poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"Miesiąc niedziel" John Updike

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 2012
przeł. Jerzy Kozłowski
liczba stron: 240
format: 125x195 mm
oprawa: twarda


 "...nie cierpię na nic groźniejszego niż człowieczeństwo" - tak zaczyna swoje zapiski Tom Marshfield. Jest on amerykańskim pastorem, który do czterdziestego roku życia wiódł poprawne życia duszpasterza, u boku dobrodusznej żony. Wszystko się zmienia, gdy w jego życiu pojawia się Alicia - nowa organistka. W pastorze wybuchają tłumione popędy, a  niepohamowany pociąg sprawia, że doznaje prawdziwej seksualnej przyjemności. Do tej pory znał tylko małżeński obowiązek, który stał się dla niego nudny i zbyt regularny. Marshfield staje się więc seksoholikiem. Zamiast leczyć dusze zbłąkanych parafianek, zajmuje się ich ciałami. "I chcąc być im jakoś użytecznym, przespałem się z kilkoma". W parafii pojawiają się pierwsze plotki. W końcu wybucha skandal. Pastor, odsunięty przez biskupa, ląduje na "odwyku" w ośrodku, na pustyni, dla "upadłych księży. Tu jego terapią (a raczej pseudo terapią) ma być jedynie codzienne spisywane wspomnień. 

Skoro zapiski mają być jedyną karą, to już sam wydźwięk tych przemyśleń jest dosyć negatywny i nasuwa na myśl osobę fałszywie natchnioną i cyniczną. Wręcz hipokrytę. Spisywane wspomnienia są przesiąknięte seksualnością, wyuzdanym erotyzmem. Fragmenty, gdzie Marshfield pisze o Bogu oraz, gdzie z 'nawyku' wygłasza niedziele kazania są momentami jawnie bluźniercze. Jednak biorąc pod uwagę kunszt pisarki Johna Updike'a śmiało można stwierdzić, że to celowy zabieg. Pod tym płaszczykiem cynizmu pomieszanym z ironia i sarkazmem kryje się głębsze przesłanie.

John Updike stworzył ciekawą postać lubieżnego duchownego, obdarzonego ściśle analitycznym  umysłem. Dzięki temu Tom Marshfield zdaje sobie sprawę z grzeszności swych czynów i rozbuchanego libido, ale tłumaczy sobie to człowieczeństwem. Luźne skojarzenia i dwuznaczności sprawiają mu ogromną radości i satysfakcję, dlatego siłą rzeczy przebija się tu filozofia Freuda. Pastor Tom umiejętnie też posługuje się swoją erudycją, łącząc i przeplatając wykłady z etyki i filozofii ze swoimi doświadczeniami seksualnymi.

"Gdy Kant usiłował złagodzić racjonalizm imperatywami kategorycznymi i 'Achtung' Jane pozwoliła mi pieścić swoje piersi przez sweter. Do czasu potwornego utożsamiania przez Hegla moralności z wymogami państwa, moja dłoń rozgrzewała się w jej staniku, a mój dostęp został rozszerzony i dotyczył także ud. (...) Schopenhauer wysławił wolę, a Nietzsche wychwalał brutalność, spryt, gwałt i wojnę. Wszystkie wcześniejsze zasady etyczne zostały obnażone jako 'wartości niewolników' i 'wartości stada". [str.58]   

Nie jest to książka łatwa i przyjemna, ale to uczta dla ducha. Paradoksalnie z pozoru tandeta tematyka wyzwala w czytelniku głębszą refleksję, "zagłębiamy dzieło boskiego stworzenia", "podnosimy zasłonę, jaką przysłania wszytko nasz zwierzęcy mrok". 
Czy pastor Marshfield wyleczy się ze swojego człowieczeństwa, czy raczej jest to choroba nieuleczalna? Czy zrozumie swoją obłudę, czy weźmie pod uwagę, ze wokół niego istnieją ludzie, którzy mają jakieś uczucia? A może zrezygnuje z posługi kapłańskiej, by trwać w lubieżnym grzechu? "Wątpię (zaprawdę, na imię mam Thomas), czy to działa". (Sic!)

