niedziela, 30 września 2012

"Kalahari" Wojciech Albiński

Wydawnictwo: W. A. B.
wydanie: 07/2012
seria: Archipelagi
oprawa: twarda
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 368




Za barwy panafrykańskie uznawane są często dwa różne zestawy barw, każdy zawierający po trzy barwy. Pierwszy z nich obejmuje kolory: zielony, żółty (złoty) i czerwony. Drugi zestaw zawiera barwy: czerwoną, czarną i zieloną. Kolor czerwony oznacza tu szlachetną krew, która jednoczy wszystkich ludzi pochodzenia afrykańskiego, czarny - kolor ludzi czarnych, a zielony – obfite bogactwa przyrody ich ojczyzny – Afryki. Kolory te, uznano za oficjalne barwy „rasy afrykańskiej". Patrząc na okładkę i czytając wznowione opowiadania Wojciecha Albińskiego można wymienić by jeszcze inne kolory.

Przede wszystkim kolor pomarańczowy, który można przypisać ziemi pomieszanej z gliną, która zostawia ślady na ubraniach i butach. Piaskowy - to kolor  fantastycznych form pustynnych, złotawe są wysokie trawy na sawannie, ciemnogranatowe lub ciemnografitowe bywa niebo podczas zbliżania się burzy, błękit - to kolor okalający wybrzeża Oceanu Indyjskiego i Atlantyckiego. Mówiąc inaczej Afryka to kraina jaskrawa z żywymi, ostrymi kolorami i soczystą zielenią. Ale to nie tylko kontynent z bogactwem pięknych kolorów. To kontynent sprzeczności, gdzie na tych soczystych, jaskrawych barwach pojawiają się ciemne, a czasem krwawe smugi.

Trudno się dziwić, żeby tak ogromy i różnorodny obszar nie trawiły żadne konflikty, choroby czy kataklizmy. Reportaże Albińskiego zmuszają Czytelnika do weryfikacji naszych wyobrażeń, aby spojrzeć na Czarny Ląd obiektywnym okiem, pozbawionym złudzeń i fałszywej mitologii.

Afryka zawsze zadziwia, zaskakiwała, fascynowała i przerażała zarazem. Bulwersujące zjawiska i zaskakujące obyczaje. Okrucieństwo i umiejętność czerpania radości z życia. Wojciech Albiński w swoich reporterskich opowiadaniach ukazuje problemy z jakimi Czarny Ląd ciągle się zmaga. Mamy więc 'zakorzenienie' się białego człowieka i próbę opanowania (zapanowania) nad afrykańskimi obszarami, mamy problem apartheidu - który mimo formalnego zniesienia mocno zakorzeniony jest w mentalności Afrykańczyków. Kolejną plagą są choroby, a tutaj medycyna kontra zabobony i wierzenia, dodać jeszcze trzeba przestępczość (handel diamentami, bronią, kobietami, dziećmi) i oczywiście walki między plemionami. Taką Afrykę widzi Albiński, ale widzi również ogrom przyrody, tudzież przestrzenie, które potrafią zachwycić i zabić.

Komary przecież napływają tu falami, słychać tylko ich brzęczenie i nie wiadomo, które zarażają malarią, tą zwykłą i  tą gorszą odmianą - mózgową. Rozlewiska, na których brzegach krokodyle potrafią zaciągać na dno, a nocami hipopotamy ryczą, że spać nie można. Ponadto głosy ptactwa, mieszające się z odgłosami lwów rozdzierających ranną antylopę. A z drugiej strony - Czarny Ląd to jeszcze nie do końca odkryta dzika przyroda, uroki niezapomnianych krajobrazów, niebezpiecznych, ale przez to pięknych.

Narrator w reportażach nie ujawnia się tu do końca. Nigdy nie moralizuje, niczego nie narzuca, tylko bacznie obserwuje. W niektórych opowiadaniach jest to narrator pierwszoosobowy (takie porte-​​parole autora), w niektórych trzecioosobowy (wnikliwy obserwator). Opowieści nakładają się na siebie, chociaż z pozoru mówią o innych problemach, ludziach, miejscach. W kulminacyjnym opowiadaniu  "Kto z państwa popełnił ludobójstwo?"  wszystko się zazębia, tworząc niesamowity obraz Afryki, jej mieszkańców, krajobrazów i ingerencji białego człowieka.
POLECAM!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa W. A. B. za co bardzo dziękuję.

czwartek, 27 września 2012

"Droga 66" Dorota Warakomska

Wydawnictwo:/ Biblioteka Akustyczna 
czyta: autorka - Dorota Warakomska
seria: podróżnicza -usłyszeć świat






