wtorek, 30 października 2012

"Wędrówka przez słońce" Corban Addison

Wydawnictwo: Świat Książki 
data premiery: 07.11.2012r.
tłumaczenie: Dominika Lewandowska 
oprawa: twarda z obudową 
liczba stron: 400



Rzadko sięgam po taką literaturę. Historie z życia wzięte wprowadzają mnie w przygnębiający nastrój. Porwania dzieci, okrutne morderstwa, gwałty, handel ludźmi - to tylko niektóre realia współczesnego świata. I chociaż autor opisał tu historię fikcyjną, to handel istotami ludzkimi jest jak najbardziej rzeczywisty. Wkraczamy więc do mrocznego świata współczesnego niewolnictwa. Rzadko, nie znaczy u mnie  - nigdy. Dlatego postanowiłam zmierzyć i z taką literaturą.

"Czy to piekło? Jeśli nie, to gdzie są bogowie?" - tak mówi w pewnym momencie jedna z bohaterek. To wołanie o pomoc z nieba było jedyną deską jej ratunku. Ale po kolei. W przepełnionymi kolorami Indiach poznajemy dwie bohaterki - siostry - siedemnastoletnią Ahalyę i piętnastoletnią Sitę. Obie wiodły bardzo szczęśliwe życie, kochający się rodzice, wzajemny szacunek, dość dobra pozycja materialna, spokój. Ale do czasu. Przez zamieszkiwaną przez nich miejscowość przetacza się tsunami. Siostry tracą wszystko - rodziców, gosposię, dom, cały dobytek. I wydawać się mogło, że nic gorszego nie może się im już przydarzyć. Tymczasem, w drodze do przyklasztornej szkoły, w której pragną się schronić, zostają porwane przez handlarzy kobiet. I tak zaczyna się ich piekło na ziemi. A bogini Lakszmi, do której modliły się dziewczynki codziennie,  prosząc o szczęście, zdrowie i odwagę  nie była dla nich zbyt łaskawa. 

Równolegle toczy się drugi wątek - w Waszyngtonie, Thomas Clarke zmaga się z kryzysem osobistym i zawodowym. Po niedawnej śmierci malutkiej córeczki, opuściła go żona i wyjechała do swojego rodzinnego kraju - do Indii. W karierze prawniczej też robi się nie za ciekawie. Ale pewnego dnia pojawia się niespodziewana propozycja - odbycia stażu w organizacji CASE - zajmującą się obroną praw człowieka. Na miejsce stażu wybrano Bombaj. Thomas stwierdza, że to jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, chce bowiem odzyskać żonę i uznanie prawnicze. Toteż wyrusza do obcego kraju, w celu podjęcia wyzwania zawodowego i z nadzieją na jeszcze jedną szansę u żony.

Thomasowi w Bombaju otwierają się oczy na najgorsze przejawy ludzkiego okucieństwa. Wkracza w świat zaskakujący, jak i niepokojący, podziemne królestwo zamieszkiwane przez alfonsów i handlarzy, skorumpowanych urzędników oraz niegraniczne rzesze porwanych, brutalnie traktowanych kobiet i dzieci, bezkresny labirynt indyjskich slamsów. "Nagle staruszkowie relaksujący się w cieniu z dziadków przemienili się we właścicieli burdeli. Młodzieńcy palący w zaciemnionych futrynach nie byli włóczęgami, tylko alfonasami. Kobiety z miotłami w korytarzach i w kuchniach to nie gospodynie, lecz burdelmamy". [str.98]

Losy Thomasa i porwanych sióstr splatają się. Jednak Ahalya i Sita, zostają rozdzielone. Zaczyna się dramatyczna walka o ocalenie strzępków godności, człowieczeństwa i życia. Z wypiekami na twarzy czytałam tę historię. Napisana bardzo przystępnym językiem, porywajaca. A pod koniec - poryczałam się jak bóbr. Wstrząsająca momentami jest ta książka, momentami zaś wzruszająca, a najważniejsze jest to, że na końcu wyrabia w nas poczucie, że mimo, że jesteśmy na drugim końcu świata, możemy w pewien sposób pomóc. Czasami wydaje się, że tych potrzeb jest wiele, a wyzwania są często przytłaczające. "Ale nie ma problemu bez rozwiązania. Możemy zmienić świat - po jednym słowie, darze, życiu na raz". [str.395] Bo przecież:

Wędrujemy przez słońce
A nasze cienie padają 
Na czasu tarczę
Tworząc imiona nadane przez światło
Które daje nam życie.


 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

poniedziałek, 29 października 2012

O miłości, u Herberta...

źródło
urodził się 29 października 1924 roku - zmarł 28 lipca 1998 roku

Dziś skończyłby 88 lat, Wielki Poeta, dramatopisarz, eseista, twórca słynnego cyklu poetyckiego "Pan Cogito", a z wykształcenia ekonomista, prawnik i filozof. Dla mnie Wielka Postać, Wielki Twórca i Wielki Człowiek. 

Poniżej przytaczam dwa utwory Zbigniewa Herberta, jedne z moich ulubionych...