Polecam!

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Listy starego diabła do młodego" Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Media Rodzina
wydanie: 2005
liczba stron: 152



"Listy starego diabła do młodego" zostały napisane bardzo szybko, co typowe dla Lewisa. Z oryginalnego zalążka pomysłu, który zakiełkował w lipcu 1940 roku, w niecałe sześć miesięcy powstało dzieło, ujęte w ramy 31 listów. Szybkie tempo, w jakim Lewis napisał książkę, daje fałszywe pojęcie o jego stanie ducha, ponieważ ten okres był dla niego bardzo bolesnym doświadczeniem oraz o błahej i lekkiej formie.

Osią utworu jest korespondencja między dwoma diabłami. Piołun - pewien młody diabeł - otrzymuje listy od prowadzącego go zwierzchnika - stryja Krętacza, pracującego w Piekielnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Młody diabeł dostaje za zadanie „uwieść” młodego człowieka. Zdawałoby, że jest to prosta sprawa dla pozbawionego skrupułów diabelskiego kusiciela, który ma do czynienia z zagubionym młodzieńcem. Tym bardziej, że „pacjent” przeżywa kryzys. Jego wiara chwieje się, choć do Kościoła zdążył już powrócić.

Wszystkie rady, jakie dostaje Piołun od Krętacza, są odwrotnością procesów myślowych, uczuć oraz instynktów dobrego chrześcijanina. Tak więc, Bóg jest tu "Nieprzyjacielem", a szatan "Naszym Ojcem", którego misją jest pokonanie Boga, wypaczenie jego intencji, zasianie ziarenka zamętu i destrukcji. Lewis jednak, już we wstępnie, wyjaśnia i prostuje błędne (przez niektórych) pojmowanie określenia "Diabeł". 

"Poza Bogiem nie istnieje żadna istota, która nie byłaby stworzona. Bóg nie posiada istoty przeciwstawnej. Żadna istota nie mogłaby osiągnąć stanu 'doskonałego zła' przeciwstawnego doskonałemu dobru Boga; bo gdybyśmy usunęli na bok wszelkie jej rzeczy dobre (inteligencję, pamięć, energię i samo istnienie), nic by z niej nie pozostało. (...) wierzę w istnienie aniołów i wierzę, że niektóre z nich przez nadużycie swej woli stały się wrogami Boga i, w następstwie tego, naszymi wrogami. Anioły te możemy nazywać diabłami. Nie różnią się one w swej naturze od dobrych aniołów, lecz natura ich jest zdeprawowana. D i a b e ł  jest przeciwieństwem a n i o ł a  tylko w takim znaczeniu, jak Zły Człowiek jest przeciwieństwem Dobrego Człowieka. Szatan, przywódca diabłów lub ich dyktator, jest przeciwieństwem nie Boga, lecz Michała Archanioła". [str.7]

I kolejny błąd lub mylne pojmowanie:
"Jeśli chodzi o diabły, istnieją dwa równie wielkie, a równocześnie przeciwstawne sobie błędy, w które może popaść nasze pokolenie. Jednym z nich jest niewiara w ich istnienie. Drugim wiara i przesadne, a zarazem niezdrowe interesowanie się nimi. Oni sami są jednakowo zadowoleni z obu błędów i z tą samą radością witają zarówno materialistę, jak i magika". [str. 16]

Zatem nadrzędną ideą "Listów..." jest mechanizm kuszenia człowieka przez złego ducha oraz konieczność oparcia się na wierze chrześcijańskiej po to, by uniknąć pokus i strachu przed porażką, które prowadzą do grzechu. Krętacz udziela przeróżnych rad, aby 'pacjent' Piołuna odszedł od wiary. "Wykorzystaj więc, ile możesz, chwile rozczarowania lub depresji, które niewątpliwie przyjdą na pacjenta podczas jego pierwszych tygodni przynależności do Kościoła". [str.24] Stary diabeł poucza również, jak odwrócić uwagę i koncentrację w czasie modlitwy, która jest dużym niebezpieczeństwem dla"Ich Ojca", ponieważ tam gdzie ona jest "Nieprzyjaciel" może bezzwłocznie zareagować. A "zyskać duszę człowieka i nic mu za to nie dać - oto co naprawdę ucieszy serce Naszego Ojca". [str.52] 

