wtorek, 31 grudnia 2013

„Kronika pewnego miasta” Pandelis Prévélakis


Wydawnictwo: Greckie Klimaty

tłumaczenie: Janusz Strasburger
tytuł oryginału: To hroniko mias politeias
data wydania: 2 grudnia 2013
liczba stron: 160



"...niby całe miasteczko, wyrosłe na dłoni, 
z murami, dzwonnicami i celami w krąg - 
podobnie w mojej duszy miasteczko prastare
słowem twardym i czystym wskrzeszone dziś..."



To drugie wydanie tej książki, pierwsze ukazało się w 1975 roku w tym samym przekładzie nakładem Wydawnictwa Czytelnik.
Réthimno to małe miasteczko, liczące niecałe 8 tysięcy mieszkańców,  zbudowane wzdłuż brzegu północnej Krety, w połowie drogi między Chania i Megalokastro. I tak jak wielu pisarzy wkłada mnóstwo serca, aby wskrzesić lub powołać do życia jakąś postać, tak Pandelis Prévélakis włożył tu nie tylko serce, ale i nutkę gorzkiej melancholii i serdecznego patriotyzmu. I tak miasteczko Réthimno urosło do rangi głównego bohatera powieści. I tak jak każdy bohater przeżywa wzloty i upadki, chwile świetności i upadku, namiętności z zdrady. Poznajemy tu historie pojedynczych ludzi, ich zwyczajów, codziennych obowiązków, problemów, jakie ich nurtują. Z pieczołowitością opisuje liczne kamieniczki, kawiarenki, kościółki. Od razu nadchodzi pokusa, by sięgnąć po plan miasta i odnaleźć wspomniane miejsca - stary port, latarnię morską, fontannę pod platanem, Wielką Bramę, zaszyć się w gąszczu uliczek, przejść i zaułków. Poczuć zapachy, usłyszeć głosy.

Dzisiejsze Réthimno to już nie to samo miasteczko opisane przez pisarza. Wiele tam się zmieniło, ale to w tym wszystkim jest najpiękniejsze – że Pandelis Prévélakis potrafił zatrzymać czas, opisał swojego „bohatera” w określonym czasie i miejscu. Zatem jeśli ktoś ma w sobie nutkę melancholii albo chce poczuć powiew orzeźwiającej bryzy warto poświecić parę chwil na literacką podróż do Réthimno.

„… gdyby to mnie przypadło udzielać rady wędrownikowi, dokąd ma podążyć, ażeby wymknąć się troskom, wyciągnąłbym rękę i pokazał mu owo bezkresne wybrzeże. (…) Czym innym jest urok samotności! Krok za krokiem opada z ciebie pył nagromadzony, dusza twoja obniża się powoli, niby miecz wydobyty z pochwy. Wtedy usłyszysz odzew, co z twego wnętrza odpowiada morzu, wiatrowi, niebu, wszystkim codziennym i wielkim rzeczom. Czujesz, jak pozdrawia cię woda, całując nogi, a piasek głaszcze ci stopy; czujesz jak pozdrawiają cię chmury zawieszone wysoko na nieskalanym niebie.  Jest w tym wszystkim urok prosty, lecz przemożny. Jest jego słodycz nieuchwytnym darem, którego, zdawałoby się, nigdy nie utracisz”. [str.28]


za egzemplarz dziękuję bardzo Wydawnictwu Greckie Klimaty

czwartek, 26 grudnia 2013

Święta według książkoholika - Bibliofilki :)

Na pomysł świątecznej zabawy wpadła Esa. A z racji tego, że święta jeszcze trwają - to też się przyłączam..



1. Który bohater literacki mógłby zająć puste miejsce przy Twoim wigilijnym stole?

Scarlett O'Hara

2. Jaką książkę zamierzasz czytać podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia?

Zaczęłam dziś "Forresta Gumpa". 

3. Jaką książkę podarowałbyś/abyś najbliższej Twojemu sercu osobie?

"Sztukę szczęścia w trudnych czasach. Poradnik życia" Dalajlamy albo coś o magii... 

4. Najchętniej zjadłbyś/abyś kolację wigilijną przygotowaną przez którą bohaterkę/bohatera literackiego?

Zastanawiam się, który z bohaterów potrafił dobrze gotować ;) ale jakoś nic mi do głowy nie przychodzi.

5. Jaką książkę chciałbyś/abyś dostać pod choinkę?

Życie erotyczne Księcia Józefa Waldemara Łysiaka, ale Mikołaj mnie nie wysłuchał w tym roku niestety ;)

6. Jaką książkę o prawdziwie świątecznym klimacie mógłbyś/abyś polecić?

Mało oryginalnie, ale Opowieść wigilijna Dickensa.

7. Z rodziną z której książki chciałbyś/abyś spędzić święta?

Chętnie spędziłabym święta w Lipcach, u rodziny Borynów, na polskiej wsi. 

8. Co najbardziej lubisz w świętach?

Moment tuż przed kolacją wigiliją. 

9. Twój ulubiony świąteczny film to...

Nie mam takiego, nie oglądam TV w święta.

10. Co typowo świątecznego towarzyszy Ci podczas czytania?

Serniczek i makowiec mamy.

wtorek, 24 grudnia 2013

„Wtedy jest Boże Narodzenie...”


Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata 
i wyciągasz do niego ręce, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad, 
które jak żelazna obręcz uciskają ludzi
w ich samotności, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei "więźniom", 
tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,
moralnego i duchowego ubóstwa, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,
jak bardzo znikome są twoje możliwości
i jak wielka jest twoja słabość, 
jest Boże Narodzenie.

Zawsze, ilekroć pozwolisz, by Bóg
pokochał innych przez ciebie,

Zawsze wtedy, 
jest Boże Narodzenie.