"Jedwab duszy"

Nigdy
nie mówiłem z nią
ani o miłości
ani o śmierci

tylko ślepy smak
i niemy dotyk
biegały między nami
gdy pogrążeni w sobie
leżeliśmy blisko

muszę
zajrzeć do jej wnętrza
zobaczyć co nosi
w środku

gdy spała
z otwartymi ustami
zajrzałem

i co
i co
jak myślicie
co zobaczyłem

spodziewałem się
gałęzi
spodziewałem się
ptaka
spodziewałem się
domu
nad wodą wielką i cichą

A tam
na szklanej płycie
zobaczyłem parę
jedwabnych pończoch

mój Boże
kupię jej te pończochy
kupię
ale co zjawi się wtedy
na szklanej płycie
małej duszy

czy będzie to rzecz
której nie dotyka się
ani jednym palcem marzenia


"Epizod"

Idziemy nad morzem
trzymając mocno w rękach
dwa końce starożytnego dialogu
— kochasz mnie
— kocham

ze ściągniętymi brwiami
streszczam całą mądrość
dwu testamentów
astrologów proroków
filozofów z ogrodów
i filozofów klasztornych

a brzmi to bez mała tak:
— nie płacz
— bądź dzielna
— popatrz wszyscy ludzie
wydymasz wargi i mówisz
— powinieneś być kaznodzieją —

i zagniewana odchodzisz
nie kocha się moralistów

cóż mam powiedzieć nad brzegiem
małego martwego morza

woda powoli wypełnia
kształty stóp które znikły




piątek, 26 października 2012

"Cyrk nocy" Erin Morgenstern

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 17 października 2012 
format: 13,5 x 21,5 cm
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 432



Przyznaję, nie lubię cyrków. Nigdy mnie nie pociągały ani nie fascynowały. Może to wpływ małomiasteczkowej prowincji, gdzie nie było wszakże okazji oglądać cyrków, takich z prawdziwego zdarzenia. Jednak przez ostatnie dni miałam okazję uczestniczyć w niezwykłym widowisku "...to coś więcej niż cyrk. To cyrk, jakiego nikt jeszcze nie widział. Nie jeden wielki namiot, tylko całe ich zatrzęsienie, a w każdym coś innego. Bez słoni czy klaunów. Nie, to będzie dużo bardziej wyrafinowane. Nie będzie tam krzty pospolitości. To coś zupełnie innego, całkowicie unikatowe doświadczenie, uczta dla zmysłów. Teatr bez sceny, rozrywka totalna". [str.67]

Zaczyna się fascynująco i magicznie. Zostajemy wciągnięci w nietypową rozgrywkę. Dwóch dżentelmenów-iluzjonistów postanawia stoczyć pojedynek. Jednak do ostatecznej rozgrywki przygotują swoich uczniów. Czarodziej Prospero swoją córkę, a mężczyzna w szarym garniturze chłopca przygarniętego z domu dziecka. Zawodnicy są przygotowani latami, jednak zupełnie w inny sposób i w innych okolicznościach, tak jakby ścierały się ze sobą dwie teorie filozofii. Rozgrywający - Celia i Marco - oczywiście nie mają o niczym pojęcia, nie wiedzą o sobie, nie wiedzą też kiedy odbędzie się pojedynek, wiedzą tylko, że muszą nieustannie ćwiczyć, bo kiedyś nadejdzie "ten dzień", w którym wszystko się rozstrzygnie.

Sprawa komplikuje się, kiedy w grę zaczynają wchodzić uczucia, a Marco i Celia spotykają się - i jak nie trudno się domyślić - zakochują się w sobie. Miłość silniejsza niż pojedynek, czy na odwrót - zwycięstwo w pojedynku mimo wszystko? Kto ma większe zdolność, kto  z nich bardziej wytrwale ćwiczył, a może całe to uczucie jest iluzją, tylko po to, aby odnieść zwycięstwo. Czy na miłość będzie miejsce? Czy przezwycięży zawiązane więzy? To właśnie miłość okazała się wyzwaniem w tym pojedynku. Miłość silniejsza niż magia, niż rywalizacja, niż śmierć...

I cóż powiedzieć dalej? Zapowiadało się intrygująco. Niestety, gdzieś w połowie czytania magia ta zanika. Pogubiłam się nieco w fabule, bo praktycznie dalszej akcji nie ma. Przenosimy się wciąż w inne miejsca - Londyn, Nowy Jork, Praga, Paryż, Montreal, Bazylea, Monachium, w różne zakątki świata i ze strzępków informacji dowiadujemy się na czym polegać będzie rozgrywka. W ogóle dużo tu niedopowiedzeń, tajemniczości, niewyjaśnionych sytuacji. Wybiłam się  z rytmu. Pojawiają się przeróżni bohaterowie, o których dowiadujemy się niewiele. I tak naprawdę głównych bohaterów też ciężko scharakteryzować, ponieważ bardzo mało o nich wiemy. Kreacja psychologiczna postaci nie wyszła tu autorce najlepiej.

Ale na szczęście na koniec powraca znowu magia, która przepełnia nas atmosferą tajemniczość tudzież iluzji, gdzie nie wiadomo,  gdzie tak  naprawdę się znajdujemy. Czy stoimy w pogrążonej w mroku i deszczu londyńskiej ulicy, czy jesteśmy na przyprószonej śniegiem łące. Gdzieś. Jesteśmy gdzieś w naszych wyobrażeniach, w naszej wyimaginowanej rzeczywistości lub jesteśmy świadkami nadzwyczajnego spektaklu.