 "...66 is the mother road, the road of flight". - tak ją nazwał John Steinbeck w "Gronach gniewu". Droga-Matka, Droga-Legenda, ulica Stanów Zjednoczonych, na niektórych American Dream. 3939 km - od Chicago do Los Angeles, przecina 8 stanów: Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę oraz Kalifornię. W 1985 roku drogę 66 skreślono z listy szos krajowych, ponieważ przestała odpowiadać wymogom nowoczesnych dróg międzystanowych; okazała się zbyt wąska i zbyt kręta. Stała się jednak zabytkiem. Nakręcono o niej wiele filmów, śpiewano mnóstwo piosenek...

http://www.210countries.com/destinations/good-old-destinations/route-66/
"Życie nie polega na tym, by liczyć oddechy, ale by cieszyć się momentami zapierającymi dech w piersiach" - mówi jedna z bohaterek w książce. Dorota Warakomska zabiera nas w fascynującą podróż, przez miasta i miasteczka, wchodzimy do przydrożnych barów, na przykład do "Eat-Rite", aby zamówić klasyczne amerykańskie śniadanie - jajecznicę z ziemniakami, zaglądamy do lodziarni Ted Drews w St. Louis, gdzie podają podobno najlepsze lody świata. Oprócz barów, knajpek, stacji benzynowych, moteli, przy drodze 66 istnieje wiele muzeów. Muzeum Dynamitu czy Muzeum drutu kolczastego to jedne z najczęściej odwiedzanych miejsc przez turystów.

Bardzo podobała mi się ta podróż, może dlatego, że przejazd drogą 66 jest w dziesiątce moich podróży marzeń. Dorota Warakomska sprawiła, że, po części, chociaż w myślach, mogłam się tam przenieść. Obawiałam się tylko, aby fascynacja Ameryką - co bez wątpienia można przypisać autorce - zniekształci trochę pewne fakty i ubarwi miejsca. Nic się takiego jednak nie stało. Warakomska jak na prawdziwą  dziennikarkę przystało zachowuje dystans, nie opisuje wszystkiego z własnego punktu widzenia, tylko stara się zrozumieć fenomen kultury amerykańskiej, ale dostrzega też jej kiczowatość, elementy tandety.

"Droga 66" to nie tylko przewodnik po trasie, po barach, knajpkach czy muzeach. To przede wszystkim opowieść o ludziach. O ludziach, dla których ważna jest tożsamość, pielęgnowanie tradycji rodzinnych, ale i poczucie wolności z dala od wielkich aglomeracji i pogoni za pieniądzem. Ta właśnie poczucie wolności, nadziei jest nierozerwalnie związanie z droga 66. Zawsze będzie ona obecna w sercach Amerykanów, ponieważ przypomina im o czasach pionierów, którzy zdobywali Zachód ryzykując życie. Stała się również symbolem tysiąca możliwości do wykorzystania, no i oczywiście spełnienia amerykańskiego snu. Już  Oscar Wilde zauważył, że "Amerykanie zawsze kochali swoich bohaterów i zawsze wybierali ich spośród ludzi wyjętych spod prawa”.  I tu trzeba przyznać mu rację - na drodze 66 spotkać można też wielu bohaterów Ameryki - i nie są to krystalicznie czyste charaktery - to szlak słynnych przestępców, którzy wpisali się już w nieodłączną historię Ameryki. Przytoczę tu (fikcyjny) przykład jednego z filmów z drogą 66 w tle. Chodzi oczywiście o „Natural Born Killers” ("Urodzonych morderców") - kiedyś dla mnie kultowego filmu. Mickey (Woody Harrelson) i Malorie (Juliette Lewis - genialne zagrana rola) Knox są parą kochanków. Podróżują przez Stany Zjednoczone drogą 66 dokonując brutalnych morderstw na przypadkowo spotkanych, niewinnych ludziach. Zostawiają zawsze jednego żywego świadka, aby opowiedział o tym, co zobaczył. Media śledzą i relacjonują ich dokonania. Mickey i Malory stają się bohaterami i idolami nowej generacji. Film był oskarżany o gloryfikację morderstw i odebrany był dość kontrowersyjnie. Jednak twórcy filmu -  Oliver Stone (reżyser) i Quentin Tarantino (autor scenariusza) twierdzili, że film przedstawia  satyryczną wizję potępiającą media żądne pieniędzy, nie zważające na ludzką godność. Tu akurat zgodziłabym się z tymi panami, choć nie ma co ukrywać, aby nakręcić taki film trzeba mieć trochę nierówno pod sufitem (delikatnie oczywiście mówiąc). A z racji tego, że byłam kiedyś wielką fanką Quentina - mam do niego ogromny sentyment, a ścieżka dźwiękowa filmu należy do moich ulubionych. (dlatego musiałam wrzucić choć jeden utwór)





A wracając do książki - to chylę czoła przed panią Warakomską. Świetnie się to czytało, a raczej słuchało - bo miałam przyjemność wysłuchania  audiobooka w  wykonaniu autorki. I śmiem twierdzić, że książki czytanie przez autorów oddają w pełni klimat, zaangażowanie i przekaz. Dzięki pani Dorocie przemierzyłam drogę 66 i pozwoliłam swobodnie popłynąć moim  myślom, tak jak w piosence:


„Would you get hip to this kindly tip
And go take that California trip
Get your kicks on Route 66”.



sobota, 22 września 2012

O jesieni, jesieni, jesieni...