Matka Teresa z Kalkuty

Z okazji zbliżających się świąt życzę Wszystkim czytelnikom, odwiedzającym mojego bloga  wspaniałej, rodzinnej atmosfery oraz spotkań z przyjaciółmi.  Magii, która powoduje, że wybaczamy sobie przykrości. I oby miłość gościła zawsze w Waszych sercach, wiara umacniała, a bliskość kochających osób była wsparciem i radością. 

(Diana) Bibliofilka
  

poniedziałek, 23 grudnia 2013

„Dziecko śniegu” Eowyn Ivey

Wydawnictwo: Pascal
data wydania: 25 października 2013
tłumaczenie: Marcin Wróbel
tytuł oryginału: The Snow Child
oprawa: twarda
liczba stron: 448



-Pada.
Zawirowały pierwsze płatki rzucane wiatrem po ziemi, a już po chwili powietrze wypełniły białe fantazyjnie fruwające kłęby. Śnieg padał coraz szybciej i był coraz gęstszy. To taka śnieżyca, która wygania dzieci przed dom, zmusza je do wystawienia języków i tańczenia w miejscu z rozłożonymi ramionami i twarzą uniesioną ku niebu. Taki śnieg może oczarować, zahipnotyzować. Wystarczy wtedy szurnąć nogą, tworząc wilgotną, ciężką grudkę, idealną na śnieżki. W jedną taką noc, śnieg oczarował pewne małżeństwo ze sporym stażem. Jack i Mabel, po starcie nowo narodzonego dziecka, przybywają do alaskiej głuszy, szukając ukojenia, chcąc rozpocząć nowe życie. Z dala od ludzi pragnęli usłyszeć ciszę i uprawiać ziemię. Dzika ziemia Alaski, boska kraina mlekiem i miodem płynąca, wydawała się idealnym miejscem. Obfitość zwierząt - łosi, karibu, niedźwiedzi, lisów, rysi - miała sprawić, że nie wiadomo było do czego najpierw strzelać. W strumieniach natomiast roiło się od łososi. W takiej głuszy można zapomnieć o wielu sprawach, wyciszyć się, można być zdanym tylko na siebie. Kiedy w październiku spada pierwszy śnieg, oboje są nim oczarowani. Wychodzą w nocy i lepią przed domem bałwana-dziewczynkę. Marbel otula ją swoimi rękawiczkami i szalikiem. Następnego dnia bałwanek znika. Małżonkowie dostrzegają jedynie ślady małych stóp prowadzące do lasu oraz postać dziewczynki znikającej w ciemnościach. Wkrótce okazuje się, że dziewczynka istnieje i zaczyna ich odwiedzać, przynosząc zawsze ze sobą jakieś dary lasu, a to koszyczek leśnych owoców, a to worek suszonych ryb, wyprawione skóry karibu, pachnące leśne zioła. Nigdy jednak nie zostawała na noc, a z przyjściem wiosny znikała na dobre, aby pojawić się po raz kolejny z pierwszym płatkiem śniegu.

Mała Faina rozgrzewa serca małżonków, zasiewa też nutkę niepokoju i przerażenia. A poza tym życie na Alasce wcale nie okazuje się takie proste, spokojne i wystarczające. Z pomocą sąsiadów udaje się im wyhodować polny ziemi, jedynie na tyle, aby przetrwać kolejną zimę. Tymczasem Faina powoli dorasta…
Cała opowieść oparta jest ma motywach starej rosyjskiej baśni Snegurochka "Śnieżynka". To historia o parze starych ludzi, którzy przez całe życie marzyli o własnych dzieciach, ale nigdy ich nie miel. Aż pewnej zimowej nocy ulepili ze śniegu dziewczynkę, która nagle obudziła się od życia. Baśń niestety nie kończy się tu szczęśliwie, ma okrutne i przerażające zakończenie.

Eowyn Ivey stworzyła subtelną i niepokojącą opowieść, gdzie rzeczywistość przeplata się z baśnią, niepewność z wiarą w cuda. Opowieść, która powstała z miłości i nadziei. Magiczna historia o dziewczynce, która potrafiła unosić się na zaspach śniegu, i która trzymała w dłoniach płatki, które nie topniały. „Nie spodziewali się, że jeszcze kiedyś będą wypatrywać z nadzieją każdego dnia. Mabel budziła się szczęśliwa i wypełniał ją nastrój oczekiwania, choć sama nie wiedziała, co było tego powodem”.
-Pada.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pascal
  

niedziela, 15 grudnia 2013

„Upadły anioł” Daniel Silva


Wydawnictwo: Muza 
Data wydania: 09.10.2013r.
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format:  15,8 x 23,5 cm
Liczba stron: 352



Gabriel Allon powraca. Słynny konserwator malowideł strych mistrzów, emerytowany izraelski szpieg i zamachowiec, a co najważniejsze - wybawca Ojca Świętego. Powraca, gdyż człowiek z taką przeszłością i z takimi umiejętnościami nie może żyć sobie spokojnie na emeryturze. Kiedy znalazł schronienie w murach Watykanu i zajął się restauracją jednego z największych arcydzieł Caravaggia „Złożenie do grobu”, miał jednak nadzieję, że lata burzy ma już za sobą. Jednak przeszłość szybko zapuka do jego drzwi, bowiem są ludzie, którzy nie mogą o nim zapomnieć. Pewnego ranka zostaje wezwany go do Bazyliki św. Piotra. Tam, wpływowy osobisty sekretarz Jego Świątobliwości, papieża Pawła VII - Monsinior Luigi Donati, złoży mu propozycję-zadanie nie do odrzucenia. Pod kopułą Michała Anioła znaleziono ciało kobiety, połamane, bo spadło z dużej wysokości. Watykańska policja podejrzewa samobójstwo, Monsinior Luigi Donati ma jednak inną teorię i obawia się, że nagłośnione publiczne śledztwo może oznaczać kolejny skandal związany z Kościołem, dlatego prosi o pomoc Gabriela, aby sprawę po cichu zbadał. Wszak wiadomo, że im mniej pytań się zadaje ludziom Kościoła, tym lepiej. Gabriel szybko dochodzi do wniosku, że zmarła kobieta odkryła niebezpieczną tajemnicę - taką, która zagroziła organizacji przestępczej o zasięgu światowym, zajmującej się kradzieżą ponadczasowych skarbów starożytności i sprzedającej tym, którzy zaoferują najwyższą cenę. To odkrycie porusza oczywiście czubek góry lodowej, bowiem okazuje się, że przestępcami kieruje coś o wiele groźniejszego niż chciwość.