Mimo drobnych minusów, uważam powieść za wartą przeczytania. Jest to wprawdzie debiut, więc autorka z pewnością rozwinie skrzydła. Mnie w pewien sposób ujęła i choć pewne fragmenty były nużące i tak warto ją przeczytać. Choćby dlatego, aby poczuć mroczny, oszałamiający i eteryczny klimat, który nigdy nie było mi dane odczuć na żywo.

Namioty w biało-czarne paski kuszą napisem "Le Cirque des Rêves". Zadziwiają widzów różnorodnością kształtów i wielkością konstrukcji. Można się w nich zgubić jak w gąszczu chmur, przechodząc się z namiotu do namiotu i za każdym razem być świadkiem niezwykłych iluzji, sztuczek, magii. Wytatuowana kobieta guma wciska się do pudełka, bliźniaczki o płomiennorudych włosach tresują swoje kocięta, wróżka układa tarota, a akrobaci prześcigają się w pokazach.

Cały ten nastrój udziela się, do tego stopnia, że poczułam ogromną ochotę na obejrzenie takiego unikatowego przedstawienia. Przenieść się na chwilę do świata iluzji, to byłoby takie magiczne, oderwane od rzeczywistości. Tutaj przedstawienie zaczyna się o zmierzchu, a kończy o świcie. Gdy więc słońce zniknie za horyzontem, a ostatnie promienie światła będą sycić półmrok, zaczną migotać światełka, które ułożą się w napis "Cyrk Snów". Wrota już rozwierają się zapraszająco. Cyrk jest otwarty. Możecie wejść.



 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

wtorek, 23 października 2012

"Pies Baskerville'ów" Arthur Conan Doyle

Wydawnictwo: Audeo
wydanie: audiobook
czyta: Jakub Sender



Recenzja bierze udział w konkursie dla syndykalistów


Kolejne moje spotkanie z Sherlokiem Holmsem zaliczam do bardzo udanych. Tym razem przenosimy się na ponure wrzosowiska, do rodowej siedziby Baskerville'ów w hrabstwie Devon. Nad otuloną gęstną mgłą posiadłością ciąży okrutna klątwa. W tajemniczych okolicznościach giną kolejni spadkobiercy majątku Baskerville'ów. Miejscowa ludność twierdzi, że owe zagadkowe zgony mają związek z legendą o piekielnym psie grasującym w pobliskich moczarach. Holmes i Watson podejmują się wyzwania rozwiązania tajemniczej zagadki. Jednak na miejsce wydarzeń początkowo jedzie tylko Watson,  który regularnie informuje swojego przyjaciela o rozwoju wydarzeń, pisząc od niego listy-raporty. Tu sir Arthur Doyle zastosował ciekawy zabieg narracyjny - formę epistolarną. 

źródło
Ze skrupulatną dokładnością Watson próbuje rozwiązać skomplikowaną zagadkę. Wkrótce staje sam na sam z potworem:

"Ponad szczeliną w skałach, gdzie płonęła świeca, wysunęła się straszna twarz, wręcz zwierzęca, żółta. Obryzgana błotem, okolona rozwichrzonym zarostem i długimi rozczochranymi włosami, mogła uchodzić za oblicze jednego z przedhistorycznych ludzi, którzy zamieszkiwali jaskinie na stokach pagórków. Światło stojące poniżej odbijało się w chytrych oczach, które rozglądały się gorączkowo dokoła, usiłując przeniknąć zalegające ciemności, jak ślepie przebiegłego zwierza, gdy je dobiegnie odgłos kroków myśliwych".



Klimat powieści jest tu niesamowity - opisy sprawiają, że serce bije nam jak młot, a krew ścina się lodem w żyłach. Mroczne, trzęsawiska, zimne ponure hrabstwo budzą grozę, a zagadka kryminalna jest po mistrzowsku skonstruowana. Całą intryga powoduje ciary na plecach, a gdy za oknem - tak jak  dziś - jest zimny, wietrzny, jesienny wieczór - klimat utworu udzielna się nadzwyczajnie. Bałam się po prostu!  Zastanawiając się czy okrutna bestia z klątwy rzeczywiście istnieje, czy jest wytworem ludzkiej wyobraźni, i czy istotnie jest to potwór z piekła rodem, czy może to natura go stworzyła, a ręka ludzka przemieniła w budzącą postrach bestię.

"Był to pies - pies czarny jak węgiel, olbrzym, jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego śmiertelnika. Jego otwarta paszcza zionęła ogniem, ślepia iskrzyły się, a jakieś gorejące płomyki strzelały z sierści na całym grzbiecie. Rozgorączkowane majaki chorego umysłu nie mogły spłodzić nic równie dzikiego i przerażającego, jak ten czarny potwór, który wypadł spoza tumanów mgły".

