niedziela, 19 maja 2013

„Intryga małżeńska” Jeffrey Eugenides



wydawnictwo: Znak
data wydania: 18 lutego 2013
tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
tytuł oryginału: The Marriage Plot
oprawa: miękka 
liczba stron: 496





Przegrałem. Ale ze mnie dupek. Nigdy nie miałem szans. Śmiechu warte. Popatrz na siebie - brzydki, szurnięty, religijny dupek - kto miał kiedyś takie myśli lub zbliżone? Kto się czuł tak, jakby gigantyczny but spadł z nieba i rozgniótł was obcasem jak niedopałek na chodniku? Pewnie były takie sytuacje w życiu, że każdy miał takie chwile smutku, zwątpienia, po prostu pokonania. Tak czuje się jeden z bohaterów powieści, ale to dopiero na koniec historii opowiedzianej przez amerykańskiego pisarza.


Wraz z bohaterami "Intrygi małżeńskiej" przenosimy się od Stanów Zjednoczonych, w lata osiemdziesiąte. I mamy cały pakiet tego, co wtedy w kulturze amerykańskiej i życiu społeczno-politycznym zajmowało młodych Amerykanów. Koniec rewolucji seksualnej, piękne, ale puściutkie cheerleaderki, przystojni sportowy w puchowych kurtkach z nazwą zespołu, domowe imprezy zakrapiane dużą ilością alkoholu z orgiami pomiędzy partnerami wolnych związków, zepsucie i brak wszelkich wartości. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim trzeba się odnaleźć i zaczynać podejmować decyzję, które będą miały wpływ na dalszą przyszłość, a przy okazji - zmierzyć się z kopniakami od życia. 

W tym gąszczu zmagań się z życiem, poznajemy głównych bohaterów. Madeleine - trochę naiwną romantyczkę-buntowniczkę, otoczoną książkami i pragnącą intelektualnych rozmów (kłótni) równie mocno jak zaspokajania potrzeb cielesnych. Czytając o licznych postaciach, wyobraża sobie miejsca i pragnie przenieść się tam, utożsamiając się bardzo mocno  z bohaterami. Leonarda - inteligentny i przystojnego biologa, którego miłość do Madeleine doprowadziła do choroby maniakalno–depresyjnej. Jest jeszcze Mitchell - beznadziejnie zakochany w tej samej kobiecie, co Leonard. Tylko w przeciwieństwie do niego, nie daje się opętać chorobie, tylko ucieka w podróże. Wyjeżdża do Indii, aby tam poszukać sensu życia, odnaleźć siebie.

Jak to się ułoży w tym skomplikowanym układzie, zdradzać oczywiście nie będę. Powiem tylko, że te pogmatwane relacje uzależniają, zarówno jeśli chodzi o bohaterów, jak i o czytelników książki, gdyż można się w niej (w tej fabule zatracić). Przyczepię się jednak do jednego – irytowały mnie trochę dialogi – czasami takie pseudointelaktualne. Rozmowa o Nabokovie czy Fellinim wcale nie musi oznaczać, że ktoś jest naprawdę inteligenty, choć akurat tym bohaterom pustoty i głupoty nie można zarzucić. 
Serce czy rozum – można by zadać sobie na koniec pytanie. Recepty jednej oczywiście nie ma. Pasowałby tu dobrze cytat, z innej ostatnio przeczytanej przeze mnie książki, pana Lewisa  "Serce nie zastąpi głowy, może jednak - i powinno być jej posłuszne". Łatwo powiedzieć, trudno czasami z realizacją. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

środa, 15 maja 2013

„Dzieciaki świata” Martyna Wojciechowska


Wydawnictwo: National Geographic
data wydania: 8 maja 2013
oprawa: twarda
liczba stron: 165





Podróżowanie to jedna z najwspanialszych rzeczy na świecie. Nikogo specjalnie nie trzeba do tego przekonywać. To nie tylko fantastyczny sposób na zaznajomienie się z historią, tradycją różnych kontynentów, ale przede wszystkim możliwość poznania odrębnych kręgów kulturowych. „Co kraj, to obyczaj" - mówi przecież przysłowie. Martyny Wojciechowskiej również nie trzeba nikomu przedstawiać. Dziennikarka, ale przede wszystkim podróżniczka z pasją, autorka wielu książek i realizatorka filmów dokumentalnych, Jak sama przyznaje - najbardziej lubi jeździć do egzotycznych, bardzo odległych krajów i poznawać kulturę, obyczaje i zwyczaje mieszkańców. Przy okazji tych podróży obserwuje dzieci. Niniejsza pozycja jest właśnie owocem jej obserwacji. Razem ze swoją córeczką -Marysią, która mówiła, co jej się podoba, a co nie - Martyna napisała książkę dla dzieci o dzieciach. Jak żyją najmłodsi mieszkańcy naszej planety w Afryce, czy w Azji. W jakich mieszkają domach, gdzie śpią, co jedzą, jak spędzają wolny czas? Martyna - przez usta i umysł dzieci opowiada nam historię pięciorga dzieci z różnych krańców świata. Zapraszam w egzotyczną podróż i przedstawiam głównych bohaterów:

