niedziela, 30 października 2011

"Łatwa kuchnia japońska" Emi Kazuko

Wydawnictwo: Muza
wydanie: sierpień 2011
liczba stron: 216 
wymiary: 200 x 200 mm
ISBN: 978-83-7495-988-9
      Parę lat temu nastąpił "boom" jeśli chodzi o fascynację Wschodem, szczególnie Japonię. Kultura, język, pismo, kuchnia - wszystko to stało się bardzo popularne. Teraz trochę fascynacja opadła, ale kto raz rozkochał się w Kraju Kwitnącej Wiśni - to pozostanie jej wierny do końca. Cechą, która odróżnia kuchnię japońską od innych, jest jej niezwykła prostota. Ceni tu się prawdziwy smak i wygląd produktów. Unika się aromatycznych ziół i przypraw, które mogą przyćmić smak składników. Japończycy w wielu aspektach swojego życia, od malarstwa począwszy, przez filozofię, religię po sztukę układania kwiatów, przykładają ogromną uwagę do detali. To samo charakteryzuje filozofię jedzenia - w zakresie przygotowania, jak i ich serwowania, bardzo ważne są szczegóły. Ta książka wprowadza nas we wszystkie tajniki kuchni japońskiej, czyli jest idealna dla laików (takich jak ja).
 
        W części pierwszej autorka prezentuje podstawowe wyposażenie kuchni (pałeczki, bambusowe maty, noże), podaje techniki i metody gotowania np. ryżu, krojenia filetów oraz opisuje podstawowe składniki i przyprawy: diakon, dashi, konbu, miso, nori, shiso, tofu, wasabi itp.
       Część druga pozwala poznać przepisy na przekąski i przystawki, zupy, sushi i sashimi, dania główne, sałatki i surówki, a także desery. Parę już sprawdziłam np. roladki sushi z łososiem lub szpinakiem, japońskie naleśniki na słodko i gruszki z imbirem. Nawet mi wyszło, więc nie taki diabeł straszny. 
       W trzeciej części mamy gotowe menu na różne okazje, czyli jak to wszystko ze sobą zestawić. Nakrycie stołu prosta zastawą i podanie pałeczek, hashi, już nada odpowiedni charakter. Tu tu czysta przyjemność z gotowania oraz dzielenia się z gośćmi smakami japońskiej kuchni, a przede wszystkim do eksperymentowania we dwoje. 
Na pewno jest to kuchnia prosta, łatwa, ale też czasochłonna. Teraz wszystko zależy od punktu wiedzenia, o co komu chodzi. Jeśli ktoś się chce dużo i szybko się najeść, to z pewnością będzie zawiedziony. Natomiast jeśli sama przyjemność tkwi nie tyle w jedzeniu, ale i we wspólnym przygotowaniu, w poszukiwaniu nowych smaków, w przyrządzaniu po raz pierwszy wyszukanych potraw, w oryginalnym ich podaniu - to kuchnia japońska jest do tego idealna. A wiadomo, że i tak często "je się oczami".

czwartek, 27 października 2011

Sumienie nigdy nie zasypia... "Bezsenność" reż. Christopher Nolan

Żeby nie było, że tylko książki. Czasami jeszcze coś oglądam. Film z 2002 roku widziałam już wcześniej, ale wczoraj nie mogąc zasnąć, obejrzałam go jeszcze raz.  .

Rzecz się dzieje na Alasce, w okresie, gdy nie zachodzi tam słońce. Do niewielkiego miasteczka, położonego w środku lasów, przyjeżdża doświadczony policjant Will Dormer (Al Pacino). Ma pomóc miejscowej policji w schwytaniu brutalnego mordercy młodych dziewcząt. Towarzyszy mu stały współpracownik i od początku między policjantami wyczuwa się napięcie. Szybko to się wyjaśnia - przeciwko Domerowi prowadzone jest wewnętrzne śledztwo, a jego partner ma złożyć obciążające go zeznania. 

Po przybyciu na miejsce policjanci przygotowują, przy pomocy lokalnej policjantki Ellie (Hilary Swank), zasadzkę na domniemanego zabójcę. Akcja kończy się jednak fatalnie - Dormer strzela do uciekającej w gęstej mgle postaci, którą okazuje się jego partner. Świadkiem tego jest domniemany morderca-Walter (Robin Williams), który zaczyna z detektywem wyrafinowaną grę. 

