środa, 29 lutego 2012

"Komandos" Richard Marcinko, John Weisman

Wydawnictwo: Znak 
wydanie: 2012
okładka: broszurowa ze skrzydełkami
format: 144 x 205
ilość stron: 496
ISBN: 978-83-240-1673-0

"Sleep, EAt, and Live it up" ("Śpij, jedz i stań na wysokości zadania") - to akronim nazwy w slangu SEALsów, elitarnej jednostki komandosów Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych prowadzącej operacje na morzu, w powietrzu i na lądzie (SEa, Air, Land). 

 "SEAL Team był wyjątkowy. Byliśmy jedyni w swoim rodzaju: niewielki zespół, niezwykle mobilny, przeznaczony do szybkiego reagowania i wyszkolony do jednego zadania: zabijania na całym świecie. Nikt nie potrafił przemieszczać się tak szybko jak my. Żadna inna jednostka nie umiała zaatakować z równą łatwością i z wody, i z powietrza". [str.22]  Tak o tej jednostce mówi jej twórca Dick Marcinko. Marcinko z pomocą ghostwritera - Johna Weismana - opisuje swoje wspomnienia. Mówi o wszystkim: o szkoleniach, o walce, o tym, jak przypadek czy drobne z pozoru niedopatrzenie mogą kosztować życie wielu ludzi, o formalnościach, 0 "czterogwiazdkowych kutasikach-urzędasch z Pentagonu", o ciągłych starciach z ludźmi na wyższych szczeblach władzy – politykami, generałami i admirałami oraz o swojej rodzinie - żonie i dzieciach.

I trzeba mu przyznać, że Marcinko ma talent do opowiadania. Czyta to się wszystko bardzo szybko, choć nie jest to książka na jeden, czy dwa wieczory. Nie da się jej przeczytać "po łebkach". Styl dość rubaszny, nasycony dużą dawką wulgaryzmów, choć wcale nie prostacki, a raczej przemyślany, bo skoro już postanowił coś opisać, to tak jak w pracy, stanął na wysokości zadania  "a pieprzyć to, skoro już się uzewnętrzniam, to na całego". 

A kim był Richard Marcinko? - przez jednych uwielbiany, a przez drugich znienawidzony. Syn czeskich emigrantów, który jako osiemnastolatek wstąpił do US Navy. Wietnam, Kambodża, Iran, Bejrut. Najpierw frogman, potem komandos wodno-lądowy, który prowadził działania zaczepne wobec nieprzyjaciela, zastawiał misterne zasadzki mające zdezorientować i sterroryzować przeciwnika, przerywał linie zaopatrzenia, chwytał więzniów, by ich przesłuchiwać i pomagał szkolić partyzantów. Odznaczony najważniejszymi medalami i orderami za odwagę, a jednocześnie krytykowany za zbyt drastyczne metody. Dowody, proszę bardzo: 

"Może tak bywa w filmach, ale w nie rzeczywistości. W rzeczywistości strzela się do sukinsynów i się ich zabija - nie patrzy się, czy mają broń, czy nie, czy po nią sięgają, czy nie, czy wyglądają na niebezpiecznych, czy wydają się łagodni. W ten sposób zachowuje się przy życiu siebie i swoich ludzi".  [str. 158]

"Moja filozofia walki sprowadzała się więc zawsze do tego, żeby zabić nieprzyjaciela, zanim on zdąży mieć szansę zabić mnie, i używałem w tym celu wszelkich potrzebnych środków. Nigdy nie dawałam Charliemu [słowem "Charlie" określano zbiorowo partyzantkę Wietkongu] równych szans. Strzelałem z zasadzki. Wykorzystywałem przewagę ogniową. Nigdy nie wdawałem się w walkę wręcz, o ile nie było absolutnie żadnej innej możliwości". [str. 160]

"Wcześniej nie zabieraliśmy części rzeczy osobistych zabijanych wietnamców. Teraz zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to ważny materiał źródłowy, więc braliśmy wszystko, co wpadło nam w ręce. I w niczym nie przypominało to tych wszystkich scen z filmów, w których jakiś żołnierz znajduje zdjęcie dzieci i żony poległego partyzanta Wietkongu, po czym rozkleja się, bo uświadamia sobie, że właśnie zabił bliźniego". [str.144]

Czuł większą bliskość z ludźmi, z którymi służył, niż wobec żony i dzieci. Dlatego nie ukrywa, że był nieczuły i bezduszny, a wręcz ograniczony emocjonalnie, bo wiedział, że to było przyczyną rozpadu małżeństwa. Zdawał sobie sprawę z niepokojów żony, gdy on spędzał większą cześć roku w 'terenie', gdy do niego cały czas strzelano, ale nie potrafił jednak tego zrozumieć. Ponieważ odkąd wstąpił do teamów, szkolił się do wojny i nic nie mogło powstrzymać go od walki. Poza tym przyznaje otwarcie, że wierny to nie był i  nigdy nie przepuścił okazji.   