Już jesień
rodzi się w moich oczach. 
Króluje 
przez kilka miesięcy 
i odchodzi 
JESTEM JAK JESIEŃ 
złota, 
szczera, 
ciepła, 
zimna . 
KOCHAM JESIEŃ 
Kiedyś przysypie mnie 
liśćmi 
JESTEM JESIENIĄ... 
Widzę, że przemijam. 
Maria Jasnorzewska Pawlikowska 

----------------------------------------
Zanurzać zanurzać się 
w ogrody rudej jesieni 
i liście zrywać kolejno 
jakby godziny istnienia 

Chodzić od drzewa do drzewa 
od bólu i znowu do bólu 
cichutko krokiem cierpienia 
by wiatru nie zbudzić ze snu 

I liście zrywać bez żalu 
z uśmiechem ciepłym i smutnym 
a mały listek ostatni 
zostawić komuś i umrzeć
Edward Stachura
------------------------------------------
Gorzko pachną samotną jesienią
te wieczory bez Ciebie umarłe,
kiedy marzę zaplątany w jesień,
kiedy serce mnie dławi pod gardłem.

Kiedy liście żółtawym odblaskiem
spełzną na dół na ściśnięte pięście,
w mgłach daleko zagubiona radość,
w mgłach daleko zagubione szczęście.

Potem noce mnie ciszą umęczą,
myśli spali błyskawicą drżenie,
potem serce mi wydrze przymarłe
jesień w wieczór spłakany wspomnieniem...
Krzysztof Kamil Baczyński

--------------------------------------------------
A wtedy spotkam go
i pójdę z nim przez park
on będzie blisko tak
mych rąk, mych warg.
Gdy park pożółknie znów,
i biała wzejdzie mgła
będziemy razem szli
Jesienny Pan i ja.
Wojciech Młynarski
-------------------------------





Vincent van Gogh, "Topolowa aleja jesienią"
1884, olej na półotnie przylepionym do drewna,
Rotterdam
                                                                                 


piątek, 21 września 2012

"Przyszły niedokonany" Hanna Cygler

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 2012
oprawa: broszurowa klejona
format: 128 x 197
liczba stron: 304



Odkąd poznałam losy Zosi Knyszewskiej z "Trybu warunkowego" i "Deklinacji męsko/żeńskiej" nie mogłam doczekać się kontynuacji jej historii. 


Zosia Knyszewska, rozczarowana i załamana zdradą męża wraca do rodzinnego Gdańska. Jednak dość szybko znajduje sobie pocieczenie. Poznaje nowego intrygującego mężczyznę - Franka. Nowa fascynacja namawia ją do otworzenia własnego interesu. Wspólnie kupują udziłay restauracji, a Zosia staje się biznes women. Jednak były mąż Witek - nie za bardzo chce zrezygnować z Zosi, jak również chciałby być częścią jej życia. Tymczasem Zosia rozkwita, staje się prawdziwym demonem biznesu. Wszystko się układa, aż za dobrze - najpierw restauracja, potem hotel, odwzajemniona miłość, nieoczekiwana ciąża, uwielbienie otaczających ją mężczyzn, pełnia szczęścia - jednak do czasu. Szybko okazuje się, że towarzystwo jakim się otacza, dawni znajomi Franka, nie zajmuje się legalną pracą, a wręcz są zmieszani są w "ciemne interesy".

Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, powiem tylko, że ostatnia część z losami Zosi znacznie różni się od  poprzednich. Pojawiają się tu wątki kryminalne, akcja przyspiesza i następują nieprzewidywalne zwroty. Czyta to się wszystko bardzo szybko, z niecierpliwością oczekując końca.

Tak w pierwszej części Zosia wzbudziła moją sympatię - to tutaj niestety coraz bardziej mnie irytowała. Stała się trochę egoistką zapatrzoną w swoje emocje i uczucia. Piękna, inteligenta, wzbudzająca nieustany podziw każdego mężczyzn, w każdym wieku, którego spotka. Rozkochuje wszystkich wokół siebie, a faceci leżą u jej stóp (chodzący ideał i seksowna, ciągle napalona i niewyżyta). W końcu stwierdza, że przecież może kochać dwóch mężczyzn jednocześnie! Co tam uczucia innych, ważne, że ona jest szczęśliwa, a jeśli już cierpi i czuje się skrzywdzona to cały świat musi wiedzieć o tym, jak jest jej ciężko. Zostawia nawet swoja córkę w Wigilię i święta, zamyka się w czterech ścianach, bo chce sobie popłakać i pocierpieć. Ponadto za co się nie zabierze - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - zamienia się w sukces. Trochę to nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę realia lat 90.

