czwartek, 25 lipca 2013

„Otwarty umysł. Wierzące serce” Papież Franciszek (Jorge Mario Bergoglio)

Wydawnictwo: Esprit
tłumaczenie: Małgorzata Grygierowska , Małgorzata Juszczak
data wydania: 6 czerwca 2013
oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
Format 130x200 mm
liczba stron: 320


Nie mam złota ani srebra, ale przynoszę to, co dostałem najcenniejszego: Jezusa Chrystusa! - powiedział papież Franciszek w przemówieniu powitalnym po przylocie do Rio de Janeiro w Brazylii. Właśnie w Rio de Janeiro, od 23 do 28 lipca, trwają 28. Światowe Dni Młodzieży. To dobra okazja, aby zapoznać się dokładniej z naukami papieża Franciszka. Wydawnictwo Esprit wychodzi temu naprzeciw.


Pozycja ta wymaga stopniowej i powolnej lektury, gdyż jest owocem długiej drogi pełnej rozważań i modlitw. Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiego czytania. Ba! pełno jest przecież kursów szybkiego czytania, treningów i technik. Pochłaniamy i przetwarzamy pakę, w celach informacyjnych, w celu lepszej komunikacji z innymi, gonimy za... No właśnie za czym? Dlatego czasami warto się wyciszyć, przystanąć i poświecić więcej czasu na delektowanie się lekturą.

Argentyński biskup José María Arancedo podkreśla we wstępie, że książka ma charakter świadectwa – można powiedzieć, że przekazuje lata doświadczeń zdobytych podczas życia i pracy kapłana, nauczyciela i pasterza. [str.6] Niełatwa to lektura i raczej dla osób uduchowionych, chociaż przekazy biblijne, a w szczególności nauki Jezusa, są ukazane bardzo prosto, jednak bardzo konkretnie. Mamy przed sobą dzieło przestawiające postać i słowa Jezusa jako ścieżkę ludzką i boską zarazem – to, co boskie nie oddala się od tego, co ludzkie, lecz jest z nim tożsame, wyzwala i nadaje mu pełni; można by powiedzieć nawet, że aspekt ludzi potrzebuje pierwiastka boskiego, by w pełni się realizować. [str. 7]

Papież Franciszek dokonuje też przeglądu niektórych postaw i zachować. Nie owija tu w bawełnę, podaje proste, życiowe przykłady i w bardzo umiejętny sposób wplata słowa Biblii, szczególnie Starego Testamentu.
"Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. Dlatego wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana!" (Hbr 12,11-12). Papież Franciszek tak to komentuje: Kulejący duch w końcu zostaje oddzielony od ciała. Każde chromanie z czasem powoduje zesztywnienie i paraliż. [str. 321]

Pozycja taka jak najbardziej skłania do refleksji, do  zastanowienia się nad własnym życiem, nad wyborami, nad naszym codziennym postępowaniem. Polecam.


Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit 

wtorek, 23 lipca 2013

„Panika” Graham Masterton


Wydawnictwo: Rebis

tłumaczenie: Piotr Kuś
tytuł oryginału: Panic
data wydania: 23 lipca 2013r.
oprawa: broszurowa klejona

format: 135x215
liczba stron: 336





Pan w mitologii greckiej był bogiem pól i lasów, opiekował się pasterzami, którzy wypasali kozy i owce. Wyobrażano go sobie jako pół człowieka, pół kozła. Miał tułów i twarz mężczyzny, cały był owłosiony, o kozich nogach, ogonie, brodzie i rogach. Grecy wierzyli, że kiedy człowiek wchodzi do lasu, drzewa ostrzegają się przed nim wzajemnie, szeleszczą liśćmi, żeby ostrzegać Pana, że w lesie pojawił się obcy. Wtedy pojawiał się Pan i na różne sposoby próbował wystraszyć intruzów, szczególnie tych, którzy zamierzali wycinać drzewa albo palić ogniska. Uczucie strachu, które u nich wywoływał, Grecy nazwali „paniką”- od słowa Pan. Wywołując u ludzi panikę, bóg lasu robi wszystko, co w jego mocy, żeby chronić las i stworzenia, które w nim mieszkają. Podobno każdy las ma swojego Pana, a uczucie paniki jest nawet notowane w wydarzeniach historycznych. W IX wieku legiony rzymskie walczyły z plemionami germańskimi w Lesie Teutoburskim, wielu Rzymian popełniło samobójstwo, rzucając się na własne miecze. Podobna panika wybuchła podczas kilku batalii w wojnie secesyjnej, gdzie bitwy były toczone w gęstych lasach. Z paniką mieliśmy też do czynienia w Puszczy Kampinoskiej, kiedy  niemieccy żołnierze woleli zginąć, niż stanąć twarzą w twarz wobec tego, co ich ścigało w puszczy.