Styl  Arthur Conan Doyle jest nie do podrobienia. Miałam jednak przyjemność wysłuchać audiobooka - co tylko zwiększyło moją obawę - ponieważ wykonanie, choć z początku trochę usypiające, sprawiło w trakcie, że miałam delikatnego 'cykora'. Głos Jakuba Sendera z biegiem akcji przyspiesza, oddając przy tym niespodziewaną gamę emocji. A namiętności, jakie targają bohaterami, melancholia, której się poddają plus świetne dopasowana oprawa muzyczna niewątpliwie stworzyły mi sposobność przeniesienia się na ponure, spowite gęstą mgłą moczary...


czwartek, 18 października 2012

"Siedem cudów" Steven Saylor

Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 16.10.2012
Tłumaczenie: Janusz Szczepański
Format: 15.0 x 22.5 cm
okładka: miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 336



"Nie opuszczając granic mojego imperium, można zobaczyć najbardziej niezwykłe budowle, wzniesione przez różne ludy w różnych epokach, ku czci najróżniejszych bogów, ale połączone w jedno za sprawą mojej woli, w odrębnie wspólnoty mojego dominium". Tak podobno powiedział kiedyś Aleksander Wielki. Świątynia Artemidy w Efezie, Piramida Cheopsa, Kolos Rodyjski w Rodos, Latarnia morska w Faros, Wiszące ogrody Semiramidy w Babilonie, Posąg Zeusa w Olimpie, Mauzoleum w Halikarnasie - ta lista upamiętniała jego własne podróże, dokonania. Wszystkie te budowle znajdują się na ziemiach podbitych przez Macedończyka. Jeśli narysuje się linię łączącą te siedem miejsc, otrzymamy kontury granic jego imperium  - Grecja, Azja, Persja, Egipt...  to był świat Aleksandra. Jednak budowę Kolosa Rodyjskiego ukończono jakieś 30 lat po jego śmierci, nie mógł sam ustalić tej listy. Jedna z hipotez głosi, że Kolosa dopisał do listy towarzysz jego wypraw - Ptolemeusz. Ale to dopiero w II wieku p.n.e. - poeta grecki Antypater z Sydonu sporządził listę najsłynniejszych budowli i najznamienitszych dzieł sztuki ówczesnego świata, znanych później jako siedem cudów świata. 

To właśnie Antypater z Sydonu jest bohaterem powieści Stevena Saylora. Saylor to historyk, który specjalizuje się w dziejach Rzymu, autor powieści kryminalnych osadzonych w realiach schyłku republiki, a także dwuczęściowej sagi "Rzym" i "Cesarstwo", opowiadającej dzieje dwóch rodów rzymskich od czasów prehisotycznych po panowanie Hadriana.  

Tak jak Antypater z Sydonu jest postacią historyczną, tak cała fabuła jest fikcją. Poznajemy go w momencie... jak finguje własną śmierć i ze swoim uczniem opuszcza Rzym z zamiarem zobaczenia siedmiu okazałych budowli. Ten uczeń to Gordianus - główny bohater w powieści, którego oczami poznajemy treść, ponieważ jest jednocześnie narratorem.

Podążamy więc śladami siedmiu cudów, wkraczając jednakowoż do labiryntu historii, legend, do naukowych faktów i półprawd. W każdym miejscu nasi bohaterowie przeżyją niesamowite przygody, poznają fascynujących ludzi. A osiemnastoletni Gordianus odkrywa przyjemnostki ciała i erotyki, jak również przekonuje się, że oprócz siedmiu cudów z brązu i kamienia, po świecie chodzą również te z gorącej krwi i kości. A na horyzonie pojawia się ten ósmy cud... W trakcie podróży wychodzą na jaw jego umiejętności dedukcji. Bohaterowie zetkną się bowiem z tajemniczymi zagadkami, które trzeba będzie rozwiązać. Dlatego Gordianus nazwany zostaje Poszukiwaczem. Podczas ich eskapad jadło było przepyszne, wino lało się strumieniami, orzeźwiała ich woń morza oraz plusk fal, a na ziemię sprowadzało pokrzykiwanie mew. 

Ekscytująca była to podróż. To moje trzecie spotkanie z pisarstwem Stevena Saylora i po raz kolejny autor potwierdza swój talent gawędziarki tudzież umiejętność kreowania postaci, w taki sposób, że każdy bohater zapada w pamięć. Boginie, kapłanki, niewolnice, rzymscy żołnierze, olimpijczycy są scharakteryzowane w bardzo plastyczny sposób. Poza tym autor nie nuży czytelnika zbytnią ilością dat, czy faktów historycznych. Wszystko u niego idealne się przeplata i współgra - historia z fikcją, legendy z mitami, religia z kultem, wspaniałe opisy, które pozwalają wyobrazić sobie ogrom i przepych tych budowli z napięciem rozwiązywania kryminalnych zagadek. 

Szkoda tylko, że do naszych czasów zachował się tylko jeden z cudów - piramida Cheopsa. Po innych zostały w najlepszym wypadku ruiny. Ale, aby zrozumieć skalę i wspaniałość tych monumentalnych budowli, należy sięgnąć właśnie po taką pozycję, ponieważ fascynacja siedmioma cudami przetrwała znacznie dłużej niż one. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

wtorek, 16 października 2012

"Jezioro" Arnaldur Indriðason

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna 
wydanie: audiobook
czyta: Andrzej Ferenc




Islandia leży prawie na końcu świata, na granicy północnego kręgu polarnego. Powoduje to, że w grudniu i w styczniu na całej wyspie tylko przez trzy – cztery godziny w ciągu dnia jest trochę jasno. Dla Islandczyków zaczyna się wtedy okres depresji -skammdegisthundglyndi – spowodowany brakiem światła słonecznego. Właśnie w styczniu statystyki notują największą liczbę samobójstw. Wielu otrzymuje „terapię świetlną”, czyli godzinę lub dwie dziennie siedzą przy sztucznym świetle słonecznym. Za to w zimie jest okazja obejrzenia fantastycznego fenomenu słońca – zorzy polarnej. Coś za coś - można by rzecz.