Tyle fabuły, Silva trzyma poziom i wciąga czytelnika w akcję, która tu galopuje, by za chwilę zwolnić i w najmniej oczekiwanym momencie znowu przyspieszyć. Najlepszy jednak u Silvy jest klimat, który sprawia, że wchodząc wraz z Gabrielem do Kaplicy Sykstyńskiej, w przyćmionym świetle niemal możemy usłyszeć kardynałów spierających się na dawnych konklawe lub zobaczyć Michała Anioła na szczycie rusztowania, wykańczającego „Stworzenie Adama”. Możemy dotrzeć jak w jaskrawym świetle błyszczy „Złożenie do grobu”. Jak monumentalne dzieło dzięki wykorzystaniu światła wywołuje zarówno niezmierne uczucie smutku, jak i czułości.
Polecam, nie tylko fanom powieści sensacyjnych, ale i miłośnikom sztuki. 

Michelangelo Caravaggio, Złożenie do grobu, 1602/1604,  olej na płótnie, 300*203, Watykan.

czwartek, 12 grudnia 2013

„Nadchodziła zima...”



– jeszcze się barowała z jesienią i porykujący tłukła po sinych dalach jako ten zwierz srogi i głodny, że nie wiada było, kiej przeprze a skoczy i lutymi kłami weżre się we świat...
– jeszcze czasami prószył śnieg nikły, płowy – jesienny śnieg...
– jeszcze przychodziły dnie osłupiałe, chorością sine, ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem przejęte, a lodowym światłem mżące – dnie trupie, że ptactwo z krzykiem uciekało do borów, trwożniej bełkotały wody i toczyły się leniwo, jakby strachem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki stwór podnosił czujące, lękliwe oczy na północ – w niezgłębioną topiel chmur...
– jeszcze noce były jesienne; oślepłe, głuche, zamętne, a pełne strzępów mgieł i brzasków gwiazd pomarłych rozgniłe noce dygotliwego milczenia, przenikniętego zduszonym krzykiem trwogi; pełne wzdychów bolesnych, szamotań, nagłych cichości, wycia psów, targań marznących drzewin, żałosnych głosów ptactwa szukającego schronisk, strasznych wołań pustek i rozstajów zgubionych w ciemnicy, łopotów jakichś lotów, cieniów zaczajonych pod ścianami zdrętwiałych chat, pełzających hukań; zjaw przerażających, nawoływań nierozeznanych, mlaskań okropnych, przeszywających jęków...
– jeszcze czasami, o zachodzie, z posępnych pól ołowianego nieba wyłupywało się czerwone, ogromne słońce i spadało ciężko, niby kadź roztopionego żelaza, z której buchały krwawe wrzątki i biły dymy smoliste, czarne, popręgowane gorejącymi żagwiami, że świat cały stawał w łunach i w pożodze.
I długo, długo w noc dogasały i stygły na niebie krwawe zarzewia, aż ludzie mówili:
– Zima rośnie i na złych wichrach przyjedzie.
I rosła zima, rosła co dzień, co godzina, co to oczymgnienie.
Aż przyszła.

(...)
Świat z nagła poczerniał, cisza się uczyniła głucha, przygasły światłości, sine oczy wód pomdlały, wszystko jakby zdrętwiało i stanęło w zdumieniu z przytajonym tchem, lęk wionął po ziemi, mróz przenikał kości, strach chycił za gardziele, dusze padły w proch ,lute przerażenie załopotało nad wszelkim stworzeniem – widać było, jak zając gnał przez wieś z rozwianą szerścią, to wrony z krzykiem przejmującym wpadały do stodół albo i zgoła do sieni, psy wyły po przyzbach jak oszalałe, ludzie chyłkiem uciekali do chałup, a nad stawem biegała ślepa kobyła z resztką wozu, tłukła się o płoty, o drzewa i z dzikim kwikiem szukała stajni.
Ciemnica się rozlewała mętna, dusząca: chmury opadały coraz niżej, zwalały się z lasów rozkotłowaną gęstwą tumanów i toczyły się po zagonach jak te wody wzburzone, rozhukane, straszne – uderzyły na wieś i zalały wszystko lodowatą, brudną mgłą; naraz niebo się przedarło na środku i zajaśniało modrawo niby lustro studzienne, świst ostry przeszył ciemności, mgły się skłębiły z nagła, a z pękniętej czeluści lunął pierwszy wicher, a za nim już leciał drugi, dziesiąty, setny!
Wyły już stadami, lały się z tej gardzieli niby rzeki niczym nie powstrzymane, rwały się jakby z łańcuchów i rozskowyczoną, wściekłą zgrają biły w chmury, rzucały się na ciemnice i rozwalały je do dna, przeżerały na wskróś i rozmiatały niby tę słomę strupieszałą.
Wrzask poszedł po świecie, zamęt, szumy, świsty, kurzawa.
Chmury, stratowane ostrymi kopytami wichrów, uciekały jakby chyłkiem na bory i lasy, niebo się przecierało, dzień znowu zaświecił ołowianymi oczami, stwór wszelki odetchnął z ulgą.
Ale wichry wiały wciąż, bez mała całą niedzielę, a bez folgi żadnej ni przestanku. Dnie to tam jeszcze jako tako człowiek strzymać wstrzymał, że to ino ci się wiedli na świat, kogo potrzeba gnała, drugie zaś po chałupach siedzieli i końca wyglądali, ale noce były nie do wytrzymania, a przyszły akuratnie jasne, rozgwiażdżone i w górze ciche, ino na ziemi wichura odprawiała diabelskie gody, jakby się naraz ze sto chłopa obwiesiło, że i zasnąć nie było można, jakże, kiej szły takie ryki, trzaski, łomoty i hurkotania, jakby tysiące pustych wozów a w pędzie największym przejeżdżało po grudzie, a te tętenty, od których ziemia drżała, a te hukania Bóg wie czyje, te wrzaski, te wycia!