Graham Masterton na tym motywie buduje fabułę swojej najnowszej powieści. Na obozie skautowym w Owasippe samobójstwo popełniło aż jedenaście skautów i kilku opiekunów. Policja nie potrafi wyjaśnić przyczyn tego tragicznego wydarzenia. Poznajemy Jacka - Polaka z pochodzenia - który prowadzi polska restaurację w Chicago. Jack od dwóch lat jest wdowcem i wychowuje 12-letniego syna, Sparky'ego. Przyjaciel Sparksa był na tym nieszczęsnym obozie w Owasippe. Sparks interesuje się astrologią, a z kart wyczytał, że został wyznaczony do rozwiązania zagadki tajemniczego samobójstwa. Okazuje się wkrótce, że wyjaśnienie jej leży w Puszczy Kampinoskiej, gdzie kiedyś popełnił również samobójstwo dziadek Jacka. Jack i Sparks będą musieli zmierzyć się straszną siłą, pokonać białą zjawę, przed którą nie ma ucieczki. Cokolwiek to jest - człowiek, zwierzę czy leśny duch. Strach przed tym paraliżuje do tego stopnia, że jedyną myślą, aby pokonać lęk, jest wtedy samobójstwo. Oczywiście, w tym przypadku, w Mastertonowski wydaniu.

Bo jak na Mastertona przystało, mamy tu makabrę. Oczy wypływające z oczodołów, wciąż trzymające się na nerwach wzrokowych, beżowa papka mózgu, wnętrzności, poszarpane jelita, poderżnięte gardła, czyli krwawe i drastyczne jatki. Bardziej wrażliwi mogą być zniesmaczeni, ale do tego rodzaju opisów trzeba podchodzić z pewnym dystansem. Nie jest to przecież specjalne wyzwanie intelektualne. Dla kogoś kto napisał ponad 100 książek, jest to pewnie rutyna. Nie mniej jednak takie wytwórstwo, taśmociągi liter mają swój urok. Poza tym, nie można zarzucić autorowi braku pomysłowości. Akcja trzyma w napięciu, a zakończenie jest nieprzewidywalne. Czego więcej trzeba na wakacyjną lekturę? gdzieś na plaży, czy w górach, leżąc na piasku lub polance. Chociaż, może nie blisko żadnego lasku, bo wtedy będziemy narażeni na mowę drzew i zemstę Pana.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis.

piątek, 19 lipca 2013

„Apokalipsa według Pana Jana” Robert J. Szmidt

wydawnictwo: Rebis
data wydania: 19 marca 2013
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 344





Poziom wody w oceanach podniósł się zaledwie o kilkanaście centymetrów, ale to wystarczyło, aby morza wdarły się miejscami w głąb lądu na setki kilometrów. Nie ma już państw nadbałtyckich. Płock, Poznań, Gorzów wytyczają nową linię brzegową. Podobnie jak Berlin, Dortmund i Kolonia. Holandia i Belgia zniknęły. Z Paryża pozostał jedynie wierzchołek wieży Eiffla. Woda wdarła się też do stóp Pirenejów, że Hiszpania stała się wyspą. Tak wygląda nowa mapa Europy. Nie jest to bynajmniej jakaś tam wizja, tylko krajobraz po bitwie.