Innym fenomenem islandzkim jest właśnie tytułowe jezioro. Jezioro Kleifarvatn - bo o nim mowa - leży na półwyspie Reykjanes, około 25 kilometrów od Reykjaviku, w górzystym rejonie wykazującym silną aktywność wulkaniczną. W roku 2000 lokalne trzęsienie ziemi sprawiło, że z jeziora zaczęła wypływać woda i szybko straciło ono około 20 procent swojej powierzchni. Siłą rzeczy to, co było dotąd skryte w jego toni, ujrzało światło dzienne – odkryto tam między innymi nieznane dotąd gorące źródła. To pociągający temat nie tylko dla naukowców – nic dziwnego, że niesamowite jezioro stało się "bohaterem" literackim, a pisarzom posłużyło jako tło do kryminalnych zagadek.

U Indriðasona zaczyna się tak jak u Hitchcocka, od razu mamy trupa: "Stała bez ruchu, wpatrując się w kości, jakby nie wierzyła, że tu się znalazły, podobnie jak i ona sama. Sądziła, że to kolejna owca, która utonęła w jeziorze, ale po chwili podeszła bliżej i zauważyła na wpół odkopaną czaszkę i zarys ludzkiego szkieletu pod piaskiem".

Okazuje się, że nieboszczyk utonął albo jego ciało utopiono dawno temu. Do ciała przywiązano radziecki nadajnik, wcześniej zniszczony. Tu pojawia się równoległa narracja z wątkiem historycznym. Cofamy się do lat 50. Pewien człowiek wspomina swoje studia w Lipsku, czyli wtedy w NRD. Poznajemy jego i jego miłość, węgierską dziewczynę, tajne spotkania studentów. Ale co mają wspólnego ze sobą stalinowskie NRD i zimna Islandia? Ano okazuje się, że mają i to wiele. Gdy Islandia została członkiem NATO (1949), przybyli na nią Amerykanie, aby zakładać bazy wojskowe. Protestowały przeciw temu partie lewicowe, a partyjna młodzieżówka kierowała wybranych aktywistów na studia do bratnich krajów, między innymi do NDR, do Lipska.

Bohaterem drugiej narracji jest komisarz Erlendur Sveinsson z Reykiaviku. Samotny i trochę zgorzchniały już mężczyzna, który ma problemy z dorosłymi dziećmi i zmaga się z traumą z dzieciństwa, gdy w zamieci śnieżnej zaginął jego brat. Komisarz jest jednak skrupulatny i nie lubi zostawić nierozwiązanych spraw, zaginięcie brata odcisnęło na nim piętno. Dlatego próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci w jeziorze, tym samym musi cofnąć się do lat 50. Odszukuje ówczesnych świadków i...

Nie zdradzę oczywiście czy mu się uda, ale ciekawostką tu jest to, że czytelnik niemal od początku wie, że śmierć w jeziorze ma związek ze studentami z Lipska, prawie się domyśla również rozwiązania. Kibicuje tylko Seveinssonowi, aby też do tego doszedł.

Nie jest to klasyczny kryminał. Jednakowoż mroczny i zimny klimat Islandii niesamowicie się udziela, choć niektóre wątki polityczne trochę nużą. Gdyby nie lektor (tu wyśmienity Andrzej Ferenc) pewnie by mi się nie spodobał. Wymowa skandynawskich nazwisk jest dla mnie poza zasięgiem, ale przemiło się tego słucha i można zatracić się w tym islandzkim klimacie. Kryminał, lekcja historii i odległa, zimna, bez przebłysku promieni słonecznych Islandia. Ach, gdyby tylko można by wskoczyć jeszcze do gorącego źródła…



czwartek, 11 października 2012

"Wnętrza" Kelly Hoppen

Wydawnictwo: Muza
wydanie: wrzesień 2012
format: 235 x 280 mm
oprawa: twarda
liczba stron: 224





Dla odmiany, aby odpocząć trochę od kunsztownych wersów, klasyki i kryminałów zapraszam dziś do pięknego świata pewnej brytyjskiej projektantki - Kelly Hoppen. Słyszę o niej po raz pierwszy, ale na Wyspach Brytyjskich jest ona bardzo popularna i zapraszana do różnych programów jako ekspertka w urządzaniu wnętrz.


Styl Kelly Hoppen jest prosty, a zarazem elegancki. Znana jest z używania neutralnej palety kolorów - czerni, bieli, kremów, szarości i popielatych beżów, które stanowią idealne tło dla każdego projektu. Twierdzi, że subtelność oraz kontrast odcieni i faktur to klucz do udanych projektów, gdzie nie dominuje ani biel, ani czerń, lecz tworzą one naturalną równowagę.

Trudno się z tym nie zgodzić. Bardzo podobają mi się takie wnętrza, gdzie na czarnej drewnianej podłodze znajduje się silny akcent, na przykład, białe ceramiczne wazony lub butelki. Jeśli chodzi zaś o kuchnie, to projektanta stawia tu na biel i nowoczesne wnętrze. Białe, lśniące meble wprawdzie bardzo ładnie wygadają, ale moim zdaniem są mało funkcjonale. Raczej nie zdecydowałbym się na biały wystrój w kuchni.