W tym krystalicznie czystym powietrzu widać każdy czyn. Pojawia się tu też pewien motyw i powtarza się jak refren w piosence. Pojedyncza kropla krwi spada na biały materiał i rozszerza się. Wyjaśnia to się na koniec: jeden, nawet najdrobniejszy, fałszywy czyn może stać się początkiem katastrofy. Dormer walczy z bezsennością, jest jednak sprytny i wyrafinowany w swojej sztuce - zupełnie jak morderca, są do siebie niepokojąco podobni. 

I ta gra światła. To bezlitosne światło, przed, którym nie ma ucieczki. Słońce świeci tu przez 24 godziny, nigdy nie zachodzi, nie zasypia - tak jak sumienie. Podobał mi się Pacino w tej roli, chociaż nie jest taki młody i uroczy jak w "Ojcu chrzestnym" - jednak  tego typu mężczyźni nigdy nie tracą uroku. Podobała mi się ta dwuznaczność moralna. Wreszcie podobało mi się miejsce, świetnie przeniesione, jako metafora ludzkich słabości lub siły charakteru, walki z samym sobą, aby uśpić sumienie.    

Kiedy pierwszy raz oglądałam ten film, też nie mogłam zasnąć. Wczoraj okazał się lekarstwem na bezsenność, czyżby moje sumienie też zasnęło?  
   
 

"Spadkobierczyni z Barcelony " Sergio Vila-Sanjuan

Wydawnictwo: Muza
wydanie: wrzesień 2011
tłum. Aleksandra Wiktorowska
liczba stron: 288
format: 130 x 205 mm
oprawa: broszurowa
ISBN 978-83-7495-624-6


Barcelona - lata dwudzieste XX wieku. Z jednej strony miasto uwodzicielskie i ogarnięte namiętnościami. Dzięki urbanistycznym rozwiązaniom, katalońskie życie rozkwitało. Przemysł, w którym pobrzmiewało echo chwalebnej średniowiecznej przeszłości. Z drugiej jednak strony - miasto pełne było przemocy, zabarwione krwią. Ścierają się tu ze sobą anarchiści, ludzie prawicy i lewicy, wojsko i arystokracja. W żadnym innym mieście europejskim terroryzm anarchistów nie urósł tak bardzo w siłę, jak w Barcelonie. Jednak mimo terroru i strachu odbywają się przyjęcia, bale i spotkania towarzyskie. Miasto traciło swoich synów, a władze centralne czuły się bezsilne i nie potrafiły sobie poradzić z zalewającą falą przemocy.    

A żądania anarchistów rosły z dnia na dzień. Domagali się zniesienia obowiązujących praw, likwidacji gmin wyznaniowych, rozwiązania rządu, wojska i marynarki, konfiskaty kolei żelaznej i banków kredytowych, zatrzymania wszystkich, którzy rządzili Hiszpanią, zarówno cywilów, jaki i wojskowych oraz ich aresztowania, dopóki nie zostaną oczyszczeni z zarzutów albo straceni. Raz co raz dochodziło na ulicach do zabójstw polityków z obu stron. Odwet za odwet. Panowało prawo Hammurabiego.

O takiej właśnie Barcelonie pisze Vla-Sanjuan, to przejmująca kronika lat dwudziestych z umiejętnie wplecioną fabułą. Narratorem jest Pablo Vilar (dziadek autora), który kiedyś spisał swoje wspomnienia, ale ich nie opublikował. Po latach, autor zaktualizował trochę język, odwiedził liczne archiwa i wydał wspomnienia dziadka. Tak więc przenosimy się od burzliwej i namiętnej Barcelony lat dwudziestych.

