niedziela, 30 grudnia 2012

„Pożegnanie jesieni” Stanisław I. Witkiewicz

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
wydanie: styczeń 2010
format: 25mm x 195mm
okładka: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 456


Trochę się spóźniłam z recenzją i z czytaniem tej książki. Spóźniłam, gdyż chciałam ją zamieścić, sugerują się tytułem, na koniec kalendarzowej jesieni. Jednakże akurat pora roku nie ma tu nic wspólnego z tytułem ani z treścią. Jaka jest więc jesieni Witkiewicza? Chociaż bardziej trafne byłoby tu pytanie - czym jest? I myślę, że dzisiejsza data, czyli przeddzień końca roku, lepiej pasuje tu, aby opisać wrażenia po lekturze.

Fabułę można streścić w paru zdaniach. Atanazy Bazakbal - dość atrakcyjny 28-latek, aplikant adwokacki, zakochał się po raz pierwszy w Zosi. Nieznajomość tego uczucia wyzwoliła w nim koncepcje „programowej” zdrady. Zdradza więc ukochaną z Helą Bertz - bardzo piękną dziewczyną żydowskiego pochodzenia. Po erotycznej porażce - on jednak pozostaje spełniony, a zdradę traktuje jako doznanie metafizyczne, twierdząc, że teraz będzie kochał bardziej - unosi się honorem i wyzywa innego potencjalnego rywal - Prepudrecha – na pojedynek. Zostaje w nim ranny, a Hela Bertz pęka z dumy, że to o nią się walczono. To w Zosi wywołuje uczucie zazdrości, ale przy chorym narzeczonym staje się prawdziwą kobietą. Następnie przenosimy się już do deformowanego świata, na drugą stronę lustra. Świat ten przypomina portrety pędzla Witkiewicza. Każda postać jest tu przedziwna, wynaturzona, przepuszczona przez maszynkę do mięsa, metafizyczną oczywiście. W tej machinie, gorącym kotle gotują się razem wszelkie zdziwaczenia, zaburzenia, chore fantazje i fascynacje. Pojedynki, podróże, romanse, a raczej gwałty mieszają tu się z libacjami narkotyczno-alkoholowymi. Jest jeszcze Łohoyski – hrabia, homoseksualista, kokainista. Propaguje on zbydlęcenie indywidualne, zakochany w Atanazym, któremu proponuje ciągle nowe inicjacje oraz Stary Bertz – ojciec Heli, „Książę Ciemności", prowadzi podejrzane interesy, chce prześliznąć się do partii socjalistówchłopomanów. Marzy o stanowisku ministra rolnictwa, podczas rewolucji niwelistycznej (tu nie chodzi o komunistyczną, a o stadium wszystkim rewolucji totalitarnych XX) zostaje przypadkowo rozstrzelany.

I tu dochodzimy do sedna - słowo rewolucja. Taki motyw przewodni w dziełach Witkacego. Dla bohaterów jest nieunikniona, przepowiadana i przeczuwana. Ma wszystkich bohaterów uwolnić od nudy, być kolejną rozrywką. „Rewolucja jako zabawa dla znudzonych, bezpłodnych odpadków ostatniej kategorii! (...) Życie przejdzie obok niektórych z nich - o ile litościwe nie rozgniecie ich mimochodem - i zostawi na wymarcie w nędzy moralnej, jakby na bezludnej wyspie osamotnienia, wśród mrowia tworzącej się nowej ludzkości. Stamtąd, jak z loży, mogą sobie patrzeć na koniec ich świata”. [str.218] Nie jest to bynajmniej powieść tylko o rewolucji. Motywów jest tu mnóstwo - powieść o niepełnionych artystach, o dojrzewaniu, w końcu i o dekadentyzmie. Postacie prezentują tu typową postawą charakterystyczną dla ludzi, żyjących u schyłku XIX wieku. Czują się ludźmi zbytecznymi, zgubionymi, poszukującymi ciągłych wrażeń, eksperymentów, ale mają także świadomość nadciągającej katastrofy.

Zagmatwany ten styl Witkacego. Ciężkostrawny. Akcja nie jest tu spójna, czasami przyspiesza, czasami zwalnia, ponieważ autor wplata w nią przeróżne dygresje filozoficzno-społeczne. Na przykład odwiedziny rannego Atanazego w szpitalu są pretekstem do ukazania rozmaitych postaw życiowych. Ponadto pełno tu archaizmów, zapożyczeń językowych, a nawet terminologii naukowej. Nie jest to również lektura dla tych, którzy nie mają choć cząstkowego pojęcia o filozofii. Kiedy jednak przebrnie się przez to wszystko, dostajemy Witkacego w całej swojej postaci. Kto inny pisał o takich wizjach kokainowych i jej skutkach, kto inny z taką upojoną przyjemnością rozpisywał się w lubieżnych orgiach, kto inny pisał w tak perwersyjny sposób. Ale największym plusem są tu kunsztowne, wyszukane dialogi bohaterów, cudne metafory, te zawiłe dygresje, idealnie zarysowane portery psychologiczne bohaterów i „przeżycia zdegenerowanych byłych ludzi na tle mechanizującego się życia  - jak sam pisał Witkacy.

Polecam, zanurzcie się w Witkacym, aby poszukać Tajemnicy Istnienia, poznać postacie, które szamotały się między sztuką a życiem, religią a metafizyką, erotyką, narkotykami i filozofowaniem. Summa summarum powieść warta przeczytania, dobra - tak jak i moja recenzja :) [chciałam zakończyć jak Witkacy] A jednak dobrze jest, wszystko jest dobrze. Co - może nie? Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to w mordę! [str. 453]



środa, 26 grudnia 2012

„Georgialiki. Książka pakosińsko-gruzińska” Katarzyna Pakosińska

Wydawnictwo: Pascal
data wydania: listopad 2012
oprawa: twarda
format: 140x208 mm
liczba stron: 352





