niedziela, 25 sierpnia 2013

„Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie” Szymon Hołownia

Wydawnictwo: Znak
data wydania: 7 listopada 2012
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 352




Długo ta książka czekała na swoją kolej. Jakoś nie miałam przekonania do autora. Jawił mi się jako wymądrzający się pseudoteolog. Jednak parę rozdziałów już wystarczyło, aby uświadomiła sobie, jak bardzo się myliłam. Dawno nie czytałam tak poruszającej, wzruszającej książki, która rozłożyła mnie emocjonalnie. To podróżne zapiski katolika – tak pisze Szymon Hołownia we wstępie i zamiast spędzić jakieś egzotyczne wakacje all inclusive leżąc na plaży i sącząc drinki z palemką, spakował walizki i pojechał szukać chrześcijan w innych zakątkach ziemi. Odwiedził między innymi Filipiny, Salwador, Honduras, Szkocję, Australię, Papuę-Nową Gwineę, Guam, Bhutan, Zambię, Hongkong.

Dla odmiany zacznę od minusów, żeby nie było zbyt cukierkowo. Styl pisania pana Szymona momentami (tylko) jest zbyt kwiecisty, trochę przekombinowany, wyluzowany. Takie silenie się na spoko-gościa. Jednak to jedyny minus i aż tak nie przeszkadza w czytaniu, wręcz przeciwnie, czyta to się bardzo przyjemnie, bo treść wszystko tu rekompensuje, nawet małe niuanse w formie.

Wraz z Szymonem poznajemy plejadę fascynujących postaci. Właściciel księgarni przy katedrze w Guamie, ojciec jedenaściorga dzieci, pogromca ustaw o związkach partnerskich, organizuje spotkania w swojej księgarni, aby zainteresowani lepiej zrozumieli trudne tezy w  nauczaniu Kościoła. Spodobało mi się jego zdrowe podejście i takie logiczne tłumaczenie. Większość katolików ma tendencję do narzekania, psioczy na Kościół, na księży, że są zepsuci i obłudni. Wybieramy sobie przykazania, które chcemy respektować, aborcja – nie, ale antykoncepcja już tak. Swoboda obyczajów, swoboda religijna oraz szeroko pojęta wolność - to główne powód kryzysu w Kościele. Ta wolność sprawia, że nie respektujemy żadnych nakazów ani zakazów. W cywilizowanym świcie tak powinno być: są ograniczenia prędkości, znaki stopu. Wielu je respektuje. Tak samo powinno być z przykazaniami, z nauką Jezusa.

Kolejną ciekawą postacią jest ksiądz Thomas w mundurze komandora pełniący swoją posługę w Bazie Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczony na Guam. Miejsce to tkwi w sercu toczącego dziś ten świat zła, stąd wychodzi wojna, stacjonują ludzie, którzy obsługują maszyny do zabijania. Po co więc tu katolicki ksiądz, w miejscu, gdzie każdy żołnierz podpisał kontrakt, w który swoje życie oddał wojsku, gdzie misją jest - zabić. Kapelan przekonuje jednak, ze armia i wiar nie muszą się wcale wykluczać. A jego postawa świadczy o ty, że można. Ale jak to zrobić? Ile poświęcić? 

Moje emocje najbardziej jednak rozchwiała relacja z domu dziecka w Zambii, prowadzonego przez 5 Polek i 4 Zambijki ze zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny. Telewizja tu nie dociera, wieczorne godziny wypełniają więc straszne opowieści o wypadkach, napadach lwów i wściekłych małp. Do zagrożeń dochodzą jeszcze komary i muchy tse-tse. Jak w takim miejscu - gdzie żaden dzień nie jest oczywisty i po jego skończeniu trzeba dziękować Bogu, że się go przeżyło, a po przespanej nocy dziękować, że nic nas nie pogryzło – mieć siłę, by trwać i wierzyć . To esencja chrześcijaństwa, do której nie dorosłem, [str.336] Himalaje człowieczeństwa [str.337]. Nie da się tego opisać, trzeba to zobaczyć na własne oczy. Doświadczyć. Poczuć.