DLA TYCH, KTÓRZY KIEDYŚ POMIJALI OPISY PRZYRODY U REYMONTA :)

czwartek, 5 grudnia 2013

Trzy.


Trzy latka minęły.
Minęły bardzo szybko, przerażająco szybko.
Wydaje mi się, że niedawno zaczynałam swoją blogową przygodę.

Dużo się zmieniło przez ten okres. Mam na myśli życie osobiste, bo zawodowe, póki co, stabilne (jeżeli można mówić o stabilności w oświacie ;) )
Cały ten rok był dla mnie dość ciężki, może nie ciężki, a bardziej przełomowy. Wreszcie! 
Zamknęłam wiele spraw, które zamknąć powinnam już dawno. Co mnie cieszy niezmiernie, bo rozkoszuję się błogim spokojem i o wiele wolniejszym tempem życia.
To zasługa kilku osób, ale przede wszystkim zmiany nastawienia, przewartościowania pewnych rzeczy, a zaczęło się od pewnej MYŚLI...

Myśli są, jak chmury
Myśli są, jak chmury na bezkresie nieba. Czasem są lekkie, przyjazne, miękkie i powabne, jak pierzaste obłoczki. A czasem stają się ciężkie, pełne wody czy też aż czarne, rzucające gromami i błyskawicami. Nie zapominajmy jednak, że w powietrzu króluje też wiatr, który przesuwa nawet te najciemniejsze chmury odsłaniając czysty błękit nieba. Pamiętajmy, że to my decydujemy o sile wiatru wiejącego w naszym umyśle. Pozwalajmy mu więc wiać i przesuwać nasze myśli płynnie, aby nasze wewnętrzne niebo było jak najczęściej czyste i otwarte. Przywiązując się do naszych myśli dodajemy im siły i rozmiaru utrudniając im swobodne przeminięcie. Myśli pojawiają się i znikają. Nie są nami, ani naszym życiem. Nie dawajmy im takiej rangi, bo my jesteśmy czymś znacznie większym niż nam się wydaje. Myśli są tylko myślami, często nawet nie naszymi, tylko przejętymi od kogoś innego lub w programowanymi przy okazji wchłaniania jakiś kolejnych przekonań. Wciąż jednak pozostają tylko myślami, które tak, jak się pojawiły, tak i mogą zniknąć, jeśli tylko im pozwolimy. Bądźmy obserwatorami naszych myśli, a nie ich sługami.
Jeśli nie potrafimy sami puścić naszych myśli, to zamknijmy oczy, weźmy kilka spokojnych głębokich oddechów i wyobraźmy sobie, że siedzimy na kolanach u Boga. Wtulmy się w tą bezpieczną i pełną Miłości przestrzeń i oddajmy Jemu to, co nas trapi. Poprośmy, bo to wziął i by natchnął nas harmonią, spokojem, błogością i jasnością, a wszystko samo się ułoży. To naprawdę działa.

Co najważniejsze - pasja została niezmienna, choć w tym roku i mniej czytania, i mniej pisania jednak nie ilość się liczy (przynajmniej dla mnie). Nie wiem jak w następnym roku będzie wyglądać prowadzenie bloga, gdyż brakuje mi na niego czasu. Z resztą zobaczymy, życie zweryfikuje. 
No i taka mała tymczasowa zmiana urodzinowo-mikołajkowa  :)

Ale pocieszajace jest to, że końcówka roku zapowiada się obiecujaco i przełomowo też, i może być rekompensatą :)


a tak to było:
trzy lata temu 
dwa latka temu

poniedziałek, 25 listopada 2013

„Skandalistki. Historie kobiet niepokornych” Elizabeth Kerri Mahon

Wydanictwo: Biblioteka Akustyczna
wydanie: audiobook, lipiec 2013r.
czyta: Maciej Orłowski





"Bóg ukarał go i oddał w ręce kobiety" to cytat pochodzący z Księgi Judyty (Stary Testament). I choć źródła historyczne tego nie potwierdzają, motyw kobiety która pięknie umalowana i wystrojona udaje się o obozu wroga, aby podstępem dokonać krwawej rozprawy stał się bardzo popularny w Średniowieczu i Renesansie. Judytę w malarstwie niejednokrotnie przestawiano jako Justitię (Sprawiedliwość), bądź jako Castitas (Czystość), ewentualnie jako Humilitas (Cnotę). Nie zmienia to faktu, że upodobanie do kobiet drapieżnych zawsze pociągało artystów (malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy) tudzież ludzi władzy, jak i zwykłych zjadaczy chleba. I tu wypada zacytować klasyka: "W każdym normalnym facecie siedzi ukryty mizogizm i czasem wyłazi na powierzchnię, by się zdemaskować", to Waldemar Łysiak oczywiście. Jak zwał, tak zwał. Nie mniej jednak typ kobiety - pięknej i drapieżnej zarazem, „trucizny w złotym pucharze” kusi i pewnie kusić będzie dalej.


