wtorek, 29 lipca 2014

„Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej” Mira Jakowienko

Wydawnictwo: Znak Horyzont
data wydania: 2 czerwca 2014r.
tytuł oryginału: Agnessa
tłumaczenie: DorotaBal
okładka: miękka
liczba stron: 448




„Potrafię sobie wmówić, przekonać samą siebie, odrzucić to, co straszne, przerażające, odejść do innego świata... Przecież najważniejsze jest to, by w żadnych warunkach nie tracić głowy. Nie może mi się nie udać!”. Te słowa wypowiada Scarlett O’Hara z Przeminęło z wiatrem, ale pasują one również do bohaterki tej książki. Te kobiety łączą pewne cechy charakteru: duma, upór, energia, kokieteryjność i kobiecy instynkt. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Scarlett możemy wybaczyć pewne zachowania, ponieważ jej sposób bycia był urzekająco-czarujący. Natomiast Agnessę Mironową cechowała agresywna kobiecość i wcale się tego nie krępowała. 

Agnessa wychowała się w Majkopie na południu Rosji. Jej ojciec był Grekiem, a matka Jakutką. Gdyby nie wybuch rewolucji, Agnessa i jej starsza siostra Lena wiodłyby zwyczajne, monotonne życie żon i matek. Obie siostry były jednak bardzo pewne siebie i miały świadomość swojej nietuzinkowej urody. Wzbudzały zachwyt u mężczyzn już jako nastolatki. Agnessa szybko doszła do wniosku, że jej uroda i wdzięk będą przepustką do światowego życia. Rozkochiwała zatem wielu mężczyzn wokół siebie, a oni lgnęli do niej muchy do lepu. Wyszła za mąż za starszego od siebie (bo tylko dojrzali mężczyźni ją pociągali) czerwonego dowódcę, naczelnika sztabu wojsk pogranicznych Kaukazu Północnego. Czuła wtedy pełnię szczęścia. Domem zajmowała się mama, nie miała dzieci (dokonała parę razy aborcji), więc mogła się skupić na tym, co kochała najbardziej - na wyglądzie, a jej jedynym zmartwieniem było to, w co ma się ubrać. Jednakże pod koniec lat 20. zakochała się w bardzo przystojnym czekiście i uciekła od męża. Dopiero teraz rozpoczęła światowe życie, w boku człowieka, który osobiście odpowiadał za masowe aresztowania, egzekucje i represje, które w latach 30. dotknęły miliony obywateli Rosji. 

Siergiej Mironow (Sierioża) miał wielką słabość do Agnessy i spełniał wszystkie jej zachcianki. Otaczał ich tłum "pochlebców", czyli służby: kucharki, praczki, pokojówki, nawet panie, które zajmowały się przynoszeniem zakupów i oczywiście ubieraniem Agnessy. „Tego właśnie potrzebowałam. Zaćmić je! Zaćmić wszystkie, zetrzeć w proch wszystkie te, które nawet tylko próbują stać się moimi konkurentkami”. [str.106] Tutaj wspomnienia Agnessy są bardzo dokładnie. Pamięta ona każdą sukienkę, wszelkie dodatki, jakie miała na sobie chadzając na różne przyjęcia, rauty, czy oficjalne kolacje. Potrafiła odtworzyć krój sukienki, kolor, to co podawano podczas przyjęć, przekąski, potrawy. 

Sierioża wprowadził żelazną zasadę do domu - z Agnessą o swojej pracy nie dyskutuje. Prowadził dwa życia. W jednym z nich występowała żona, a drugim - sprawy służbowe. Agnessa twierdzi, że nic o jego pracy nie wiedziała, "jakby miała ciągle przymrużone oczy". Skupiała się wtedy jedynie na swoich toaletach i przyjęciach. Czerpała z tego wiele przyjemności, że może sobie pozwolić na drogie suknie, kolie, o których większość kobiet w radzieckim kraju mogła tylko pomarzyć. A im wyżej mąż piął się po szczeblach awansu, tym większy był jej apetyt na luksus.