Równie mocno poruszył mnie pewien obraz znajdujący się na Filipinach – reprodukcja “Ostatniej wieczerzy” Leonarda da Vinci, na której apostołów zastąpiły miejscowe dzieci ulicy. Namalował go miejscowy pisarz i rzeźbiarz Velasco. Jezus wygląda tak, żeby nie można było mieć wątpliwości, że to Bóg, otaczające go dzieciaki przemalowane są jeden do jednego z fotografii. [str.205] Valasco modeli do swojego obrazu szukał w najbiedniejszych częściach miasta - pod mostami, na cmentarzach, w slumsach. Przyzwyczajony do utożsamiania ludzkiej biedy z głodem, nie był chyba gotowy na tak dobitne przekonanie się, ile nędza może mieć odcieni. Gdy skradzione twarze ożyły, przeżył wstrząs. Pięcioletnia Tiany jest wykorzystywana seksualnie przez ojca, Nene żyje wraz z setkami sobie podobnych na cmentarzu Północnym – mieszkają w grobach… [str. 206]


Hapag ng Pag-asa (Stół nadzieiźródło

Szymon pisze, że książka ta spełni swój cel, gdy choć jeden w Polsce katolik ruszy się z miejsca, otworzy na nowe więzi, podniesie głowę i poczuje dumę z tego, że jest częścią wielkiego i tak nieprawdopodobnie fascynującego organizmu. [str.7] Daleko mi jeszcze do takiej refleksji, ale nadal - kilka dni po przeczytaniu - mam przed oczami byłą siatkarkę-Beatę, która w Papui Nowej Gwinei tłumaczy Biblię na miejscowe języki, dzieci z sierocińca w Zambii, arcybiskupa Romero z Salwadoru, który został zamordowany podczas Eucharystii, czy mnichów z przepięknie położnego klasztoru w Szkocji. Panie Szymonie, chylę czoła! 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

niedziela, 18 sierpnia 2013

„Kołysanka na śmierć” Carin Gerhardsen


Wydawnictwo: Rebis
wydanie: sierpień 2013 
tłumaczenie: Anna Krochmal, Grzegorz Kędzierski
tytuł oryginału: Vyssan lull
oprawa: broszurowa klejona
format:125x195
liczba stron: 336



Wszystko zaczęło się pewnego majowego dnia, kiedy to młoda para zatrzymała się samochodem przy kiosku, by kupić słodycze dwóm małym chłopcom, których mieli pod opieką. Na jasnobłękitnym niebie świeciło wtedy słońce, czuć było zapach kwitnącej czeremchy i słychać było szemrzącą obok rzekę. Wystarczyło podejść tylko do okienka i kupić dwóm niesfornym chłopcom upragniony smakołyk. Nikt wtedy nie przewidział, że samochód się przechyli, niespodziewanie szybko zniknie z promenady, zacznie spadać w stronę szemrzącej rzeki i uderzy w nią z ciężkim, głośnym pluskiem. Czy takie wydarzenie może wywrzeć wpływ na dalsze życie? Z pewnością. Poczucie winy jest jak ciężki łańcuch, który wlecze się za człowiekiem, gdziekolwiek by poszedł. Jest jak część ciała. W końcu człowiek już go nie zauważa. [str.206] Jednak ludzie są różni i każdy inaczej będzie to znosić. I nigdy nie wiadomo, w jaki sposób może wrócić do nas przeszłość.