"Deser? Lubiłem to słowo. Kiedy zamawiałem w swojej kwaterze 'deser', mój służący Sothan przysyłał mi małą brązową i jadłem swój 'deser' w łóżku". [str. 252]

"Dom był miejscem, gdzie rzucałem bagaże, robiłem pranie i zostawałem na parę nocy. To nie był dom. Ale nie zamierzałem pozwolić, by życie osobiste miało wpłynąć na jednostkę. Nie można pozwalać, aby uczucia do żony i dzieci przeszkadzały w wykonywaniu pracy". [str.356]  
 
Marcinko nie pozwalał również na to, aby śmierć innego żołnierza wstrzymała tempo szkoleń.
W elitarnych oddziałach nie daje się drugiej szansy, nikt tu się nie zatrzymuje, żeby rozmyślać - trzeba po prostu wykonać misję. A w SEAL Team Six obowiązywały też "zmodyfikowane standardy wyglądu" - długie włosy, kolczyki, wąsy, brody - wszytko po to, aby w każdym miejscu na świecie  mogli uchodzić za nierzucających się w oczy robotników. Mogli sobie pozwolić również na różne gadżety i zabawki techniczne, bo ich budżet odpowiadał mniej więcej kosztom dwóch myśliwców F-14. Zawsze gotowi - każdy żołnierz miał pager, gdy zadzwonił, żołnierz musiał w ciągu czterech godzin stawić się przygotowany do wyjazdu w pełnym wyposażeniu. Zawsze sprawni - wszyscy przechodzili wielotygodniowe szkolenia,  zakończone okrutnym "hell weekendem". Zawsze niezawodni - "Chcieliśmy strzelać i  napierdalać, wyskakiwać z otwierającym się spadochronem - robić wszystkie te wspaniałe rzeczy, które mieli robić i w tak niezawodny sposób umieli robić SEALsi". [str.31] 

Każdą walkę, wojnę nie da się rozegrać w sposób książkowy, konwencjonalny. Oczywiście,  że istnieją odpowiednie taktyki, metody, jednak wojna bywa nieprzewidywalna. Kiedy pytano się: "Jak sytuacja żołnierzu?", odpowiedzieć można było akronimami: SNAFU -"situation normal, all fucked up", czyli "sytuacja normalna, wszytko się spieprzyło" albo FUBAR - "fucked up beyond all repair", czyli w luźnym tłumaczeniu "spieprzyło się tak, że choćby skały srały, już nic nie da się zrobić".
 
Jak nie trudno się domyślić te niekonwencjonalne metody nie wszystkim się podobały i  Marcinko usłyszał słowa, które chyba żaden żołnierz nie chce usłyszeć: "Odmaszerować, komandorze!". Przeprowadzono dochodzenie i w końcu postawiono go przed sądem w związku z rzekomymi nieprawidłowościami przy zakupie sprzętu.

Wiele mu również można zarzucić - arogancję, megalomanię, przerost ego, poczucie nieśmiertelności, obojętność i niezrozumienie uczuć rodziny. Ale Dick Marcinko-człowiek "Świr", to żołnierz, który zawsze był skoncentrowanym na zadaniu, wiedział, że musiał zrobić wszytko, aby je wykonać. I właśnie tacy ludzie powinni strzec naszych granic! Znieczuleni, bez skrupułów, skupieni jedynie na misji. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak 

 

sobota, 25 lutego 2012

"Jazda na rowerze. Profesjonalnie o sporcie"

Wydawnictwo: Muza
wydanie: styczeń 2012
format: 210 x 255 mm
oprawa: broszurowa
stron: 160
ISBN 978-83-7758-127-8


Czekałam na taką pozycję. Gdy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach, stwierdziłam, że muszę ją mieć. Wprawdzie do profesjonalnej jazdy na rowerze, jak i do sprzętu, bardzo mi daleko, ale od czegoś trzeba zacząć. Zaczynam więc od teorii.  
 
Autorami książki są Remmert Wielinga - zawodowy kolarz, który brał udział w wielu wyścigach, w tym w Tour de France, Paul Cowcher - zawodowy tancerz i trener fitnessu i tańca oraz Tommaso Bernabei - dietetyk, zajmujący się odżywianiem sportowców. Wiedza i doświadczenie tych osób sprawiło, że książka to kopalnia informacji dla każdego rowerzysty na temat sposobów poprawy efektywności jazdy na rowerze i czerpania z niej jak największej radości.

"Jazda na rowerze..." jest napisana przystępnym językiem, nie ma tu niepotrzebnej "naukowej gadaniny", chociaż są uwzględnione wyniki badań w zakresie kolarstwa. I nie zależnie od tego, czy jest się początkującym, czy doświadczonym rowerzystą, można tu znaleźć kluczowe porady jak doskonalić swoją jazdę na rowerze oraz jakie wytyczać sobie cele.

