niedziela, 23 marca 2014

„Róża” Róża Thun, Joanna Gromek-Illg



Wydawnictwo: Znak literanova
data wydania: 24 marca 2014r.
oprawa: twarda
liczba stron: 360



Wychowano nas w przeświadczeniu, że wszyscy nasi przodkowie byli wprost nadzwyczajni, co zobowiązuje do tego, żebyśmy byli grzeczni, religijni, uczyli się porządnie, zachowywali przyzwoicie. [str. 54] Miała - jak sama pisze - nieprawdopodobne szczęście w życiu, że wychowała się i dorastała wśród wspaniałych osób, a później udało się stworzyć własną, kochająca się i ciekawą rodzinę. O tych właśnie ludziach, którzy pojawiali się w jej życiu, i o swoich wspomnieniach z nimi związanych, o miejscach, o emocjach jej towarzyszących - z pomocą pani Joanny Gromek-Illg - Róża Thun napisała książkę, którą dedykuje przede wszystkim swoim dzieciom.   

Róża Thun, właściwie Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein, z domu Woźniakowska, jest córką Jacka Woźniakowskiego - profesora, dziennikarza, tłumacza literatury pięknej, a przede wszystkim założyciela i wieloletniego redaktora naczelnego Wydawnictwa "Znak".
Polska jest sumą naszych zachowań i działań przez pokolenia, jesteśmy jej cząstkami. (...) Łatwizną i lenistwem jest uchylanie się do tej odpowiedzialności i narzekanie, że wielcy odchodzą i nie ma kto ich zastąpić. My właśnie mamy ich zastąpić. [str. 344] 
W ten przepiękny i bardzo ciepły sposób pani Róża opisuje swoich przodków i spuściznę, jaką jej przekazali. Zaczyna oczywiście od dzieciństwa – wcale nie łatwego, a wręcz bardzo skromnego i ubogiego. Zresztą lata powojenne dla nikogo nie były łatwe i przyjemne. Pierwsze mieszkanie w Krakowie na Pijarskiej, później dom na Wyspiańskiego i Kozienie, czyli Dom pod Jedlami – przepiękny obiekt w Zakopanem. Tu właśnie pani Różna spędziła swoje dzieciństwo, a każde z tych miejsc ma jakiś magiczny klimat, tajemniczą aurę, zapachy, ale przede wszystkim, każde z tych miejsc kojarzy się z ludźmi, jacy się tam pojawiali. 

Wakacje na wsi były bardzo ważną częścią naszego wychowania. Upadki z koni, wybite paluchy, rozwalone kolana, skręcone kostki, sińce, guzy i podrapania towarzyszące pracy w polu pozwalały nabrać krzepy, która nam się potem przydawała. Rodzice dobrze wiedzieli, że to nam wyjdzie na dobre. [str.77] Dużo czytaliśmy, każdy sobie lub wspólnie, głośno, wyciągnięte z kufra na strychu przedwojenne książki podróżnicze i przygodowe z dzieciństwa naszego taty. Wspólnie też się modliliśmy, chodziliśmy na mszę świętą na Jaszczurówkę do sióstr urszulanek, gdzie przyjeżdżał Wojtyła. Takie szczęśliwe życie. Mroki realnego socjalizmu nie docierały za bardzo do nas, dzieci, w tym drewnianym, przyjaznym domu. [str. 59] Pozazdrościć jedynie. 

Bardzo podobał mi się również opis podróży po Europie - autostopem. Gratuluję odwagi i jestem pełna podziwu. Takie wyjazdy były porządną szkołą życia i przyczyniły się do doszlifowania języków. Dzięki temu pani Róża dostała się na anglistykę. Rozbawił mnie również opis egzaminów właśnie na uniwersytet. Tu mogłabym podać sobie rękę z Autorką, ponieważ też nie lubię Żeromskiego i całego pozytywizmu, tej "rozdartej sosny" i "szklanych domów". Nie mniej jednak pewnie nie miałabym tyle odwagi, aby przeprowadzić na egzaminie wstępnym fundamentalną krytykę epoki pozytywizmu.

Kolejnym etapem w życiu pani Róży był już Frankfurt i małżeństwo z Franzem Grafem von Thun und Hohenstein. To okres poświecenia się życiu rodzinnemu, wtedy to urodziła trójkę dzieci. I wtedy - z małymi dziećmi zdecydowała się na wyjazd z mężem do Nepalu, Katmandu dokładniej. Z dopiero co uzyskanego w miarę wygodnego bytowania, przeniosła się do obcego, kulturowo oraz religijnie kraju. Musiało to spowodować szok kulturowy. Wychowana w Krakowie, kiedy jeździłam do Warszawy, to odczuwałam, jak bardzo jestem z Krakowa. Jak pojechałam do Niemiec, zdałam sobie sprawę, jak bardzo jestem Polką. Po przyjeździe do Nepalu zrozumiałam, że jestem Europejką. [str. 253] A że życie czasami zatacza koło, tak i zatoczyło się koło w życiu pani Róży. Po dwóch latach spędzonych w Himalajach, Franz dostał propozycję pracy w Polsce. Miał się zajmować pomocą w budowaniu struktur umożliwiających rozwój gospodarczy. Tak więc mąż sprowadził ją do Polski. Po czym życie już potoczyło się bardzo dynamicznie. Parady Schumana, Komisja Europejska, wybory do Parlamentu Europejskiego.

Świetnie mi się czytało o życiu tej nietuzinkowej kobiety. Lekko napisana, z dużym dystansem do siebie i bez żadnych ocen ludzi pojawiających się przy jej boku.  To przepiękne świadectwo, świadectwo Kobiety szczęśliwej, spełnionej, zarówno zawodowo, społecznie jak i osobiście. Pełne zaangażowanie zawodowe, udzielające się ciepło, aż w końcu wartości jakie wyniosła z domu rodzinnego i trwanie przy nich. To coś, co jest pożądanie w dzisiejszych czasach, pełnych próżności i obłudy. Jestem pod ogromnym wrażaniem. Każdy z nas jest w każdym momencie swojego życia sumą tego, czego doświadczył. [str. 344] Zgadzam się w 100% i polecam gorąco. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

1 komentarz:

  1. Mam lekki odchył na punkcie dzienników niebanalnych osób, myślę, że podobałaby mi się ta książka:)

    OdpowiedzUsuń