I oto pewnego dnia, w luksusowym mieszkaniu, zostaje znaleziona martwa młoda matka, z dwójką małych dzieci. Wszyscy troje mają poderżnięte gardła. A wszystko wygląda na brutalną egzekucję. Zaplanowaną bardzo precyzyjnie i wykonaną z zimną krwią. Bo jak innej wytłumaczyć morderstwo 5-letniego chłopca, 4-letniej dziewczynki i ich matki? Zresztą pytań jest wiele. Jak zamordowana kobieta, pracująca na czarno, mogła sobie pozwolić na mieszkanie warte kilka milionów koron? Dlaczego ojciec dzieci pogrążony jest w depresji? I w końcu co ma wspólnego to brutalne morderstwo z wypadkiem sprzed kilku lat?

To moje trzecie spotkanie z twórczością Carin Gerhardsen. Pojawiają się tu ci sami bohaterowie, co w poprzednich częściach. Śledzimy perypetie policjantów z posterunku Hammarby w Sztokholmie. Autorka odbiega zasadniczo od stereotypowych motywów, które pojawiają się w skandynawskich kryminałach. Nie ma tu okrucieństwa, brutalności, fanatyzmu religijnego, seksu. Carin skupia się na psychice bohaterów, analizuje motywy ich działań, dlaczego postępują tak a nie inaczej. Bardzo dobrze widać to na przykładzie głównego bohatera-komisarza Conny Sjöberg, który ciężko pracuje nad śledztwem. Również i on, aby rozwiązać sprawę musi uporać się z własnymi słabościami i strzępami wspomnień z dzieciństwa oraz rozszyfrować powtarzające się sny. Mnie jednak najbardziej podobał się pierwszy tom serii “Domek z piernika”, choć można czytać jej osobno. Mam wrażenie, że Carin trochę popadała w rutynę i momentami powieść nieco się nużyła, choć do końca nie było wiadomo, kto jest mordercą. Mam nadzieję, że w kolejnych kryminałach czymś mnie jeszcze zaskoczy, nie tylko nieoczekiwanym zakończeniem.

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 15 sierpnia 2013

„A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła” ;), czyli Versatile Blogger Award






Aneczka nominowała mnie do kolejnej zabawy, za co bardzo jej dziękuję. Nie lubię pisać o sobie, ale czasami robię wyjątki. I oto jeden z nich, gdyż zabawa polega na napisaniu siedmu faktów ze swojego życia. Odpowiadam z małym opóźniemiem, bo nie miałm dostępu do netu.



1. I stały się maliny narzędziem pieszczoty [Bolesław Leśmian],  Skoczymy na maliny? (...) To pojechaliśmy na bicyklach w lasek... [Bohumil Hrabal]. Lubię maliny, nie tylko w  literaturze, to jedne z moich ulubionych owoców. Szkoda tylko, że tak krótko można się nimi cieszyć. 


2. Marzy mi się podróż na Krym. Wpłynąć na suchego przestwór oceanu, nurzać się w zieloność i jak łódka brodzićŚród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, omijać koralowe ostrowy burzanu.

3. Na wakacjach byłam nad pewnym jeziorem w kamperze ;) czyli dziki odpoczynek na łonie przyrody. W pakiecie błogie lenistwo, pływanie w jeziorku, przejażdżki bicyklami w lasek, gitara, śniadania i obiadki na świeżym powietrzu, ze wszystkimi atrakcjami pogodowymi, od upałów, przez ulewę, po burzę z piorunami. 


4. Przekonuję się powoli do literatury fanatycznej. Nigdy za nią nie przepadałam. Teraz jednak w planach mam nadrobienie zaległości.


5. Nie znoszę muzyki disco, dance i techno oraz wszytskigo, co temu podobne. Gdy słyszę coś takiego w radiu od razu przełączam na inną stację.


6. Mam słabość do japońskich samochodów, moje drugie auto - choć nie tak wysokiej klasy, jakbym chciała - też jest "japończykiem". I póki co, jest niezawodne.