Pablo - młody dziennikarz i adwokat, katolik i monarchista, wierzy w prawo. Mimo, że nie pochodzi z bogatej rodziny dzięki swojej pracy jest bywalcem barcelońskich salonów i obraca się w wysokich kręgach, mając za przyjaciół ludzi z arystokracji. Pewnego dnia poznaje tajemniczą Isabel. Była to piękna i bystra dziewczyna, interesowała się kulturą i polityką, lubiła jednak swoją niezależność i wiele spaw z jej życia pozostało tajemnicą. W wyniku śmierci rodziców staje się spadkobierczynią ogromnej fortuny. Isabel bardzo fascynuje Pabla. Również jako adwokat, broni w sądzie, za darmo, ludzi z nizin społecznych. Są to często historie bardzo smutne i tragiczne, z resztą ówcześni prokuratorzy szukali kozłów ofiarnych, aby tylko kogoś skazać i zrobić pokazowy proces, że w mieście jeszcze panuje prawo. Tymczasem świetność Barcelony zaczyna powoli blednąć, a w powietrzu czuć było nadchodzącą burzę.  

Podobały mi się szczególnie opisy miejsc: katedry, gmachu sądu, biblioteki. Urzekła mnie tu drewniana rzeźba Chrystusa z Lepanto i legendy z nią związane. Rzeźba przedstawia ukrzyżowanego Jezusa o zamkniętych oczach i bujnych włosach. Figura ta znajdowała się na okręcie, który wziął udział w bitwie morskiej pod Lepanto. Hiszpańska armada odniosła wtedy zwycięstwo. Od tego wydarzenia cudowna figura jest otaczana wielką czcią. Pięknie zostało to opisane. 

Jedynie czego mogę się przyczepić to okładki. Mogłaby być bardziej "barcelońska". Pojawiła się tu też za duża ilość bohaterów drugoplanowych, mieszały mi się te hiszpańskie nazwiska, ale ja nie mam pojęcia o języku hiszpańskim, to pewnie dlatego. Jednak z czystym sumieniem polecam książkę, klimat Barcelony rekompensuje niezbyt wciągającą akcję. A wydaje mi się, że autorowi chodziło raczej o sportretowanie Barcelony, miasta przeżywającego śmierć pewnej epoki i oczekującego czegoś nowego. Nie bez przyczyny Karol Dickens napisał: "Była to najlepsza i najgorsza z epok. Wiek rozumu i wiek szaleństwa. Czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy." 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza.

poniedziałek, 24 października 2011

"Śmierć pięknych saren" Ota Pavel

Tłumaczenie: Andrzej Czcibor-Piotrowski, Józef Waczków
Oprawa książki: twarda
Liczba stron książki: 192
Wymiary książki: 135 x 215 mm 

Literatura czeska była dotąd mi zupełnie nieznana. Wprawdzie kojarzyłam Bohumila Hrabala i Jaroslava Haška, ale nic nigdy nie czytam. Przyznaję, trochę wstyd. Ostatnia kolekcja "Gazety Wyborczej" uświadomiła mi jak wielką byłam ignorantką oraz ukazała mi "znajomość własnej niewiedzy".

Ota Pavel zaczął pisać "Śmierć pięknych saren", kiedy przebywał w szpitalu psychiatrycznym i był już zdiagnozowanym schizofrenikiem. Pisanie okazało się antidotum na beznadzieję, formą niezwykłej terapii oraz ucieczką przed myślami samobójczymi. To opowiadania oparte na autentycznych przeżyciach Pavla. Stanowią pewien cykl, połączony osobą narratora (samego Pavla), jego rodziny, a przede wszystkim łączy je postać ojca. Poprzez wspomnienia narrator odkrywa pustkę swojego dorosłego życia, a okres jego dzieciństwa staje się sensem istnienia.

Rodzina Poperów - matka Czeszka, ojciec Żyd i trzech synów. Pavel opisał swoją rodzinę, a szczególnie ojca, a raczej tatusia (bo inne określenie w książce nie pada). Tatuś to dość pechowy komiwojażer, nieporównany marzyciel i wizjoner. Sprzedaje odkurzacze, lep na muchy, jednak robi to wszystko z wielkim urokiem i zaangażowaniem, aby otrzymać rodzinę. Na miarę Don Kichota podejmował się kolejnych walk z wiatrakami, odnosił zwycięstwa i porażki. Niektóre były bardzo bolesne i kompromitujące go. Ale nawet po największych rozczarowaniach, nigdy nie tracił nadziei.To typ takiego człowieka, który wyrzucany drzwiami, wraca oknem. Dodatkowo ma jeszcze pasję - łowienie ryb. Zaraża nią swoich synów. Razem chodzą łowić ryby, potrafią godzinami spędzać nad stawem, czekać na połowy, popatrują wtedy sarny. Podziwiają ich piękne oczy. Tatuś twierdził, że zabić sarnę, to tak jak zabić człowieka. Wtedy jeszcze nie wiedział, że życie, kiedyś go do tego zmusi.