Tam, gdzie góry dotykają nieba i schodzą do łagodnego jak baranek morza. Można tu podziwiać w miniaturze wszystkie krajobrazy kontynentu europejskiego: góry, morze, jeziora, pustynie. A w ciągu 48 godzin przeżyć wszystkie cztery pory roku. Maleńkie miejsce, które zajmuje 0,047% całej planety. Mowa o Gruzji. To właśnie w tym kraju autorka zakochała się jako młoda dziewczyna, a miłość ta i fascynacja przetrwała do dziś. Najpierw na antenie TVP2 w 2009 roku pojawił się serial dokumentarny „Tańcząca z Gruzją”, w którym pani Pakosińska - znana do tej pory ze sceny kabaretowej - opowiadała telewidzom o poszczególnych rejonach i kulturze tego nieznanego kraju. Drugim  „dzieckiem" autorki i jej wielkiej miłości jest owa książka. Obiecuję, że będzie ona i wesoła, i z łezką. Trochę sentymentalna, nieobliczalna i dzika, ale z wdziękiem i kulturą. Tak jak Gruzja”. [str.23] Dostajemy więc mieszankę wybuchową - trochę tu wspomnień - momentami bardzo intymnych, rozmyślań, ale przede wszystkim to opis regionów w Gruzji. Pojawiają się również anegdoty, fragmenty legend oraz rozmowy ze znanymi Gruzinami – dziennikarzami, reżyserami, pisarzami, którzy snują swoje refleksje na temat sytuacji społecznej, politycznej i gospodarczej. Inaczej mówiąc - książka, w której pani Pakosińska opisuje  i tłumaczy Gruzję. 

I tak jak kiedyś podobno Słowianki podbiły kaukaskich rycerzy swą urodą, tak autorka podbiła moje serce. Jej pasja, zaangażowanie, fascynacja przesiąka tu czytelnika. Plastyczny styl, spora dawka humoru, ale i refleksji, rozważań nad problemami politycznymi, z jakimi Gruzini muszą się borykać, z racji sąsiedztwa z Rosją. Razem z panią Pakosińską zasiadamy do supry - gruzińskiej uczty i przy bogato zastawionym stole, znosząc toasty - a te w Gruzji są wpisane w tradycję i są bardzo wyszukane - poznajemy mentalność Gruzinów. Uczestniczymy w niewiarygodnej szkole przetrwania – kąpiel w górskiej rzece, przedzieranie się konno przez przełęcze, picie herbatki z polnych ziół i deszczówki, podróże z dźygitami, lepienie chinkali - gdyż przepisów na regionalne gruzińskie potrawy też tu nie brakuje. Wypróbowałam nawet jeden - kawa z czosnkiem! - dość dziwne i odważne połączenie, ale smak wyborny. Polecam. Ponadto publikację uzupełniają liczne i bardzo piękne zdjęcia. Zabrakło mi tylko jednego - map! Skoro są opisywane regiony, poszczególne miasta, to aż się prosi, aby zamieścić jakąś mapkę, a tu nie ma żadnej. Ale to jedyny mankament książki, ponieważ całość wypadła wyśmienicie.

Pozazdrościłam autorce tej fascynacji i miłości! Pewne fragmenty czytałam z wypiekami na twarzy, przy innych świetnie się bawiłam, a przy innych nie mogłam wyjść z podziwu, jak również zdałam sobie sprawę z mojej niewiedzy, bo tak naprawdę o Gruzji, to nie wiedziałam nic. Spodobali mi się Gruzini, spodobały mi się regiony, spodobała mi się kultura i toasty. Jeden z nich przytoczę:

„W upalny letni dzień szedł drogą pewien mężczyzna. Żar lał się z nieba, więc postanowił się wykąpać w pobliskim strumieniu. Zdjął ubranie, położył na brzegu, kapelusz powiesił na krzaku i nago wskoczył do wody. Kiedy już się ochłodził, z przerażeniem spostrzegł, że jego ubranie zniknęło, a z całego odzienia pozostał mu tylko kapelusz. I właśnie w tej chwili na ścieżce za krzakiem pojawiała się piękna dziewczyna. Trzymając kapelusz oburącz, ledwo zdołał nim przykryć swą męskość, gdy dziewczyna zbliżyła się do niego i patrząc mu głęboko w oczy, słodko rzekła:
-Podaj mi prawą rękę. Chłopak podał.
-Podaj mi lewą rękę. Chłopak podał. 
A teraz wypijmy za tę siłę, która podtrzymała kapelusz!”[str.268]

Zatem wypijmy - do dna! Zapraszam do Gruzji!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pascal

niedziela, 23 grudnia 2012

„Jakaś światłość nad Betlejem się rozchodzi...”


Jest taka noc, na którą każdy czeka i za którą tęskni. Jest taki wieczór, gdy gasną spory, znika nienawiść…Wieczór, gdy łamiemy się opłatkiem, składamy życzenia. To noc wyjątkowa… Jedyna… Niepowtarzalna… Noc Bożego Narodzenia…

Z okazji zbliżających się świąt życzę Wszystkim czytelnikom, odwiedzającym mojego bloga tej wspaniałej, rodzinnej atmosfery. Magii, która powoduje, że wybaczamy sobie przykrości. Oby miłość gościła zawsze w Waszych sercach, wiara umacniała, a bliskość kochających osób była wsparciem i radością. I oczywista - wymarzonych prezentów - najlepiej tych książkowych!
  



Choinka u mnie w tym roku na tle jednego z regałów,  wprawdzie utrudnia trochę dostęp do niektórych książek, ale co tam. I szopka też już złożona :)





piątek, 21 grudnia 2012

„Wielka księga świętych” Odile Haumonte

wydawnictwo: Świat Książki
wydanie: listopad 2012
format: 13,5x21,5 cm
oprawa: twarda
liczba stron: 416



„Ale w czym tkwi siła Kościoła? Oczywiście siłą Kościoła na Wschodzie i na Zachodzie poprzez wszystkie epoki są i pozostaną zawsze święci, to znaczy ci, którzy uczynili prawdę Chrystusa swoją własną prawdą, którzy poszli tą drogą, którą jest On sam”. Tak mówił Jan Paweł II. 