Piołun ma jeszcze wiele innych możliwości. Może doprowadzić swojego pacjenta do nałogu pijaństwa, jeżeli będzie podsuwał mu kieliszek jako środek kojący, w chwilach gdy jest już znużony i przygnębiony. A będzie go z zniechęcał, gdy jest w gronie kolegów, w atmosferze wesołości i pełni życia. Z obżarstwem jest jeszcze prościej. Wystarczy zachwiać jego wolą. 

Lewis, w usta Krętacza, włożył też wywód na temat ludzkiego śmiechu, gdzie wyróżnił: radość, uciechę, żart właściwy i płytką paplaninę. Każdy rodzaj oczywiście świetnie opisuje. Z punktu widzenia i powodzenia ich misji, najlepszy jest ten ostatni rodzaj. "Płytka paplanina, uprawiana nawykowo na dłuższą metę, buduje wokół człowieka najsubtelniejszy pancerz, jaki znam, chroniący go przed Nieprzyjacielem". [str. 62] 

Największy problem z pacjentem pojawia się wtedy, gdy się zakochuje i jest to "zakochanie najgorszego gatunku". Piołun próbuje oczywiście "kusić go seksualnie" na wszelkie możliwe sposoby, zdaje nawet raporty Krętaczowi z potencjalnych 'kandydatek', ale nie jest to takie proste. Pożądanie a miłość, co wybrać? czy to to samo, można to połączyć, czy raczej trzeba rozdzielać? Lewis w prosty sposób, jak to na Lewisa przystało, pięknie i jasno to wyjaśnia. Kto będzie jednak triumfował? czy dusza ludzka wymknie się z rąk Piołun, czy stanie się ostatecznie wyzwolona i oczyszczona, kto poniesie karę? 

Choć jest to króciutka książeczka (152 strony), nie jest do przeczytania w jeden wieczór. Lewis pisze jasno, klarownie, prosto, ale tu trzeba chwytać każde zdanie, ba! nawet wyrazy. Wszytko pięknie tu się scala i daje do myślenia.   

Ale uwaga, Krętacz nigdy nie zasypia, więc strzeżcie się dobrzy chrześcijanie! Kto wie, czy w tym momencie jakiś Piołun nie szepcze wam do ucha pokus. Na  Piekło! 




A z okazji Światowego Dnia Książki życzę Wszystkim molom książkowym
wspaniałych zdobyczy, bibliofilskich egzemplarzy i wciąż powiększających się regałów. 


środa, 18 kwietnia 2012

"Niebezpieczna metoda" reż.David Cronenberg (2011)

OBSADA AKTORSKA
Michael Fassbender - Carl Jung
Viggo Mortensen - Sigmund Freud
Keira Knightley- Sabina Spielrein

Zygmunta Freuda i Carla Junga nie trzeba przedstawiać. Najnowszy film Cronenberg opowiada właśnie o intensywnej współpracy i przyjaźni obu panów, a potem o zerwaniu tych stosunków. Nie będą się zagłębiać dokładnie w wygłaszane przez nich tezy i przyczyny podziału. Głównie chodziło o to, że Jung nie podzielał przekonania Freuda, że w każdym zachowaniu człowieka dominującą rolę pełnią motywy seksualne. Przedstawiał własne ujęcie kompleksu kazirodztwa i definicję pojęcia libido. A prywatnie Freud zazdrościł Jungowi bardzo bogatej i pięknej żony oraz kochanek.