"Jestem Żydem i potrzebuję mięsa dla swoich wspaniałych chłopaków, i ty musisz mi je zdobyć! Łzy ciekły mu po policzkach, odwrócił się i ruszył ścieżką, która prowadziła na kępę. (...) Ale na początku dróżki jednak nie wytrzymał i obejrzał się. Oczy pasa spotkały się z oczami człowieka. Patrzyły na siebie długo, może cały wiek, światła gasły w nich i zapalały się, a co sobie  mówiły, nikt się nie dowie, bo obaj nie żyją, a nawet gdyby żyli, nikt by się i tak nie dowiedział, gdyż oni sami tego nie wiedzieli. Może przeklinały psie życie, może żydowskie, ale to wszystko - może... Holan wstał, przeciągnął się i ruszył leniwie jak zwyczajny pies przewoźnika za moim tatusiem, jakby zawsze do niego należał. Na ścieżce zmienił się w wilka." [str. 45]

Urzekający jest cały język tych opowiadań. Pozornie infantylny, gawędziarski, unosi czytelnika w rejony dzieciństwa narratora, tam gdzie rarytasem była pajda z masłem, posmarowana świeżutkim miodem, gdzie pachnie w piecu chleb, gdzie unosi się zapach macierzanki. I ta ujmująca cisza. Taka cisza, którą można nie tylko poczuć, ale i ją usłyszeć. Z drugiej strony ten język jest porażający - koszmar wojny, Holocaust, nadciągająca zagłada, która ogarnia rodzinę bohatera. Dwaj starsi bracia dostają się do obozu koncentracyjnego, a tatuś zostaje skazany na przymusowe roboty. Ota zostaje sam z matką. A łowienie ryb dla narratora było walką o przerwanie. 

Słyszymy tu ujmującą melodię.  Krystalicznie czyta woda w stawie, sarny pasące się u brzegu, światło odbite w łuskach karpi, okoni i szczupaków, lód pryskający spod siekiery przy wyrąbywaniu przerębla, opadające płatki wiśni na wiosnę. Słyszycie ten spokój, tę ciszę... A gdzieś tam w świecie - huk bomb, krzyk ludzi, odgłosy nadlatujących bombowców z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Wspomnienia z dzieciństwa, bajkowe miejsca osnute mgłą, aby odgrodziła całe zło świata. Taki uśmiech przez łzy.  


Ota Pavel pracował w różnych miejsca, aż w końcu trafiła mu się posada dziennikarza sportowego w radiu. I tak, w wieku 34 lat, w 1964 roku trafił na zimowe igrzyska w Innsbrucku. Tam, najpierw usłyszał głosy niemieckich sportowców, które przypomniały mu o przeżytej wojnie (skrywana trauma z dzieciństwa). Potem zobaczył diabła i zaczął podpalać budynki. Diagnoza lekarzy była jednoznaczna psychoza maniakalno-depresyjna.Tak trafił do szpitala psychiatrycznego, a tam powstały opowiadania, które stały się lekarstwem.

Mariusz Szczygieł, nasz czechofil, tak napisał o tej książce: "Spotkałem kiedyś młodego człowieka (23 lata), który nie przeczytał nigdy żadnej książki. A nagle zapragnął. Spytał, co mogę mu polecić na pierwszy raz, żeby nie zraził się do czytania. Bez zastanowienia odparłem: "Śmierć pięknych saren". To książka, którą od lat kupuję w ilościach hurtowych i rozdaję znajomym. Bo to najbardziej antydepresyjna książka świata."

Rzeczywiście - urzekająca, wzruszająca, wspaniała! 


Przekonałam się do literatury czeskiej i bardzo się cieszę, że wyszła taka seria. Nadrobię teraz zaległości. Przegapiłam tylko pierwszy tom. Może ktoś ma "na zbyciu" i chce go sprzedać, oddać lub zamienić?  
 