Z kart księgi wyłania nam się plejada postaci. Są apostołowie - św. Piotr, św. Paweł, św. Andrzej, wybitni myśliciele - św. Tomasz z Akwinu, św. Augustyn, mistycy - św. Faustyna, św. Hildegarda, założyciele zakonów - św. Ignacy Loyola, dzieci - św. Dominik Savio, ewangeliści - św. Jana, św. Łukasz i tak na każdy dzień w roku. Biogramy tych świętych ułożone są chronologicznie, według kalendarza liturgicznego, czyli w każdym dniu jest wspomnienie innego świętego.  Ponadto leksykon świętych idealnie współgra z tegorocznym hasłem rorat -„Poszli w ciemno za Światłem”, gdzie na mszach w dni powszednie przybliżane są życiorysy wybranych świętych. Taka pozycja świetnie uzupełnia rodzinną biblioteczkę. Poza tym znajdziemy tu wiele ciekawostek, anegdot, cytatów oraz wyjaśnienie pochodzenie niektórych imion. Jedyny mankament, to brak fotografii, ale biorąc pod uwagę całość - pomysł, opracowanie i przystępność języka - to pozycja godna uwagi.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


* * *
Dziś krótko, bo chciałam się dołączyć do wczorajszego i dzisiejszego wątku, który pojawił się na blogach. Wszyscy zainteresowani pewnie wiedzą, że chodzi o dalsze istnienie Wydawnictwa Świat Książki. Mam nadzieję, że pomimo tych problemów, z którymi muszą borykać się teraz pracownicy, wszystko wróci do normy i znajdzie się jakiś nowy inwestor. Trzymam kciuki! A kto ma fb, niech lajkuje - Ratujmy razem!


niedziela, 16 grudnia 2012

„Pierwsze damy II Rzeczpospolitej” Kamil Janicki

Wydawnictwo: Znak
wydanie: 2012
seria: Prawdziwe historie
oprawa: twarda
format: 158x225
liczba stron: 300


Maria Wojciechowska, Michalina Mościcka, Maria Mościcka - czy ktoś z Was o nich słyszał? Nawet jeśli tak, są to strzępy informacji. Chyba, że ktoś jest historykiem i od razu skojarzy owe panie. Ogólnie mówiąc historia obeszła się z nimi dość okrutnie, bez skrupułów i zupełnie o nich zapomniała. "O Marii Wojciechowskiej nie pamiętają nawet encyklopedie, Michalina Mościcka to bohaterka sztywnych i zdawkowych biogramów, a Maria Mościcka - co najwyżej plotkarskich artykułów". [str. 15] Tak autor pisze we wstępie i jak twierdzi wszystkie te panie zasługują na coś więcej, zasługują na przywrócenie ich sylwetek do życia.

Na pierwszy ogień idzie pani Wojciechowska - żona Stanisława Wojciechowskiego -  drugiego prezydenta II RP.  Nie znała francuskiego, ledwo dukała po angielsku, a o jej pączkach rozpisywano się w paskudnych pisemkach. Do tego dochodziły wszystkie gafy dyplomatyczne,  jakie popełniała. Nie pociągały ją rauty, bale i wieczorki towarzyskie. Marię krępowało również występowanie przed tłumem i fotografami, nie lubiła pokazywać się publicznie. W sumie nic dziwnego - gdy została prezydentową, "nie była już młodą, zgrabną dziewczyną, ale mocno puszystą panią w średnim wieku". [str. 67] Jedynie czego pragnęła, to stworzyć mężowi dom, nawet kosztem radykalnego oderwania go od polityki. Z drugiej jednak strony -biorąc pod uwagę swoje młodzieńcze doświadczenia i aspiracje, działała przecież w konspiracji - marzyła o przelaniu (nawet w sensie dosłownym) krwi za ojczyznę.  Nie do końca się jej to udało, nie oderwała też Stanisława od polityki - zyskała natomiast coś znacznie cenniejszego. Miłość i oddanie do późnej starości. Doczekała nawet prawnuków, a mąż, chociaż zmarł o 6 lat wcześniej niż ona, do końca pozostał jej oddany i spełniał każdą jej prośbę.

Michalina Mościcka nie miała tyle szczęścia. Jej młodzieńcza fascynacja zdolnym chemikiem, który był zarazem jest starszym kuzynem - stała się dla niej przekleństwem. Tym chemikiem był Ignacy Mościcki – późniejszy prezydent.  Postanowił on wybrać sobie żonę, która nie zdoła mu odmówić. "Taką, która będzie go bezwarunkowo szanować i słuchać każdego jego słowa, niczym wersetów z Biblii. Młodszą, niezbyt urodziwą (żeby nie musiał z nikim konkurować) panienkę, z której uczyni dokładnie taką żonę, jaką sobie umyślił". [str.122] W pełni to się Mościckiemu udało, ukształtował sobie żonę na własny obraz i podobieństwo. Michalina dość późno zauważyła, że męża interesuje tylko i wyłącznie chemia. Gdy została prezydentową, w roku 1926, miała już odchowane dzieci, mogła więc próbować sprostać nowym zadaniom i tym samym odnaleźć się w nowej sytuacji. Trzeba przyznać, że ona pierwsza stworzyła podwaliny "urzędu" pierwszych dam. Z ogromnym zamachem rozwijała działalność społeczną. Dzięki spektakularnej akcji na rzecz pomocy ludziom po powodzi, która nawiedziła Polskę w roku 1927, zyskała uznanie. Nie udało się uniknąć i gaf. Z tą różnicą, że Michalina doskonale czułą się na salonach, czyli balach, przyjęciach i spotkaniach towarzyskich. Zachowywała się dostojnie, ale swobodnie. Potrafiła również dyskretnie tuszować skandale współpracowników prezydenta. Jednak ta ucieczka w pracoholizm okazała się dla niej zgubna. Michalina od dawna chorowała na serce i zmarła w roku 1932.