Niemniej jednak to, że główna bohaterka mnie drażniła, nie zmienia faktu, że cała książka godna jest polecenia. Tu chylę czoła dla Wydawnictwa Rebis za wznowienie serii i wydanie jej w nowej piękniejszej, soczystej, przyciągającej uwagę szacie graficznej. Świetny pomysł, aby wskrzesić na nowo historię Zosi. A to, że bohaterka nie wzbudziła sympatii  wcale nie umniejsza tego, aby sięgnąć po całą serię. W losach Zosi Knyszewskiej - począwszy od burzliwych lat 80. po lata przełomu i lata 90. gdzie raczkował kapitalizm  - nie jedna kobieta z pewnością odnajdzie obraz samej siebie. Kobiety spragnionej miłości, z dużymi nadziejami, wierzącej w siebie, zafascynowanej przemianami, a potem rozczarowanej szarą rzeczywistość, by następnie wziąć sprawy w swoje ręce i być głodną sukcesów, dążyć do spełnienia swoich marzeń, do życia w lepszym świecie, otoczonym miłością i wzajemnością.
Dlatego, POLECAM GORĄCO!

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


wtorek, 18 września 2012

"Apetyt na Italię. VESPApaniała podróż kulinarna" Matthew Fort


Wydawnictwo: Pascal
rok wydania: 2012
liczba stron: 336
format:130x200 mm
oprawa:miękka


Mamma Mia! - można by krzyknąć, tak jak to wołał  kucharz Bartolini z animacji dla dzieci "Porwanie Baltazara Gąbki". Ponieważ owa pozycja jest zaproszeniem, by posmakować Włoch i spojrzeć na nie w innym świetle, obalając pewne stereotypy.

Matthew Fort - Anglik od dziecka zakochany we Włoszech - jako dojrzały mężczyzna postanawiał spełnić swoje młodzieńcze marzenia. Wsiadł na swój skuter VESPĘ i z werwą dwudziestolatka chciał poczuć wiatr we włosach i słońce palące w plecy. Zaczął od najdalej wysuniętego na południe krańca Włoch, a skończył na Turynie. Poznanie tego pięknego i oszałamiającego kraju wiązało się z poczuciem wolności, przygody, potencjalnych osobistych odkryć, kulinarnych rozkoszy. Na włoskich drogach i bezdrożach od razu rzucał się w oczy i z pewnością nie można było go wziąć za Włocha. Przede wszystkim dlatego, że poruszał się w tempie około 50km/h co jak włoskie warunki - jest groteskowo statecznym tempem. Poza tym miał na sobie wytrzymałe brązowe buty, zielone sztruksy, zwykły T-shirt i kurtkę motocyklową i biały kask niczym hełm średniowiecznego rycerza. Nijak to się miało z wizerunkiem młodych Włochów przemieszczających się swoimi skuterami.

Przepyszna to książka. Autor wproawadza nas w tajniki włoskiej kuchni, pisze o pochodzeniu składników, sposobie przyrządzania oraz opisuje urocze i urokliwe zakątki. Odwiedza również większe miasta, jak Neapol czy Turyn. I jak wspomniałam już wcześniej Matthew Fort ma odwagę przełamać pewne stereotypy.

"Ulegamy złudzeniu, że dieta śródziemnomorska jest lekka i zdrowa i składa się głownie z warzyw, roślin strączkowych i oleju  z oliwek, plus kilku grillowanych smakołyków tytułem uzupełnienia białek. W rzeczywistości kuchnia ta - ponieważ opiera się niedawnej a w wielu miejscach współczesnej kulturze wiejskiej - jest solida, treściwa, sycąca i obfita w węglowodany. Jeśli ktoś spędza cały dzień na polu, w prażącym słońcu, to ostatnią rzeczą, na którą będzie miał ochotę, jest talerz pomidorów z mozzarellą, po którym następuje pieczona sardynka z sałatą. Nie - będzie miał ochotę się napchać. I tak samo podczas uroczystości, będzie świętował zasobność swojej spiżarki, a nie jej szczupłość". [str.29]

Twierdzi również, że Włosi - w porównaniu z Wielką Brytanią - przegrywają jeśli chodzi o słodkości i mają ograniczone horyzonty deserowe. Brytyjczycy mają pełne bogactwo i różnorodność w tej dziedzinie - od musu owocowego fool do rolady z dżemem roly-poly, od biszkoptu z bitą śmietaną po syllabud, czyli bitej śmietany z winem, aż po kremy i custardy - przysmaki w formie sosu lub budyniu. A Włosi mają jedynie zabaglione, panna cottę, tiramisu i oczywiście lody. Akurat tu można by tu polemizować - osobiście bardzo lubię tiramisu.