Zuzu - sześcioletni pasterz z plemienia Himba w Afryce, który zamiast myć się w wodzie, naciera się drobnym piaskiem, a potem okadza się dymem z domieszką ziół;
Lien - siedmiolatka z zatoki Ha Long w Wietnamie, która może pływać w morzu każdego dnia, bo jej dom stoi na wodzie, może też każdego dnia spod podłogi swojego domu wyciągnąć klatkę, a w niej będą już pływały smakowitości na obiad: kraby, krewetki, mątwy;
Matina - ośmioletnia dziewczynka z Nepalu, która jest żywą boginią i cały czas jest noszona na rękach, ponieważ jest stopy nie mogą dotknąć ziemi ani się pobrudzić;
Mebratu - dziewięcioletni pucybut z Etiopii, który musi sam zarobić sobie na książki i zeszyty;
Mali -która mieszka w środku tropikalnego lasu w Tajlandii, aby otrzeć do jej wioski trzeba przepłynąć łodzią albo dotrzeć tam na grzbietach słoni.

Choć większość z tych dzieci nigdy nie jadła chipsów ani pizzy, choć nie zna telewizora ani PlayStation, choć niektórzy nie potrafią czytać ani pisać, choć łóżko to miejsce na glinianej podłodze a kołdra to koźla skóra, choć do szkoły trzeba dotrzeć piechotą przez strome wzgórza - wszystko to nie ma znaczenia, bo one są po prostu szczęśliwe.
U tych dzieci nie widać smutku, nie ma ani krzty zaborczości i zachłanności. Są radosne, choć muszą wstawać o szóstej rano i doić krowy, jak Zuzu; muszą uważać, aby nie wpaść od wody i  nie mogą pobiegać po podwórku, bo jak mała Lien go po prostu go nie ma; nie mogą płakać, tak jak Matina, bo prawdziwe boginie nie płaczą; ale doceniają małe rzeczy, takie jak guma do żucia, czy czerwony długopis jak wesoły Mabratu.

W naszej szerokości geograficznej nie do pomyślenia, a nawet nie do zrozumienia. U nas szczęście mierzy się innymi kategoriami, a raczej dobrami. Oczywiście nie jest to obraz całościowy. W Afryce żyje przecież wiele dzieci, które mają znacznie gorzej, żyją w gorszych, bardziej prymitywnych warunkach. Jednak historie pięciorga tych dzieci powodują, że świat na którym żyjemy nie jest do końca taki zły i zepsuty. Wystarczy tylko umiejętnie na niego spojrzeć.

Parę słów jeszcze o wydaniu, bo tu Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań i dopieściło książkę w każdym szczególe. Soczyste i  barwne zdjęcie, mapki miejsc, wiele ciekawostek na marginesach - wszystko to sprawia, że w połączeniu z treścią mamy przed sobą książkę, która z pewnością rozbudzi w dzieciach ciekawość świata. Dla Dzieci, tych dużych i tych małych, takich od 3 do 103 lat.
POLECAM GORĄCO!

A tu można podejrzeć książkę KLIK

niedziela, 12 maja 2013

„Koniec człowieczeństwa” Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Esprit
wydanie: kwiecień 2013
tłumaczenie: Magda Sobolewska
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 128