W książce poświecono rozdziały dotyczące techniki jazdy, które każdy cyklista opanować powinien. Wyróżnić tu  można płynne pedałowanie, jazdę "na kole"(w linii), wjazd na wzniesienia, pokonywanie zakrętów oraz umiejętność jazdy podczas deszczu, wiatru czy niskiej temperatury. Opisane są również ćwiczenia, metody treningu, które pomagają w zdobyciu lepszej kondycji. Poza tym - i to podobało mi się najbardziej - znajdują się tu wyczerpujące informacje na temat odżywiania i efektownego stosowania diety.

Świetna pozycja, nie tylko ze względu na merytorycznść poruszanych kwestii, ale też przez wydanie. Piękny papier, zdjęcia, ogólne całość. Chociaż internet jest bogatym źródłem informacji na temat jazdy na rowerze, to pojawiają się trudności, gdy znalezione informacje trzeba połączyć w spójną całość i zastosować w praktyce. W tej książce mamy wszystko podane na tacy. Jest wręcz idealna. A nadchodzi wiosna, więc czas odkopać swój sprzęt i zacząć "szlifować" kondycję ;) Polecam!




  Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza


środa, 22 lutego 2012

„Jack London. Żeglarz na koniu” Irving Stone

Wydawnictwo: Muza
wydanie: luty 2012
liczba stron:368
format:130 x 190 mm
oprawa: twarda
ISBN:9788377581643

Per aspera ad astra"- tak by można określić życie i twórczość Jacka Londona, autora takich powieści jak: "Zew krwi", "Biały Kieł", „Martin Eden", "Wilk morski” i wielu niesamowitych nowel. 

Niewiele jednak brakowało, żeby London w ogóle pojawił się na świecie. Jego matka - Flora Wellman - spirytystyka i nauczycielka muzyki, chciała popełnić samobójstwo, po tym, jak się dowiedziała, że jest w ciąży, a biologiczny ojciec dziecka, nie dość, że ją zostawił, to wyparł się ojcostwa. William Chaney, astrolog i profesor uniwersytetu nie chciał mieć z Florą nic wspólnego. Samobójczy strzał Flory okazał się jednak niegroźny i Jack przyszedł na świat w roku 1876.

Z racji tego, że Jack był synem inteligenta, w spadku po ojcu odziedziczył żywy umysł i bujną wyobraźnię. Ponadto zawsze uważał, że praca fizyczna działa zabójczo na człowieka i buntował się przeciwko niej. Zanim jednak zaczął pisał imał się przeróżnych zawodów: był gazeciarzem, ładowaczem węgla w kotłowni, pracownikiem fabryki konserw, kłusownikiem, piratem ostrygowym, poszukiwaczem złota. Jednak to miłość do książek nadała sens i kierunek w jego życiu. Drugą  miłością w życia Jacka było morze. Każdą wolną chwile spędzał koło jachtu, licząc że kiedyś nadarzy mu się praca lub rejs. Wtedy nikt by się nie spodziewał, że ten obdarty, ciężko pracujący chłopiec o twarzy jaśniejącej uroczym uśmiechem, nieustępliwy w walce, szybko popadający w gniew, a przy tym niezmiernie wrażliwy będzie kiedyś pisarzem. Był  młody, silny, kochał życie. Miał we krwi gorącą pasję przygód. "Czyż nie lepiej bawić się wesoło i hulać po świecie, niż  pozwolić, aby nasze piękne, młode ciało było łamane kołem cudzej chciwości?"[str.57] Targały jednak zawsze nim ambiwalentne uczucia: od skrajnej pewności siebie, przy równoczesnej stłumionej nieśmiałości i poczucia niższości

Czterema duchowymi przodkami Jacka byli: Darwin, Spencer, Marks i Nietzsche. Z czego ten ostatni wywarł na nim największy emocjonalny wpływ. Jack był gotów wierzyć równocześnie w nadczłowieka i socjalizm, choć te dwie idee wzajemnie się wykluczały. "Całymi latami z powodzeniem dosiadał dwóch koni, z których jeden chciał iść w prawo, a drugi w lewo". [str.125] Wychował się w ubóstwie, zaznał głodu i biedy, na własnej skórze odczuł ciężką robotniczą niedolę - to właśnie sprawiano, że został socjalistą. Żądał również indywidualizmu dla siebie samego, bo był nadczłowiekiem. Ten Nietzscheański głos szeptał mu do ucha, że może wycisnąć z życia, co tylko zechce, nie powinien się liczyć z moralnością, która zniewala człowieka ani też z uczuciami innych ludzi, nawet żony i córek. W ten oto sposób Jack zagłuszył swoje społecznie i moralne sumienie. Człowiek o gorącym sercu, socjalista, który darzył współczuciem całą ludzkość, który pragną dać innym wszystko, co było najlepsze, bez skrupułów porzucił żonę i dzieci, aby związać się z inną kobietą.   

Nie sposób tu streścić jego barwnego i pełnego przygód życia, jego głodu wiedzy, zamiłowania do morza, wolności, indywidualności. Nie sposób opisać też jego porażek, udręki wiązania końca z końcem, biedy, oddawania przedmiotów do lombardu, aby mógł  mieć na papier i coś do pisania. O tym trzeba poczytać. A Irving Stone pisząc biografie robi z ogromną pasją, świeżością, rozmachem, dzięki czemu czyta się go z przyjemnością.