Ignacy Mościcki długo nie chował żałoby po żonie, nie dlatego, że nie chciał uszanować pamięci po niej, po postu nie chciał być sam. Jego preferencje, co do kobiet pozostały niezmienne. Wybrał również kobietę młodszą (tu dużo - bo aż o 29 lat), skrzywdzoną przez los, zdaną na łaskę losu i potrzebującą opieki. Miał nadzieję, że również "dostroi" ją do swoich potrzeb. Trochę się przeliczył. Maria nie zgodziła się od razu. Była przecież pierwszą sekretarką niedawno zmarłej prezydentowej, poza tym była rozwódką (mąż skompromitował ją licznymi zdradami), a na dodatek przerażała ją różnica wieku. Ona miała 37 lat, on 65. Po namyśle zgodziła się jednak, a Ignacy - mimo rad samego Piłsudskiego, który rzekomo powiedział "gdy się chcesz napić szklankę piwa, po co masz kupować cały browar" - nie chciał czekać ze ślubem. Nie trudno się domyślić, że takie wydarzenie wywołało nie mały skandal. Rozpisywały się o nim nie tylko europejskie gazety, ale nawet australijskie. A przez cały okres prezydentury Maria uważana była za chodzącą gafę i skandal. Tak dworowano sobie przez kolejne lata. Jej Wysokość Marysieńka czuła się świetnie na salonach i niespecjalnie przejmowała się tym, o czym mówią i piszą. Nie mniej jednak w chwilach kryzysu - wybuchu wojny i ucieczki z Polski - wiernie trwała przy mężu i wspierała go na wszelkie możliwe sposoby. Natomiast po jego śmierci starła się utrwalić pamięć o nim.

Wszystkie trzy wywoływały skandale, ale i budziły podziw, cicho stały u boku mężów, ale i miały wpływ na politykę. Stanęły przed bardzo trudnym zadaniem, jakie narzuciła im historia. Próbowały się odnaleźć w nowej rzeczywistości, sprostać oczekiwaniom, wymaganiom, musiały nauczyć się etykiety. Żadna z nich nie była przygotowana do tej roli, nie miały się przecież na kim wzorować, żadna z nich nie była również urodziwa,  a to utrudniało jak najbardziej zyskanie uznania i podziwu. Jednakowoż zapisały się w historii, a Kamil Janicki swoją książką "wskrzesił" je do życia.

POLECAM GORĄCO! Fascynująca lektura!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak 

środa, 12 grudnia 2012

"Teodora. Aktorka. Kurtyzana. Cesarzowa" Stella Duffy

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 2012
tłumaczenie: Paweł Jazłowiecki
oprawa: broszura szyta ze skrzydełkami
format: 150x225
liczba stron: 336





Podtytuł książki sugeruje pokrótce czego, a raczej kogo, będzie dotyczyła jego treść. Główną bohaterkę poznajemy w wieku 5 lat, kiedy to straciła ojca - tresera niedźwiedzi i zmuszona była pracować na swoje utrzymanie. Zaczyna od pracy tancerki i aktorki, ale po osiągnięciu 12 lat poszerza swoją profesję i przenosi się na tyły sceny, w bardziej kameralne warunki. Nie za bardzo ubolewa z tego powodu. Szybko uczy się pewnych sztuczek, aby poza dawaniem przyjemności mężczyznom, mieć też coś dla siebie. Ciało zawsze stanowiło dla Teodory narzędzie pracy, "obrabiała" ochoczo pół tuzina mężczyzn tygodniowo, po czym zgarniała ich pełne sakiewki. Jej błyskotliwość, intuicja i inteligencja sprawiły jednak, że Teodora zapragnęła czegoś więcej. Chciała bowiem podniesienia swojego statusu społecznego. Jednakowoż ówczesne prawo jej na to nie pozwalało - jeśli kobieta była aktorką, była też automatycznie kurtyzaną i nie miała prawa wyjść za mąż. To nie powstrzymało jej przed wyjazdem za mężczyzną, który mógł choć trochę podnieść jej pozycję w społeczeństwie. Mężczyzna nie okazuje się jednak tym "wybawcą". Teodora przeżywszy wielkie rozczarowanie, trafia na pustynię, gdzie przechodzi nawrócenie. Pewne zbiegi okoliczności sprowadzają ją z powtotem do Konstantynopola. A tam zacznie się już jej początek drogi na szczyt, by zostać żoną Justyniana I tudzież cesarzową Bizancjum.

Szczerze - to Teodora nie wzbudziła na początku mojej sympatii. Wulgarna, wyuzdana, pozbawiona empatii, myślała tyko o zaspokojeniu własnych potrzeb. Potrafiłą wywołać miłość oraz nienawiść i dzięki skrajnym emocjom osiągnęła sławę. Każdy chciał mieć dla siebie osławioną Teodorę. Z biegiem akcji Teodora zmienia się diametralnie, przechodzi wewnętrzną przemianę, by ostatecznie móc otulać się purpurą i zdobyć mężczyznę, który poza zadowalaniem jej w łóżku, był jej przyjacielem i partnerem. Ewaluuje, by być podporą cesarza ówczesnego świata.

Osobny wątek to tło historyczne – tu dość niestety słabo zarysowane. Zabrakło mi tutaj szerszego zobrazowania Konstantynopol z VI wieku. Miasto wtedy tętniło życiem, rozwijała się sztuka bizantyjska, a tu jest tylko obraz miasta, gdzie wszystko ma swoją cenę, a ulice przepełnione są erotyką. Kobiety i mężczyźni są zepsuci i chociaż szerzy się już chrześcijaństwo, nikt za bardzo przykazań nie respektuje, szczególnie szóstego.

Podsumowując – dla fascynatów starożytnego Rzymu i dziedzictwa jakie po sobie zostawił – powieść warta przeczytania, również dla tych Czytelników, którzy uwielbiają ciekawe portrety kobiet w literaturze. Ja czuję lekki niedosyt, może to przez ten wulgarny język, może przez brak sympatii dla bohaterki na początku powieści. Aczkolwiek na kontynuację losów Teodory czekam z niecierpliwością, gdyż jako cesarzowa, osoba już wpływowa i potężna, wydaje się bardziej intrygującą postacią, godną nie jednej biografii. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.,

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Blogerzy dla Korczaka :)


Miło jest wrócić z pracy, otworzyć skrzyknę e-mailową i przeczytać o wspaniałym wyróżnieniu. Chodzi o konkurs „Blogerzy dla Korczaka”. Celem konkursu było krzewienie pamięci o Januszu Korczaku. Tak naprawdę był to – jak pisze Organizatorka - jedynie pretekst i przykrywka, aby na blogach poświęcić choć jedną notatkę Staremu Doktorowi. To misja, aby pokazać, że polski Internet pamięta o Korczaku i przekazuje innym wiedzę na jego temat. To pragnienie, aby w przeglądarkach internetowych po wpisaniu frazy „Janusz Korczak” wyskakiwały rzetelne i ciekawe informacje. Myślę, że Danusi z bloga "Książki Zbójeckie” to  się udało. Chwała Jej za to!
Moja recenzja „Pamiętnika” [KLIK] została tam wyróżniona. Bardzo miło jest znaleźć się w tak zacnym gronie. O pozostałych wynikach można przeczytać tutaj [KLIK]

Ponadto powstał też specjalny blog ze zwycięskimi tekstami. 