Nie zmienia to faktu, że autor zabiera nas w cudowną, pachnącą podróż. Próbujemy diet regionalnych, nawet przepisów poszczególnych rodzin i oczywiście dań włoskich rozpowszechnionych na całym świecie, takich jak różnego rodzaju spaghetti, ravioli, pizza, pasty, czy risotto. Wszytko tu pachnie tymiankiem, jagnięcina emanuje siłą i zdrowiem właściwej naturalnej hodowli, wieprzowina jest subtelna i delikatna, sałaty kruche, a sery - od łagodnych w smaku przez lekko kwaśno-mleczny posmak, po ostre pecorino.

Po przeczytaniu, można rzec tylko jedno - Mniam!

Przepisów zmieszczonych w książce osobiście jeszcze nie sprawdziłam, ale na blogu u Zosi znajduje się jedna z potraw przyrządzona właśnie według przepisu z przewodnika. Polecam!




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pascal

sobota, 15 września 2012

"Pan Nakano i kobiety" Hiromi Kawakami

Wydawnictwo: W. A. B.
wydanie: 2012
przekład: Anna Zalewska
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 256




"-Pan Nakano jest trochę dziwny, prawda?
-No, może tak". [str.40]

Dziwny - to chyba dobre słowo. Dziwny jest bohater, dziwne jest miejsce, w którym przebywa, dziwni są ludzie, którzy go otaczają i dziwna jest trochę ta książka.

My - Europejczycy nie jesteśmy w stanie zrozumieć pewnych spraw. Nastawienie do natury, architektura czy jedzenie jest w Japonii zupełnie inne niż w Europie. Nie mówiąc już o samurajach i gejszach - śmiem twierdzić, że nikt poza Japończykami nie jest w stanie zrozumieć ich mentalności, obyczajów, obrzędów. Cała ich kultura może wprawdzie fascynować i zachwycać, ale zinterpretować ich symbolikę, magię potrafią nieliczni.

Przenosimy się więc w świat pełen starych sprzętów, do miejsca, gdzie pan Nakano prowadzi swój mały sklepik ze starzyzną. Sklepik ten jest dla niego całym życiem, swoistą świątynią codzienności i prostoty. Sześćdziesięciolatka poznajemy oczami jego pracownicy - Hitomi. To młoda i trochę naiwna dziewczyna, która wtapia się w atmosferę miejsca, gdzie pracuje. Wszystko tu płynie wolno, nostalgicznie, prawie sennie. Oniryczność tego miejsca udziela się od pierwszych stron Czytelnikowi.

Autorka pod przykrywką tej właśnie codzienności, opisie rzeczy prostych, skupia się na drobiazgach, bo takie drobiazgi częściej niż gwałtowne burze emocji wzbogacają nasze życie. Chociaż emocji tu i tak nie brakuje. Natomiast nie ma tu nagłych zwrotów akcji, nie wydarzy się nic spektakularnego, wszystko tu płynie spokojnym nutem, a mimo to Czytelnik ma wrażenie, że napięcie w nim wzrasta.

Szkło w ramie, które lśni odbijając promienie letniego popołudniowego słońca, talerzyki i miseczki o eleganckich dopracowanych wzorach, lampki zaprojektowane z zacięciem artystycznym, nawet cienka smużka dymu z papierosa otula nas tu magią, a precyzja i prostota wykonania przedmiotów wzbudza zachwyt.

Trudno pisać tu o fabule, bo jej praktycznie nie ma,  a mimo to powieść pochłania się bardzo szybko. To chyba jedna z najbardziej uniwersalnych książek  jakie czytałam. Kawakami pisze tak umiejętnie, że człowiek w każdej strefie kulturowej potrafi się wtopić,  a raczej zatopić w jej prozie. Nasze kompleksy, nasze zagubienie w świecie, niepełnione pragnienia, czasami niepewność jutra, kruchość życia  to przecież problemy, jakie człowiek spotyka w każdej przestrzeni czasowej, bez względu na szerokość geograficzną.

Ale przede wszystkim jest to powieść o miłości, o związkach, o byciu ze sobą. Przecież czasem bycie ze sobą, wcale nie jest równoznacznie z byciem w związku, tyko z byciem obok siebie. Albo bycie w związku, w którym nie potrafimy zdefiniować kto jest kim. Pan Nakano miał trzy żony, obecnie oprócz żony ma też kochankę i siostrę, która ma ogromy wpływ na jego życie. Sama Hitomi poznaje Takeo, pomocnika pana Nakano, do którego początkowo obawia się odezwać. Wspólna praca zbliża ich do siebie, ale czy to wystarczy,  aby pokonać przeciwności losu?

Subtelna, oniryczna, pełna symboliki i bardzo refleksyjna lektura, jedna z takich, o których nie zapomina się w następny dzień po przeczytaniu.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa W. A. B. za co bardzo dziękuję.

czwartek, 13 września 2012

"Firma" John Grisham

Wydawnictwo: Audeo
wydanie: audiobook
czyta: Krzysztof Globisz

"Firma bardzo się troszczy, ale się nie wtrąca. Jest jak rodzina..." No właśnie, a z rodziną wiadomo - czasami najlepiej wychodzi się na zdjęciach.