7. Kończą się wakcaje, mam jeszcze tydzień uroplu :(



poniedziałek, 12 sierpnia 2013

„Conan i miecz zdobywcy ” Robert E. Howard


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13 sierpnia 2013
tłumaczenie: Tomasz Nowak
tytuł oryginału: The conquering sword of Conan
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
foramat: 150x225 
liczba stron: 544







Oto kolejny, kończący kolekcję tom opowieści o Conanie z Cimmerii.  Wszystkie utwory o Conanie, wolne od wszelkich poprawek, przeróbek czy wstawek nie ukazały się nigdy w jednolitym zbiorze. Nigdy też nie publikowano ich w takiej kolejności, w jakiej Howard je pisał, tylko wydawano uporządkowane według „biografii” bohatera. Nie było to zamysłem Howarda, uczynienie z Conana supermena, który wzniósł się ubóstwa do królewskiej władzy za sprawą siły fizycznej, jak pokazuje to hollywoodzka wersja Cimmeryjczyka. Nieuporządkowane i beztroskie życie Conana zostało sztucznie przemienione w „karierę”, gdzie nagrodą miało być królowanie. A to, co najważniejsze, to, co było pierwotne uleciało. Chodzi oczywiście o wolność. Taką wolność nieskażoną żadną cywilizacją, żadnymi zdobyczami techniki, wolność umiłowaną, przynależną każdemu człowiekowi w dzikiej puszczy. A Conan został królem po prostu dlatego, że okoliczności sprezentowały mu taką możliwość, w określonej chwili jego życia, a nie na wskutek jakiegoś z góry określonego planu, nie w pogoni za władzą.

Mamy więc przed sobą teksty pisarza, który jest u szczytu swojego talentu, który tworzy tu historie, które w ostateczności wyniosą go ponad status nietuzinkowego gawędziarza. „Teksty o Conanie przewyższają jednak w swej istocie ramy gatunku, z którego wyrastają, czy to będą opowieści o Zachodzie, historyczne albo przesycone przygodami. Wyjmując je z kontekstu historycznego i odziewając w hyboryjskie szaty, Howard nadał swym utworom rys uniwersalny, którego nie miałyby w innej postaci. Stały się ponadczasowe, prawdziwe tak samo dziś, jak siedemdziesiąt lat temu”. [ze wstępu Patrice Louinet str.27]

Zatem mamy Howarda w najlepszej formie i najsurowszej postaci. Czuć to z każdym zdaniem, z każdym wyrazem, po prostu przenosimy się strome skalne ostańce, gdzieś w głębi dżungli, ponad falującym szmaragdowym oceanem liści palm, które połyskują nefrytowym błękitem i poszarzałym szkarłatem. To tu Conan przeskakuje po głazach przez łożysko potoku na swojej drodze, to tu pośród migoczącej zieleni pokonywał urwiska, po których żaden człowiek się nie wspinał. Zawsze wiedziony niezdrową fascynacją drogi. Dalej poruszał się z niebezpieczną lekkością pantery, był zbyt dziki i gibki, by być wytworem cywilizacji. Człowiek z lasu – potężny, o korpusie przybranym w stal, ciemno opalonym przez słońce, o muskularnych ramionach dzierżących poczerwieniały miecz. Uderzał jak ranny tygrys, wkładając w cios każdą cząstkę siły potężnych mięśni oraz furii. Conan był w równej mierze częścią tej dziczy (…). Cimmeryjczyk mógł spędzić lata pośród wielkich miast, przechadzać się w towarzystwie władców cywilizacji, mógł nawet pewnego dnia spełnić swój kaprys i rządzić jakimś cywilizowanym narodem – zdarzały się rzeczy dziwniejsze. Jednak nie stał się ani odrobinę mniej barbarzyńcą. Troszczył się jedynie o kwestie zasadnicze. Ciepłe zażyłości, sprawy poczciwe, sentyment i zachwycające banały, które wypełniają życie ludzi cywilizowanych, dla niego były bez znaczenia. [str.131]