KLIK
I dostałam banerek, jest już w prawym górnym rogu :) Prawda, że piękny? 

piątek, 7 grudnia 2012

Top 10: najlepsze ścieżki dźwiękowe

Skusił mnie znowu dzisiejszy ranking u Kreatywnej. Motywy dźwiekowe z niektórych filmów noszę głęboko w mym sercu i poza walorami artystycznymi darzę je ogromnym sentymentem. 10 to zdecydowanie za mało - ale poniższa lista - to moje najukochańsze! Każda z nich kojarzy mi się z pewnym okresem w moim życiu. Każda z nich zasługiwałaby na osobą notkę. Utworów z tych ścieżek słucham bardzo często i uwielbiam do nich powracać.


1. Pulp Fiction                                                                             2.  Urodzeni mordercy                                  









3. Braveheart                                                                                  4. Zakochany Szekspir 









5. Dirty  Dancing                                                                                         6. Uwierz w ducha 










7. Pocahontas                                                                                                   8. Król Lew                                                                                                                                                                    





                                                           
                                                                        



9. Miasto Aniołów                                                                                     10. Ojciec chrzestny


                                                

czwartek, 6 grudnia 2012

Dwa latka



Dwa latka minęły. Minęły wprawdzie wczoraj, ale dopiero dziś mam czas, by coś napisać.
Czy coś zmieniło się w moim życiu w przeciągu tych dwóch lat? I tak, i nie.
Biorąc pod uwagę moją pasję - to zmiana zaszła ogromna. W ciągu tych dwóch lat przeczytałam więcej książek niż w całym swoim życiu. Wprawdzie miałam też taki 'boom' czytelniczy w liceum, ale nigdy nie liczyłam przeczytanych książek, a czytałam raczej wszystko z kanonu lektur. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że nadrabiam zaległości, siegając po zaległą klasykę albo systemowo czytam pewnych auorów, czyli jak jakiś pisarz mnie zachwyci, to staram się poznać resztę jego twórczości. Preferencje czytelnicze moje się jednak nie zmieniły. Lubię publicystkę, biografie, dzienniki, powieści historyczne, felietony, eseje o malarstwie. Nie przepadam za kryminałami, horrorami i literaturą kobiecą. Mam swoje ulubione gatunki i swoich ulubionych autorów, którzy podbili moje serce. Nie ma na tym piedestale jednak kobiet. Jestem dumna z niektórych moich tekstów, bo przyznając nieskromnie pewne recenzje mi wyszły, inne nie do końca, czasami nie miałam siły, by pisać, a czułam się do tego zobligowana.

Oprócz tego - moja biblioteczka, moje regały znacznie się powiększyły (w dużej mierze to zasługa współpracy z wydawnictwami). Staję się jednak coraz bardziej wybredna. Cenię sobie kilka wydawnictw i nie zamierzam zrywać z nimi współpracy, jednakowoż wybieram tylko te nowości, które mnie naprawdę interesują.

I tak, jak przyczyny powstania bloga były dość spontaniczne, tak z biegiem czasu moje miejsce w sieci stało się ucieczką od codzienności. Chciałam zawołać tu w moim języku, ale nie koniecznie chciałam zostać zrozumiana. Wszelako znalazły się osoby, które w moich  recenzjach zauważyły coś więcej niż tylko wrażenia po przeczytaniu danych książek. Tak naprawdę niektóre pozycje wybieram stosownie do okoliczności lub mojego nastroju i samopoczucia. W tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim odwiedzającym mój blog, szczególnie tym zostawiającym komentarze, świadczące o tym, że ktoś przeczytał moje wywody. Odwiedzam i obserwuję również wiele blogów książkowych, ale rzadko - z czego zdaję sobie sprawę - dodaję komentarze, za co przepraszam. Tym bardziej jestem wdzięczna, za pozostawienie u mnie śladu. Postanowiłam jednak w najbliższym czasie zwolnić trochę tempo. Książki to nie wszystko. Wprawdzie można znaleźć w nich wspaniałe, wzruszające, poruszające lub przerażające historie, ale nie zastąpią one nam wrażeń i emocji, jakie funduje nam życie.
Tyle refleksji. Pasja moja się nie zmienia - kocham i będę kochać książki zawsze, czytanie i pisanie również sprawia mi ogromną przyjemność i daje satysfakcję, zmienia się jedynie moje podejście.


Na koniec piosenka, z dedykacją :), dla kogoś kto nie dostrzegł czegoś, co powinien...




poniedziałek, 3 grudnia 2012

"A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu" Alan Riding

Wydawnictwo: Świat Książki
tłumaczenie: Piotr Tarczyński
seria: Sfery
data wydania: listopad 2012
oprawa: twarda
liczba stron: 448






W latach międzywojennych, kiedy to Europie liczono straty i zabliźniały się rany po I wojnie światowej oraz rodziły się nowe ideologie, w których ograniczano wolność artystyczną i intelektualną - Paryż wciąż lśnił jako ikona kultury. Był ulubionym miejscem elit: arystokracji i milionerów kupujących dzieła sztuki, chadzających na wyścigi konne w Lasku Bulońskim, na pokazy mody Coco Chanel czy do opery. Z całej Europy i obu Ameryk przybywali tu malarze, pisarze, muzycy i tancerze. Szukali najczęściej seksualnej wolności, uciekając przed dyktaturami, ale przede wszystkim z nadzieją na zdobycie inspiracji i sławy. Paryż dzięki Akademii Francuskiej oferował oświecenie i podniosłość, jak i rozrywki na Moulin Rouge.