środa, 19 października 2011

"Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczpospolitej" Piotr Jaźwiński

Instytut Wydawniczy Erica
wrzesień 2011
370
13x21 cm
978-83-62329-33-5 


Uwielbiam HISTORIĘ! Niestety w naszych szkołach brakuje historyków z pasją, dlatego większość uczniów do niej się zniechęca i uważa ja za nudną, trudną i przede wszystkim – niepotrzebną. Poza tym najnowsza historia jest omawiana po tak zwanych "łepkach". Zwykle brakuje na nią czasu, bo egzaminy, matura. A szkoda, bo znajomość historii jest jak najbardziej pożądana i powinna zajmować młodego człowieka.  

 Piotr Jaźwiński to najbardziej człowiek z pasją. Przystępnym i lekkim językiem opowiada o dwudziestoleciu międzywojennym. Potrafi wciągnąć i przyciągnąć czytelnika nawet takiego, który nie przepada z historią, ponieważ pojawiają się tu nie tylko fakty historyczne, ale też mnóstwo zabawnych anegdot. Dowiedujemy się, jak wyglądała organizacja, uzbrojenie i tradycje kawalerii, jakie sporty uprawiała i jak bawiła się ówczesna kawaleria. 

Kawaleria II Rzeczpospolitej dzieliła się na: 3 pułki szwoleżerów, 27 pułków ułanów i 10 pułków strzelców konnych. Największym prestiżem cieszyły się pułki szwoleżerów, 

Obowiązkiem oficera było znać najważniejsze pozycje literatury polskiej, zwłaszcza te  doby romantyzmu, a także dbanie o czystość języka ojczystego. Na tradycję kawalerii składało przede wszystkim przywiązanie do jednostki, tu do pułku. Każdy pułk miał swój statut, patrona, święto, barwy, odznaki, regulamin, żurawiejkę, czyli przyśpiewkę kawaleryjską. Żurawiejki to najczęściej rymowane dwuwiersze z refrenem, w których starano się uchwycić charakterystykę poszczególnych pułków. Posługiwano się tu dużą dozą złośliwości, często używano niecenzurowanych słów, dlatego cześć z nich nie była śpiewana oficjalnie, a uświetniała, na przykład, wieczory kawalerskie. Najsłynniejsza żurawiejkę miał 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich, owi kawalerzyści "stacjonowali wtedy we Lwowie, ale ćwiczyli w okolicach miasta, gdzie gleby były błotniste zwłaszcza po deszczu. Dziewczęta wybiegały na drogę ciekawe ułanów, ażeby uchronić spódnice przed bryzgającym spod kopyt błotem, unosiły spódnice wysoko do góry. W każdym razie taka jest wersja oficjalna. A oto i sama żurawiejka:

Hej dziewczęta, w górę kiecki,
Jedzie ułan Jazłowiecki.
 
Hej dziewczęta chyżo z krzaków,
Jedzie szwadron Jazłowiaków.

Każda matka córkę chowa,
Przed ułanem z miasta Lwowa.  


Piotr Jaźwiński obala też pewne mity i prawdy obiegowe. Taka służba wymagała przede wszystkim wielu wyrzeczeń, siły charakteru oraz umiejętności bycia oficerem dżentelmenem. A mitów o kawalerzystach postało zbyt wiele. Na przykład o moim ulubieńcu Bolesławie Wieniawie-Długoszowskim, który rzekomo wjechał koniem po schodach na piętro do "Adrii". Powszechnej uwadze umknął fakt, że żaden koń nie zmieściłby się w drzwi owego lokalu. 

Jednak nikt chyba nie zaprzeczy, że kawalerzyści mieli mnóstwo okazji do tego, aby się bawić (rauty, bale, polowania, prestiżowe zawody, święta pułków). Lubili dobrze się zabawić, czarować kobiety i próbować różnego rodzaju trunków, nie tracąc przy tym oczywiście trzeźwości umysłu, bo każdy szanujący się kawalerzysta musiał trzymać "fason". Jednak wszystkie te szampańskie zabawy były niczym innym jak zasłoną, która miała skrywać troski dnia codziennego. Dzień bowiem mieli bardzo zapracowany. Wszyscy kawalerzyści doskonale zdawali sobie sprawę, że jest to służba zaszczytna i barwna, ale też bardzo trudna i wymagająca poświeceń.  