A Jack London, czy osiągnął wszystko co pragnął? Z pewnością nie. Zaliczył parę porażek zarówno osobistych, jak i tych twórczych. Popadł też w nałogi. Mimo to osiągnął też wiele sukcesów, cieszył się z życia, korzystał z niego. Przedwczesna śmierć przekreślała pewne plany. Ale może sam sobie taką śmierć wybrał, może miało to być, tak jak jego bohater powieści Martin Eden: "Być może Nietzsche miał rację. Być może nie było prawdy w niczym, żadnej prawdy w prawdzie, w ogóle nie było prawdy. W pewnym momencie poczuł jak zapada w ciemność. Tyle jeszcze zrozumiał. Zapadł się w otchłań"

I okładka. Mężczyzna o kędzierzawej czuprynie, jakby "utkanej ze słonecznego złota", o oczach koloru nieba skąpanego w słońcu, o męskich regularnych, irlandzkich rysach, o wydatnym podbródku i zmysłowych ustach. Parzący gdzieś w dal, widzący więcej i głębiej niż przeciętny człowiek. Czyżby oko Londona śledziło pełen uroczej powagi i wdzięku lot mew, czyżby obserwował wspaniały zachód słońca na morzu, ławice świń morskich i wielorybów, czyżby wypatrywał sylwetki sternika i żagli przesłaniających pomnienie słońca?

"Żaden dźwięk nie razi jego ucha ostrym, zgrzytliwym tonem, wszystko brzmi harmonijnie. Skrzypienie bliku jest muzyką, tak samo jęk wznoszących się  żagli, bryzy wody spod roztańczonego dziobu i trzepotanie latającej ryby o żagle. Jack raduje się widokiem gniewnych żywiołów, gdy niebo przygniatają czarne chmury burzowe, wiatr wyje jak niewidzialny demon, a pokłady zalewa potop morskiej kąpieli. Radość walki burzy mu krew, kiedy człowiek poskramia wzdęte i kiedy oporna lina musi się poddać". [str.90]
Ze słodką pieśnią na ustach Jack London ujarzmiał żywioły, kochał naturę za wszystkie jej uroki, ale nade wszytko wielbił jej siłę, straszliwą noc, która utorowała mu drogę do gwiazd.


  Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza

niedziela, 19 lutego 2012

Nieco inaczej o pewnej książce :))

Takie to czasy, że każdy może wydać książkę i dzielić się swoimi przemyśleniami, udzielać rad. Mało tego tkwić w przekonaniu, że się jest pięknym, seksownym, elokwentnym i wiecznie młodym.


Sam tytuł jest już intrygujący, nieprawdaż? ;) Daruję sobie moją opinię, co do zdjęcia na okładce.
A recenzja książki, wprawdzie nie moja, ale w mistrzowski sposób skomentowana tutaj



czwartek, 16 lutego 2012

Stos na lutowo-marcowe wieczory

Miałam więcej tego nie robić. Miałam nie zamieszczać stosów, ale nazbierało mi się trochę nabytków, że nie mogłam się powstrzymać ;) Mam słabość to takich stosików.

od dołu
1. "Jazda na rowerze.Profesjonalnie o sporcie" - od Muzy
2. "Biblioteka samobójców" Dagny Kurdwanowska - za recenzję tygodnia na LC 
3. "Męska rzecz"Jarosław Górski - też za recenzję tygodnia na LC
4. "C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii" - moja 'perełka' w stosiku -własny nabytek 
5. "Al Pacino" (wywiad) - wygrana w konkursie
6.  "Mowa ciała w miłości" - od  Rebis (w sumie przeczytana)
7. "Sprawa Rembrandta" Daniel Silva - od Muzy
8. "Jack London. Żeglarz na koniu" Irving Stone - od Muzy
9. "Komandos" - od Znaku, choć miała być "Coco Chanel. Życie intymne"
10. "Drzwi do piekła" Maria Nurowska - wygrana w konkursie   
11. "Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze Średniowiecze" Lech Jęczmyk ;) z mojej ulubionej biblioteczki
12. "Wichrowe Wzgórza" - audiobook -  wygrana w konkursie

wtorek, 14 lutego 2012

"Aniołowie zniszczenia" Keith Donohue

Wydawnictwo: Albtros
wydanie: kwiecień 2011
tłumaczenie: Anna Dobrzańska
liczba stron: 448
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-7659-139-1

Mam wielką słabość do aniołów i wszystkiego co z nimi związane, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po tę książkę. Anioły a rozum, anioły a wiara - czy można to w ogóle powiązać? Nasz rozum ciągle jest poddawany testom na logikę i obserwację, zjawiskom, które dają się udowodnić. "Natomiast wiarę testują nasze pragnienia i chęci. Nie można zobaczyć wiary tak, samo jak nie  można nalać do kielicha nadziei i miłości." [str.317] Podobnie jest z aniołami - posłańcami Boga. Wierzymy w nie, choć nie możemy ich zobaczyć, czujemy, choć nie możemy dotknąć; "nasze anioły istnieją w otwartych sercach, jeśli tylko jest w nich wiara". [str.317]

