wtorek, 29 listopada 2011

Stuknęła mi trzydziestka ;)


Wprawdzie nie ta związana z wiekiem, ta była parę miesięcy temu ;)
Chodzi o liczbę odsłon, która dziś przekroczyła 30 000. Cieszy mnie to bardzo i raduje się przy tym moje serce. Na początku grudnia ubiegłego roku założyłam ten blog i szczerze - nie sądziłam, że on 'przetrwa.' Z racji tergo, że rok 2011 zaczął się dla mnie dość niefortunnie i depresyjne, "Gorąca czekolada z cynamonem" stała się dla mnie pewnym lekarstwem i ucieczką przez złowrogimi myślami zaprzątającymi moją głowę. Taka forma przelewania słów stała się dla mnie zbawieniem, bo choć jest to blog głównie o mojej pasji czytelniczej, książkach, czasami o malarstwie - to jednak między wersami wplatam dygresje, przelewam prywatę...  

Dziękuję Wszystkim, którzy mnie tu odwiedzają, zostawiają komentarze, czytają - to wszystko jest naprawdę bardzo budujące. DZIĘKUJĘ!


A piosenka - z dedykacją - w sensie dosłownym i przenośnym, takim "między wersami" ;)

"Oto mój głos powiedzieć chcę,
że mimo wielu burz ja, będę wciąż,
  będę obok gdzieś, oto mój głos
wysłuchaj mnie, bo mimo leku który w Nas,
  będę wciąż, będę obok stać.."

niedziela, 27 listopada 2011

"Satynowy magik" Waldemar Łysiak

Wydanie: Nobilis
Wydanie: listopad 2011
wymiary: 150 x 210 mm
oprawa: twarda
liczba stron:  328
ISBN: 83-60297-52-5


Jest! Doczekałam się - najnowsza powieść Waldemara Łysiaka wpadła w moje łapki.

"Był wysoki, szczupły, luzacko–elegancko ubrany i przystojny jak filmowy żigolak, lecz bez tej kelnerskiej gładkości płatnych hotelowych jeburków lub kulturystycznej tępoty plażowych ratowników, która czyni z nich pudle buduarowe bądź lwy kurortowe dla prezesek i emerytek. Fala kruczoczarnej fryzury opadała ku wielkiemu byronowskiemu kołnierzowi, co rozlewał się na ramiona niby śnieżne epolety poetów. Tylko w mundurze oficera marynarki wyglądałby jeszcze atrakcyjniej. Babcie pradawnego sortu mówiły o takich: „Chłopak jak malowanie!”, lub: „Chłopak jak z obrazka!” - to tytułowy bohater. Nie jest on jednak narratorem w  powieści. Jest nim natomiast młody Polak z Galicji - Mateusz, który dzięki ofiarności stryja zaczyna studia na wydziale Historii Sztuki na nieistniejącym uniwersytecie w Germanshaven. Tam właśnie spotyka Satina. Różni ich wszystko: pochodzenie, upodobania, temperament, religia, poglądy, jednak różnice ich charakterów wzajemnie się przyciągają. 

Satin to niezwykle czarujący młodzieniec, zna się na wszystkim i też zna każdego, wykazuje się świetną erudycją i ma upodobania do magicznych sztuczek. Jest w końcu Szatanem, z czego czytelnik zdaje sobie sprawę od samego początku, ale nie  Mateusz (Matt).

Mateusz początkowo oczarowany i zafascynowany nowym znajomym, w krótkim czasie, uzależnia się od niego. Życie studenckie płynie im praktycznie na samych rozrywkach. Cały czas przesiadują w knajpie "Pod wesołym trampem" popijając alkohole, grając w karty,  przy tym korzystając z rozkoszy cielesnych, bo kobiety do nich lgną. Z tymże, że co do tych kobiet -  to mają odmienne upodobania i oczekiwania. Na wykłady chodzą po to, aby Satin pod maską sympatyczności i erudycji upokarzał kolejnych wykładowców. Mateusz za późno orientuje się w prawdziwych intencjach Satina i staje się jego zdobyczą. W odpowiednim momencie Satin uderza w najczulszy punkt Mateusza, w jego największe marzenie, a on traci subtelność umysłu i godność. Satin triumfuje. 

Tyle o bohaterach. Teraz nieco o fabule, z tymże fabuła (akcja) tu nie istnieje, chociaż zakończenie jest zaskakujące, żeby nie powiedzieć - krwawe. Trudno ją nawet określić mianem powieści.To swoisty galimatias, zbiór esejów, aforyzmów, anegdot, kopalnia erudycyjnych ciekawostek i co podobało mi się najbardziej - malarskich wtrętów i odwołań. Czyta to się wyśmienicie, wszystkie te dygresje pieszczą zmysły, zaciekawiają. 

Ale uwaga! Dla czytelników nieznających twórczości Łysiaka będzie to niesamowita gratka dla zmysłów, urzeknie tu interdyscyplinarność pewnych kwestii. Jednak - stali czytelnicy Łysiaka mogą być delikatnie zawiedzeni, tudzież rozczarowani. Powiewu świeżości tu ma, powtarzające się analogie, cytaty, cynizm, wtręty malarskie "wklejone" z "Malarstwa białego człowieka" i te szowinistyczne dygresje. Jednak opinie o kobietach trzeba czytać z pewnym dystansem i przymrożeniem oka, bo inaczej większość kobiet może rzucić książką w kąt.