Kto ma ochotę dowiedzieć się więcej o szarmanckich mężczyznach, "malowanych dzieciach", za którym ciągnęły chmary kobiet. A zostać żoną kawalerzysty wcale nie było tak łatwo (tu również obwiązywał surowy regulamin). Kto chce się dowiedzieć jak szybko wyleczyć kaca, co robiono na służbie, a co po niej oraz wiele innych ciekawych informacji o życiu kawalerzystów- to ta pozycja będzie idealna, nie tylko dla pasjonatów historii. "Kawalerzyści - szwoleżerowie, ułani i strzelcy konni nie tylko na polach bitew dowiedli swojej wartości, lecz także w trudnych czasach powojennych, w przytłaczającej większości potrafili postępować i zachowywać się godnie. I to jest największa zasługa oficerów II Rzeczpospolitej, o czym warto pamiętać nie tylko teraz i od święta, ale zawsze." I chwała im za to!  






 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości  Wydawnictwa Erica i portalu Sztukater.pl, za co bardzo dziękuję!

wtorek, 18 października 2011

"Nudzimisie i przyjaciele" Rafał Klimczak

Wydawnictwo: Skrzat
Rok wydania: 2011
 
ISBN: 978-83-7437-708-9 
Format: 165x240 mm 
Objętość: 144 str. 
Oprawa: twarda

Jest gdzieś, nie wiadomo gdzie, pewien świat, gdzie to wszystko dzieje się. Mieszkają tam w domkach zasadzonych z roślin sympatyczne stworki-Nudzimisie. O Nudzimisiowie, bo tak nazywa się ta kraina, wie niewielu. Aby poznać mieszkańców, trzeba mieć odpowiednio "mało" lat i bardzo się nuuuuudzić.  


Kiedy jakiś maluch woła: "Nudzi mi się", pojawia się, w krainie Nudzimsiów, na niebie chmurka. Wtedy jeden z nudzimisiów zostaje przez nią wciągnięty i zjawia się przy dziecku, żeby się z nim pobawić. Kiedy dzieci przestają się nudzić, nudzimisie wracają do swojej krainy.
Szymek - dość rezolutny przedszkolak - miał przyjemność poznać owych mieszkańców. Nudzimisie - Gusia i Hubek przybywali wtedy, aby umilać Szymkowi czas. Pewnego jednak dnia opowiedział on o swoich przyjaciołach w przedszkolu. W krainie Nudzimisiów na niebie pojawiło się mnóstwo chmur i rozpętała się burza. Prawie wszystkie nudzimisie zostały wezwanie na misję. Odnudzanie przedszkolaków, to najważniejsze zadanie dla każdego nudzimisia. 
 
Ponadto mieszkańcy Nudzimisiowa mają mnóstwo innych zajęć w swojej krainie. Gusia, Hubek i Mutek wyruszają na wyprawę, by ratować źródełka lemoniadowe i muszą rozprawić się z groźnym Łaskotem.

Książka rozbudza wyobraźnie dzieci. Świat stworzony przez Rafała Klimczaka jest pełen magii, nie ma tam przemocy, nie leje się krew, bohaterowie żyją w zgodzie. Ja autorowi gratuluję przede wszystkim pomysłu na tytułu i nazwę krainy. Poza tym autor dotyka ważnych dziecięcych problemów: przechwalania się, przezywania, zdobywania gwiazdek za dobre zachowanie, panowania nad własnymi emocjami, czyli wszystkiego tego, czym zaprzątnięte są umysły przedszkolaków.   

Życie w Nudzimisiowie wróciło jednak do normy, nie było już tylu chmur, tylko sporadycznie pojawiające się obłoczki. Dzieci nie wzywały już nidzimisiów, bo były pewne, że spotkanie z nimi  było snem lub przewidzeniem. Bo przecież prawdziwie nudzimisie przychodzą do tylko do tych dzieci, którym nudzi się naprawdę, a nie do tylko, którym nic się nie chce ;)

Warto przenieść się na godzinkę do bajkowej rzeczywistości i przyjemnie spędzić czas. Mam tylko jedno zastrzeżenie, powiedzmy leksykalne. Za często pojawia się tam słowo 'fajnie'. "Fajnie będzie móc...", "fajnie było...". Dzieci potem nie znają już innego określenia, wszystko dla nich jest 'fajne'. Mimo to polecam. Ja jestem teraz na etapie uzupełniania dziecięcego regału, więc z czekam na kolejne przygody nudzimisiów.  