Stany Zjednoczone, małe miasteczko w Pensylwanii, lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Pewnej mroźnej, styczniowej nocy na progu domu wdowy Margaret Quinn, pojawia się dziewięcioletnia dziewczynka z walizką. Osamotniona kobieta postanawia ją przygarnąć. Dziesięć lat wcześniej, jej córka - Erica uciekła ze swoim chłopakiem i przyłączyła się do ekstremistycznego ugrupowania nazywanego Aniołami Zniszczenia. Wtedy, w burzliwych latach siedemdziesiątych, pojawiło się wiele radykalnych ugrupowań, którym wydawało się, że tylko oni mogą zmienić świat na lepsze. Margaret nigdy nie straciła nadziei i każdego dnia czekała na powrót córki. Aż tu nagle (los, Opatrzność, nie wiadomo kto) przysyła jej małą dziewczynkę. Kobieta wśród sąsiadów i znajomych utrzymuje, że Norah jest jej wnuczką. Dziewczynka najpierw zaprzyjaźnia się z samotnym chłopcem-Seanem z sąsiedztwa. Natomiast w szkole demonstruje dziwne, nadprzyrodzone umiejętności, które rozpoczyna serię tajemniczych wydarzeń. 
"Zupełnie jak gdyby senna poświąteczna atmosfera ustąpiła miejsca świeżemu oddechowi nadchodzącej wiosny. Zaprzysięgli wrogowie zakopali topory wojenne. Dobiegły końca akty wandalizmu, dręczenie słabszych, sporadyczne, niczym nieusprawiedliwione awantury wszczynane przez najpopularniejszych uczniów w szkole. Nastał czas harmonii i spokoju, kiedy uczniowie Friendship School dostrzegli zmiany zaprowadzone przez nową koleżankę, która zadziwiła wszystkich swą prostotą i żarliwą chęcią do nauki. Jej krzywy uśmiech tchnął w lodowaty styczeń odrobinę radości, jak gdyby dziewczynka emanowała dziwnym blaskiem, wewnętrznym ciepłem, które rozpraszało mrok i chłód".  [str.64]  

Niestety wyjątkowość zawsze jest powodem zazdrości i zawiści, a Norah i jej tajemnicze zdolności  ściągają uwagę mieszkańców i kłopoty. Margaret zaczyna zastanawiać się kim naprawdę jest dziewczynka - czy, jak sama twierdzi aniołem? przypadkową sierotą? czarodziejką, wiedźmą, zdolną zatrzymać czas? oszustką? a może istotnie jest to dziecko jej marnotrawnej córki? Dlaczego wybrała akurat jej dom? Na dodatek koło domu kręci się tajemniczy mężczyzna w kapeluszu, który gorącym oddechem potrafi roztopić zamarzniętą szybę. 

Powieść składa się z trzech ksiąg, gdzie druga opowiada właśnie losy Eriki i jej  chłopaka-Wileya. Erica od początku wzbudziła u mnie sympatię i przy czytaniu 'kibicowałam' jej losom. Pomimo młodzieńczego buntu i fałszywej fascynacji, posiadała bogaty świat wewnętrzny. Ujęła mnie jej wrażliwość, obsesje i niezachwiana wiara w odkupienie poprzez walkę w szeregach tajemniczego ugrupowania, które zamiast wyzwolenia przynosi właśnie zniszczenie. Droga młodych kochanków na Zachód jest przerażająca, surrealistyczna i naznaczona przemocą. Niczym Bonnie i Clyde przemierzają bezdroża Ameryki, popadając w gorsze tarapaty. 

Ukazane zostały tu również: relacje między matką a córką, ich tęskny, pragnienia, konflikt pokoleń, nadzieja, którą się traci, aby ją na nowo odzyskać; relacje między siostrami, bo Margaret, w chwilach kryzysu, przychodzi  z pomocą siostra - Diane - "mimo dwuletniej różnicy wieku były sobie bliskie niczym bliźniaczki, a każda z nich odzwierciedlała, co najlepsze i najgorsze w drugiej". To ona podtrzymuje ją na duchu oraz 'reanimuje' gasnącą nadzieję. Idealna powieść na mroźne wieczory, urocza i trzymająca w napięciu, przywracająca wiarę w anioły. "Anioły są wszędzie, dziwne anioły; każda wiara ma swojego pośrednika. Małą dziewczynkę, starego człowieka, obcego na drodze, przyjaciela. Lepiej być ostrożnym i traktować każdego, jak gdyby był aniołem". [str.436] Kto wie, czy z takim aniołem nie mijałeś się na ulicy, ustąpiłeś mu miejsca w tramwaju, czy stałeś w kolejce w sklepie. Kto wie?
Podobno "z każdym oddechem Bóg wypuszcza na świat anioła". 