Gdy Mitch McDeere - młody zdolny prawnik, prymus Harvardu, rozpoczyna pracę w renomowanej firmie prawniczej w Memphos Bendini, Lambert & Locke w Memphis, myślał, że jest to spełnienie jego marzeń. Świetna posada, perspektywa ciągłych premii i dodatków, bardzo korzystny kredyt na dom, nowe BMW, wakacje na Kajmanach i praca dla żony w szkole. Otaczają ich nowi, bardzo bogaci ludzie, a pracownicy firmy sprawiają wrażenie bardzo życzliwych. Młodym małżonkom wydaje się, że złapali szczęście za ogon. Firma bardzo o nich się troszczy. Jest tu jednak pewien haczyk - jeśli wszystkie twoje pieniądze pochodzą z jednego źródła, to starasz się być wobec tego źródła maksymalne lojalny, a firma oczekuje bezwzględnej lojalności. Wkrótce ta lojalność okaże się zbyt wysoką ceną.

Mitch powoli orientuje się, że coś jest nie tak. Wynajęty przez niego prywatny detektyw, Eddy Lomax, bada sprawę. W wyniku dochodzenia Mitch podejmuje współpracę z FBI i dowiaduje się, że wszyscy wspólnicy są na liście płac mafii, która używa kancelarii do prania brudnych pieniędzy. Cały zarząd jednak w pełni kontroluje swoją firmę. Ale jeśli wszystko się wyda, na Mitcha zostanie wydany wyrok śmierci. Tak jak na innych współpracowników firmy, którzy również otrzymywali takie propozycje od FBI. Rozpoczyna się gra o życie. Mitch jest między młotem a kowadłem, musi się za coś zdecydować. Musi również brać pod uwagę swojego brata Ray'a, który odsiaduje wyrok w więzieniu. Jego los też chciałby negocjować u FBI.

Znakomita i trzymająca w napięciu powieść sensacyjna. To moje pierwsze spotkanie z Grishamem i choć nie jestem zbyt dużą fanką takich powieść, to "Firmę" przeczytam (przesłuchałam) z wielką przyjemnością. Grisham wprowadza nas w kuluary prawa, w świat adwokatów i prawa, świetnie oddaje atmosferę tajemnicy, umiejętnie prowadzi akcję, która wielu momentach zaskakuje.

I muszę tu napisać parę słów na temat lektora. Pan Krzysztof Globisz przeczytał powieść wyśmienicie. Urzekł mnie swoim głosem. Jego wybór do tej powieści to strzał w dziesiątkę. Jest idealny do tego tekstu. Nawet kwestie wypowiadanie przez kobiety czyta z dużą naturalnością i swobodą, nie ma tu ani krzty sztuczności, czy nadinterpretacji, świetnie naśladuje kobietę. 

POLECAM, szczególnie audiobooka. Ciekawa jestem innych powieść Grishama - czy wszystkie utrzymują tak wysoki poziom.


Egzemplarz recenzencki przesłuchałam dzięki uprzejmości Audeo.pl za co bardzo dziękuję.

czwartek, 6 września 2012

"Stan zdumienia" Ann Patchett

Wydawnictwo: Znak
wydanie: 06.09.2012
tłumaczenie: Anna Gralak
Format: A5
Ilość stron: 448





“Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności. (...) Wędrowaliśmy po prehistorycznej ziemi, po ziemi mającej wygląd nieznanej planety”.  - tak pisał Joseph Conrad i jak recenzje amerykańskie zapewniają jest to "współczesna, kobieca wersja 'Jądra ciemności' ". O ile skojarzenie z ową powieścią jest trochę przesadzone, tak jednak ten cytat doskonale obrazuje treść "Stanu zdumienia". 

Na początku dowiadujemy się o tajemniczej śmierci naukowca -  Andersa Eckmana. Zmarł na skutek wysokiej gorączki i został pochowany w dżungli. Wyjechał tam, aby skłonić do powrotu doktor Swanson, która w dziczy zajmowała się badaniami nad płodnością. Cały projekt był dość tajny i zajmowała się nim garstka naukowców w Minnesocie. Bowiem w amazońskiej dżungli odkryto odizolowane plemię Lakashi, w którym kobiety rodziły zdrowe dzieci  po siedemdziesiątce. Zachowywały więc zdolność do reprodukcji aż trzydzieści lat dłużej niż kobiety z sąsiednich plemion. Pięciopokoleniowe rodziny były tam czymś powszechnym i wszyscy zdawali się cieszyć dobrym stanem zdrowia. Pomyśleć, że można zaczekać i urodzić dzieci, po czterdziestce, po pięćdziesiątce. Gdzie więc tkwi fenomen? Jak one to robiły, czy coś jadły, czy stosowały jakieś leki? Było to zadziwiające dla naukowców. 