Dużą rolę Kelly Hoppen przykłada również do oświetlenia. Bowiem nie tylko nadaje ono wnętrzom charakteru, ale ma wpływ na nasz nastrój i samopoczucie. A dobrze oświetlone pomieszczenia są przyjemne, pogodne, kojące, bezpieczne, zmysłowe, mają po prostu duszę. Kelly upodobała sobie kryształowe żyrandole. Duży stół w jadalni, a nad nim wiszący właśnie wykonany z kryształków żyrandol - to moje marzenie. Z dużą uwagą Kelly traktuje też garderoby - muszą być praktyczne, by pomieścić wszystkie rzeczy. Ogromna i przestronna, a w niej lustro, w którym można się przejrzeć z przodu i  z tyłu  - to chyba marzenie każdej kobiety.

Piękny to album. Siedziałam sobie wygodnie przed kominkiem i przewracałam kartki wspaniałego wydania. Oprócz cudnych zdjęć autorka daje wskazówki jak wiązać ze sobą kolory, tekstury, kształty, tkaniny, jak wzbogacać wnętrze akcentami, jak również to - czego nie należy łączyć,  jakie kolory się "lubią" wzajemnie, a jakie "gryzą". Zaprojektowane przez Kelly Hoppen wnętrza zyskały uznanie na całym świecie. W popisowych aranżacjach projektantki można znaleźć inspirację dla siebie, niekoniecznie trzeba urządzać na nowo cały dom. Czasem wystarczy mały detal, aby wnętrze "odżyło" na nowo. Dlatego jest to pozycja nie tylko dla tych, którzy planują urządzanie nowego mieszkania czy domu, ale także dla tych, którzy pragną odmiany. A jakby to powiedzieli Brytyjczycy, aby nadać świeży "look" jakiemuś fragmentowi wnętrza.



 Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu  Muza

wtorek, 9 października 2012

"Sonety" William Shakespeare


Wydawnictwo a5
wydanie: 09/2012
przekład: Stanisław Barańczak
oprawa: twarda
format: 148 mm x 210 mm
liczba stron: 216





"Sonety" w biografii twórczej Szekspira są epizodem bardzo tajemniczym. Od momentu ich wydania, czyli od roku 1609 budzą kontrowersje i spory krytyków. Powstała masa książek i rozpraw poświęconych owemu dziełu. I do dziś nie wiadomo wszystkiego, możemy się jedynie domyślać tudzież czynić nadinterpretacje.

Zagadek i pytań jest wiele. Szekspir 154 utworów nie opatrzył datą, nie wiemy więc kiedy powstały i w jakich okolicznościach. Kolejna sprawa to dedykacja - tajemnicze Mr. W. H. poróżniło szekspirologów (gdzie Barańczak niektórych nazywa pseudo-szekspirologami), ponieważ tożsamość pana W.H. nie jest rzeczą konieczną dla zrozumienia "Sonetów".

Wśród tych wszystkich zagadek jest jednak garstka faktów nie budzących żadnych wątpliwości. Po pierwsze kompozycja cyklu. Badacze i czytelnicy są zgodni, że całość rozpada się na dwie nierówne części: sonety 1-126 (tu ostatni nie jest w ogóle sonetem, a jego odmienna forma sugeruje, że jest to rodzaj epilogu) i sonety 127-154 (gdzie dwa ostanie również odbiegają formą, jak również tematyką od pozostałych). Głównym tematem sonetów jest oczywiście miłość, ale części te różnią się osobą adresata. W sonetach 1-126 takim adresatem jest młody mężczyzna, w sonetach 127-152 - kobieta, a w dwóch ostatnich bóg miłości Amor.

I tu już pole do popisów przed szekspirologami. Domysłów na temat tego, kim był młody mężczyzn i kobieta jest prawie tyle samo ile krytyków. Pytanie jest jednak zasadnicze i nie chodzi tu tylko o Szekspira. Myślę, że każda twórczość pisarzy i poetów nurtuje od zawsze krytyków pod względem tego, ile taki twórca wziął ze swojego życia,  a ile jest wytworem jego wyobraźni.

Obraz adresata, czyli przyjaciela Szekspira wyłania się następujący. Był on znacznie młodszy od autora. Raczej o wysokiej pozycji społecznej, majętny, pochodzący z arystokracji. Uchodzący za pięknego, który otoczony był gronem wielbicieli, pochlebców i poetów opiewających go w wierszach. Prowadził przez to nieustabilizowany tryb życia, zawłaszcza w sprawach erotycznych. Jedna z tez głosi, ze sonety powstały  na zamówienie zatroskanej hulankami młodzieńca rodziny, dlatego sonety 1-17 noszą nazwę 'prokreacyjnych':


"Spójrz w zwierciadło i powiedz ujrzanej w nim twarzy,
Że z tych gładkich lic, z oczu, które życiem płoną,
Pora stworzyć twarz nową; (...)
Tak i twój syn, jak okno przebite w murze,
Da ci wspomnieć, jak młodość złociła cię świetnie."
sonet 3

"Nie, ja swą wiedzę czerpię z innych gwiazd, o wiele
Bardziej stałych: z twych oczu, których głębie wróżą,
Że prawda twej duszy i piękność w twym ciele
Zawarta - w synu twoim tylko się powtórzą.
A jeśli jego zabraknie, po twoim zgonie - biada!-
Nastąpi i piękności, i prawdy zagłada."
sonet 14