Gorąco polecam!

niedziela, 12 lutego 2012

"W relacji intymnej wolę jednoznaczność" - Jan Miodek o miłości



"Czy mowa może być afrodyzjakiem?

- Trochę głupio o tym mówić, bo powiedzą, że jestem narcyzem. Ale z relacji wielu kobiet wiem, że mężczyzna atrakcyjnie mówiący działa na kobiety.

Nie tylko mówiąc o miłości?

- Oczywiście, że nie. O jerach, rzeczownikach i przymiotnikach też może rozprawiać, powiem nieskromnie. Ja wiem, że macham tymi łapami, jestem ekspresyjny, ale ładna mowa może być afrodyzjakiem.

Czy Polacy ładnie mówią o miłości?

- Gdyby się opierać na języku literatury współczesnej, to miłość jest zbyt ekshibicjonistyczna, zwulgaryzowana i przez to nieprawdziwa. Bardzo dużo w niej bebechowatości, fizjologizmu, którego tak naprawdę nie ma między dwojgiem kochających się ludzi. Są wprawdzie synonimy aktu miłosnego, jak np. bzykanie, ale te niby-eufemizmy działają mi na nerwy. Nie wyobrażam sobie, bym tak powiedział do osoby, którą kocham. W relacji intymnej wolę jednoznaczność. Ale prawdę mówiąc, to ja jestem przeciwny mówieniu o języku intymnym szczególnie. Jestem przekonany, że jeśli ludzie są w sobie prawdziwie zakochani, to na pewno rozmawiają pięknym językiem miłości. I bardzo dobrze, że się z nikim nim nie dzielą, bo to jest język intymny.

Ja też nie lubię ekshibicjonizmu językowego. I prawdę powiedziawszy, o języku miłości też nikomu nie mówię, bo on jest mój.

Panuje przekonanie, że polski język miłości jest wulgarny. Ale możemy powiedzieć, że na świecie na pewno jest więcej dobra niż zła, tylko zło jest krzykliwsze i bardziej widoczne. Śmiem twierdzić, że na pewno w języku miłości kochanków jest więcej tego, co językowo-stylistycznie piękne niż wulgarne.

A najpiękniejsze słowo miłości?

- Nie powiem. Jest moje."          


Wywiad ukazał się w styczniu 2011 roku w Gazecie Wyborczej (całość tutaj). Pięknie to Pan Miodek powiedział, że  "ładna mowa może być afrodyzjakiem". Zgadzam się w 100%, jak również z tym, że "w relacji intymnej wolę jednoznaczność".  
Najpiękniejsze dla mnie jest to, że język intymny, jest po prostu "NASZ", nikt nie ma do niego dostępu. Nie potrzebuję się z nikim tym dzielić, pisać, publikować, tudzież mam swoje ulubione słowo miłości. 
A z racji zbliżających się walentynek, które - niestety - komercyjne wylewają się z radia, telewizji, wystaw sklepowych - zamilczę, bo prawdziwa miłość wcale nie potrzebuje słów, a raczej czynów. 



czwartek, 9 lutego 2012

"Czas tajemnic" Marcel Pagnol

Wydawnictwo: Esprit
wydanie: 2011
okładka: broszurowa
format: 130x200 mm 
liczba stron: 352


Zapraszam dziś w podroż do pewnego ciepłego, słonecznego miejsca. Tam, gdzie cykają nieprzytomnie świerszcze, a wielki rudy myszołów kołuje w górze, pyszniąc się w swej chwale. Tam, gdzie pod stopami czuć suche, letnie trawy, gdzie skaczą czerwone i niebieskie pasikoniki. Tam, gdzie pola winorośli, gryki i ciecierzycy łączą się z linią nieba. Tam, gdzie wszytko przesiąknięte jest zapachem tymianku i lawendy. Czujecie? To Prowansja oczywiście - gorące południe Francji. 

Dzieciństwo naszego bohatera-Marcela płynie tu spokojnie, leniwie i beztrosko. Czas mija na zabawach, polowaniach, pomaganiu rodzicom. Jednak powoli wkracza on w okres dorastania i zaczyna się zastanawiać nad różnicami między chłopcami a dziewczynkami. Marcel uważa, że dziewczyny są "fałszywym krokiem natury, wynikiem błędu powstałego podczas tworzenia chłopca." Dlatego czerwienią się bez powodu, śmieją z niczego, płaczą jeszcze z mniejszej przyczyny, drapią wszystkich z komplementy. Poza tym nie potrafią gwizdać ani pluć, spadają z drzew, na dodatek wymyślają kłamstwa i po kryjomu robią różne sztuczki przed lustrem. 