Marina - farmakolożka wtajemniczona w projekt, na prośbę żony zmarłego wyrusza do Brazylii, aby wyjaśnić sprawę śmierci przyjaciela, a przy okazji porozmawiać z doktor Swanson - kobietą już siedemdziesięcioletnią jednak ciesząca się ogromnym autorytetem w kręgu swojego środowiska - i skłonić ją do powrotu oraz przyspieszenia prac nad lekiem na płodność.

Ale kto z 'gringo' nadaje się do dżungli? Upały, owady -kąsające i gryzące, cykające i bzyczące, lepkie powietrze, nawet drzewa budzą tam niepokój, tylko nieliczni mogą się do takich warunków. Marina lubiła śnieg, a nie znosiła upałów i wcale nie miała ochoty tam jechać. Na miejscu dość szybko odnalazła doktor Swanson, jednak obie nie były zachwycone ze spotkania. Marina zdała sobie sprawę, że jest pewnego rodzaju Orfeuszem, a Eurydyką był jej przyjaciel-Andres. Została wysłana do piekła, aby go stamtąd wydostać, była mu to winna biorąc pod uwagę wiele lat wspólnej pracy i obietnicę złożoną jego żonie.

Marinę spotka w świecie, gdzie trzeba poradzić sobie z własnymi lękami i obsesjami, wiele fascynacji i rozczarowań. Piękno, dzikość i dziewiczość tego świata, pozbawionego cywilizacji będzie się mieszać z niebezpieczeństwami, ale i też chęcią odkrycia czegoś owego. A fascynacje, których doświadczy - począwszy od niezwykłego uroku Amazonki, przez głuchego i niemego chłopca, którym opiekuje się doktor Swanson i który był tym samym świadkiem ostatnich chwil życia Adersa, po widok siedemdziesięcioletnich kobiet w ciąży  - będą ją przerażać i hipnotyzować. Do tego stopnia, że zatrze się jej granica między tym co realne, a tym co pojawi się w jej snach czy majakach.

Ogromnym plusem książki są opisy - bardzo sugestywne, takie które sprawiają, że trudno się rozeznać czy to rzeczywistość, czy może zwidy amazońskiej, malarycznej gorączki? Odzywa się wtedy nasze sumienie, gdzie zarówno na dnie serca jak i w samym środku dżungli zmagamy się z własnymi lękami i poczuciem winy. Magnetyzm nas przyciąga. Brak cywilizacji hipnotyzuje.

Jak daleko lekarze, naukowcy mogą posunąć się w swoich badaniach? Co jest ważniejsze satysfakcja, chęć odkrycia innowacyjnego leku, który może poprawić życie kobiet na całym świecie, czy przyjaźń i miłość? Czy można poświecić życie jednego przyjaciela, aby innym żyło się lepiej? Gdzie jest więc granica między dobrem i złem? Jest w każdym z nas, trzeba umieć ją tylko odnaleźć, zajrzeć do głębsza, niekoniecznie ziemi...

"Wiesz nadzieja to straszna rzecz. Nie mam pojęcia, kto postanowił ją uznać za cnotę, bo wcale nią nie jest. To utrapienie. Nadzieja jest jak chodzenie z haczykiem wędkarskim w ustach, za który ktoś nieustannie ciągnie i ciągnie". [str.59]

Spektakularna lektura, bajeczna, pełna napięcia, ekscytująca, rzucająca urok na czytelnika. POLECAM!



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak 

sobota, 1 września 2012

"Ty, ja i fejs" Jay Asher, Carolyn Mackler

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 04.09.2012r.
przekład: Maria Smulewska
oprawa: broszura szyta ze skrzydełkami
format: 128 x 197
liczba stron: 370




Kto z Was miał naście lat w latach 90.?  Kto nagrywał sobie filmy na kasety video, słuchał discmana albo walkmana? Z pewnością duża grupa. Wtedy w latach dziewięćdziesiątych takie słowa jak: blog, czat, czy portale społecznościwe były czystą abstrakcją i nikomu się nie śniło, że za parę lat Internet będzie dostępny dla każdego, a telefon komórkowy stanie się niezbędny. Sama pamiętam swój pierwszy telefon - Nokię 5110 - cegłę - mówiąc dzisiejszym językiem.


W 1996 roku mniej niż połowa młodych ludzi choć raz w życiu korzystała z Internetu. W tym właśnie roku dzieje się akcja młodzieżowej powieści "Ty, ja i fejs". Głównymi bohaterami i zarówno narratorami w powieści jest dwójka przyjaciół z sąsiedztwa - Emma i Josh. Pewnego dnia dziewczyna otrzymuje od Josha CD-ROM z darmowym dojściem do Internetu.