Film zaczyna się od sceny, gdzie do szpitala psychiatrycznego, w którym pracuje Jung, przywieziona zostaje młoda i piękna pacjentka – Sabina, niedoszła lekarka. Jung zaczyna ją leczyć, najpierw metodą psychoanalizy - stosowaną przez Freda. Z biegiem czasu - przy dużej pomocy Sabiny - dochodzi do własnych wniosków. Poza tym relacja między nim a jego pacjentką zacznie wykraczać daleko poza zwyczajny schemat leczenia. Rodzi się ognisty romans, który może stanąć na drodze jego kariery, z drugiej strony - paradoksalnie -  przyczynić  się do sukcesu. 

Co do wrażeń. Hmm... to mam trochę sprzeczne uczucia. Film jest świetnie sfilmowany. Bardzo podobały mi się kostiumy i zdjęcia, dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Posiadłość Junga nad jeziorkiem, gabinet Freuda, kadry z podroży statkiem do Ameryki. Piękne, subtelne, genialne. Dialogi Freuda z Jungiem, szczególnie te dotyczące interpretacji marzeń sennych, też mistrzowsko dopracowane. Dla Freuda każdy sen miał podtekst seksualny, na przykład galopujący koń, który skacze przez przeszkody, oznaczał według niego tłumione pożądanie napotykające na pokusy (przeszkody).

Niestety są i minusy. Film jest momentami nudny, napięcia tutaj praktycznie nie ma. Ale w założeniu miał być to thriller kostiumowy połączony z filmem biograficznym, więc nie należy się spodziewać nagłych zwrotów akcji. I kreacja aktorska Knightley - tu zagrana bez emocji, bez wyrazu. 

Nie mniej jednak polecam film, nie tylko wielbicielom psychologii, czy biografii. Z pewnością warty obejrzenia. Cronenberg pokazuje, że prawdziwa miłość nie jest w stanie obyć się bez satysfakcjonującego seksu, a tłumione popędy mogą wybuchać z podwójną siłą. Na uwagę jeszcze zasługuje epizod z innym pacjentem Junga - psychiatrą Ottonem Grossem, uzależnianym od narkotyków i seksu, który udziela Jungowi bardzo życiowych rad. No i puenta filmu, może być tylko jedna: 

"Miłość do ciebie była najważniejsza rzeczą w moim życiu, dzięki niej zrozumiałem kim jestem".

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

10 powieści, które powinna przeczytać każda kobieta

Chyba też powoli staję się uzależniona od różnych rankingów (ostatnio nawet musiałam udowodnić trafność wyboru lektur - też w formie rankingu) - jednak wcale to nie było przyjemne.

Natomiast spodobał mi się pomysł u Zbyszekspira, dlatego stworzyłam własną listę. 


1. "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus" John Gray

Choć trochę płytka, pseudonaukowa,  z brakiem głębszych wyjaśnień  opisywanych zjawisk, to jasno mówi o rzeczach oczywistych. W zabawny sposób przedstawia różnice między kobietami i mężczyznami, że aż chce się o tym rozmawiać z partnerem. A co najważniejsze - uczy dystansu do samej siebie. Trafne przykłady dają o myślenia: "Naprawdę taka jestem..."







2. "Płeć mózgu. O prawdziwej różnicy między mężczyzną a kobietą" Anne Moir, David Jessel

Bardziej naukowa wersja poprzedniej książki.  Bardzo poszerza ogólne pojęcie na temat ludzi i płci. Daje wiele do myślenia i pokazuje, że nie jesteśmy sami w problemach damsko-meskich.Powinna być lekturą w liceach, wtedy młodzi ludzie z pewnością tworzyliby bardziej 'zdrowe' związki.





3. "Pisarz, który nienawidził kobiet. Podwójne życie seryjnego mordercy" John Leake

Ku przestrodze. Inteligentny manipulant, aż nie chce się wierzyć, że  zdołał wprowadzić w błąd tyle osób. Wykorzystał w pełni swój osobisty wdzięk i talent aktorski, wygląd zewnętrzny i inteligencję. A kobiety legły do niego,  jak muchy do lepu.