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat i portalu Sztukater.pl, za co bardzo dziękuję!

niedziela, 16 października 2011

Top 10: najlepsze ekranizacje


Pokuszę się o jeszcze jeden ranking.
W tym tygodniu u Klaudyny TOP najlepsze ekranizacje. Temat bardzo szeroki i bogaty, trudno wybrać "złotą dziesiątkę". Ale są pewne filmy, które nierozerwalnie kojarzą się z daną powieścią, a czytając książkę mamy przed oczami aktorów. I to lista takich właśnie ekranizacji.


  "Śniadanie u Tiffany'ego"
 Sukienka, biżuteria, kapelusz, "Moonriver", cała ścieżka dźwiękowa, no i oczywiście Audrey. 
Książka Trumana Capote dość przeciętna, ale ekranizacja kultowa. 

"Noce i dnie"
Chodzi o serial, bo film nie jest tak wierny powieści. A motyw przewodni filmu, piosenka „Od nocy do nocy” ze słowami Agnieszki Osieckiej - przepiękna.


Nim kłos,
nim las,
nim noc dojrzeje,
masz jeszcze czas,
by pokochać mnie.
Bo jak to jest,
jak to tak,
że więdnie bez, cichnie ptak,
zegary tak śpieszą się,
biegną dnie i noce. 
 
"Przeminęło z wiatrem"
Po oskarowym filmie powstał serial, ukazujący dalsze losy, gdzie rolę Scarlett  i Rhette'a grali inni aktorzy. Ale nie było to już to samo. Tylko   Vivien Leigh kojarzy mi się z powieścią, nikt inny. 



 "Potop"
Wiem, że jestem nudna z tym "Potopem", ale książka uwiodła mnie przede wszystkim przez ekranizację. Genialnie zagrane role, wszytko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a wiadomo jakie były czasy, możliwości i środki finansowe.


"Ojciec chrzestny"
Kreacje postaci, muzyka (jedna z moich ulubionych ścieżek) i wierne oddanie klimatu, ale nade wszystko - Michael (Al Pacino) - BOSKI!   

"Jane Eyre"
 
Sporo ekranizacji doczekała się ta powieść. Najwierniejsza ekranizacja to wersja BBC z 1983 roku, w roli Rochestera - Timothy Daltona. Timothy jest cudowny pod każdym względem. Ironiczny, dumny, sarkastyczny, napuszony i wciąż zły,  a przy tym bardzo humorzasty. 


"Kariera Nikodema Dyzmy" - serial
Wyraziście zarysowane postacie, przejrzysta i logiczna dramaturgia, klarowność wszystkich wątków. Oczywiście tylko Roman Wilhelm jako tytułowy bohater. 

 "Amadeusz"
Wygląd Mozarta pokazany w filmie jest niemal doskonały. Był on niedużym mężczyzną o "nalanej twarzy",  na pierwszy rzut oka bardzo niepozornym. Niezapomniany śmiech Mozarta ukazany w filmie był podobno jedną z charakterystycznych cech prawdziwego Wolfganga.

  "Opowieść wigilijna"
Z 2009 roku Roberta Zemeckisa. Połączenie animacji i filmu fabularnego, świetnie zdobiona, dopieszczona w każdym szczególe. Oszałamiająca jest sekwencja lotu kamery ponad dachami i kominami XIX-wiecznego Londynu. I przygarbiony Jim Caarey - fantastyczny. Najlepiej oglądać w okresie świąt.   

 "Wojna i pokój"
Obejrzałam niedawno i zauroczył mnie ten film, chyba wszystkim. Epoka napoleońska, hulanki oficerskie i pojedynki. Poza tym kostiumy i znakomita gra aktorska. I przyznam szczerze, że książki nie czytałam (dopiero mam zamiar), ale tak właśnie wyrażam sobie tę epokę. A w tle  przepiękna historia miłosna Nataszy Rostowej [Audrey Hepburn].