Wojownicze królowe, agentki, podróżniczki, piratki, jedne cieszące się dobra, inne - zła sławą. Przyciągały spojrzenia, siały zamęt i odwracały bieg wydarzeń. Uwodziły i były uwodzone, kochały i były kochane, zdradzały i je zdradzano. Elizabeth Mahon przedstawiła krótkie biografie kobiet, które wykraczały poza stereotypy, przyjęte normy. Przedstawiła kobiety-drapieżniczki, które broniły własnych przekonań. I wydawać by się mogło, że pomysł jak najbardziej trafiony. Same tytuły rozdziałów budzą już ciekawość „Waleczne przywódczynie”, „Krnąbrne żony”, „Błyskotliwe uwodzicielki”, „Panie z misją”, „Bohaterki Dzikiego Zachodu”, „Uczuciowe artystki” oraz „Nieustraszone poszukiwaczki przygód”. Mamy tu więc Kleopatrę, Annę Boleyn, Eleonorę Akwitańską, Joanna d'Arc, Zeldę Fitzgerald, Fridę Kahlo, Isadora Duncan, Isadora Duncan, Josephie Baker i wiele innych godnych tego, aby znać ich życiorys. To kobiety, które tworzyły historię, były jej częścią, inteligentne, które tworzyły dzieła, podziwiano je, ale i potępiano, niektóre wywoływały skandale, były na świeczniku. Temat-rzeka, o każdej można napisać tomy powieści i biografii. I tu pojawia się mój pierwszy zarzut. To jednego wora zostały wrzucone zarówno artystki, królowe, tancerki, podróżniczki. A przecież każda z nich była indywidualnością, posiadała jakieś uczucia i emocje. A tu mamy taką nieprzetrawioną papkę. Po drugie – autorce zabrakło warsztatu pisarskiego, blisko tu do grafomaństwa. Rozumiem, że autorka chciała pewnie przyciągnąć czytelnika dygresjami i odwołanymi do czasów współczesnych, porównywanie do Angeliny Jolie lub playboyów. Z resztą język pozostawia tu wiele do życzenia, co przekłada się na styl – bo ni to poważne, dosadne czy nawet nie jest dowcipne. Szkoda, bo temat jak najbardziej interesujący.

Dobrze, że miałam okazję wysłuchać audibooka, bo w wersji papierowej poległabym pewnie na trzeciej biografii i mieszałaby mi się Kleopatra z Eleonorą czy Anną Boylen, gdyż schemat przestawiania bohaterek jest taki sam - autorka zaczyna od doszukiwania się skandalów w ich życiu. Takie krótkie opowiastki o kobietach mogą jedynie nadawać się na lekcje historii, gdzie po zapoznaniu się z faktami historycznymi można dopełnić to notkami o skandalicznych zachowaniach kobiet. Pytanie tylko – jaka jest dziś definicja skandalu?


Za możliwość wysłuchania dziękuję Bibliotece Akustycznej 

poniedziałek, 11 listopada 2013

logo




Metodą prób i błędów, nie jest to jeszcze ostateczna wersja, ale jakiś początek. Tak naprawdę potrzebuję większych zmian, dość radykalnych, ale to z czasem... Zaniedbałam swojego bloga ostatnio, nie mówiąc już o odwiedzinach i komentarzach u innych blogerów, liczba przeczytanych książek w tym roku też nie jest imponująca, ale mam zamiar to nadrobić i obiecuję poprawę :), przede wszystkim w czytaniu i komentowaniu innych blogów książkowych. 
A T. dziękuję jeszcze raz za znoszenie mojego marudzenia :)

„Wiedeńska gra” Carla Montero



Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 5 listopada 2013
tłumaczenie: Wojciech Charchalis
tytuł oryginału: Una dama en juego
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 384


Wiedeń - miasto muzyki, cesarskich pałaców, gotyckiej katedry, gigantycznych karuzeli i mnóstwa kawiarni, od najbardziej frywolnych do najpoważniejszych, gdzie spotykają się intelektualiści. Na początku XX wieku Wiedeń stał się natomiast nie tylko miastem, lecz ucieleśnieniem tego, co się działo w świecie: odzwierciedlał społeczeństwo nowego wieku. Wiedeń trwał w rozwarciu pomiędzy tym, co stare, a tym, co nowe, tym, co należało do przeszłości, i tym, czego pragnęły następne pokolenia. I z tego napięcia zrodziło się środowisko niebywale wzbogacające, w którym filozofia, nauka i kultura kwitły jak nigdy. [str.132] A widmo zbliżającej się wojny wywoływało uczucia strachu i niepokoju, z drugiej strony fascynacji nowymi prądami, otwarcia na świat, co objawiało się chęcią korzystania z wszelkich uroków życia - bale, tańce, używki  i swoboda.

W taką scenerię przenosi nas hiszpańska pisarka Carla Montero. Poznajemy tu Isabel, piękną młodą dziewczynę, która zostaje porzucona tuż przed ślubem. Z pomocą przychodzi jednak ciotka – blisko związana z cesarskim dworem Franciszka Józefa i zaprasza ją do Wiednia. Tam Isabela poznaje całą śmietankę towarzyską - dyplomatów, bogatą burżuazję i intelektualistów związanych z dworem cesarskim. Piękna Hiszpanka od razu wywołuje zachwyt i rozbudza namiętność kolejnych mężczyzn, do tego stopnia, że jeden z bohaterów pozwala sobie na wnikliwą charakterystykę.  Pani jest jak biblijna Salome albo Szekspirowska Ofelia, femme fatale malarzy symbolistów, prerafaelitów: zmysłową Monną Vanną Rossettiego, kobiecością porażającą. Widzę, jak mężczyźni kłębią się wokół pani, jak ćmy nęcone światłem, nie wiedząc dlaczego przyciągane dziwną siłą. (…) Ma pani dar niewinnego uwodzenia. Cechę, która gdy będzie doskonała, stanie się niebezpieczna i zabójcza dla pożądających pani bezbronnych mężczyzn. W odróżnieniu od większości kobiet pani nie urodziła się po to, żeby zaspokajać mężczyzn, ale by mężczyzna zaspokajał panią i żeby nad nim dominować, zniszczyć go, jeśli taka będzie pani wola, jak Kali niszczy Śiwę i na nim tańczy. [str. 104] Mamy tu mieszankę indyjskiej egzotyki, zmysłowość, namiętność no i podwójną grę, czyli szpiegostwo. Isabela staje się elementem twardej męskiej gry prowadzonej przez służby wywiadowcze różnych krajów. Sama jednocześnie prowadzi swoją rozgrywkę – i do końca nie wiadomo czy jest to gra, czy może siła miłości.