„Słudzy Bit-Yakina”, „Za Rzeką Czarną”, „Czarny przybysz”, „Ludożercy z Zambouli”, „Czerwone ćwieki” – to opowiadania, które wieńczą historie o Conanie. Poza tym bardziej dociekliwi czytelnicy odnajdą mnóstwo ciekawostek. Znajdują się tu dwie wersje "Wilków za granicami" - na ich przykładzie można przyjrzeć się procesowi twórczemu Howarda i prześledzić ewolucję tekstu - zmiany, jakie wprowadzał. To proza, która tętni życiem, wigorem, żywotnością, która mieczem wycina sobie drogę do serca. Miecze tu wirują, wnętrzności płyną, a kobiety mdleją. Mogę tylko żałować, że to koniec przygód Conana i być tak jak jedna z jego kobiet Och, Conanie, ulituj się nade mną! (…) Och, Conanie, zabierz mnie stąd! [str.51] Och, Conanie, nie odchodź! 


POLECAM GORĄCO!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

środa, 7 sierpnia 2013

„Maria Skłodowska-Curie i jej córki” Shelley Emling


wydawnictwo: Muza SA
data wydania: 8 maja 2013
tłumaczenie: Wojciech Górnaś

tytuł oryginału: Marie Curie and her Daughters
oprawa: twarda
liczba stron: 312



Początek będzie dość smutny. Oto mała dziewczynka, która bardzo wcześnie straciła matkę. Oto dziewczynka, która zawsze była prymuską i wcale nie miała przez to lekko. Oto dziewczynka, która musiała przerwać naukę i podjąć pracę guwernantki. Oto kobieta, która przekopywała się przez tony smółki uranowej, aż w końcu odkryła nowy pierwiastek. Oto kobieta, która szybko została wdową, wychowującą dwie małe córeczki. Oto kobieta-żona, kobieta-matka, kobieta-kochanka, kobieta-naukowiec, w końcu kobieta-noblistka. Pierwsza wśród fizyków i chemików grona zdominowanego przez mężczyzn.

Siła, czystość woli, surowości wobec siebie samej, obiektywizm i trzeźwości osądu – rzadko udaje się wszystkie te cechy znaleźć w jednej osoby. Rzadko, nie oznacza jednak wcale. Albert Einstein tak wspominał właśnie swoją wieloletnią przyjaciółkę-Marię “gdyby choć cząstka siły ducha i poświęcenia, które charakteryzowały madame Curie, udzieliła się intelektualistom, Europa mogłaby spokojniej patrzeć w przyszłość”. W niełatwych czasach przyszło żyć Marii – zniewolony kraj, rusyfikacja, świat nauki zdominowany przez mężczyzn, bardzo ksenofobiczny i hermetycznie zamknięty dla kobiet, aż w końcu czasy, gdzie ludzie skandale przekładali nad zdobycze nauki.

Nie jest to biografia poświęcona każdemu okresowi z życia noblistki. Autorka wybrała najważniejsze i najbardziej burzliwe fakty z życia Skłodowskiej-Curie. Zaczyna się od romansu, w jaki wdała się Maria po śmierci męża. Wybranek miał niestety żonę i dzieci, na dodatek był  młodszy od niej. Francuzi byli tym zniesmaczeni, oskarżali ją o rozbijanie rodziny i nazywali pogardliwie “cudzoziemką”. Nawet przyznanie drugiej Nagrody Nobla niewiele pomogło. Z pomocą przyszła amerykańska dziennikarka Marie Meloney, która okazała się wielką fanką Marii, a potem jej wieloletnią przyjaciółką i powierniczką. Podróż do Stanów trochę podreperowała reputację noblistki. I wydaje mi się, że po to autorce chodziło. W ogóle cała biografia jest jakby próbą ukazania Marii w innym świetle – nie idealnej pani naukowiec, twardej i opanowanej, tylko kobiety z krwi i kości, która posiada emocje i popełnia błędy.