Trudno się dziwić, że kiedy niemiecka armia wkroczyła 14 czerwca 1940 roku do Paryża, to nie napotkała oporu. Patrząc na wcześniejsze życie społeczne i kulturalne to szokiem może być zupełny brak zainteresowania wielkimi zbrojeniami i rosnącymi ambicjami terytorialnymi  Niemiec. Jeszcze w lecie 1939 roku urządzano wystawne bale maskowe i kostiumowe, kluby noce oferowały obfity repertuar, teatry i kina były pełne, wydawano nowe książki. W jednej tylko sferze Francuzi byli przewidywalni. Rok wcześniej, czyli we wrześniu 1938, kiedy to Niemcy zajęły Sudety, „Monę Lisę” i inne dzieła tymczasowo wysłano do zamku Chambord w dolinie Loary. Gdy wypowiedziano wojnę, 3691 obrazów zdjęto ze ścian i ewakuowano.

Po klęsce w 1940 roku, rząd Vichy chciał udowodnić, że Francja – choć pokonana militarnie – nie została zwyciężona na polu kultury. A ta sfera była jedyną, z której Francuzi mogli być dumni. Niemcy też myśleli podobnie, priorytetem dla nich było wzbudzenie poczucia, że wszystko wraca do normy. Wkrótce więc otwarto teaty i opery, muzea i wystawy, kabarety i burdele, a restauracje oferowały menu po niemiecku. Po latach pewna ówczesna francuska aktorka wspomina ze wstydem: „Byłyśmy zupełnie beztroskie (…). Robiłyśmy sobie pedicure, cały czas chodziłyśmy do salonów piękności. Byłyśmy bardzo młodymi, bardzo pięknymi i popularnymi gwiazdami, nic nas nie obchodziło, co dzieje się na północy”. [str.73] Nie wszystkim było jednak tak wstyd, nawet po latach. Część elity francuskiej uznała, że najlepszajest kolaboracja. I nie miała specjalnych dylematów moralnych z tym związanych. Siedzieli sobie więc spokojnie akceptując okupacyjną rzeczywistość. Nie przeszkadzało im to, że Paryż został obwieszony swastykami, a na Polach Elizejskich defilowali codziennie niemieccy żołnierze. A tym, co nie chcieli się pogodzić z okupacją z pomocą przyszli Amerykanie. Przeprowadzili imponującą akcję przedostania elit francuskich za Ocean.

Tak naprawdę to tylko namiastka ciekawostek, ale też niesamowita przejażdżka po wszystkim, co ważne we francuskiej kulturze pierwszej połowy XX wieku. Pojawiają się wielkie nazwiska: Camus,  Gide, Malraux, , Mauriac, Matisse i tak dalej). Alan Riding nikogo tu jednak nie ocenia, pozostawia to czytelnikowi i historii. Co zresztą historia i tak już zrobiła. Piękna to była intelektualna uczta. Czytałam to z wielką przyjemnością. W ogóle seria „Sfery” udała się Wydawnictwu „Świat książki”. To lektura dla trochę ambitniejszych czytelników. A wracając jeszcze do Francuzów i ich rozliczania się. Tak naprawdę bardzo trudno ich i ocenić, czy robili dobrze czy źle. Każdy naród patrzy na to przez własne priorytety i wartości. Tak jak historycy nazwali krótką opór Francuzów "dziwną wojną”, tak można powiedzieć o społeczeństwie francuskim z perspektywy naszej – polskiej - było to dziwne. Gdy my myśleliśmy, jak tu zdobyć broń, oni pytali „Zatańczymy?”. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

czwartek, 29 listopada 2012

"Kamieniarz" Camilla Läckberg

Wydawnictwo: Czarna Owca
wydanie: audiobook / 2012
czyta: Marcin Perchuć



Mam wrażenie, że autorzy skandynawskich kryminałów prześcigają się w coraz to okrutniejszych sposobach na morderstwo. Jakże zimni, znieczuleni i sadystyczni muszą być Szwedzi, by wymyślać tak makabryczne historie. Mam właściwie nadzieję, że są one wymyślone i na potrzeby marketingowe zgodnie z hasłem - im więcej okrucieństwa, tym większy bestseller - wszystkie fabuły skandynawskich pisarzy powstały tylko w ich wyobraźni. Ojciec, który gwałci córkę na oczach syna, aby ten "przyuczał" się do zawodu; matka, która zimną krwią zabija swoich czteroletnich synów, bo zagrażali jej "wolności"; kobieta, która podtruwa swoich mężów arszenikiem - oto plejada postaci z kraju beztroskiej Pippi Langstrump. Nie inaczej jest w powieści Camilli Läckberg, szwedzkiej pisarki uznanej za mistrzynię skandynawskiego kryminału. Miliony sprzedanych egzemplarzy - takie to hasła promocyjne widnieją na okładkach. Czym więc zachwycają się te miliony?

Fabuła, jak na rasowy kryminał przystało, zaczyna się oczywista od trupa. Tutaj mamy trupa  dziecka -  konkretnie siedmioletniej dziewczynki-Sary. Pierwsze okrucieństwo mamy więc za sobą. Podczas sekcji zwłok w płucach Sary wykryto słodką wodę i ślady mydła. Ktoś utopił małą w wannie i wrzucił zwłoki do morza. (Drugie okrucieństwo-nie był to wypadek, tylko zabójstwo z premedytacją). Tu zaczyna się śledztwo prowadzone przez Patrika Hedströma i jego kolegów z komisariatu policji w Tanumshede. Czyli mamy błyskotliwego policjanta, który będzie wykorzystywał wszystkie swoje predyspozycje i umiejętności, aby rozwikłać sprawę. A z racji tego, że jesteśmy w Skandynawii musi pojawić się również inny typ bohatera - pedofil. O taki wątek pani Camilla też zadbała. A żeby nie być posądzoną o stronnicze taktowanie bohaterów, że to mężczyźni są tylko źli - mamy i famme fatale. Owa kobieta to Agnes. Jest ona rozpuszczona i zepsuta do szpiku kości, kieruje się tylko własnym wygodnictwem, zaspokajaniem potrzeb (tych cielesnych i tych materialnych), ma także poczuciem, że ona jest pępkiem świata, a wszyscy ludzie wokół niej są niewdzięczni i oczywiście nie dopuszcza do tego, aby ktokolwiek potraktował ją nie po jej myśli. Oschłość i wyrachowanie w skandynawskim wydaniu.