Narracja jest tu prowadzona bardzo pomysłowo – są to zapiski dzienników, właśnie Isabeli i Karla – jednego z jej adoratorów – do tej samej osoby, do Larsa. Lars był ukochanym Isabeli, a Karel jego bratem. Sam zabieg jest już intrygujący tudzież powoduje spojrzenie z różnych perspektyw na zachodzące wydarzenia, bowiem każdy z narratorów widzi osoby, miejsca i fakty trochę w innym świetle. Taka fabuła wciąga bez reszty, zachwyca i przeraża jednocześnie. Carla stosuje te same motywy, co w poprzedniej, debiutanckiej powieści – "Szmaragdowej tablicy" – czyli, mroczna tajemnica, która może zmienić porządek świat (wcześniej był sekret ukryty w obrazie), niebezpieczna broń w rękach potężnej sekty (w debiucie – w rękach nazistów), chęć odkrycia tej tajemnicy i zdobycia władzy nad całym światem, tym samym szpiegostwo i podwójne oblicza oraz w tle miłość, która przeradza się w niebezpieczną i nie pohamowaną namiętnościami rozgrywkę, gdzie odwiecznym pytaniem pozostaje – co zwycięży, uczucie czy rozsądek?

Świetna powieść na długie jesienne wieczory, można się w niej zatopić, choć fabuła rozkręcała się powoli. Dlatego „Szmaragdowa tablica” podobała mi się bardziej. Nie mniej jednak autorka ma duży potencjał i potrafi sprawić, że namiętności, jakimi targami byli bohaterowie udzielają się czytelnikowi. Postacie są tu bardzo dobrze wykreowane, toteż oscylujemy między pesymizmem a entuzjazmem, pogodą ducha a smutkiem, zachwytem i euforią a rezygnacją, tylko nie wiadomo, gdzie przebiega granica, bo do końca nie jest to jasne, gdzie kończy się gra pozorów, cała wiedeńska rozgrywka. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 7 listopada 2013

TYDZIEŃ Z LITERATURĄ DZIECIĘCĄ I MŁODZIEŻOWĄ „Rozrywki Mikołajka”

Więcej o akcji [KLIK]





Wydawnictwo: Znak 
Premiera: 23 września 2013 
Przekład: Magdalena Talar 
Format: 144 x 205 mm
Oprawa: twarda
Liczba stron: 256 







Mikołajek w niedługim czasie zrobił bardzo przewrotną i szybką karierę. Nic zatem dziwnego, że jak grzyby po deszczu wychodzą wciąż nowe publikacje o zwariowanych przygodach grupy uroczych chłopców. Napisałam już kiedyś u siebie na blogu, że Mikołajek to idealny kandydat do szkoły na lekcje wychowawcze na temat spędzania wolnego czasu.  Bo "co można robić w sobotnie popołudnie, kiedy nie ma telewizora ani z żadnego kumpla w pobliżu, z którym można się pobawić, a na dodatek pada deszcz?".[str. 11] Dla większości współczesnych dzieci, to nie do pomyślenia, co innego można robić bez telewizora, Facebooka, czy gier komputerowych. Mikołajek i jego kumple są świetną alternatywą na te wszystkie problemy zagospodarowania wolnego czasu. Nigdy im się nie nudzi, nikt na nic nie narzeka i nie ma żadnych roszczeń.

Całość wydania – jak zwykle trzyma wysoki poziom. Twarda oprawa, szycie, piękne ilustracje oraz duża czcionka zachęcająca młodych czytelników do zatopienia się w lekturze. I mimo, że nie są to oryginale teksty Gościnny’ego utwory utrzymane są w podobnym klimacie. Sama nie wiem którego z chłopców najbardziej lubię. Każdy jest na swój sposób uroczy. Tym razem kumple Mikołajka muszą rozegrać mecz o pewien pamiątkowy puchar. Mikołajek będzie miał również zaszczyt gościć kolegę z Anglii, a wiadomo, że Anglicy i Francuzi to nigdy za sobą nie przepadali. I jak zwykłe wszystko pójdzie nie tak jak trzeba. Przeuroczo-rozbrajająca, kurczę blade – jak by to powiedział Mikołajek.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

poniedziałek, 4 listopada 2013

TYDZIEŃ Z LITERATURĄ DZIECIĘCĄ I MŁODZIEŻOWĄ „Nowe przygody Bolka i Lolka. Urodziny”





Wydawnictwo: Znak
data wydania: 7 listopad 2013r.
oprawa: twarada
liczba stron: 224




Jesienią 1963 roku w Bielsku-Białej zrealizowano pierwszy odcinek najsłynniejszej polskiej kreskówki o przygodach Bolka i Lolka. Wynika z tego, że chłopcy obchodzą 50. urodziny. Nie ma chyba dorosłej osoby, która nie patrzyłaby na niesfornych braci z sentymentem. Podbili oni serca milionów Polaków. Z okazji urodzin znani polscy pisarze: Marcin Wicha, Wojciech Bonowicz, Rafał Kosik, Anna Onichimowska, Bronisław Maj, Jerzy Illg oraz Leszek Talko napisali opowiadania o przygodach Bolka i Lolka.