Zacznę od okładki, bo nie jest ona tu przypadkowa, a jest wręcz kluczowa do zrozumienia całości. Widnieje na niej fragment obrazu Hieronima Boscha "Droga krzyżowa". Nieforemne głowy i krzykliwe barwy to jedna z cech malarstwa Boscha. Przykuwają one uwagę i kojarzą się z sennym koszmarem. Skruszony łotr widoczny na okładce jest pogrążony w myślach i  zatrwożony groźnym zachowaniem mnicha-spowiednika., który stoi obok niego. Sam mnich również odznacza się cechami diabolicznymi i jest tym samym aluzją Boscha co do zepsucia kleru. Oczy łotra są półprzymknięte, jak oczy Chrystusa i św. Weroniki, której twarz znajduje się na tej same przekątnej co głowa Zbawiciela. Tylko w taki sposób postacie, które cechuje dobro, odróżniają się od żałosnego spektaklu, jakim jest wcielenie się zła w człowieka. Natomiast łotr na dole po prawej stronie, idzie na spotkanie z szatańskim chichotem na ustach. To ostatni obraz Bosch, wielu znawców nazywa go "testamentem" geniusza. Trudno się z tym nie zgodzić. Zezwierzęcenie, spotwornienie, jakiemu może ulec człowiek zostało bardzo silnie tu zobrazowane. "My, jesteśmy uczestnikami tej hańby, my formujemy ten wirujący odmęt Zła, nasze dusze zostały tu naszymi fizjonomiami sportretowane. Oniryczność sceny nie stanowi żadnego usprawiedliwienia, oniryczność jest tu tylko konwencją malarskiej wizji, a prawda jest właśnie taka, jak to ukazał Bosch". [1]
Oniryczności natomiast nie ma w dziele Lewisa, jest jednak ten sam motyw. Cała króciutka książeczka to zapis wygłoszonych wykładów w King's College w Newcastle z roku 1943 i stanowi jedną z najważniejszych - obok "Chrześcijaństwa po prostu" - książek Lewisa na temat etyki. O stylu Lewisa pisałam na blogu już niejednokrotnie. Mnie zachwyca, taki kunszt w prostocie. Jego styl jest wykwintny, finezyjny i bardzo przejrzysty. Tutaj również nie zawodzi, w trzech wykładach "Ludzie bez torsów", "Droga" i "Koniec człowieczeństwa" łączy swoją erudycję, z intelektualnym brzmieniem i duchowym przesłaniem.
                                                                                  
Lewis ma stały, ugruntowany, uświęcony tradycją kodeks moralny. Ma on oczywiście źródło  w "Biblii" oraz w kulturze chińskiej. Tao, "jest to rzeczywistość wykraczająca poza wszelkie predykaty; otchłań, która istniała przed samym Stwórcą. Jest to Natura, Droga, Ścieżka. Droga, którą podąża wszechświat, Droga, na której rzeczy nieustannie wyłaniają się w ciszy i bezruchu, wchodząc w czas i przestrzeń. Jest to również Droga, którą powinien podążać każdy człowiek, naśladując ów kosmiczny i ponadkosmiczny rozwój i dostosowując wszystkie swoje działania do owego wielkiego wzorca". [str. 26]

Lewis mówiąc to w latach 40. XX wyprzedził o kilka lat następną epokę. Człowieczeństwo upada - nikt nie ma chyba dziś wątpliwości - na każdej płaszczyźnie, w każdej dziedzinie, w każdej sferze życia. Większość z nas uważa się dziś za "ludzi idealnych", czyli takich którzy są ekspertami w każdej dziedzinie; takich, którzy uważają, że ich zdanie lub wypowiedzi są najlepsze i najwartościowsze. Lewis nazywa ich Projektantami - kimś, kto na siłę przycina osobowość pod jeden wzór za nic mając wszelkie zasady moralne i nie bierze pod uwagę Instynktu, a o Rozumie już nie wspominając. Inny rodzaj ludzi to roboty, to  nieszczęśnicy, którzy są ofiarami systemu i bezwzględnych Projektantów. Serce nie zastąpi głowy, może jednak - i  powinno być jej posłuszne.[str. 28]

To tylko jedno spostrzeżenie Lewisa, w książeczce jest ich mnóstwo. Każde słowo jest tu odpowiednio wyważone, a całość to prawdziwa intelektualna przygoda z duchowym przesłaniem. Książeczka, jak i obraz Boscha stanowią odpowiedź na jedno z głównych pytań ludzkiego rodzaju: "Kim jesteśmy?". Dobrym łotrem, czy tym złym, mnichem-hipokrytą, Projektantem, czy robotem, po prostu uczestnikiem tej hańby. Odpowiedzieć należy samemu sobie, jednakże odpowiedź nie będzie wcale optymistyczna i podobnie jak obraz Boscha - budzi strach.

[1] Waldemar Łysiak, Malarstwo białego człowieka, tom 2, Nobilis, Warszawa 2010, str.356


Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit

piątek, 3 maja 2013

„Głupcy umierają” Mario Puzo

wydawnictwo: Albatros
data wydania: 16 grudnia 2004
tłumaczenie: Jarosław Rybski
tytuł oryginału: Fools die
oprawa: miękka 
liczba stron: 544

W tej książce będzie sporo o miłości, ale to nie jest romans. To powieść wojenna. O odwiecznej wojnie pomiędzy mężczyznami żyjącymi w głębokiej przyjaźni. O wielkiej nowej wojnie pomiędzy mężczyznami i kobietami. [str. 11] Trudno w to uwierzyć, gdyż fabuła książek Mario Puzo toczy się w świecie władzy, pieniędzy, seksu, pożądania, nienawiści, zdrady i chciwości. Gdzie więc jest miejsce tu na miłość? Czy to możliwe? A jednak...