Gdy w końcu jest online, nagle na monitorze jej komputera pojawia się niebieski baner z białym okienkiem do logowania. Po zalogowaniu otwiera się jej strona "Facebooka" i Emma odkrywa, że widzi siebie, ale parę lat starszą. Jej zdjęcia są pogrupowane w albumach, z dzieciństwa, z liceum oraz znajdują się te aktualne. Dalej widzi status związku i męża. Nie ma pojęcia jeszcze co znaczy: "zmień status", "zaproszenie do grona znajomych", czy ''zaczep". Ale kto z Was nie byłyby ciekawy jak ułożą się Wasze losy za 15 lat i kto będzie szczęśliwym wybrankiem. Emma przegląda więc swoją historię, odkrywa samą siebie i swoich znajomych za parę lat. Po czym stwierdza, że wcale nie podoba jej się życie, jakie będzie musiała przeżyć, a szczególnie jej przyszły mąż. Za to przyszłość jej przyjaciela - Josha zapowiada się bardziej imponująco. Będzie pracował w prestiżowej firmie i ożeni się z najseksowniejszą obecnie dziewczyną w szkole, gdy tymczasem wcale nie zamienili ze sobą jeszcze żadnego słowa. 

Czy znając taką przyszłość można wpłynąć na teraźniejszość, tak aby coś się nie wydarzyło? Czy można tak igrać z losem? Zmienić siebie celowo przyszłego męża? Nie pójść na tą uczelnię, gdzie się kiedyś rzekomo spotkają? Przecież konsekwencje takiego kroku są niewyobrażalne. A każda najmniejsza zmiana może wywołać niesamowite drgania w przyszłości. Przypomina się teraz kultowy film lat 80. "Powrót do przyszłości", gdzie jeden z bohaterów zdobył w przyszłości kalendarz ze wszystkimi wynikami meczów ligowych, po czym wrócił do teraźniejszości. Takie igranie więc z przyszłością może okazać się bardzo niebezpieczne, nie można przecież bezkarnie poprawiać siebie losu, wyrzucać to czy tamto, jak nam się coś nie podoba. Emma szybko się o tym przekona.

Jak skończy się tak gra z przyszłymi wyborami, tego oczywiście nie zdradzę. Świetny pomysł autorzy mili na fabułę, choć na zakończenie zabrakło im już pomysłu, trochę przewidywalne. Kreacja postaci trochę płaska. Emma i jej przyjaciółka Kelly to po prostu dwie licealistki  - niby inteligentne, ale o myśleniu gimnazjalistki, w dodatku hipokrytki, których jedynym problemem jest wybór chłopaka, który jest najbardziej seksowny. Josh i jego przyjaciel Tyson też raczej nie należą do wyrazistych postaci. Ale może właśnie z racji tego, że jest to powieść dla młodzieży - autorzy chcieli zwrócić uwagę czytelników, jakim nie należy być. 

Parę słów jeszcze o fenomenie "fejsa". Osobiście dla mnie Facebook mógłby wcale nie istnieć. O pomstę do nieba można zawołać oglądając profile niektórych osób. 12-latki, które udają 16-latki, studentki, które prześcigają się bardziej rozbieranych sesjach (zdjęcia w haleczkach, w skąpych strojach kąpielowych, czy zdjęcia nóg, biustu). A do tego te wszystkie informacje - kto o zdrowych zmysłach zamieszcza takie wpisy obnażające własną prywatność, ba! nawet intymność -  co jem w tej chwili, jak mam nastrój, ilu to miałam byłych i jak się czułam po każdym rozstaniu. Patrząc na to wszystko cieszę się niezmiernie, że moje naście lat przypadło właśnie na lata 90. tudzież ominęło mnie takie „uzewnętrznianie się”. I z nostalgią mogę wspominać czasy gdzie zdobywanie kaset z ulubionymi piosenkami, czy wypożyczanie filmów na video, równało się niekiedy ze zdobyciem jakiegoś szczytu. Owszem dobrze, że świat poszedł naprzód, że Internet jest szeroko dostępny. Jednak z żalem patrzę na osoby, które codziennie muszą wchodzić na swoje konta na portalach społecznościach, aby sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie dodał jakiegoś komentarza lub poinformować wszystkich, że akurat w tej chwili jestem zła, smutna lub radosna.

Dlatego książkę powinny przeczytać przede wszystkim takie osoby, które nie mogą żyć bez Facebooka, te które muszą mieć go zawsze pod ręką w telefonach komórkowych – przeczytać, tak ku przestrodze. Trochę starsze pokolenie również zachęcam do lektury, aby przypomnieć sobie czasy "przedblogowe" i z nutką nostalgii wspomnieć lata 90. "Ty, ja i fejs" to jedna z lepszych pozycji dla młodzieży i o młodzieży. Tematyka z pewnością przyciągnie rzesze czytelników. Cóż jeszcze można napisać na koniec? Chyba tylko jedno. Lubię to!



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.