Kiedy przebywali w Kazachstanie, panował wtedy wielki głód wywołany przez przymusową kolektywizacją i "rozkułaczanie". Przejeżdżali oni wtedy pociągiem wypełniony smakowitymi zapasami i drogimi tkaninami, a wzdłuż trasy walały się trupy ludzi zmarłych z głodu, zdarzały się akty kanibalizmu. Jednak Agnessa nie łączyła tego z pracą męża, była wstrząśnięta widokiem, ale zapamiętała najbardziej to, że wtedy na deser jedli lody o przeróżnych smakach. Nie chciała wiedzieć albo raczej nie dopuszczała do siebie myśli, że tu obok rozgrywały się tragedie ludzkie. Sporo czasu zajęło jej też zrozumienie sytuacji własnej siostry, która mieszkała na Ukrainie. Tam, na początku lat 30. panował jeszcze gorszy głód niż w Kazachstanie. Agnessa nie zdawała sobie sprawy, że gdy Lena w listach prosi ją o żywność, mieszkańcy przymierają tam z głodu. Natomiast ona chciała im wysyłać paczki z materiałami i strojami. Gdy zbliżał się koniec lat 30., dla Sierioży i Agnessy, po tych latach tłustych, miały nastąpić lata chude.  

Mironow był świadomy tego, co go czeka, Agnessa nadal chciała prowadzić światowe życie "przymrużając oczy". Jednak po licznych aresztowaniach najbliższych przełożonych i współpracowników Sierioży przyszedł czas i na niego. W tamtych czasach jednego dnia ktoś był na szczycie władzy, drugiego - siedział w więzieniu i czekał na wyrok. „Oni zabierają też żony! Zabierają też żony!” [str. 201] Agnessy nie zabrali, ale Sierioża po rocznym areszcie został rozstrzelany, w 1940 roku. Natomiast Agnessa po śmierci Mironowa, wyszła za mąż za jego kuzyna, bo jak twierdziła nie mogła żyć jako wdowa, samotnie, za bardzo kochała życie. Zesłania Agnessa i tak doświadczyła. Przez zawistnych sąsiadów została skazana na 5 lat do kolonii poprawczej. Woli życia jednak jej nie zabrakło i nawet w tych nieludzkich warunkach nie załamała się, i nie poddała przeciwnościom. Miała jeden cel - musi przeżyć, mimo wszystko. Wiele razy ocierała się o śmieć oraz przekonała się na własnej skórze, co to znaczy głód. 

Mira Jakowienko spisywała historie stalinowskich łagrów polegając na własnej pamięci, nie używała dyktafonu. Dlatego można mieć zastrzeżenia do niektórych fragmentów. Poza tym Jakowienko spędziła mnóstwo czasu z Agnessą, kobiety nawet się polubiły, więc pewnie niektóre wspomnienia są nieco ubarwione. Jednak znaczna część tych wspomnień jest podparta dowodami i dokumentami, a nawet zdjęciami. Agnessa była bardzo bystrą i spostrzegawczą kobietą, o niesamowitej pamięci fotograficznej. Doskonale odtwarzała spotkania, rozmowy z wysoko postawionymi oficerami radzieckimi, ich żonami, słowa, które wtedy padały. 

Spowiedź Agnessy to nie tylko historia kobiety, która przeżyła wzloty i upadki, kobiety, która z samego szczytu władzy spadła na dno. To przede wszystkim wgląd w obyczajowość, codzienność kierownictwa radzieckiej elity i NKWD, komisarzy ludowych, ich zastępców, ambasadorów. Kolejna kartka z historii systemu totalitarnego. To opowieść o dwóch światach, o ludziach, którzy pławili się w luksusach, a obok inni cierpieli skrajną nędzę i umierali z głodu.
Polecam!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak


wtorek, 22 lipca 2014

„Dwudziesta trzecia” Beata i Eugeniusz Dębscy

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 22 lipca 2014r. PREMIERA
oprawa: miękka
liczba stron: 352