Chłopcy w wersji animowanej  przeżywali przygody związane z bohaterami książek dla dzieci i młodzieży. W pierwszym odcinku pt. "Kusza", w reżyserii Władysława Nehrebeckiego, wcielają się w postać Wilhelma Tella. W 1973 twórcy filmu wprowadzili na życzenie żeńskiej części widowni nową postać – Tolę. Wszystkie bajki z Bolkiem i Lolkiem powstały w Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Przez 23 lata (1963–1986) nakręcono ponad 150 odcinków w 10 seriach oraz dwa filmy pełnometrażowe. Tyle historii - teraz skupmy się na książkowej wersji.

Chłopcy w wersji papierowej są już unowocześnieni. Oglądają telewizję, grają na laptopie, używają dyktafonu i o zgrozo - jedzą chipsy! Zamiast Toli - występuje Zuzia. Niby szczegół, ale jednak robi różnicę. Nie czytają więc książek i nie chcą wcielać się w bohaterów książkowych - pragną polecieć na Marsa i wziąć udział w telewizyjnym show. Nie marzą o tym, aby zostać kowbojami, rycerzami czy Robinsonem. A to już robi wielką różnicę. Pomysł z wydaniem książki  jak najbardziej trafny, gorzej z wykonaniem. O wiele bardziej wolę Bolka i Lolka w wersji animowanej, takiej jeszcze bez dialogów niż chłopców kłócących się o pilota do telewizora. Choć rozumiem, że ta wersja miała trafić do współczesnego odbiorcy, takiego, którego właśnie główną rozrywką jest oglądnie telewizji czy granie w gry komputerowe. Na szczęście całość rekompensuje wydanie, bo jak na urodzinową wersję przystało, jest przepięknie edytorsko przemyślane. Twarda oprawa, szycie, pozłacane litery na okładce i oczywiście cudowne ilustracje – takie jak w kreskówkach sprzed pięćdziesięciu lat. Można jedynie żałować, że Bolek i Lolek nie mają godnych sobie następców, a kino animowanie w Polsce praktycznie nie istnieje. Teraz to jeszcze półbiedy, kiedy to dziadkowie i rodzice pamiętają o takich postaciach. Gorzej za parę lat, bo jakie postacie nasze dzieci będą darzyć sentymentem? 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

czwartek, 31 października 2013

„Życie, piękna katastrofa” Jon Kabat-Zinn

Wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 14 sierpnia 2013
tłumaczenie: Dariusz Ćwiklak
tytuł oryginału: Full Catastrophe Living
oprawa: broszurowa
liczba stron: 592







W filmie Nikosa Kazantzakisa "Grek Zorba" pojawia się pewien dialog. Młody towarzysz Zorby pyta go w pewnej chwili: "Zorba byłeś kiedyś żonaty?". Na to Zorba odpowiada: "A czyż nie jestem mężczyzną? Oczywiście, że byłem żonaty. Żona, dom, dzieci, wszystko... pełna katastrofa". I to wcale nie było narzekanie, że małżeństwo i dzieci to katastrofa. Zorba w tej odpowiedzi zawarł szacunek dla bogactwa życia i nieuchronności wszystkich jego dylematów, żalów, tragedii i ironii. "Tańczy" w wichrze pełnej katastrofy, celebruje życie, śmieje się z siebie, nawet w obliczu osobistego upadku i porażki. Dzięki temu nigdy nie jest zbyt długo przybity, nie pokona go ani świat, ani jego własna bezmyślność. Dla niego zmierzenie się z pełną katastrofą oznacza odnalezienie i pogodzenie się z tym, co w nas samych najbardziej ludzkie.

Katastrofa przecież nie oznacza tragedii. Mimo, że składają się na nią kryzysy, załamania i drobiazgi, które się nam nie układają. To raczej smutna potęga naszych życiowych doświadczeń. Życie wciąż płynie i wszystko, co wydaje nam się stałe, jest jedynie tymczasowe i wciąż się zmienia. Mowa tu o naszych ideach, opiniach, związkach, posadach, majątku, ciałach, o wszystkim.  W tej książce będziemy się uczyć i ćwiczyć sztukę akceptacji pełnej katastrofy. Będziemy to robić po to, by życiowe burze, zamiast zniszczyć czy ograbić z sił i nadziei, wzmocniły nas i nauczyły czegoś o życiu, rozwoju i zdrowieniu w świecie pełnym tymczasowości przemian, a czasami wielkiego bólu. [str.31] I tak w istocie jest, sedno tkwi tu w zrozumieniu jednego - czynniki umysłowe i emocjonalne, czyli sposób, w jaki myślimy i zachowujemy się, mogą mieć znaczący wpływ - dobry lub zły - na nasze zdrowie fizyczne i na naszą zdolność do uporania się z chorobą czy obrażeniami.

„Carpe diem” – to motto wielu ludzi, taka pseudosentencja, której sami do końca nie rozumieją. Chwytaj dzień, żyj dniem, żyj chwilą. W życiu wcale nie chodzi o to, aby żyć chwilą, tylko żyć w danej chwili. „Carpe diem" – ma więc wydźwięk hedonistyczny i bynajmniej nie oddaje sensu życia.  Sedno tkwi w tym, aby odnaleźć sposob, jak można wsłuchać się we własne ciało i umysł, by bardziej zaufać własnemu doświadczeniu. Uwierzyć w to, że można żyć, patrzeć na problemy, zaakceptować pełną katastrofę i sprawić, że życie będzie bardziej radosne i bogate. Aby wykorzystywać każdą chwilę, nawet jeśli jest to chwila bólu, smutku, rozpaczy czy strachu. To „wykorzystywanie chwil” to przede wszystkim regularna, pełna praktyka świadomego przeżywania każdej chwili, czyli „uważna obecność”, pełne „posiadanie” każdej chwili życia, dobrej, złej, pieknej czy brzydkiej. To właśnie istota życia z pełną katastrofą. Takie pielęgnowanie uważnej obecności nazywanie jest istotą medytacji buddyjskiej. Jednak nie trzeba wyznawać buddyzmu, aby pewne elementy wprowadzić do swojego życia, gdyż istota medytacji jest uniwersalna. Jest również niezależna od ideologii, ta uważna obecność jest potężną siłą umożliwiającą zrozumienie siebie i zdrowienie. Tak przynajmniej twierdzi autor.