Z dalszych sonetów wynika, że autor był związany z młodzieńcem przez co najmniej trzy lata, co wcale także jednoznaczne nie świadczy o jego homoseksualizmie. Raczej to uczucie miało podłoże platoniczne, a olśnienie owym młodzieńcem przerodziło się w powstanie genialnych utwory, które można odczytać dziś uniwersalnie. "Z fabuły" sonetów dalej wynika, że obu panów poróżniły ich romanse z partnerkami, gdzie, jak się okazuje, jedna kobieta była wspólna. Mnie najbardziej rozbawił sonet 20, który dla niektórych badaczy jest potwierdzeniem homoseksualizmu Szekspira, dla niektórych jednak (ja jako czytelnicza też się do nich zaliczam), jest właśnie wręcz przeciwnie - Szekspir w humorystyczny sposób odżegnuje się od tego:

"Postać masz męską - urok jej wszelako stale
Oczy mężczyzn i kobiet olśniewa jak słońce. 
Natura wpierw kobietę miała widać w planie,
Tworząc cię; z zachwycenia jednak i z zawiści
Pozbawiła mnie ciebie przez zbędne dodanie
Tej jednej rzeczy, z której ja nie mam korzyści.
Skoroś zatem rzeźbiony ku niewiast potrzebie,
Miłuj je ową cząstką, mnie zaś - resztą siebie".

Natomiast druga część cyklu - gdzie adresatką jest kobieta pozbawiona jest już takich zachwytów na temat urody "Choć nie słyniesz z piękności, tyrania twa sroga/ Równa jest okrucieństwu dam dumnych z urody;" [sonet 131]. Ukochana Szekspira miała czarne włosy, dlatego nazywana jest Czarną Damą. A w czasach elżbietańskich ciemnie włosy u kobiet uważano za oczywisty defekt kobiecej urody, gdzie czerń włosów lub oczu wywoływała satanistyczne skojarzenia. Ponadto Szekspir zawodzi się na ukochanej, kiedy na jaw wychodzi jej zdrada, oboje się oszukują:

"Cóż, miłości jest w masce pozorów do twarzy.(...) 
Ślemy więc sobie wzajem kłamliwe posłanie; 
Nieznajomi, choć jedno dzielimy posłanie".
sonet 138

Przesłanie wypływające jednak z całego cyklu jest jedno - potęga miłości! Aczkolwiek w sonetach przewijają się jeszcze takie tematy, jak polityka, moralność, twórczość - to miłość wysuwa się na pierwszy plan. Ale jak miłość! Miłość prawdziwa, pokonująca wszelkie bariery, miłość, która potrafi wybaczać, która potrafi zrozumieć, wiele znieść i wiele poświecić. Bo jak nie kochać Szekspira za takie wersy:

"Miłość to nie igraszka Czasu: niech kwitnące 
Róże wdzięków podcina sierpem zdrajca blady -
Miłości nie odmienią chwile, dni, miesiące:
Ona trwa - i trwać będzie po sam kres zgłady".
sonet 116

Napisałam przy okazji recenzji "Wieczora trzech króli", że Szekspir był geniuszem, do czego oczywiście nie trzeba przekonywać. W sonetach wzniósł się na wyżyny swego kunsztu. Mamy tu fascynującą i dramatyczną historię opowiedzianą w  154 utworach. A ponadto sonet jako gatunek jest przecież bardzo ambitny, wymagający wielkiej wprawy i wyczucia poetyckiego. 4+4+4+2 - takiego podziału przestrzega Szekspir i jak zauważa Barańczak końcowy dwuwiersz "może sprawić wrażenie szpilki przekuwającej balon poprzednich dwunastu linijek". Szekspir miał pełną świadomość precyzji i kunsztu gatunkowego sonetu, dlatego to właśnie sonet wybrał do zobrazowania swoich poetyckich przesłań. A żeby być bardziej precyzyjną to przestrzega również (w większości sonetów) "czternastu jambicznych pięciostopowców rymowanych abab cdcd efef gg". Geniusz jakich mało!

Przeczytanie "Sonetów" wyniosło mnie na wyżyny zachwytów, jeżeli istniałoby pojęcie 'orgazmu czytelniczego' to takie uczucie miałam właśnie czytając wersy Szekspira. Dodam jeszcze, że wydanie jest dwujęzyczne, więc to gratka dla tych, którzy chcieliby zmierzyć się z oryginałem.

GORĄCO POLECAM!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwo a5

piątek, 5 października 2012

"Conan i skrwawiona korona" Robert Howard

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 2012
przełożył: Tomasz Nowak
oprawa: broszura szyta ze skrzydełkami
format: 150 x 225
liczba stron: 520



"Zatem, na Croma, przybyłem!" [str.39] "Blask porannego słońca za nim sprawił, że wyglądał na większego niż przedtem (...). Jego ubiór był czysty i nieobszarpany. Szeroki pas bakhariocki, u którego w zdobnej pochwie zwisał nóż, równie dobrze pasowałby do szat księcia, a pod koszulą błysnęła znakomita turańska kolczuga. [str.59]


Jestem świeżo po lekturze kolejnych przygód Conana wydanych w nowej odsłonie i po raz kolejny Howrad zafascynował mnie i urzekł swoim stylem. Niedawno pisałam o opowiadaniach Conanagdzie Czytelnicy mieli okazję podziwiać jego perypetie w krótszych formach, gdzie za każdym razem barbarzyńca był kimś innym, w innym czasie i  z inną kobietą. Teraz mamy okazję prześledzić przygody Conana w dłuższych formach. Tym razem Wydawnictwo Rebis wznawia obszerniejsze wydania trzech opowiadań o Cimmeryjczyku - "Ludzie Czarnego Kręgu" (pierwsza publikacja w 1934 roku), "Godzina Smoka" (1935) i "Wiedźma się narodzi"(1934).