Akcja powieści dzieje się na Dolnym Śląsku, w przeważającej części we Wrocławiu, ale i też w Złotoryi, Dobromierzu i Długopolu. Głównym bohaterem jest 36-letni Tomasz Winkler, były policjant, wyrzucony z pracy za domniemaną aferę łapówkarską. Dorabia teraz jako instruktor surwiwalu i pracownik ośrodka dla trudnej młodzieży. Prowadzi dość monotonne życie, każdy jego dzień wygląda tak samo: poranna kawa, wyprowadzanie psa na spacer, przegląd prasy, przygotowanie śniadania dla babci, z którą mieszka, taki trochę dzień świstaka. Tę leniwą egzystencję zaburza pewnego dnia mężczyzna, który proponuje mu przeprowadzenie prywatnego śledztwa. 

Robert Szeremeta, wzięty biznesmen, zleca mu odnalezienie zbójcy jego żony. Sprawa jest na tyle skomplikowana, że podejrzanym jest znany lekarz, a policja umorzyła śledztwo. Tomasz początkowo się waha, ale po głębszym zastanowieniu przyjmuje propozycję. Przemienia się zatem w skrupulatnie tropiącego detektywa. Jego życie zaczyna nabierać rumieńców i emocji, gdyż za punkt honoru postawił sobie rozwikłanie zagadki. Tomasz będzie musiał przeanalizować wiele faktów, jak i cofnąć się nieco w przeszłość. W tym jego dochodzeniu pomagają mu dwie kobiety - babcia Roma i koleżanka z pracy psycholożka-Iwa. To w sumie najbardziej barwne postacie w powieści. Babcia Roma, chora na Alzheimera, spędzająca czas na oglądaniu teleturniejów i rozwiązywaniu sudoku, mimowolnie staje się obserwatorem dochodzenia tudzież świetnie potrafi łączyć fakty. Natomiast z Iwą łączą Tomasza teraz jedynie relacje czysto zawodowe. Iwa jest świetnym psychologiem i bardzo wnikliwie potrafi zgłębić zakamarki duszy morderców, ich sposoby postępowania.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością państwa Dębskich. Pan Eugeniusz pisywał już thrillery z nutką fantastyki, a pani Beata miał udział w jego wcześniejszych powieściach. Teraz przed sobą mamy rasowy kryminał - jest morderstwo, rozpoznanie, przesłuchania świadków, narady i scena schwytania sprawcy. Jeżeli chodzi o warsztat pisarski - różnie to wyszło w kolejnych etapach schematu. Początek - mówiąc szczerze - jest dość kiepski, rozwlekły, niedopracowany albo raczej przekombinowany. Chciałam już ją dołożyć, jednak na etapie prowadzenia dochodzenia, przesłuchiwania świadków, kryminał nabiera rumieńców i "krwistości". W miarę rozwoju akcji ujawniają się coraz to ciekawsze wątki, które każą szukać rozwiązania w przeszłości podejrzanego, w jego relacjach z rodzicami. Zakończenie trochę oczywiste, choć nie do końca, bo pojawia się podwójny finał. W powieści też sporo dygresji dotyczących rzeczywistości medialnej, społecznej, miejskiej czy literackiej. Niektóre z nich są zabawie i trafnie określają codzienne problemy. 

Bardzo przyjemnie mi się to czytało, trochę z sentymentem, bowiem często przemierzam trasę Legnica-Złotoryja, bywałam też w "Literatce". Wprawdzie państwo Dębscy serca mojego nie zdobyli, nie do końca lubię też taki styl w kryminałach, z dużą ilością komentarzy i spostrzeżeń. Jednak to bardzo przyzwoity kryminał, dlatego fani tego gatunku będą z pewnością zadowoleni.