Co innego chłopcy! Oni to nigdy się nie czerwienią, nie śmieją bez powodu, potrafią chodzić po drzewach i umiejętnie z nich spadać, a przede wszystkim nigdy nie pokazują, że płaczą. Jak się wkrótce okaże, życie zweryfikuje jego wyobrażenia. A zmieniło się to, tego pamiętnego dnia, kiedy Marcel ujrzał Izabellę -"nadzwyczajną istotę." Mała lśniące, czarne loki, na których nosiła wianek z maków, ubrana była w niebieską sukienkę. Jednym spojrzeniem i tonem głosu zdobyła serce Marcela. Chłopiec zaczyna zaniedbywać przyjaciela-Lili, nie ma już czasu na wspólne wypady. Rodzice też nie są zachwyceni nową znajomą. Marcel przeżywa rozterki i dylematy, targany jest wyrzutami sumienia. Izabella fascynuje go z dnia na dzień i wyzwala w chłopcu takie stany i emocje, których się nie spodziewał. Zrusza się i płacze rzewnymi łzami, kiedy Izabella czyta mu "Dziewczynkę z zapałkami". To jednak fascynujące i beztroskie lato ma się ku końcowi...

Pojawiają się pewne przeszkody, poza tym rozpoczyna się czas nauki, nowa szkoła. Marcel będzie musiał się z tym zmierzyć. Czy podoła?
"Czas tajemnic" to cudowny powrót w krainę dzieciństwa. Pagnol pisze z perspektywy czasu "wtedy wydało mi się...", robi z humorem i charakterystyczną lekkością, przenosi czytelnika do słonecznych rejonów południa Francji. Kojąco, swojsko, uroczo... Można dotknąć gałązki oliwki, usłyszeć cykanie świerszcza, dostrzec czerwono-niebieską tęczę pasikoników, pochodzić po suchej trawie, chwycić smagające twarz promienie słońca. Choć za oknem -17 stopni, ja nadal czuję zapach tymianku i lawendy. Odpływam...



Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit


wtorek, 7 lutego 2012

"Dziewczyna z tatuażem" reż. David Fincher

Jednak obejrzałam, choć wcześniej nie miałam zamiaru. Książka niespecjalnie przypadła mi do gustu, jak dla mnie za dużo przemocy i brutalności. Z resztą recenzja "Mężczyzn, którzy..." tutaj.

Fincher (chwała mu za to)  nie postawił na epatowanie gwałtem i brutalnością. W książce jest tego o wiele więcej. W filmie na pierwszym planie są bohaterowie, ich kreacja, a nie zbrodnia. 

W centrum znajdują się dziennikarz Mikael Blomkvist (Daniel Craig) i hakerka Lisbeth Salander (Rooney Mara). On stracił właśnie oszczędności życia, po tym jak sąd skazał go w procesie o zniesławienie. Ona otrzymuje zlecenie 'prześwietlenia' go i jest pod stałą opieką kuratora sądowego, który wykorzystuje ją seksualnie. Fenomenalnia tu rola Rooney.


A co mi się podobało najbardziej? Muzyka i zdjęcia - to przede wszystkim i powalająca czołówka. Ścieżkę dźwiękową stworzył tu Trent Reznor, ten od ścieżki z "Urodzonych morderców" (mojej ulubione ścieżki filmowej) i "Zaginionej autostrady"
   "Czarny olej leje się po twarzy kobiety, która może wyć zarówno z rozkoszy, jak i agonii. Strumienie mazi płynną też po klawiszach klawiatury, maszynach, w tle widać dotykających się nawzajem mężczyzn. Czarne usta wymiotują owadami w kierunku ekranu. To właśnie sugestywny początek thrillera, który w takiej samej ponurej, chłodnej i brutalnej atmosferze ciągnie się przez kolejne godziny".   Film ma zimny, przygnębiający nastrój. Surowe zdjęcia Szwecji sprawiają, że jesteśmy nim przesiąknięci. Zakończenie nie było dla mnie zaskoczeniem i akcja nie trzymała w napięciu, bo wcześniej czytałam książkę. Nie ma też tu paru istotnych wątków, ale może dobrze, całości i tak jest dość długa. Widziałam też na jakimś forum dyskusję dotyczącą niekonsekwencji lingwistycznej.W Szwecji mówią po angielsku, Lisbeth korzysta z angielskiej wyszukiwarki, wycinki prasowe szwedzkiej gazety też są po angielsku, ale poczta głosowa w telefonie jest szwedzko-angielska. Ja tego nawet nie zauważyłam, a nawet gdyby nie miałoby to znaczenia.  Dla samych zdjęć i muzyki warto obejrzeć, bo muzyka tu jest genialna! A to utwór z czołówki.
 

poniedziałek, 6 lutego 2012

"Shit! Rok w brukowcu" Joanna Żebrowska

Wydawnictwo: ??
wydanie: 2011
liczba stron: 300
oprawa: miękka




Po dość 'ciężkiej' i 'trudnej'  tematyce przeczytanych ostatnio książek postawiłam sięgnąć po coś 'lżejszego', a "Shit! Rok w brukowcu" idealnie tu pasował.    

Główna bohaterka - Edyta Pióro - zawsze marzyła o tym, aby zostać dziennikarką. Skończyła studia, ale rzeczywistość niestety zweryfikowała jej marzenia. Nie udało się jej znaleźć pracy w żadnej prestiżowej gazecie. Musiała poszukać pewniejszego źródła dochodów, nawet za cenę rezygnacji z ambitnych planów. I tak los rzuca ją do brukowca. 