Podobnie ukazanie są relacje z córkami. Irena – starsza, nieprzykładająca uwagi do wyglądu, tak samo opanowana i zrównoważona jak matka, praktycznie wierna jej kopia. Kobieta-naukowiec w pełnej krasie, oddana nauce, a co najważniejsze czerpiąca z tego radość, siłę i motywację od dalszej pracy. Z drugiej strony Irena podsiadała, przekazaną jeszcze przez matkę, ogromną świadomość postępu nauki i niebezpieczeństwa jakie niosą za sobą pierwiastki promieniotwórcze. Matka i córka zapłaciły za to najwyższą cenę – cenę zdrowia i życia, gdyż długotrwała praca w laboratoriach skróciła im kilka może kilkanaście lat życia. Natomiast Ewa w ogólnie nie podzielała pasji matki i była raczej romantyczką o artystycznym zacięciu. Uosabiała piękno zewnętrzne i wewnętrzne. Dawała koncerty fortepianowe, krótkie recitale, a po wyjeździe do Ameryki została korespondentką wojenną i spisała biografię matki. W korespondencji z dziewczynkami oraz z osobistych relacji - Maria bynajmniej nie jawi się jako nadopiekuńcza matka, nawet gdy jej własne problemy ją przytłaczały, ani na chwilę nie obniżyła wysokich wymagań, które stawiała córkom, czuwała nad nimi nieustannie, cały czas troszcząc się o ich przyszłość, choć zdawała sobie sprawę, że nie poświęca im należycie dużo czasu. Na podkreślenie zasługuje fakt, że uczona nigdy nie opatentowała technologii pozyskiwania radu, skąd miałaby niemały dochód. Z uporem powtarzała, że rad to pierwiastek należący do wszystkich ludzi i nikt nie powinien się na nim bogacić.

Piękna to była opowieść o dwóch pokoleniach trzech charyzmatycznych kobiet, gdzie każda z nich zdawała siebie sprawę z misji, jaką ma do wykonania dla świata i ludzkości. Opowieść o nietuzinkowych kobietach, które godziny spędzały w laboratoriach z fiolką w ręku, pełne skupienia, opanowania i błysku w oku.

W całej biografii czegoś mi jednak zabrakło. Pominięte zostało praktycznie całe dzieciństwo Marii, cały pobyt w Polsce, nieszczęśliwa miłość, odejście od wiary, stosunki z rodzicami i wpływ ich wychowania. A przecież to, że stała się tak wielką uczoną, zdolną do tylu poświęceń i wyrzeczeń było zasługą rodziców, wpajania wartości, ideałów. Nie wiem dlaczego autorka nie poświeciła temu więcej miejsca. Shelley Emling nie wspomina również o małżeństwie z Piotrem, o ich wzajemnych relacjach, wspólnych pasjach. Niemniej jednak Maria Skłodowska-Curie należy jak najbardziej do kobiet, której życiorys warto znać. Jej postawa może być też przykładem dla wielu młodych ludzi, którzy zaczynają przygodę z nauką. Takie cechy jak upór, siła woli, determinacja, radość płynąca z pracy i przeświadczenie, że nie robię czegoś tylko dla siebie, tylko dla wielu – są jak najbardziej pożądane.  

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza

wtorek, 6 sierpnia 2013

Przerwa techniczna

Przeprowadzka.
Brak dostępu do sieci.
Dodać do tego mnóstwo spraw do ogarnięcia.

Oto powody mojego zniknęcia z bloogera.
Ubolewam nad tym, gdyż nie mogę przeglądać moich ulubionych blogów, czytać recenzji.
Jednakże pomiędzy wielkim zaganianiem a emocjonalnym rozdarciem znajduję chwilę na czytanie. 
Dwie recenzeje czekają na opublikowanie, jednak to jeszcze trochę potrwa.

Mam nadzieję, że tu niedługo wrócę :)