A wszystko zaczęło się od zamieszania na Dalekim Wschodzie. Otrzymał pan kartę mobilizacyjną, proszę natychmiast zgłosić się w macierzystej jednostce. (...) Za kilka minut pod pana dom podjedzie nieoznakowany samochód. Proszę zabrać ze sobą zestaw mobilizacyjny i czekać przed bramą. [str.6] Taka wiadomość o wpół do drugiej w nocy wróży tylko jedno – zagrożenie i to zagrożenie wojną. W kilku miejscach na świecie zaczęły się działania wojenne, zakrojone na szeroką skalę przygotowania do ataku nuklearnego. Niektórzy ludzie w rządzie Rzeczpospolitej od dawna czekali na taką chwilę, aby móc przyłączyć zagarnięte Kresy do macierzy. Dlatego wszystkie agencje prasowe zostały poinformowane o naruszeniu granicy polskiej przez zmotoryzowane oddziały ukraińskie. Taka prowokacja i chwyt propagandowy. Wprawdzie wywiad informuje, że Ukraińcy mogą dysponować arsenałem nuklearnym, ale kto by tam słuchał wywiadu. I przecież trzeba również brać pod uwagę, że Wielki Brat mógłby wspomóc swoją dawną republikę. Ale jeśli ambicje niektórzych przywódców są takie, aby Polska sięgała od morza do morza, to mamy wielkie BUM.

Po ataku nuklearnym, który był o wiele silniejszy niż przewidywano, i po licznych trzęsieniach ziemi, mamy właśnie oto taką mapę Europy. Doatkowo zgliszcza, ruiny, uaktywnione wulkany i ludzi z chorobą popromienną oraz nielicznych, którzy przypadkiem i nie-przypadkiem znaleźli się w bunkrach. Ci pierwsi, do końca jeszcze są nieświadomi jak wygląda świat, i ci drudzy, którzy poczuli już zapach i smak władzy. Nie omieszkają oni przywracać nowy ład, oczywiście na sowich warunkach. A wśród nich Burmistrz nowego świata, czyli tytułowy Pan Jan.

To moje pierwsze spotkanie zarówno z autorem jak i z prozą postapokaliptyczną. I muszę przyznać, że chyba złapałam bakcyla. Akcja pędzi tu do przodu, przykuwa uwagę czytelnika oraz co jest dość rzadkie - ujawnia się poczucie humoru autora. Bardzo lubię takie połączenie. Świetna lektura nie tylko dla fanów fantastyki, ale i dla miłośników prozy militarnej. Ja jestem pod wrażeniem do tego stopnia, że przeczytałbym coś jeszcze w podobnej tematyce. Coś takiego poarmagedonowskiego…

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję. 

niedziela, 14 lipca 2013

„Księga tęsknoty” Leonard Cohen


Wydawnictwo: Rebis
tłumaczenie: Daniel Wyszogrodzki

tytuł oryginału: Book of Longin
wydanie: 2013
oprawa: twarda
liczba stron: 250




źródło


Leonard Cohen - pieśniarz, poeta i powieściopisarz. Pierwsza jego profesja jest znana szerokim kręgom odbiorców, zaś druga i trzecia  mniej. Wynika to z tego, że wprawdzie Cohen zaczynał jako poeta i powieściopisarz, lecz jego późniejsza kariera pieśniarza przyćmiła literackie dokonania. Nigdy jednak  nie przestał pisać wierszy. Mamy przed sobą tomik niezwykłych utworów. Co do przekazania ma ten 79-letni Kanadyjczyk? Jedną z jego wczesnych płyt zdobi okładka z XVI-wieczną grafiką przestawiającą kopulujące ze sobą anioły, która znakomicie ilustruje typowy dla Cohena mariaż erotyki i mistycyzmu. I właśnie erotyka oraz mistycyzm dominuje w jego twórczości.

Mamy przed sobą zbiór wierszy, tekstów piosenek, fragmentów prozy i luźnych zapisków. A wisienką na torcie jest autorska grafika, w większości autoportrety, które przestawiają zmagającego się z czasem artystę. Cohen świadomy jest swojego wieku i zbliżającego się końca. Wspomina, snuje refleksje i obsesyjnie drąży te same tematy. Popada w skrajności - ale to cecha wyróżniająca jego twórczość. Nazywany jest „mistrzem łączenia wody z ogniem”. To jego żywioł. Pisał utwory o miłości i nienawiści zarazem, w „Dance Me To The End Of Love" przywoływał Zagładę, a w „Future" zestawił obok siebie Stalina i świętego Pawła. Nie inaczej jest w tym dziesiątym tomiku poetyckim. Po 5 latach przebywania w buddyjskim klasztorze, Cohen daje wyraz artystyczny swoim rozterkom, uczuciom i myślom.