Czytając o tym wszystkim miałam poczucie, że całe zło świata, wszelkie zaburzenia, wypaczenia, wykolejenia i najbardziej brutalni mordercy zamieszkali na szwedzkiej prowincji. Bezwzględność oprawców, sadystyczne skłonności, przemoc seksualna i fanatyzm religijny też do tego można dodać. I kolejna książka z wtrętami z przeszłości. Równolegle toczy się wątek sprzed 60 lat, który - tu zaskoczenia nie będzie - wątek ten jest powiązany z wydarzeniami, które miały miejsce ówcześnie. Tak jakby autorka chciała usprawiedliwić motywy działania bohaterów, że niby traumatyczne dzieciństwo, odrzucenie lub wpływ innych osób było powodem fobii i odchyleń. Mało tego, autorka próbuje robić wtręty dydaktyczne, np. opisując wszystkie objawy, przyczyny i diagnozę choroby Aspergera. Dodatkowo zakończenie, jak dla mnie, za bardzo „wyjaśnione”. „Wyjaśnione” w tym sensie, że wszystkie furtki pani Camilla pozamykała, dokładnie analizując przyczyny działania każdego z bohaterów.

Okrutnie potraktowałam panią Camillę – w sumie to spędziłam z nią cztery wieczory. Sprawiła, że chciałam jak najszybciej poznać historię do końca. Nasuwa mi się (tu wpływ pana Łysiaka), aby nazwać taką literaturę „popularną”, „tandetną”, „dla ludu” – skoro czytają ją miliony. Ot, takie "czytadło", które czyta się szybko, z zapartym tchem, momentami w napięciu, ale czy coś poza tym, raczej nie. Dziś już o tej historii zapomniałam. Nie zmienia to faktu, że skandynawskie kryminały są idealne jako przerywniki albo na leżaczek na plażę, gdzie nie chce się myśleć o niczym innym, jak tylko o złapaniu kolejnego fikcyjnego mordercy. 



środa, 28 listopada 2012

"Zbrodnie robali.Wesz, która pokonała armię Napoleona, i inne diaboliczne insekty" Amy Stewart

Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie: 2012
format:  14,5 x 18,5 cm
okładka: twarda
ilość stron: 254




Każdy normalny człowiek na wszelkie robaki reaguje tak samo. Czujemy wstręt, obrzydzają nas, odstraszają, dodatkowo większość ludzi ma traumę z dzieciństwa z nimi związaną, np.  wspomnienie jakiegoś kolegi, który chciał wrzucić za koszulę małego pajączka.

Podstawowym natomiast pytaniem, jakie trzeba sobie postawić przed lekturą tej książki jest: Czy w dziejach ludzkości bagatelizuje się rolę przypadku? Czy wielkie bitwy, przełomowe wydarzenia ziściły się, bo były idealnie zaplanowane, czy wpłynęli na to charyzmatyczni przywódcy, czy raczej dograł rolę właśnie przypadek, np. warunki atmosferyczne, nastroje i samopoczucie przewódców, czy nawet dieta, na której byli. Napoleon odniósł klęskę w 1812 roku w Moskwie, bo nie przewidział mroźnej zimy, czy po prostu był już słabszym przywódcą. A może przyczynił się do tego mały, bezskrzydły, spłaszczony owad? Fryderyk II Wilhelm wygrał pod Rossbach, bo był lepszym strategiem, czy może jego przeciwnik miał kaca lub spędził upojną noc z dziewczyną. A może wpływ na to miał chrząszcz kanonier? Coś  jednak musi byś w sile i skuteczności robactwa, skoro Japończycy prowadzili badania nad bronią biologiczną, chcąc wykorzystać bomby zainfekowane pchłami. Zresztą swój projekt, podczas II wojny, zrealizowali, zginęło wtedy około dwustu tysięcy Chińczyków.

Amy Stewart zaznacza we wstępie, że nie jest ani lekarką, ani uczoną. Jest pisarką zafascynowaną światem przyrody. Spośród tysięcy gatunków wybrała te, które najbardziej ją zaintrygowały i urzekły, do tego stopnia, że nie potrafi wyjść z podziwu dla niektórych gatunków. Dlatego też nie mogłaby rozgnieść żadnego z nich. Ja daleka jestem od takiej fascynacji, chociaż potrafię zachwycić się precyzyjną robótką pająka:

"Gdy młode pajączki mają około trzech tygodni, przysiadają na pajęczynie utworzonej przez matkę i czekają na sprzyjający podmuch wiatru. Wysnuwają wówczas cienką jedwabną nić, która pozwala im unosić się w powietrzu, a nam podziwiać zjawisko babiego lata. Lądują tam, gdzie zaniesie je wiatr, i przystępują do budowania własnych pajęczyn". [str.31]

Ale już karaczan  prusak, który potrafi zagnieździć się w ludzkim uchu albo gąsienica ognista, posiadająca drobniutkie kolce kaktusa, które mogą przykleić się do stopy nie zbudzają we mnie  najmniejszego podziwu.  


Ogólnie mówiąc - książka pięknie wydana, format dla mnie idealny, zdjęcia (na szczęscie, czarno-białe) i nie muszę się im przygądać. Autorka pisze prostym, humorystycznym stylem, obfitującym w anegdoty. Jednak całość trzeba traktować dość swobodnie i nie przypisywać zbyt wielkiej wagi robalom w historii. Z drugiej strony patrząc, jak tu prowadzić wojnę, gdy trzeba najpierw zmierzyć się z plagą pluskawek lub rojem pszczół.

