niedziela, 2 marca 2014

„Żony astronautów” Lily Koppel

Wydawnictwo: Znak literanova 
data wydania: 03.03.2014r. PRZEDPREMIEROWO 
tłumaczenie: Maciej Prusator
tytuł oryginału: The Astronauts Wives Club. True Story
oprawa: miękka
liczba stron: 320



„Jeśli nie masz szczęśliwego małżeństwa, nie polecisz w kosmos”. [str.37] Tak brzmiała jedna z niepisanych zasad NASA. Bowiem w agencji kosmicznej uważano, że stabilna sytuacja rodzinna jest niezbędna do odniesienia sukcesu na orbicie. Jak astronauta miałby sobie poradzić ze stresem związanym z wystrzeleniem w kosmos, jeśli nie potrafił poradzić sobie z żoną na Ziemi? Dlatego oprócz zaliczania śpiewająco wyczerpujących testów i zanim owego kandydata gruntownie przebadano, podstemplowano i uznano za amerykańskiego mięśniaka klasy pierwszej, sprawdzano zawsze sytuację rodzinną. Ponieważ rodzina, a przede wszystkim żona, bohatera narodowego też musiała być idealna. 

źródło
I tak, z dnia na dzień, zwykłe gospodynie domowe znalazły się w centrum zainteresowania. Każda z nich przygotowywała się na chwilę, gdy będzie musiała stanąć przed kamerami, a cały świat krytycznie będzie oceniać jej włosy, cerę, strój, figurę, postawę, dykcję, urok, inteligencję, a przede wszystkim – patriotyzm. Miały być wzorem współczesnej amerykańskiej kobiety.

Pierwsza siódemka żon miała najgorzej, gdyż nie miała pojęcia, co je czeka. Zatem, gdy 1959 roku ogłoszono nazwiska pierwszych siedmiu astronautów NASA, członków programu Mercury, ich żony stały się pierwszymi amerykańskimi gwiazdami programów reality show. Szybko się okazało, że „bycie sobą” wcale nie jest pożądanie. NASA wystosowała odpowiednie instrukcje, wytyczne, co do tego jak mają się ubierać, co mówić, jak malować. Nawet kolor szminki był z góry narzucony, „miały włożyć cnotliwe, nienagannie uszyte pastelowe sukienki na guziczki i z kołnierzykami”. [str.57] Tak miała wyglądać pierwsza sesja dla magazynu "Life". Wykreowano je na ucieleśnienie optymizmu, entuzjazmu i dumy całego kraju. Wszystko po to, aby pokonać Rosjan, nie tylko w wyścigu w kosmos, ale także w kwestii moralności wyższej. Kapsuły kosmiczne, wyrzutnie rakietowe i mężczyźni w srebrnych kombinezonach, a przy nich idealna żona i matka - to  był początek nowego wspaniałego świata.

To oczywiście była wersja dla społeczeństwa, dla świata. Szara rzeczywistość wyglądała trochę inaczej. Bo jak ma się czuć kobieta, która ma świadomość, że jej mąż może nie wrócić? Jak ma pokonać strach przed tym, że któregoś dnia, ktoś zapuka do drzwi i poinformuje ją, że właśnie została wdową? Jak ma ukryć morze wylanych łez, jak utrzymać dom, pracować i przetrwać jako samotna matka? I jak w końcu wychować dzieci, które rzadko widywały ojca, a którego wszyscy uważali za bohatera narodowego? Astrożony i astodzieci wcale nie miały lekko. 

Dlatego pozostało im tylko jedno - zjednoczyć siły, zjednoczyć się w swoich lękach i samotności. Tak powstał KŻA - Klub Żon Astronautów, przechrzczony później na Klub Oryginalnych Żon i pieszczotliwie przezywany K-I-T, czyli Keepers-In-Touch - Utrzymujące Kontakt. Raz w miesiącu żony spotykały się na kawę, herbatę i przy ciasteczkach dzieliły się swoimi obawami. Do pierwszej siódemki kobiet dołączyła wkrótce dziewiątka. Nazwiska drugiej grupy astronautów ogłoszono w 1962 roku, a kolejną fazę programu kosmicznego nazwano Gemini. Nowe kapsuły były dwuosobowe i po raz pierwszy Amerykanin miał się przespacerować w przestrzeni kosmicznej. Następnie klub poszerzył się o nową czternastkę członkiń. Ich mężowie mieli wziąć udział w księżycowych misjach Apollo.  

Solidarność kobiet była tu niezbędna. Zrozumiały, że muszą się nawzajem pocieszać podczas tych bolesnych minut, godzin i dni oczekiwania na bezpieczny powrót mężów na Ziemię. Stały się mistrzyniami w przygotowywaniu babeczek ozdobionych amerykańskimi flagami oraz ciast przykrytych bezą uformowaną, w taki sposób, aby przypominała powierzchnię Księżyca. Pod ręką zawsze miały butelkę szampana, która czekała na otwarcie z okazji szczęśliwego wodowania. Wkładały najmodniejsze kreacje i chodziły na podwieczorki z Jackie Kennedy. Jednak tak naprawdę, pod perfekcyjnym uśmiechem, ukrywały swój smutek i stres.

Jestem pełna uznania dla autorki, że wpadła na taki pomysł, aby opisać te wszystkie niesamowite kobiety. Nikt do tej pory tego nie zrobił. Książkę czytało to się szybko, chcąc jak najszybciej poznać wszystkie historie astrożon, choć w trakcie czytania niektóre nazwiska kobiet mi się myliły, jak i ich historie. Każda z tych kobiet powinna doczekać się osobnej publikacji, ponieważ każdej z nich życie potoczyło się inaczej. I pomimo wielu wspólnych emocji, każda z nich przeżywała je odmiennie. Niektóre małżeństwa przerwały tę trudną próbę, inne - nie. Każda z astrożon inaczej również to zniosła. "W gruncie rzeczy historia żon to opowieść o kobiecej przyjaźni i amerykańskiej tożsamości. Kiedy ich mężów wysłano w kosmos, one były wysłane na świecznik, stając się wzorem współczesnej amerykańskiej kobiety. Możliwe, że gdyby nie żony, silne kobiety, które dyskretnie oferowały niezbędne wsparcie swoim mężom, człowiek nigdy nie dotarłby na Księżyc". [str.17] Trudno się z tym nie zgodzić. Polecam gorąco!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

3 komentarze:

  1. Bardzo mnie ta książka ciekawi, nie wyobrażam sobie, ile musiały znieść te kobiety. Z jednej strony ciągłe obawy o życie mężów, a z drugiej wymóg, by zawsze nienagannie się prezentować i tryskać optymizmem.

    OdpowiedzUsuń
  2. czytałam, czytałam i zgadzam się w zupełności z Twoimi refleksjami. Takie same pytania miałam. Jak emanować optymizmem, radością, gdy strzelają mężem jak pociskiem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo, bardzo mnie ciekawi ta książka! Ileż te kobiety musiały znieść, ileż od nich wymagano! Fantastyczny pomysł na książkę, lektura w sam raz dla mnie!

    OdpowiedzUsuń