4. "Oficerowie i dżentelmeni. Życie prywatne i służbowe kawalerzystów Drugiej Rzeczpospolitej" Piotr Jaźwiński (lub jakakolwiek inna dotycząca facetów II Rzeczypospolitej).

Aby móc powiedzieć: "Gdzie ci mężczyźni?". Szarmanccy, taktowni, dżentelmeni w każdym calu.







5. "Pani Bovary" Gustave Flaubert

Też ku przestrodze, ale tu, aby nie zwariować, aby nie żyć złudzeniami, aby nie poszukiwać nieustannie szczęścia. Wszytko to powodowało w Emmie niedosyt, wręcz tłumiło i wpędzało ją jeszcze w głębszy smutek. Aby nie tkwić w wiecznym samonakręcającym się cierpieniu. Aby nie zwracać się do córki: "A dajże mi spokój!". Aby otrząsnąć się z takiego trwania!





6. "Dziwne losy Jane Eyre" Charlotte Brontë

Bo o miłości - pięknej, prawdziwej, zdolnej o poświeceń. Miłości, która przetrwała próbę czas, która rozwijała się powoli, która rozkwitała w zalążku, aby potem wybuchnąć jak wulkan. 








7. "Przeminęło z wiatrem" Margaret Mitchell

Bo też o miłości, ale bez happy endu. Nie ma przecież takich mężczyzn jak Ashley Wilkes - tak ukształtowanych w kobiecej świadomości, że bez wad, idealnych, męskich, kochających. Po co marzyć o niespełnionej, odwiecznej miłość, gdy ma się u boku kogoś o wiele lepszego. Gorzej, gdy to się dostrzega za późno...




8. "Noce i dnie" Maria Dąbrowska

Czyli o skumulowaniu wszystkich 'najlepszych' ;) cech kobiety w jednym. Barbara - ukształtowana przez romantyczne schematy, rzucona w pozytywistyczny życiorys. Kobieta interesująca i irytująca. Jest egzaltowana, kapryśna, gwałtowna; histeryczka i egoistka, ale z jakim urokiem.

9.  "Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy" John Eldredge


Uratować piękną i przeżyć przygodę - dwa odwieczne pragnienia mężczyzn. A która tego jeszcze nie rozumie, to polecam lekturę. Pozwala ona zbudować lepsze relacje i zrozumieć drugą osobę, ale przede wszystkim poznać samego siebie. Zajrzeć w głąb swojego serca i odkryć je na nowo. Może nawet po raz pierwszy.






10. "Smutek" C.S. Lewis

Aby zrozumieć jedno - Gdy dwoje ludzi się pobiera, każde musi zaakceptować to, że któreś z nich umrze kiedyś pierwsze. A smutek, to raczej pewna faza, pewien proces, a nie stan w jakim jesteśmy. Musi ewaluować. "Żałoba to nie jest zniszczenie  miłości w małżeństwie, lecz jedna z jej normalnych faz - tak jak miodowy miesiąc. Pragniemy przeżyć nasze małżeństwo dobrze i wiernie także i w tej fazie".


sobota, 14 kwietnia 2012

"Drzwi do piekła" Maria Nurowska

Wydawnictwo: Znak
wydanie: 2012
format: 124 x 190
ilość stron: 272


Tym razem będzie krótko. "Drzwi do piekła" ma wiele pozytywnych recenzji. Kontrowersyjna, szokująca, do bólu ludzka, odważna, rewelacyjna - takie określenia przeważają. Dlatego z niemałym zapałem po nią sięgnęłam. I jakże gorzkie było moje rozczarowanie, niestety. 

Okładka wydaje się fascynująca, urzekająca, w pewien sposób tajemnicza. Zajrzyjmy jednak do wnętrza...