Conan przybywa więc ponownie i nadal jest dobrze znanym nam barbarzyńcą, o wytrzymałość i żywotność wilka, sile niedźwiedzia tudzież szybkości pantery. "Wysoki człowiek o potężnych ramionach i szerokiej piersi (...). Jego czoło było niskie i szerokie, oczy stanowiły wulkaniczny błękit, który jarzył się niby jakiś wewnętrzny ogień". [str. 142], instynkt jego zrodzony był z tysięcy wyrosłych w dzikich ostępach przodków. Właśnie -dziki, porywczy i niepohamowany. "Jednakowoż, kiedy on uderzał, znajdował się doskonałej równowadze, a jego ciosy opadały z niszczącą mocą". [str. 203]

W każdej z tych trzech opowieści Conan staje przed wyborami i podejmuje je nie na podstawie jakiegoś mającego się wypełnić "przeznaczenia", lecz według tego, co, jak się jemu zdaje, stanowi właściwy kierunek działania w danym czasie. Twierdzi bowiem, że człowiek o silnej woli może kreować cele i wartości oraz jest gotowym sprawdzić samego siebie. Łapie więc każdą okazję, aby dostać to, czego chce. Chadza przy tym własnymi drogami, kierując się instynktem oraz poczuciem dobra i zła. Namiętność i pożądanie również nie są mu obce, kobiece uroki oddziałowują na Cimmeryjczyka, a on naturalnie się im poddaje, co więcej - musi się pochodzić też z tym, że to właśnie płeć piękna ratuje go z czasem z opresji. A kobiety - to oczywista - nie potrafią mu się oprzeć:

"Leżała w jego ramionach, patrząc nań, i poczuła w duchu ochotę, nieobyczajne zuchwałe pragnienie, które dorównywało jego pragnieniu". [str.124]

"Zamknęła oczy i spijała jego gwałtowne, gorące, samowolne pocałunki z całym oddaniem dla namiętnego pragnienia. Dyszała w jego uścisku, gdy przerwał, by zaczerpnąć tchu, i popatrzył na nią, bezwładną w jego potężnych ramionach". [str.118]

Wszyscy krytycy są zgodni.  Styl Howarda jest niepowtarzalny i do dziś nie do podrobienia. Wigor, szybkość, żywotność, szalone tempo przygód, soczyste i kwieciste opisy  - wszystko to składa się na nietuzinkowy talent pisarza, który już w dzieciństwie był niesamowitym gawędziarzem i zasypywał swoich rówieśników czarującymi wprost opowieściami. Znawcy jego twórczości doszukują się również wielu nawiązań literackich i ukrytej symboliki. I trudno tego nie zauważyć! Symbolika w niektórych scenach jest oczywista.

Przywrócony do życia czarownik –Xaltotun z „Godziny Smoka”  wyjaśnia, że do odzyskania pełni swojej magicznej mocy potrzebne mu jest Serce Ahrimana - klejnot przechowywany w sekretnym miejscu. Zaczyna się poszukiwani owego Serca przez tych o czystych intencjach i tych "złych". I tu fabuła nawiązuje do legend arturiańskich - do poszukiwania Graala. Czy Conan jest tu Arturem? To w takim razie gdzie jest Ginewra? Kandydatki są tu trzy -Zenobia, Zelata i Albiona. Z pozoru żadna z nich się nie kwalifikuje, ale gdy wciągniemy się "do wnętrza" utworu - to wszytko stanie się jasne. Nawet imiona i nazwy nie są u Howarda przypadkowe (tak jak u Vladimira Nabokova). A dodając jeszcze tu znaczenie metaforycznie - poszukiwanie Serca przez Conana jest poszukiwaniem idealnej drogi do wypełnienia jego obowiązków jako króla. "Nie pragnę rządzić imperium spojonym w całość krwią i ogniem. Jedyną rzeczą jest przejąć tron z pomocą poddanych i władać nimi za ich pozwoleniem". [str. 251]

To oczywiście tylko namiastka tego co możecie przeczytać o Conanie. Pozycja zawiera też zbiór wcześniej niepublikowanych i rzadko udostępnianych autorskich szkiców, notatek i wcześniejszych wersji tekstów. W tym przepięknym, kolekcjonerskim wydaniu warto też wspomnieć, że  autor ilustracji Gary Gianni - napisał słowo wstępne, gdzie  potwierdza tylko tezę, że "same oryginale opowieści oraz potęga obrazów, jakie rodzą one w wyobraźni, ostatecznie przyprawiają czytelnika o dreszcz". Nic dodać, nić ująć. Można tylko na koniec odpowiedzieć twierdząco na pytanie: Czy istnieje klasyka w najbardziej stereotypowym znaczeniu tego słowa?

POLECAM GORĄCO!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.