Całą pozycję czyta się bardzo przyjemnie, choć chwila nieuwagi i ma się wrażenie, że już się o tym czytało lub słyszało. Najwartościowszym dla mnie był rozdział na temat rodzajów stresu, na czym on polega i jaką ma wartość świadome przezywanie stresujących sytuacji, po to, byśmy mogli skuteczniej sobie w nich radzić. Na koniec autor zmieszcza dodatki – kalendarzyk świadomości przyjemnych i nieprzyjemnych zdarzeń oraz kalendarzyk świadomości trudnych i stresujących rozmów. Proponuje na początek, aby świadomie przeżyć jedno przyjemne zdarzenie, a potem zapisywać jak reagowało nasze ciało, jakie nastroje nam towarzyszyły, jakie myśli były z nami, gdy to opisywaliśmy. To oczywiście tylko przykład ćwiczenia, ale pomysł spodobał mi się bardzo. Cała książka może być swoistą terapią. Na pewno pokazuje inny sposób patrzenia na siebie, na własne życie, na sukcesy i porażki. To zaproszenie w podróż do samorozwoju oraz odkrywania wewnętrznych sił do zdrowienia i radzenia sobie z pełną katastrofą. Teorię mam więc opanowaną, teraz zajmę się praktyką.  


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca  



wtorek, 22 października 2013

„Mroczna wieża” Clive Staples Lewis



Wydawnictwo: Esprit

data wydania: 24 września 2013
tłumaczenie: Aleksandra Motyka
liczba stron: 272
oprawa: miękka ze skrzydełkami





C.S. Lewis należy do najukochańszych moich pisarzy. Odkąd zdobył moje serce "Smutkiem", pochłaniam wszystko, co wyszło spod jego pióra. Nie sądziłam również, że są jeszcze teksy, które nie ujrzały światła dziennego. A tu proszę - niespodzianka. Pojawia się kolejna publikacja. Historia utworów Lewisa umieszczonych w zbiorze pt. "Mroczna wieża" jest niezwykła. Te niepublikowane dotąd teksty zostały ocalone przed zniszczeniem, spaleniem wręcz, przez sekretarza Lewisa, Waltera Hoopera. To on, jako zagorzały fan swojego pracodawcy, uchronił pożółkłe maszynopisy przed unicestwieniem.

Tytułowa „Mroczna wieża” to niedokończony utwór, który – jak sugeruje Hooper – jest kolejną częścią trylogii międzyplanetarnej („Z milczącej planety”, „Perelandra” i „Ta ohydna siła”). Opowiada o pewnym wynalazku  - naukowca z Cambridge - który umożliwia spojrzenie w inny Czas, w przeszłość i przyszłość. Lewis miał obsesję, co do podróży w czasie – stanowiły one motyw wielu jego dzieł. Tezę tę potwierdza też fabuła „Mrocznej wieży”, szkoda tylko, że akcja urywa się w najciekawszym momencie. Dlatego przy wydaniu było wiele kontrowersji. Niektórzy uważają, że to okrutne publikować takie urywki, ponieważ w wielu przypadkach nie możemy nawet zgadywać, w jaki sposób autor chciałby zakończyć swoją opowieść. [str.10] - pisał Hooper, bo z takim dylematem się zmagał. Mierzyli się z tym również spadkobiercy Lewisa. Nie mniej jednak bardzo wielu czytelnikom od dawna marzyło się ujrzeć wydanie nieopublikowanych dotąd dzieł. Bowiem każdy chyba pisarz ma w swojej szufladzie ukryte rękopisy, notatki, zarysy, pomysły na fabułę – i nie zawsze wszystkim takim "perełkom” jest dane, aby zwykli zjadacze chleba mogli to ujrzeć.  W tym przypadku udało się i mamy zbiór utworów, które prawie by uległy spaleniu. Oprócz Mrocznej wieży” znajduje się tu 5 innych opowiadań – znacznie krótszych i bardzo zróżnicowanych pod względem treści, problematyki, jak i też czasu powstania.

W całym zbiorze znajdziemy wielkie tematy tak charakterystyczne dla twórczości pisarza jak: Czas, Przestrzeń, Pozór, Rzeczywistość, Zdolności ludzkiego umysłu, Granice wytrzymałości człowieka i Sen. Wszystkie jednak są podane w przystępnej formie. Bo to właśnie język – ten wyszukany, kunsztowny dobór słów, wielkość w prostocie, sprawia, że smakuje się tu każdy wyraz. Nic nie jest tu przypadkowe, wszystko ma zamierzony cel, aby pobudzić czytelnika do refleksji, aby zwrócić na coś uwagę. W „Niewidomym od urodzenia” będzie to zgubny współczesny zwyczaj patrzenia jedynie na rzeczy, a nie na to, co je otacza, na światło. To historia człowieka, który urodził się z zaćmą na oczach. Ciągle słyszał o świetle, ale nic z tego nie pojmował. Po przejściu operacji zaczął częściowo widzieć, ale ciągle nie mógł zrozumieć światła. Lewis zwraca tu uwagę na bezmyślne postrzeganie rzeczy przez nas samych i niedostrzegania rzeczy, które mamy przed oczami.

Fascynująca to gratka dla fanów Lewisa. Można podziwiać jego warsztat literacki, jak się rodził zamysł, pomysł na fabułę. A przy tym bardzo przyjemnie to się czyta, lekki język sprawia, że – mimo poważnych tematów -  nie jest to lektura ciężka w odbiorze. Wyjątkowe dopełnienie mozaiki – całej twórczości Lewisa.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit