niedziela, 27 stycznia 2013

„Les Misérables” („Nędznicy”) reż. Tom Hooper


XIX-wieczna Francja, rewolucja francuska to temat wielokrotnie filmowany, jak i wystawiany na scenach teatrów w formie musicalu. Sama fabuła "Nędzników" jest dość dobrze znana, nawet tym, którzy nie czytali powieści Hugo, właśnie przez liczne ekranizacje. Mamy i kolejną, tym razem - hollywoodzką. Od razu powiem, że świetnie zrobioną. Scenografia robi wrażenie, każdy szczegół, detal jest pieczołowicie dopieszczony. Charakteryzacja aktorów również - imponująco dopracowana.

"I dreamed a dream in time gone by
When hope was high
And life worth living
I dreamed that love would never die
I dreamed that God would be forgiving...".

Słowa te, wyśpiewane przez Anne Hathaway, to jedna z najbardziej poruszających scen w filmie (ba! w historii kina), nie jedyna jednak. Znakomite są również sceny zbiorowe, wyśpiewane przez lud, skazańców czy rewolucjonistów, kiedy to na przykład - wzywają społeczeństwo na barykady:

"Look down, look down,
don’t look’em in the eye.
Look down, look down.
You’re here until you die...”.

Co do gry aktorskiej, to podobał mi się Russell Crowe jak Javert, choć pewnie będę w mniejszości, bo akurat ta rola jest najbardziej krytykowana i odbiega od pierwowzoru w powieści. Właściciele gospody (Sacha Baron Cohen oraz Helena Bonham Carter) wyśmienicie wcielili się w role, a znakomita charakteryzacja pokresliła tylko ich talent. Ale i tak wszystkich pobił młodziutki i zadziorny Gavroche (Daniel Huttlestone).
Wspaniałe to widowisko. Zachwycające, powalające i wzruszające. Choć zdarzają się i tacy, którzy twierdzą, że za dużo jest tu kwestii śpiewanych, jakby to był horror, a nie musical. Można by też napisać kolejny post o pominięciu albo o nierozszerzeniu niektórych wątków, ale nie sposób przecież zmieśćić treści pięciotomowej powieści w trzech godzinach. 
Zapadły mi w pamięci dwa utwory, których słuchałam dziś prawie przez cały dzień. Wspomniana już Anne Hathaway jako zrozpaczona Fantine i ślepo zakochana, bezradna w swoim uczuciu Samantha Barks jako Éponine.  Kto nie widział jeszcze, niech chociaż posłucha. Cudownie piękne! 







„Django” reż. Quentin Tarantino

Quentina można kochać albo nienawidzić. Kto jest w tej drugiej grupie, to lepiej niech nie czyta dalej, bo będzie "ku chwale". Będą "ochy i achy", więc wszyscy ci, co są przeczuleni lub uprzedzeni do amerykańskiego reżysera, do kina niech się nie wybierają, ponieważ najnowszy film Quentina jest po prostu Tarantinowski. Zanim się wybrałam, przeczytałam wiele recenzji, które już pojawiły się w sieci. Krytycy, kinomaniacy, jak i zwykli odbiorcy są w sumie zgodni, a film zbiera bardzo pochlebne recenzje. Parę superlatyw chciałabym przekazać i ja, a raczej przelać swoje zachwyty "na papier".
źródło

„Zrobię ci z d... jesień średniowiecza” - tak kwestia pada chyba w „Pulp Fiction”, ale większość filmów Quentina opiera się na schemacie, gdzie głównym motywem postępowania bohaterów jest zemsta. Oczywiście obowiązkowo z krwawą jatką i hektolitrami tryskającej krwi. W "Django" jest podobnie - niemiecki łowca głów Schultz (Christopher Waltz) wykupuje niewolnika Django (Jammie Fox), aby ten pomógł mu w schwytaniu owianych złą sławą braci Brittle. Django uczy się "fachu" i wkrótce staje się pierwszym czarnoskórym rewolwerowcem, który zabija białych. Po krótkim czasie wpadają na trop brutalnego właściciela farmy Calvina Candie (Leonardo di Caprio), który wcześniej kupił żonę Django. I jak to na szlachetnych rycerzy przystało, postanawiają ją uratować.


Pierwszy "och i ach" będzie właśnie za aktorstwo, bo tu godne podziwu, z resztą jak w każdym filmie Quentina. Leonardo - perfekcyjny w każdym geście, w każdym ruchu, w każdym nawet spojrzeniu (a scena z czaszką i młotkiem - mistrzowska!), Christoph Waltz, od pierwszej sceny - świetny, więc słuszna nominacja do Oscara. Następny "och i ach" jest oczywiście za dialogi - ostre jak brzytwa oraz za potężną dawkę czarnego humoru (scena z workami zakrywającym twarze à la  Ku Klux Klan wbija po prostu w fotel). No i oczywiście - muzyka! Cudowna ścieżka dźwiękowa, na którą składają się kompozycje Ennio Morricone, klasyki z lat 70-tych oraz najnowsze hip-hopowe utwory. A pierwszy utwór wciąż jeszcze dzwoni mi w uszach.
.




źródło

Quentin lubi się też pojawiać w swoich filmach jako postać epizodyczna. Tu nie jest inaczej. Tarantino spełnił pewnie swoje chłopięce marzenia i stał się prawdziwym kowbojem, w kapeluszu, z rewolwerem na tle plenerów Dzikiego Zachodu. Filmy Quentina lubiłam zawsze. Dokładnie to nie wiem dlaczego. Chyba za całokształt. Na ten całokształt składają się: błyskotliwe dialogi, dużo groteskowej przemocy, czyli 'meaty effect', jak to sam Tarantino nazywa. Efekt mięsny się tu pojawia, a jakże, z krwawą jatką (a nawet dwiema). Przyczepię się jednak do jednego - cały film odrobinę za długi, a historia ciut przeciągnięta. Nie rzutuje to jednakże na odbiór całości, bo film, a raczej reżyser z pewnością zasługuje w końcu na Oskara. Dlatego, Panie Quentin - trzymam kciuki!






czwartek, 24 stycznia 2013

Blog Roku 2012


Rozpoczął się II etap konkursu na BLOG ROKU 2012. Z moją nikłą liczbą znajomych (bo ani nie mam osobistego konta na fb, ani nikt z mojego otoczenia nie wie nawet, że taki blog prowadzę) szans raczej nie mam. Regulamin niestety jest nieubłagalny. Liczy się liczba oddanych SMS-ów, dopiero z czołówki prowadzących wybierany jest ten najlepszy. Gdyby ktoś jednak chciałby pomóc ;), to podaję namiary... 




KLIK



ABY ZAGŁOSOWAĆ Na Mój BLOG WYŚLIJ SMS NA NUMER 7122 O TREŚCI  E00208 

UWAGA! W NUMERZE BLOGA ZNAK 0, TO CYFRA ZERO. Między Cyframi nie ma TAKŻE SPACJI!   KOSZT SMS TO 1,23ZŁ

GŁOSOWANIE SMS POTRWA DO 31 STYCZNIA, DO GODZINY 12:00


niedziela, 20 stycznia 2013

„Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym” Grażyna Jagielska


Wydawnictwo: Znak
wydanie: styczeń 2013
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: : 140 x 205
liczba stron: 208





„Moje życie podzieliło się na okresy oczekiwania i powrotów, przy czym lepiej pamiętam oczekiwanie. Powroty się zlewają, zawsze wyglądały tak samo: Wojtek otwiera sobie drzwi kluczem, który ze sobą zabiera, mówi: 'No to jestem'”. [str.60]  Wojtek to Wojciech Jagielski - pisarz, publicysta i korespondent wojenny. O jego książce „Modlitwa o deszcz" pisałam tutaj. Grażyna - to jego żona, która swoją książkę zaczyna dość wstrząsająco: „Dzisiaj mijają trzy miesiące, odkąd przyjęto mnie do kliniki psychiatrycznej z objawami stresu bojowego. Tak naprawdę jest to stres mojego męża, ale on zawsze oddawał mi wszystkie moje kłopoty”. [str. 5]

Dla przeciętnego zjadacza chleba wojna to jakaś odległa sprawa, której relacje może pooglądać w telewizji. Przeraża nas owszem, ale nie czujemy jej na własnej skórze. Życie codzienne nie ma szans w porównaniu z wojną. Wojciech Jagielski jako reporter "Gazety Wyborczej" opisywał najważniejsze konflikty ostatnich dwudziestu lat. Był wszędzie tam, gdzie zapowiadało się na konflikt i czekał na wojnę. Tam było Wydarzenie, które trzeba koniecznie opisać, przekazać światu. Osiem razy Azerbejdżan, pięć razy Tadżykistan, dziewięć razy Gruzja, pięć razy Czeczenia, jedenaście razy Afganistan, pomiędzy jeszcze Uzbekistan, Turkmenia, Osetia Południowa. Razem wyszło 53 wojny.
I prawie tyle samo rozstań, i powrotów.

On wyjeżdżał, ona czekała. Z początku dni mijały powoli, zlewały się jeden z drugim, były takie same, w takim samym transie i schemacie – wyjść po zakupy, nakarmić dziecko, wyprowadzić psa. Inaczej liczyła tylko dni, podzieliła je na mniejsze okresy: do przyszłego miesiąca, do wiosny, do świąt. Powoli jednak zamykała się w tym swoim świecie czekania. Nawet już psy reagowały na czołówkę BBC, oznaczającą, że za chwilę ktoś w telewizji poda nowe informacje o losie jakiegoś oblężonego miasta. 
Czekałam, aż ktoś do mnie zadzwoni i powie, że to już koniec. Nie chodziło mi o to, żeby to był szczęśliwy koniec, tylko jakikolwiek. Myślę, że czasem można chcieć już tylko, żeby coś się skończyło, obojętnie tak". [str.53] Ten dźwięk telefonu powodował jednak powoli obsesję. „O tym, że telefon zadzwoni, wiedziałam sekundę przed tym, jak dzwonił naprawdę. Miałam go w środku, we mnie odzywał się najpierw, dopiero później na półce w salonie. Mimo to zawsze był zaskoczeniem – rozrywał mieszkanie na kawałki, przez chwilę drążył moje tkanki, robił sobie we mnie miejsce. Siedząc z psem pod piecykiem w kuchni, skupiałam się na tym dźwięku, który mnie za chwilę rozszarpie. Prosiłam znajomych, żeby nie dzwonili, bo nie panuję nad telefonem, robi sobie we mnie korytarze”. [str.55]

To czekanie sprawiło, że Grażyna nie zauważała zmian zachodzących w otaczającym ją świecie. Poruszająca jest rozmowa z synem, który prosi, aby mama zapisał go do szkoły, bo przecież zaraz będzie wrzesień albo spotkanie z dawną przyjaciółką w supermarkecie, kiedy wydawało się jej, że niedawno się rozstały, tymczasem nie widziały się trzy lata. Mąż wracał pełen wrażeń, zachwycony, że uczestniczył czymś niezwykły i przełomowym. Opowiadał o ludzikach, których spotkał, którym pomógł i którzy jemu pomogli. Czasami te historie nie nadawały się do opisania i przekazania – były zbyt wstrząsające. Potem wszyscy ci ludzie, których spotykał podczas swoich podróży i o których potem opowiadał, zagnieżdżali się w ich mieszkaniu, byli w notatkach na biurku, przy stole, przy wspólnych rozmowach, wchodzili meble, wszędzie były ich ślady. Następnie Wojtek (bo tak o nim pisze pani Grażyna) upewniał się, że w domu wszystko w porządku, opłacał wszelkie rachunki i znowu wyjeżdżał. Grażyna dalej czekała. W końcu któregoś dania nie wytrzymała: „Jesteś jak narkoman! (…) Rzucasz to albo ćpamy razem!” [str.83]– powiedziała mu pewnego dnia i razem pojechali do Kabulu.

Dawno już nie przeczytałam tak poruszającej książki. Intymnej, ale nie ciepłej. To niebanalna opowieść o strachu i obsesji utraty kogoś bliskiego, ciągle narażonego na śmierć. To również historia o ogromnym poświęceniu i bezgranicznym oddaniu, polegającym na podporządkowaniu wszystkich swoich ambicji i pragnień pasji ukochanej osoby, o szukaniu pośród zgliszczy wojny tego udanego, wspólnego życia. Jestem pod ogromnym wrażeniem dojrzałości pisarskiej pani Grażyny, pod wrażeniem jej mądrości życiowej. To przepiękne świadectwo ceny, jaką płaci kobieta za życie z korespondentem wojenny, ale to też przepiękny obraz miłości, właśnie takiej z kamienia. Nie do ruszenia przez żaden konflikt zbrojny, przez żadną wojnę.


POLECAM GORĄCO!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak 

wtorek, 15 stycznia 2013

„Trzy kobiety w dobie ciemności. Edith Stein, Hannah Arendt, Simone Weil” Sylvie Courtine-Denamy


Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: sierpień 2012
tłumaczenie: Grzegorz Przewłocki
seria: Sfery
oprawa: twarda
liczba stron: 352



Rok 1933 - Hitler zdobywa pełnię władzy w Niemczech. Płoną książki.
Rok 1943 - upadek powstania w getcie warszawskim. Płoną ludzie.
To dziesięciolecie Bertolt Brecht nazwał „mrocznymi czasami”. Nastąpił wzrost antysemityzmu, prześladowań Żydów, a wszystko to działo się w pogrążonej w kryzysie Europie. Wybuch wojny domowej w Hiszpanii, potem zajęcie Czechosłowacji przez Niemcy, opracowanie przez Hitlera „ostatecznego rozwiązania” tylko spotęgowało niepokoje. To czas łamania wszelkich obietnic i traktatów. Niedowierzanie mieszało się z obojętnością. Jak żyć w takich czasach? A w dodatku, gdy się jest kobietą, Żydówką, filozofką i posiada zamiłowanie do nauki. Z góry przegrana pozycja, nieprawdaż? Czy aby na pewno?

„Amor fati, amor mundi”. Jak tu sprostać losowi, jak mieć zmiłowanie do świata, jak nie pozostać obojętnym? Jest właśnie coś, co sprawia, że można! A to coś, to pasja. Pasji filozofek do zrozumienia świata wytrąconego z równowagi oraz potrzeb pojednania się z nim, pokochania go miłością mimo wszystko. „Wszystkie trzy były pochodzenia żydowskiego w czasie, w którym sam ten fakt zamieniał życie w przeznaczenie”. [str.10], wszystkie trzy pociągała teologia i nosiły się z zamiarem przejścia na katolicyzm. Już jako Wunderkindy potwierdziły swoje wybory filozoficzne. Edith Stein była uczennicą Husserla, Hanna Arendt – uczennicą Heideggera i Jaspersa. Wszystkim trzem w karierze naukowej przeszkodziło dojście Hitlera do władzy.

Nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. To raczej duże intelektualne wyzwanie. Napisana jest jednak językiem przejrzystym, z resztą jak cała seria „Sfery”. Nie przebrnie przez nią laik filozofii. Sporo tu nawiązać, a nawet polemik, ponieważ panie ośmieliły się krytykować swoich mistrzów i starały się względem nich dystansować. Nie mniej jednak każda z tych kobiet posiada biografię wartę nie jednej książki czy scenariusza filmowego.

Były świadkami mrocznych czasów, zaangażowanymi obserwatorkami – jak teraz reporterzy wojenni w różnych krańcach świata – rejestrowały wydarzenia, ale też w nich uczestniczyły. Losy ich są bardzo zbliżone, choć nie we wszystkim wspólne. Ciekawe i poruszające. Chciały się poczuć w tym mrocznym świecie, jak u siebie. Nie do końca się im wszystkim udało. „Kochać świat to znaczy czuć się za niego odpowiedzialnym”[str.319] - tak stwierdzała Hannah Arendt. Trudno się z tym nie zgodzić. 

POLECAM!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

niedziela, 13 stycznia 2013

„Nasze rozstania” David Foenkinos

Wydawnictwo: Znak
tytuł oryginału: Nos séparations
wydanie: styczeń 2013
Tłumaczenie: Agnieszka Rasińska-Bóbr  
Format: 124x190
oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
liczba stron: 256





„Czytałem ją w salonie, w sypialni, w toalecie; czytałem ją, siedząc, stojąc, leżąc. Czytałem ją, nie przerywając...". [str. 193] To oczywiście fragment książki, ja zmieniłabym tu tylko rodzaj - czytałam - cała reszta jest podobna.


Ta wciągająca historia to opowieść o burzliwym uczuciu Fritza i Alice. Cały ich związek można by streścić jednym banalnym zdaniem - przeciwieństwa się przyciągają. Różni ich wszystko - pochodzenie, status majątkowy, temperament. I choć te różnice się przyciągają, to brak podobieństw wszystko komplikuje. Dlatego kłócą się, by zaraz się pogodzić, śmieją się oboje, by za chwilę płakać, rozstają się bez słowa pożegnania i schodzą nie wypowiadając przy tym zbędnych słów. A to wszystko trwa ponad 23 lata. 


Całą historię poznajemy oczami, a raczej przez pryzmat sprzecznych emocji Friza. Kręcimy się wraz z nim na karuzeli tonów. Od chwil euforii, kiedy to ma ochotę zabrać swoją ukochaną na Księżyc, po chwile "międzygwiezdnej agresji", kiedy to najchętniej zakopałby ją w sercu samej Ziemi. Byliśmy jak świeczki, które bez końca się dopalają i sprawiają wrażenie, że nigdy nie zgasną, dopóki widać w wosku niewielki płomyczek". [str.113] Znosimy te wszystkie porywy serca i nieustanne przeskoki od szczęścia do nieszczęścia, bo styl pana Foenkinos hipnotyzuje. Gdybym miała streścić styl francuskiego pisarza, wystarczyłoby do tego pięć słów. Delikatność. Zmysłowość. Czułość. Miłość. Smak.

Delikatność. „Foenkinos pisze tak, jakby szeptał do kobiecego ucha” – zgadzam się z tym stwierdzeniem, które pojawiło się w jednej z recenzji na stronie wydawnictwa. Prosto, ujmująco, poruszająco, z powiewem wielkich uczuć, emocji, które targają naszymi bohaterami.
Zmysłowość. Mam wrażenie, że każde słowo nie jest tu przypadkowe. Zmysły czytelnika są wyjątkowo pobudzone. Doznajemy swoistego stanu tajemniczości i pożądania, który emanuje energią seksualną. Foenkinos umiejętnie buduje aurę pewnego rodzaju namiętności, pełnej intrygujących emocji z dozą lekkiej niepewności.
Czułość. „Czułość jest nocą, leżąc obok ciebie. Czułość jest dotknięciem, Kogoś kogo kochasz zbyt mocno. Czułość jest dniem, kiedy demony odchodzą…” – to słowa pewnego poleconego mi utworu, które od razu tutaj mi się nasunęły. To drobne gesty, słowa, które budują uczucie i podnoszą je wyższy poziom.
Miłość. „Mam tu na myśli prawdziwą miłość, tę, która przenosi nas do kategorii istot śmiesznych”. [str.15] Wprawdzie nie pokonuje ona tu wszystkich barier, ale... Bohaterowie spotykają się, odchodzą i odnajdują na nowo, kochają się, ale los przerywa ich miłość. Na koniec i tak szczęście zakiełkuje, jednak w trochę innym wydaniu. Smutna i śmieszna to miłość, taka słodko-gorzka.
Smak. Tak jak na francuską kuchnię przystało - jest smacznie i świetnie podane, posypane ziarenkiem ironii i odrobiną taktu, polane odpowiednią dawką humoru.

Je recommande le chaud! - jakby powiedzieli to Francuzi. 

sobota, 5 stycznia 2013

„Nędznicy” tom I Viktor Hugo

Wydanie: Audeo
wydanie: audiobook
tytuł oryginału: Les Miserables
czyta: Marek Walczak
tłumaczenie: Wincenta Limanowska




„Dopóki w zgodzie z prawem i obyczajami istnieć będzie, potępienie społeczne, które w cywilizowanych krajach tworzy piekło na ziemi i niweczy boskie przeznaczenie fatalizmem ludzkim, dopóki nie zostaną rozwiązanie trzy największe problemy naszego wieku, to jest: bieda, głód i nieuctwo, dopóty szkodliwości społeczna będzie możliwa, mówiąc zaś jeszcze dosadniej, ciemnota i nędza dopóty będą na świecie, dopóki książki takie jak ta, nie staną są użyteczne”. Opatrując tym mottem swoją powieść Viktor Hugo miał na myśli wiek XIX. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że w XXI wieku te słowa będą nadal aktualne.

Urzekające to dzieło, już od pierwszych zdań powieści. Urzeka tu wszystko: fabuła, postacie, język, styl, nawet dygresje autora. Ponadto to swoista synteza gatunków - od punktu wyjścia, czyli powieści realistycznej, przez obyczajową, historyczną, kryminalną, po fragmenty eseistyczne, dygresje filozoficzne oraz wykładnię poglądów autora na kwestie sprawiedliwego porządku społecznego, walki z nędzą i wykluczeniem.

Nie sposób streścić tu fabuły, jest ona bardzo rozbudowana i wielowątkowa. Poznajemy dobrotliwego biskupa Myriela, byłego galelernika  Jeana Valjeana, inspektora policji Javerta,  Fantynę i jej córeczkę Kozetę. Każdy z bohaterów jest bardzo wyraziście wykreowany, a świetne portrety psychologiczne sprawiają, że postaci te wprost stają ma przed oczami i można  "odczuć", a raczej współodczuwać każdą emocję, każde uczucie jakie nimi targają.

Viktor Hugo rozpalił moje zmysły, poruszył umysł i dotknął duszy. Cały swój program, jaki chciał przekazać potomnym, oparł na wartościach chrześcijańskich i wierze w możliwość pozytywnej przemiany każdego człowieka. Wytyka tu wady ludzkie, przede wszystkim hipokryzję, egoizm, znieczulicę, kpi z obłudnych dewotów: „Przestraszona hipokryzja śpieszy więc z głośnym protestem, chcąc sama ukryć się za nim", zwraca uwagę na prostotę małomiasteczkowych ludzi „...wszystkie te plotki - przedmiot rozmów, które w pierwszej chwili tak zajmuje małe miasteczko i małych ludzi" oraz na zanikanie wrażliwości na krzywdę ludzką. Tak naprawdę nie istnieje chyba przywara ludzka, której autor by nie poruszył. Na kartach „Nędzników” ukazał ludzkie nawyki, nastroje, poglądy, opinie i osądy. Kwintesencja człowieczeństwa, społeczeństwa, szeroki obraz Francuzów z końca XIX wieku. 

Ja miałam okazję wysłuchać równie urzekającego głosu pana Marka Walczaka. Zasłuchanie, zatracenie, zauroczenie – tylko mogę powiedzieć po przesłuchaniu. A wszystko to sprawiło, że chcę więcej.

wtorek, 1 stycznia 2013

Moje TOP 10 2012 roku

Podpatrując blogi moich koleżanek i kolegów, gdzie dominują podsumowania i rankingi, ranking robię i ja. Czytelniczo dla mnie ten rok był bardzo owocny, przeczytałam wiele znakomitych książek, odkryłam na nowo starych pisarzy, a swoje wrażenia przelewałam pisząc wypociny, przepełnione emocjami, czasami żalami, ale przede wszystkim moimi fascynacjami po. 

W moim subiektywnym zestawieniu biorę pod uwagę książki wydanie w 2012 (nowości i wznowienia). Te, które wywarły na mnie wrażenie, pozostawiły coś w pamięci, te które wywoływały uśmiech i te, przy których poleciała mi łezka. Wprawdzie przeczytałam jeszcze wiele innych świetnych pozycji, ale skupiam się na tych z 2012 roku. 