Tak, jak się okazuje, sensacja goni sensację. Nikogo tu nie odchodzi, a szczególnie szefa, rzetelność, uczciwość, prawda czy zwykła życzliwość i przyzwoitość ludzka. Temat 'nie leży na ulicy', tylko trzeba sobie go samemu stworzyć, samemu wymyślić historię, która się sprzeda. Etykę dziennikarską Edyta musi schować gdzieś głęboko i wykreować rzeczywistość. Wciela się w prostytutkę, uczy kota latać, urządza przywitanie kosmitów w pewnym miasteczku, namawia ludzi do obchodzenia "dnia szczytowania seksualnego". Podobał mi się ten wątek. Sama stała się ostatnio ofiarą ubarwionych i przetworzonych informacji, więc wiem jak taki mechanizm działa. Wystarczy coś szepnąć, napisać o jakiś domniemanej aferze, a wszyscy przerabiaj ją na własny użytek, wszem i wobec oczywiście komentując, a co najgorsze wierzą w nią i podają dalej. Tak działają właśnie brukowce. Joanna Żebrowska zdradza tu sztuczki dziennikarzy i mechanizmy oszukiwania czytelników. Prowokacja, oszustwo oraz żerowanie na ludzkich nieszczęściach i słabościach to składa się na tanią sensację przesiąkniętą tandetnym erotyzmem, która wylewa się  ze stron brukowców.

Natomiast jeśli chodzi o inne wątki w książce - wątek osobistego życia Edyty - to bardzo mnie irytował. Niestety nasza bohaterka w stosunkach damsko-męskich dostaje 'małpiego rozumu, a wręcz ma myślenie przeciętej gimnazjalistki. Ugania się za facetem, który jak twierdzi jest miłością jej życia, a który ją ewidentne lekceważy, czego oczywiście Edyta nie dostrzega. Po zerwaniu ustawia sobie smętny dzwonek w telefonie, na czas żałoby. Poza tym jej praktycznie każdy dialog z facetem tylko ją kompromitował. 

Ponadto nie zrozumiałam zabiegu autorki, która z Warszawy zrobiła Warszawowo, z Woli - Niewolę, ze Starego Miasta - Dawne Miasto, gdy parę kartek dalej pojawia się już Wrocław i Białystok. I ta cenzura wulgaryzmów, o zgrozo! np. "Nie pier...ol. Przecież Edmund wku...wi się, jak tego nie zrobimy. A mnie Maciek zaj...bie".  

Podsumowując, lekka lektura na dwa wieczorki, momentami zabawna, ukazująca arkana profesji dziennikarzy, utwierdzająca w przekonaniu, że każdy artykuł w brukowcu jest wyssany z palca. A Edyta, pomijając to, że musiałby popracować nad swoimi relacjami z facetami, jako dziennikarka wykazywała się dużą kreatywnością i potrafiła wybrnąć z rożnych opresji.


Książkę do recenzji dostałam od serwisu Czytanie nie szkodzi 


 

niedziela, 5 lutego 2012

"Różaniec dla dzieci" Raphaële Maillet

Wydawnictwo: Esprit
wydanie: 2011
oprawa: miękka
format: 110 * 170
ISBN: 978-83-61989-68-4

Mała rzecz, a cieszy. Mało tego, że cieszy - na dodatek zaciekawia, koi i początkuje edukację małego chrześcijanina. Wiadomo dzieci uczą się patrząc na zachowanie dorosłych, przez dobre przykłady.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Czym dziecko żyje, tego się nauczy. Jeśli dziecko żyje w atmosferze uczciwości, uczy się sprawiedliwości. Jeśli dziecko żyje w atmosferze aprobaty, uczy się lubić siebie. Jeśli dziecko żyje w atmosferze zachęty, uczy się ufności. 

Dzieci, które widzą rodziców czytających książki, potem wyrabiają w sobie nawyk i zamiłowanie do czytania. A dzieci, które widzą modlących się rodziców, lepiej potrafią zrozumieć założenia wiary. Ale nie tylko.

Modlitwa różańcowa jest głęboko zakorzeniona w tradycji chrześcijańskiej, o wielkiej sile sprawczej, przez to bardzo piękna. Jednak wcale nie taka prosta. Tajemnice Radosne, Tajemnice Światła, Tajemnice Bolesne, Tajemnice Chwalebne mogą być dla dzieci dość trudne do zrozumienia, czy ogarnienia. W tej książęce znajdują się ilustracje, które przedstawiają ważne wydarzenia z życia Maryi i Jezusa. Prosty język sprawia, że jest ona dostosowana do potrzeb  małego odbiorcy. Jest to też idealna pozycja dla dzieci, które uczą się czytać. Większa czcionka tylko do tego zachęca.

Wspomnę jeszcze tylko, że autorka, została natchniona pomysłem napisania tej książeczki podczas pielgrzymi do Lourdes. Polecam gorąco, piękna rzecz na prezent dla małych pociech. 



Za książeczkę dziękuję Wydawnictwu Esprit