„Zrozumiałem wreszcie
że nie mam predyspozycji
do Zagadnień Duchownych”. [str.22]

To pożegnanie z klasztorem jest też wymuszone przez sytuację finansową, w jakiej się znalazł, kiedy jego dawna partnerka życiowa wyprowadziła z jego konta kilka milionów dolarów. Mnich i bankrut w jednym. Musi się z tym uporać.

„Nosiłem tytuł Poety
może z resztą byłem poetą
przez chwilę
Nadano mi też wspaniałomyślnie
tytuł Pieśniarza
choć ledwo potrafię
coś zanucić
Przez wiele lat
uchodziłem za Mnicha
ogoliłem głowę, nosiłem habit
i wstawałem bardzo wcześnie
Nienawidziłem wszystkich
ale zachowywałem się dostojnie
więc nikt mnie nie przyłapał
Moja reputacja Bawidamka
to żart
Gorzko się z niego śmiałem
przez dziesięć tysięcy
samotnie spędzonych nocy…” [str.159]

Nic dodać, nic ująć. W tym krótkim utworze uchwycił całą prawdę o swoim życiu. Człowiek z wielkim doświadczeniem, ale jeszcze z większym dystansem do siebie. Świadomy swoich talentów, ale i posiadający słabostki. „Przykro mi, ale nie mogę ci teraz pomóc, bo poznałem pewną kobietę. Proszę wybacz mi, moją samolubność”. [str.23] Tak pisał do swojego przyjaciela. Żyjący z piętnem poety przeklętego, popadającego w depresję, szalonego, który nie potrafił okiełznać swojej seksualności. Łączył tę seksualność z sakralnością, mistycyzmem, a wyrafinowane techniki seksualne zamieniał w liturgiczny obrządek. Uwodził tym nie tylko kobiety, ale i swoich słuchaczy. W końcu sam poddał w własną pułapkę cielesności.

„tak więc teraz Miły Czytelniku
w czyim imieniu
kogo reprezentując
przybywasz
by oddać się ze mną bezczynności
w luksusowym
acz kurczącym się królestwie
Bezcelowej Prywatności?” [str.159]


Polecam, piękny, melancholijny, melodyjny zapis, u kresu życia.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję. 


I nie mogłam się powstrzymać, jeden z moich ulubionych utworów...
 

poniedziałek, 8 lipca 2013

„Statek śmierci” Yrsa Sigurdardóttir

Wydawnictwo: Muza
data wydania: 12 czerwca 2013

tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
tytuł oryginału: Brakið
liczba stron: 336







Jedna z największych zagadek marynistyki - to oczywiście statki widmo. Nie są to bynajmniej jedynie legendarne czy mitologiczne statki. Występują one również świecie realnym. Najsłynniejszym przykładem jest Mary Celeste - niewielki okręt żaglowy, który został odnaleziony na oceanie opuszczony przez załogę, której nigdy nie udało się odnaleźć. Płynął około 400 mil od Gibraltaru bez załogi pierwotnie liczącej 8 osób. Na dryfującym statek-widmo wszystko znajdowało się w niemal idealnym porządku, nie brakowało także żadnej szalupy ratunkowej.

Yrsa Sigurdardóttir wykorzystała ten motyw i na jego podstawie zbudował fabułę swojej najnowszej książki. To moje drugie spotkanie z twórczością tej islandzkiej autorki po Pamiętam cię

Już wtedy jej styl pisania przypadł mi bardzo do gustu. Mimo, że pochodzi ze Skandynawii, w jej książkach nie ma nic ze skandynawskich, przesyconych seksem i brutalnością kryminałów, czyli brak fanatyków religijnych, pedofilów, sadystów, okrutnych morderców. Stieg Larsson czy  Camilla Läckberg wyszli chyba z przekonania, że im wiecej brutalnych i przesiąkniętych krwią scen, to większa liczba sprzedanych egzemplarzy. U Ysry tego nie mam - a mimo to, jej książki znajdują się wysoko w rankingu pod względem sprzedaży. Czym to jest spowodowane? Odpowiedź jest prosta - klimatem! Cała skandynawska atmosfera, tu aż islandzka przsiąka dogłębie i się udziela. Jesteśmy gdzieś na dalekiej północy, prawie na krańcu świata, w odległym, zimnym miejscu, bez przebłysku promieni słonecznych, z całym tym monumentalnym krajobrazem. Otoczka ta powiewa grozą, że sadystyczno–masochiczni mordercy są już nie potrzebni.