 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 21 lipca 2014

„Pozostawieni” Tom Perrotta



Wydawnictwo: Znak literanova
data wydania: 30 czerwca 2014
tłumaczenie: Anna Gralak
tytuł oryginału: The Leftovers
oprawa: miękka
liczba stron: 368




Sam bowiem Pan zstąpi z nieba na hasło i na głos archanioła, i na dźwięk trąby Bożej, a zmarli w Chrystusie powstaną pierwsi. Potem my, żywi i pozostawieni, wraz z nimi będziemy porwani w powietrze, na obłoki naprzeciw Pana, i w ten sposób zawsze będziemy z Panem. Przeto wzajemnie się pocieszajcie tymi słowami!

List do Tesaloniczan 4, 16-18

Fabuła powieści odwołuje się do nauki o drugim przyjściu Chrystusa, czyli paruzji. To jedna z wizji końca świata. Dla katolika dość egzotyczna, gdyż Kościół katolicki traktuje apokaliptyczne przepowiednie jako metaforę. Natomiast protestanci wierzą w literalność opisanego w Liście do Tesaloniczan "porwania Kościoła". Dosłownie traktują te słowa i wyobrażają sobie nagłe przeniesienie prosto do nieba wszystkich umiłowanych Bogu, aby nie musieli na własnej skórze odczuwać złych rzeczy, które będą towarzyszyć apokalipsie.

I tak pewnego dnia, w jednym z amerykańskich miasteczek znika 88 mieszkańców i miliony ludzi na całym świecie. Razem 2% populacji, niby niewiele, ale przecież z każdą osobą wiąże się jakaś historia i tym samym rodzinny dramat. W jednej chwili ktoś stracił męża, żonę, rodziców, dzieci, matkę albo ojca. Tak jakby spełniło się biblijne proroctwo, tyle że poznikali i muzułmanie, i żydzi, i buddyści, i ateiści, czyli przypadkowi ludzie. A jedyną cechą, która nie powinna charakteryzować porwania Kościoła, była właśnie przypadkowość. Cały jego sens polegał na oddzieleniu ziarna od plew, na nagradzaniu prawdziwych wyznawców i pogrożeniu reszcie świata. Rok później w miasteczku Mapleton zaczęli się pojawiać ludzie ubrani na biało, chodzący w parch tej samej płci, zawsze z papierosami. Przeważnie ignorowali innych, ale czasami chodzili za kimś jak prywatni detektywi, żeby śledzić jego poczynania. Na powitanie odpowiadali pustym spojrzeniem, a na pytania reagowali podaniem wizytówki z napisem. „Jesteśmy członkami Winnych Pozostałych. Złożyliśmy przysięgę milczenia. Stoimy przed tobą jako żywe świadectwo zatrważającej mocy Boga. On nas osądzi”. [str.12]

Eksperci debatujący nad tymi wydarzeniami wciąż się spierali, jedni odwoływali się do nauki, inni do religii, nazywali to tragedią albo cudem. Znaleźli się i tacy, którzy zaczęli zauważać interesy płynące ze zniknięcia ludzi. Jestem gąbką dla twojego bólu - w ten sposób zaczął się reklamować samozwańczy prorok uzdrowiciel nazywany Świętym Waynem. Organizował on maratony przytulania i "brał" w ten sposób ból po stracie czyjeś bliskiej osoby na siebie. Tak przynajmniej wierzyli ci, którzy dla niego pracowali w Ruchu Uzdrawiających Objęć oraz jego wyznawcy. Nie trudno się domyślić, że Święty Wayne najbardziej upodobał sobie żeńską część wyznawców, czyli "duchowe oblubienice" tudzież wkrótce zrobi z nich swoje żony.

My poznajemy mieszkańców Mapleton w trzecią rocznicę od zniknięcia ludzi. Prawie każdy z mieszkańców stracił w tej tragedii kogoś bliskiego. Żona burmistrza przyłączyła się sama do Winnych Pozostałych, jej córka Jill jest pogrążona w depresji po stracie najlepszej przyjaciółki, syn Tom przyłączył się do Świętego Wayna. Sam burmistrz nie bardzo wie jak ma się odnaleźć w tej sytuacji. Targają nim sprzeczne uczucia i emocje. Miasto funkcjonuje niby normalne, dzieci chodzą do szkół, ludzie robią zakupy, obchodzą święta, walentynki, każdy ze stratą bliskich próbuje radzić sobie na swój sposób. Nie wszystkim to wychodzi.