Summa summarum na pewno jest to pozycja warta uwagi, biorąc pod uwagę choćby jej przesłanie: "Dzieci nie będą buntować się przeciw autorytetowi rodziców, lecz przeciw rodzicom bez autorytetu". Taki cytat wielu dorosłych winno wypisać sobie nad łóżkiem. Ja, z racji tego, że nie przeczytałam wszystkich książek Waldemara Łysiaka - była to dla mnie świetna lektura. Jednakże pozwolę sobie jeszcze na dygresję malarską. Wszyscy wielcy pisarze i malarze swoje 'capolavoro', czyli dzieła życia -  tworzyli jako sędziwi starcy (Tołstoj, Hugo, Freud, Goethe, a z malarzy Goya, Hals, Picasso, Tycjan - który malował zbliżając się do dziewięćdziesiątki). Panu Łysikowi jeszcze do sędziwego wieku trochę brakuje, więc ja czekam na 'capolavoro' Waldemara Łysika, per excellence.

A na dowód posłużę się cytatem z "Malarstwa białego człowieka" (tom IV)
"Starość geniusza jest - jak każda starość - rzeczą z  biologicznego punktu wiedzenia przygnębiającą, lecz z artystycznego może być wyzwalającą, wspaniale ożywczą. (...) Wraca prostota, naturalność i nieskrępowanie dziecka. Dziecięcy temperament i dziecięcy wzrok. Nikną hamulce, można się bawić. Jest tylko jedna różnica między takim staruchem a prawdziwym smarkaczem - staruch posiadł już ocean wiedzy. Nosi go cały w sobie. Dlatego kiedy się bawi - robi to po mistrzowsku, produkując arcydzieła".

piątek, 25 listopada 2011

"Niech zawiruje świat" Colum McCann

Wydawnictwo: Muza
wydanie: październik 2011
tłum. Hanna Pawlikowska-Gannon  
ISBN 978-83-7495-977-3
format: 145 x 205 mm
oprawa: broszurowa


Philippe Petit - człowiek na linie - ten Francuz 7 sierpnia 1974 przeszedł między wieżami World Trade Center. Colum McCann wykorzystał to wydarzenie i swobodnie go zinterpretował. Jak sam pisze starałem się dochować wierności charakterowi chwili i otoczenia”. Cała ta chwila była magiczna, a oczekiwanie na kolejny krok zapierał dech w piersiach. Wszyscy patrzyli, jak uniósł jedną stopę, w ciemnym pantoflu, niczym człowiek wchodzący do ciepłej szarej wody. Gapie wstrzymali oddech. Nagle wydawało im się, że powietrze jest wspólną własnością. Mężczyzna na górze był słowem, które zdawali się znać, choć nigdy dotychczas go nie słyszeli”.

To wszystko działo się w Nowym Jorku. My jednak najpierw przenosimy się Dublina, gdzie poznajemy dwóch braci. Chociaż dzielą ich tylko dwa lata różnicy, to są zupełnie różni. Corrigan, zawsze z mnóstwem książek pod pachą, od dzieciństwa miał zapędy altruistyczne. Potrafił oddać koc, na którym spał jakiemuś przypadkowemu bezdomnemu. Budził w ludziach iskrę życia i miał w sobie coś, co kazało czuć do niego sympatię. Nie miał problemu z wybraniem drogi życiowej. Został księdzem. Natomiast Ciaran to człowiek raczej bez obranego celu, bez ambicji, cieszący się chwilą obecną i nie zastanawiający się co będzie jutro. Mimo tych różnic łączy braci silna więź.

Spotykają się po krótkiej rozłące w Nowym Jorku. Tam Ciaran próbuje zrozumieć sens życia brata, która składa się przede wszystkim z pasma niedopowiedzeń. Pyta o źródła nędzy tych, którymi opiekuje się Corrigan. Corrigan pragnął absolutnie wiarygodnego Boga, którego można by odnaleźć w brudzie codzienności. Z zimnej nieubłaganej prawdy – z brudu nowojorskiej dzielnicy, koszmaru wojny w Wietnamie, nędzy – czerpał pociechę, że życie jednak potrafi mieć drobne uroki. Pocieszał się faktem, że kiedy dokładnie wpatrzysz się w ciemność w prawdziwym świecie, możesz natknąć się na światło, niedoskonałe i słabe, ale jednak światło. Pragnął, żeby na świecie było lepiej i żywił taką nadzieję.

Dlatego Corrigan pomaga wielu na nowojorskim Bronxie, w dość nietypowy sposób. W życiu braci pojawiają się pewne osoby: bogata Claire Soderberg, pielęgniarka z Gwatemali, czarnoskóra Gloria, prostytutka Jazzlin, sędzia Solomon. Wszystkie te postacie niebawem połączą wspólne losy.

Tam, na górze mężczyzna kroczy po line, a pod nim toczą się inne życiowe wędrówki. Miasto żyje teraźniejszą codziennością. Dzieją się tu zdarzenia dziwne, zastanawiające, a wszyscy są w jednym wielkim pędzie. Czy zatrzymają się na chwilę, aby spojrzeć w górę na śmiałka, czy raczej spojrzą w dół, na dno społeczne mieszkańców. A może raczej nigdzie nie spojrzą...

To jedna z tych książek, o której nie zapomina się następnego dnia. Biografie kilku ludzi, które budzą niepokój, zastanawiają, intrygują, wprawiają w nastrój melancholii.
Maleńki skrawek historii. Zderzenie różnych opowieści. Czekamy na eksplozję, ale nie dochodzi do niej. Samolot odlatuje, linoskoczek dociera do końca liny. Nic się nie rozpada”.


  Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza