnie przedstawione. Poza tym Krajewski nader często używana czasownika chędożyć, tak jakby w polszczyźnie nie było innych zamienników. I kompozycja ramowa powieści, którą stanowi wywiad przeprowadzany w norweskiej telewizji, to trochę nietrafiony zabieg. Chyba, że autor chciał w ten sposób wyrazić uznanie dla wielbicieli skandynawskich kryminałów.

Podsumowując dla wielbicieli kryminałów dobra pozycja, dla umysłów matematycznych też, ciekawy był zabieg wplatający zagadkę matematyczną do kryminalnej, pierwsze 100 stron czyta się z zapartym tchem, potem ten zachwyt stopniowo maleje. Warto jednak przeczytać, choćby dla opisów topografii międzywojennego Lwowa. Tak czy owak myślę, że Marek Krajewski na tym nie poprzestanie, a o losach Edwarda Popielskiego jeszcze usłyszymy...