1. "Sonety" Szekspira - zdecydowanie pierwsze miejsce! Znałam pojedyncze utwory, wykonanie Janusza Radka, ale nie czytałam wcześniej w całości. Brawa dla  Wydawnictwa a5 za wznowienie, a wydanie piękne - dwujęzyczne, opatrzone świetnym wstępem. Czytając sonety Szekspira, nawet jeśli są one o miłości zranionej, niespełnionej to i tak po lekturze ma się wrażenie, że miłość i tak zwycięży wszystko. 

2.  Kolejne wznowienie. Wydawnictwo Muza wydaje już od paru lat dzieła V. Nabokova. W tym roku miałam okazję przeczytać. "Maszeńkę" i "Obronę Łużyna". Ach, zachwyt, powtarzam zachwyt - tyle mogę rzec po lekturze tych dzieł.

3. Szekspir do raz drugi! Tym razem wznowienie jego tragedii i komedii przez Wydawnictwo W.A.B. Przeczytałam "Wieczór trzech króli" i "Burzę". Styl nie do podrobienia, te dwuznaczności, ironiczne podteksty - uwielbiam!

4. "Karawana literatury" Waldemar Łysiak. To tylko przez ogromny sentyment do autora. Wcześniejsze jego książki są zdecydowanie lepsze. Od kilku lat pan Łysiak powtarza się w swoich książkach, esejach i felietonach, i głównie cytuje samego siebie. Niemniej jednak i tak chylę czoła, za ogromną erudycję, interdyscyplinarność i cięte riposty.

5. Lektura przygód Conana jest dla mnie przykładem, gdzie nawet laicy fantastyki i ludzie nie pałający do niej miłością ani nawet uwielbieniem mogą rozkochać się w takiej twórczości. A styl Roberta Howarda jak najbardziej mi odpowiada. Moje wielkie uznanie dla Wydawnictwa Rebis za piękne wydanie i wskrzeszenie przygód barbarzyńcy. 

6. Wyróżniłam Korczaka - z kilku powodów. Mogę powiedzieć, że to moje odkrycie roku. Wcześniej znałam tylko "Króla Maciusia Pierwszego" i parę cytatów o wychowaniu. Lektura "Pamiętnika..." pozwoliła mi bardziej poznać Starego Doktora. Urzekł mnie i zaimponował od pierwszych stron.

7. "Dziewczyna z poczty" Stefana Zweiga, bo poruszyła mój umysł, dotknęła duszy, rozpaliła zmysły.

8. "Siedem cudów" Stevena Saylora. Ten pan ma u mnie dużego plusa. Po ogromnym ubiegłorocznym zachwycie "Rzymem" i "Cesarstwem" przyszła kolej na inne pozycje, wszak pisarzy poznaję systemowo. 

9. "Georgialiki" Katarzyny Pakosińskiej. Uwielbiam ludzi z pasją, a do takich należy pani Kasia. Jej pasja, zamiłowanie udziela się czytelnikowi i tylko można pozazdrościć takich wrażeń, emocji, polotu i poczucia humoru.

10. "Światła września" Zafona. Akurat to przesłuchałam. Ale ta lektura jest idealna dla tych, którzy jeszcze nie zaczęli swojej przygody z audiobookami (ja jestem zwolenniczką). Kojący głos Piotra Fronczewskiego plus magiczny świat Zafona przekonają każdego sceptyka. Mistrzostwo dla mnie! Zarówno wykonanie, jak i proza Zafona. 


Co do moich rozczarowań czytelniczych, to nie było ich wiele. Jestem już bardziej wybredna i dobieram sobie książki, które naprawdę mnie zainteresują. Chociaż nie obyło się bez zawodów. Rozczarowały mnie panie: Kalicińska ("Irena"), pani Nurowska ("Drzwi do piekła") oraz skandynawskie kryminały, szczególnie pani Camilla Lackberg.



***
A w nadchodzącym roku 2013
 życzę Wszystkim 
wspaniałych fascynacji książkowych, 
spełnienia marzeń
oraz wszelkiej pomyślności!