Do morderstwa jednak dochodzi - i to  nie jednego, ale po kolei. Reykjavk, port, noc, zbliża się północ, widok tylko czarnej tafli wody. Nagle w kanale portowym zgrabny jacht ukazał się w pełnej krasie. Z hukiem jednak przypłynął blisko nabrzeża. Grupka czekających ludzi zamarła w przerażeniu, gdyż na pokładzie nie było nikogo, pokład był zupełnie pusty. Gdzie podziało się siedmioro ludzi - załoga i czteroosobowa rodzina - którzy mieli przypłynąć? Jakie nieszczęście ich spotkało, czy dryfują gdzieś na Atlantyku w szalupie ratunkowej, czy ktoś ich porwał albo zmusił do opuszczenia jachtu? Yrsa nie zawodzi po raz kolejny, potrafi zmrozić krew w żyłach, generuje lęki oraz sprawia, że czuć powiew zimnego islandzkiego powietrza na karku. Brr…

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza

środa, 3 lipca 2013

„Kolor bursztynu” Hanna Cygler


wydawnictwo: Rebis
data wydania: 25 czerwca 2013
oprawa: miękka
liczba stron: 316



Bursztyn?(...) To łza (...). Bursztyny są łzami po Faetonie, synu Heliosa, który marząc o zastąpieniu ojca, zabrał rydwan, lecz nie umiał go prowadzić. Gdyby nie pomoc innych bogów, spaliłby całą ziemię. Rażony Zeusowym gromem Faeton runął jak rozpalona pochodnia do rzeki Eridian, a jego siostry topole leją za nim bursztynowe łzy.
[str. 89]

Hanna Cygler, w najnowszej powieści, zabiera swoje czytelniczki do Gdańska, w bursztynową rzeczywistość. Począwszy od tytułu, przez miejsce pracy głównej bohaterki, po profesję jednego z bohaterów - właśnie motyw bursztynu cały czas się tu przewija. Nic w tym dziwnego - w końcu jesteśmy nad morzem, gdzie złotawo-brązowe kamienie można znaleźć na piasku.

Nela Lisecka to główna bohaterka i zarazem narratorka w powieści. Poznajemy jej całe życie – począwszy od dzieciństwa, przez nieudane małżeństwo, aż po chwilę obecną, gdzie musi sobie poradzić z przeciwnościami życia. Nie da się nie polubić Neli, wzbudza uczucia empatii i nawet trochę współczucia. Jesteś takim kawałkiem surowego bursztynu. To taki ciepły kamień. W przeciwieństwie do diamentu. Ty właśnie jesteś taką mieszanką ciepła i bursztynowych barw. Twoje włosy, oczy, cera... [str.146]

Powieść Hanny Cygler klasuje się na tym samym poziomie, jak poprzednie książki tej autorki. Nie jest ani lepsza, ani gorsza. Ten sam styl, ten sam polot w pisaniu i w kreowaniu postaci. Jej bohaterki też są do siebie podobne, z reguły muszą mierzyć się z przeciwnościami losu, na nowo odradzać jak Feniks z popiołów. Ma to swój urok i niewątpliwie jest wyznacznikiem stylu autorki. Dodatkowo tutaj w historię miłosną wpleciony zostaje wątek kryminalny. Trochę jednak podkręcony i niepotrzebnie aż tak udramatyzowany. Jednakowoż motyw miłości w bursztynowej oprawie, niebezpieczne śledztwo i chęć wyjaśniania zagadki sprawia, że „Kolor bursztynu” jest świetną wakacyjną lekturą. A żeby zrobiło się już zupełnie wakacyjnie, od razu nasuwa mi się tekst piosenki:

Bursztynek, bursztynek znalazłam go na plaży, 
Słoneczna kropelka, kropelka złotych marzeń.
Bursztynek, bursztynek położę Ci na dłoni, 
Gdy spojrzysz przez niego mój uśmiech Cię dogoni... 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.