Przenosimy się od razu do miasta rozpusty, czyli do Las Vegas. Tutaj takie słowa jak: „moralność i „uczciwośćnie istnieją albo co gorsza istnieją, tylko każdy ma ich własną definicję. Krupierzy bez skrupułów, naciągacze, szefowie kasyn, ludzie showbiznesu, uzależnieni hazardziści, zwykli chciwy, pragnący szybkiego zysku, no i panie do towarzystwa. Inaczej mówiąc zbiorowisko wszystkich najgorszych cech ludzkich. Teraz z góry przepraszam za język, ale będę cytować autora. W świcie Puzo nie ma kobiet, tu są „dziwki” albo „kurwy, nie ma mężczyzn, są „skurwiele”, nie ma tu kochania się, jest tylko pieprzeniealbo dymanie, nie ma tu subtelności jest tylko wyuzdanie i zepsucie.

I tu właśnie pojawia się pierwszy zarzut, co do stylu Mario Puzo, bowiem zarzuca mu się zbyt wulgarny język. Ale jak napisać o świecie, gdzie dominuje jedynie żądza pieniędzy i sławy, gdzie liczą się dobra materialne i ilość zaliczonych panienek, jak opisać wiarygodnie o świecie showbiznesu, świecie filmu, świecie hazardzistów nie mówiąc ich językiem. Nie łudźmy się! Przecież oni nie używają wyszukanych metafor i nie mówią do swoich kobiet językiem poetyckim. Dlatego wszyscy ci, którzy są przewrażliwieni i na tym punkcie lub są hipokrytami nie zrozumieją świata bohaterów amerykańskiego pisarza.

Ale może nieco o fabule i bohaterach. Pojawia się tu plejada postaci. Każda z nich ma swoją określoną receptę na życie, a raczej na przebicie się w tym zepsutym świecie. Zacznijmy od głównego bohatera, zarazem narratora i alter ego samego pisarza. John Merlyn – biedny i wrażliwy, starający się przebić pisarz, który przemienia się w przemienia się w sprytnego przestępcę, oczywiście dla dobra sztuki. Merlyn to nazwisko też nie jest przypadkowe. Jeśli ktoś skojarzył z Merlinem z legendy o królu Arturze – to bardzo trafne spostrzeżenie. Nasz bohater tak jak legendarny Merlin czuje się magiem. Był zakochany w jego mądrej magii i przemianach, w jego znikaniu i pojawianiu się, jego długiej nieobecności. A Las Vegas było jego Camelotem – miejscem, do którego uciekał, a potem wracał do rzeczywistości. I tak nasz bohater spotyka na swojej drodze różnych ludzi – od zadufanych w sobie cwaniaczków, takich jak Cully Cross; przez cynicznych szefów kasyna, jak Gronevelt; oraz pozbawionego wszelkich oznak moralnych pisarza-Osano; po piękną biseksualną aktorkę – Janelle. Ale i tak kluczową postacią będzie dla niego Jordan – mężczyzna, który na początku powieści popełni samobójstwo, ale jego życie, cała jego osobowość wywrze ogromny wpływ na Merlyna.

I przeczytawszy ksiażkę zbyt szybko, po skończonej lekturze można mieć poczucie, że jedyne relacje jakie mogą być między kobietą a mężczyzną opierają się na seksie i pieniądzach, a w relacjach między facetami nie ma mowy o jakiejkolwiek przyjaźni, czy lojalności. Nic bardziej błędnego. Paradoksalnie hazard, mafia i cały światek showbiznesu są tu w tle, a na pierwszy plan wyłaniają się relacje międzyludzkie, ciemne strony ludzkiej duszy, wielkie namiętności. Puzo bardzo dobrze musiał znać psychikę kobiet, ich potrzeby i oczekiwania. Potrafił też z pasją portretować środowisko hazardzistów. Był świetnym obserwatorem życia. I miał do niego specyficzne podejście. Wszystkie te swoje wywody włożył w usta swojego bohatera. Życie nigdy nie może się okazać zbyt hojnym darem. Kto tego nie zrozumie, ten przegra. Tylko głupcy umierają. [str.542]
POLECAM!  Żałuję tylko, że dopiero teraz to przeczytałam.