Na koniec, dla wszystkich MOLI KSIĄŻKOWYCH, przedstawiam imiennika :)
Skórnik słoniniec - to jeden z moli książkowych, które znajdują na regałach zaskakująco pożywne smakołyki:

Skórnik słoniniec
"Jaką wspaniałą ucztą może być książka! Pomyśl tylko o naturalnych ingrediencjach użytych do jej wydrukowania i oprawienia: papier wykonany z bawełny, ryżu, konopi lub miazgi drzewnej; oprawa ze skóry zwierząt, drewna lub jedwabiu; wiązania kart z klajstru, kleju i nici". [str. 222] Większość bibliotek stosuje metodę zamrażania swych zbiorów w niskiej temperaturze, by całkowicie pozbyć się szkodników. Erazm z Rotterdamu miał jednak inny, niezawodny sposób: "....aby uchronić książki przed robactwem, należy je czytać". 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa W. A. B. za co bardzo dziękuję.

niedziela, 25 listopada 2012

"Myśli nowoczesnego endeka" Rafał Ziemkiewicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów
wydanie: 2012
oprawa: miękka
format: 195 mm * 125 mm
liczba stron: 305




Publicystyka pana Ziemkiewicza nie jest mi obca.  W swojej najnowszej książce autor rozwija obserwacje poczynione i opisane w "Polactwie", "Michnikowszczyźnie" oraz "Czasie wrzeszczących staruszków" i jak sam twierdzi, że pewne jego poglądy się powtórzą, a w inne sam zaprzeczy. Jednak przywołanie niektórych stwierdzeń, jak ich weryfikowanie stało się "wymogiem elementarnej pisarskiej uczciwości wobec  Czytelnika" . [str.42] Jest również próbą odpowiedzi na pytanie: "To co my mamy robić?" Rafał Ziemkiewicz świetnie rozumie procesy i przemiany zachodzące w Polsce i na świecie. Dokonuje analizy transformacji od końca PRL-u po ostanie lata III RP. Dostrzega patologie tudzież stawia diagnozę,  że przyczyną wszystkich nieszczęść Polski jest spisek elit, gdzie same elity zyskały sobie akceptacje społeczeństwa. Nazywa ich również "cwaniacką ferajną", która "zadbała o pozyskanie różnych czcigodnych sklerotyków z pięknymi życiorysami". "Gardzisz wiochą i moherem, szydzisz z 'kurdupli' i wszystkich ich świętości, jesteś 'normalny, europejski' - no to witamy w elitach! Witamy na salonach! Nasz ci on - Polak nowy, optymistyczny i radosny, otwarty i nowoczesny..." [str.252]


Oskarża społeczeństwo, Polaków, że są obojętni wobec takiej patologii, dając tym samym ciche przyzwolenie na takie 'sprawowanie władzy'. Większość przez lata myślało metaforą "zamrażalki", wyobrażając sobie, że przez okres komunizmu Polacy jak hibernatus siedzieli w lodówce i wyszli z niej po 1989 roku odmrożeni, dokładnie tacy jak przed wojną. Tymczasem współczesny rodak jest zniechęcony, zmęczony tymi wszystkimi utarczkami, szukaniem winnego, obrzucania się błotem przez "dwa obozy" i robieniem sobie nawzajem złośliwości. Efektem tego są minimalne oczekiwania od państwa i przysłowiowe machnięcie ręką, bo przecież na pytanie: "Kiedy będzie lepiej?”, najczęściej słyszymy odpowiedź: „Już było!”

A recepta wydawać się może prosta. Rafał Ziemkiewicz odrzuca romantyczną wizję patriotyzmu jako gotowości położenia się pod czołgami w imię "miłości do Ojczyzny" oraz zaprzestania się strać, by Ojczyzna miała więcej z ciebie! Należy postawić pytanie:  „Co ja będę miał z Ojczyzny?" I wcale nie jest to wyraz egoizmu. "Ojczyzna to coś takiego, co może nam dać więcej, niżby wynikało z prostego zsumowania naszych indywidualnych wysiłków". [str. 74]  Inaczej mówiąc, Polska nie powinna wymagać od rodaków ofiar, Polacy wcale nie muszą rzucać się na stos, "by zmienić się w garstkę popiołu i za jedyny zysk z tego samospalenia zyskać pośmiertną sławę". [str.74]

Jednkowoż w kraju nie jest przecież najlepiej, mało tego, nie widać cienia nadziei, ponieważ chory jest cały system od służby zdrowia, przez biurokrację, sądownictwo po przekaz medialny. Nic więc dziwnego, że większość Polaków czuje się jak bohaterowie "Syzyfowych prac" {panie Rafale - książka jest nadal na liście lektur szkolnych}. Młodzi bohaterowie beznadziejnie się szamocząc usiłowali "wbrew całej potężnej apuchtinowskiej machnie swą polskość ocalić". [str.272]

Dlatego w końcowych swych rozważaniach publicysta podaje - rady nowoczesnego endeka. Proponuje, aby przejawem patriotyzmu było to, że każdy poświeci minimum cztery godziny tygodniowo dla Polski. I tu należało by postawić pytanie, co autor miał na myśli? Nie ma jasno określonych wskazówek, raczej wszystko wynika z kontekstu całej książki. Trzeba przypominać Polakom ich historię, nauki, jakie z niej płyną, trzeba umieć czerpać z dokonań przodków dumę, powracać do tradycji i samodzielnie mierzyć się z problemami. Tak jak w rodzinie - jeżeli najpierw zatroszczymy się nią, potem o jej najbliższe otoczenie, następnie o okolicę, w której mieszkamy, potem o region - to jest szansa na zbudowanie "ludzkiej wspólnoty".

W "Myślach..." pan Ziemkiewicz dał upust swoim emocjom, frustracjom, żalom. Mam nadzieję, że autorowi ulżyło i takie "wyżycie" się słowem przyniosło mu choć delikatne ukojenie. Bowiem jest to pozycja na pewno bardzo osobista i emocjonalna. "Te dzielące nas emocje nie wzięły się znikąd i nie można ich ot, tak sobie unieważnić. Sam nie czuję chęci, żeby podawać rękę komuś, kogo uważam za skończonego, do cna ogłupionego cymbała (...). Ale jeśli ktoś taki zaproponuje wspólne działanie w jakiejś konkretnej sprawie, w której nasz interes jest identyczny, to postaram się o dzielącym nas kulturowym antagonizmie zapomnieć". [str.294]. Niech te słowa będą przesłaniem. Dla wszystkich.