Moje pierwsze rozczarowanie związanie jest ze sposobem prowadzenia narracji. Daria - główna bohaterka - trafia do więzienia za zabójstwo męża. Skazana została na dwanaście lat za zbrodnię w afekcie (zabiła podobno z miłości). I z tej właśnie perfektywny Daria, jako narratorka w powieści, opowiada o swoim wcześniejszym życiu, a wszytko równolegle przeplatane jest z jej dzieciństwem, małżeństwem i scenami z wiezienia. Nie ma żadnych rozdziałów, wszytko jest pisane ciągiem, że niestety historie te po prostu się zlewają, mieszają. Rozumiem, że miał być to oryginalny i celowy zbieg narracyjny, ale tu nie trafiony. 
 
I kreacja głównej bohaterki. Tu wprawdzie świetnie przedstawiona przez Nurowską, ale ja nie znoszę tego typu kobiet. Dlatego mój osobisty stosunek do takich postaw tu przeważył. Nie rozumiem kobiet, które na własne życzenie robią z siebie męczennice, cierpią, pozwalają się sterować przez mężczyzn. Przypomina mi się Balzak i "Kobieta trzydziestoletnia". Tu mamy Darię - kobietę inteligentną, pisarkę, raczej trzeźwo patrzącą na świat, która pozwala zdradzać się własnemu mężowi. Jakby tego było mało, to sama wyszykuje mu kochanki. Na początku miała to być "gra", która miała ich do siebie zbliżyć. Stało się inaczej. Edward zdradzał Darię legalnie, ze stoickim spokojem informującą o kolejnej zdobyczy. Doszło do tego, że Daria zgadzała się nawet na wspólne mieszkanie. 
"Sama mu to zaproponowałam. Taką ograniczoną wolność. Wydawało mi się, że jeżeli ja wiem i on wie, że ja wiem, to panuję nad sytuacją".  [str. 98]

Wszytko rozumiem, że Daria miała trudne dzieciństwo, wychowywana bez rodziców, jedynie przez babkę. Ten brak mężczyzn wytworzył w niej pogardę dla nich, a jeszcze młody student, który "nauczył jej innej miłości". Jednak mimo wszytko wyrosła na piękną, niezależną kobietę, która potrafiłaby dać sobie radę sama. A tak zgadzała się na tak chory i toksyczny układ. Dlatego nie podobało mi się to, nie podobała mi się Daria i jej postawa. 

Natomiast wątek pozostałych kobiet, odsiadujących wyroki w więzieniu, jest przesiąknięty erotyzmem i brutalnością. Wydaje mi się jednak nieco przerysowany i ubarwiony. Choć nigdy nie chciałbym się przekonać, że się mylę. Poza tym w scenie finalnej, gdzie więźniarki wystawiają sztukę Czechowa, Nurowska posłużyła się tu już utartym i znanym schematem – resocjalizacja poprzez sztukę.Trochę to naiwne podejście.

Na koniec jeszcze zabrakło mi przesłania, co chyba powinno tu przyświecać. Miałam wrażenie, że Nurowska - za wszelką cenę próbuje usprawiedliwiać główną bohaterkę. Jakby o czymś zapomniała, że piąte brzmi - Nie zabijaj! 

A miało być krótko :)  
 

środa, 11 kwietnia 2012

"Dwie strony medalu" J.M.R. Michalski

wydanie: e-book


Czasy współczesne. W pewnym radomskim liceum poznajemy dwóch przyjaciół: Michała i Adama. 

Michał to jeden z najlepszych uczniów w szkole, niezwykle pilny i solidny, ulubieniec nauczycieli. Cieszył się też uznaniem i sympatią przyjaciół, między innymi dzięki swojej pracy w wolontariacie na rzecz dzieci z rodzin patologicznych. Związany od dwóch lat z ukochaną dziewczyną-Julką. Rodzice: ojciec - kardiolog, a matka - prawnik byli dumni z dokonań syna. Cały swój dobrobyt, szczęście  i talent Michał zawdzięczał Bogu. "Był Mu ogromnie wdzięczny za wszelkie dary i talenty, jakie zesłał na niego Duch Święty" (ale tandeta). 
 
Natomiast Adam nie należał do ulubieńców nauczycieli, często wdawał się w bójki, miewał liczne incydenty z papierosami i alkoholem, a dziewczyny zmieniał jak rękawiczki i traktował jej jedynie jako przygodę na jedną noc. Po lekcjach udzielał się w klubie sportowym, zdobył dwa puchary dla szkoły ze swoją drużyna. Ponadto pasjonował się grą w szachy, wieczorami odwiedzał nocne kluby i robił 'ustawki' ze swoimi kumplami-kibolami. Do kościoła nie chadzał i obwiał Boga o wszystkie nieszczęścia, szczególnie o samobójczą śmierć brata.  

Tego wszystkiego dowiadujemy się już w pierwszym rozdziale, gdzie zgodnie z założeniem autora, tytuł książki odzwierciedla odmienność dwóch przyjaciół, tworzy jakaś całość, zgodność, jedność jak medal. 

Dalej, niestety, już jest przewidywanie. W szkole pojawia się nowa dziewczyna -Alicja. I tu od razu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawia się w Adamie przemiana. Z brutalnego kibola i łamacza kobiecych serc przeradza się w przepełnionego miłością i czułością mężczyznę, który już planuje ślub i całe życie z ukochaną. Czym tu zalatuje? Nie skomentuje już.

Pierwsze co razi w powieści, to brak właśnie autentyczności. Bohaterowie są przerysowani, wyidealizowani, ze skrajnymi cechami charakteru. Ale nie tylko bohaterowie, również wydarzenia  nijak mają się do rzeczywistości. Scena próby gwałtu wzbudziła raczej uśmiech na twarzy. Alicja, której uciekł autobus w centrum miasta idzie sobie ulicą i nagle pojawia się dwóch zbirów, którzy maja niecne zamiary. Ale oczywiście zjawia się szlachetny rycerz, który w ostatniej chwili - w momencie rozpinana rozporka przez jednego ze zbirów - ratuje Alicję z opresji. Wszystko dzieje się w biały dzień, na środku ulicy, blisko przystanku i szkoły, a wszyscy ludzie, uczniowie nagle wyparowali. Tym rycerzem jest oczywiście Adam, który jednym ciosem powala dwóch domniemanych gwałcicieli. Gdzie tu autentyczność? Nie wspomnę już o finałowej scenie z udziałem Alicji, bo ta już była tak przerysowana, że aż zabawna, a miała być tragiczna.  

Kolejna sprawa to wypowiedzi bohaterów: "Kochanie, ja cię nigdy nie zostawię, nie potrafiłbym", "Dla mnie jesteś wszystkim, co mam, najlepszym co mnie w życiu spotkało", "Jesteś aniołem, którego zesłał Bóg, by uchronić mnie od całego zła tego świata". Lepsze wyznania można było przeczytać nawet w harlekinach. Takie banały towarzyszą jednak powieści do końca. 

Następna sprawa, a raczej cytat - skoro jeszcze mowa o autentyczności: "Lekcja [tu katecheza] jak zwykle przebiegła w miłej atmosferze, a uczniowie wymieniali swoje poglądy na przeróżne sprawy". Doprawdy?! Zazdroszczę takiej szkoły, takich uczniów, nauczycieli, katechetów. Klasa, ba! cała szkoła, gdzie nie ma żadnych problemów wychowawczych, uczniowie spokojnie siedzą w ławkach, pilnie i rzetelnie się uczą, zdobywając tylko zaszczyty dla szkoły. Szkoła, gdzie do wszystkich nauczycieli odnosi się z szacunkiem i respektem, a księdza, o przepraszam - kapłana całuje się po dłoniach. 

W ogóle te wszystkie wywody na temat wiary, Boga są mocno naciągane, banalne i tandetne niestety,  nie wnoszące żadnych głębszych treści ani tym bardziej refleksji. Szkoda, bo jestem rozczarowana. Jedynie co mi się podobało to zakończenie - ono jedynie było, w miarę, autentyczne i skinęło klamrą całą fabułę. 

Czy polecam? Raczej nie, ale  z racji,  że jest to debiut, to autora nie skreślam, daję mu szansę na rozwinięcie.