Bardzo ciekawy pomysł na fabułę miał pan Tom Perrotta. Od pierwszych stron książki czuć tu przejmujący ból i żal. Zresztą całość jest przesiąknięta właśnie tym bólem. Bólem fizycznym i psychicznym. Dawno nie czytałam takiej książki, która aż tak przenika do szpiku kości, porusza, przeraża uczuciami. Rozczarowało mnie jedynie zakończenie. Jednakże Tom Perrotta stworzył niezwykłe portrety ludzi zmagających się ze stratą bliskich. Polecam gorąco! Świetny kawałek literatury.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

niedziela, 13 lipca 2014

„Pierwsza kawa o poranku” Diego Galdino

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 2 lipca 2014
tłumaczenie: Tomasz Kwiecień
tytuł oryginału: Il primo caffe del mattino
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 320



Powiedz mi jaką kawę pijesz, a powiem ci, kim jesteś. Espresso piją ludzie, którzy o nic nie muszą prosić i zawsze wiedzą czego chcą od życia. Podobno ci, którzy delektują się espresso słodzonym, zdradzają ukryte pragnienie czułości, natomiast prawdziwi twardziele piją gorzkie i jednym haustem. Macchiato, czyli espresso z kroplą gorącego lub zimnego mleka piją ludzie trochę niezdecydowani, typu "chciałabym, ale nie mogę", marzę, aby skoczyć z samolotu na spadochronie, ale nigdy tego nie zrobię, bo się boję. Cappuccino oznacza być dla siebie życzliwym, uciec do fantastycznego świat i zatrzymać się na chwilę. Oczywiście reguły nie ma, a to tylko swobodna interpretacja, która pojawia się na końcu książki. Autor jest baristą, więc na kawie zna się bardzo dobrze. Prowadzi zresztą bar Rzymie i wstaje codzienne o piątej rano, aby serwować stałym klientom i turystom wymyślne rodzaje kawy. 

Diego Galdino swoje zamiłowanie do kawy przelał na karty książki. Stworzył postać, która przypomina jego samego. Massimo, nazywany Mino też prowadzi bar w Rzymie, blisko fontanny i codziennie celebruje poranny moment parzenia kawy. W barze pomaga mu przyjaciel Dino, a poza tym wszyscy znajomi schodzą się tu, aby uraczyć się smakiem i aromatem, gdyż Massimo każdą filiżankę kawy przyrządza z niezwykłą pieczołowitością. I tak mija mu każdy dzień. Dlatego nic nie zapowiadało gromu z jasnego nieba, który pojawił się pewnego przedpołudnia. Do baru weszła zielonooka Francuzka i poprosiła o filiżankę czarnej herbaty z różą. Wzbudziła tym samym spore rozbawienie obecnych tam klientów i samego Massimo. Oburzona turystka, na dźwięk tego śmiechu, wysypała mu cukier z cukierniczki na stół. Dalsze porozumienie utrudniała bariera językowa. Po czym Francuzka demonstracyjnie wyszła. I w tym momencie Mino zdał sobie sprawę, że piękna nieznajoma skradła mu serce. W końcu Włosi potrafią się zakochać na zabój od pierwszego spotkania. Następne spotkania Massimo i Geneviève będą dość burzliwe, pojawią się skrajne uczucia, drobne nieporozumienia, sekrety, skradzione pocałunki i długie spacery uliczkami Rzymu. 


To lekka i bardzo przyjemna lektura we włoskim stylu. Mamy romantyczną historię, zapach espresso, urocze rzymskie zakamarki idealne na randki. Jednak ta "lekkość" fabuły sprawia, że całość wypada jak tandetna brazylijska telenowela. Z tą różnicą, że tu pojawia się melodramatyzm włoskiego maminsynka. Jednak przede wszystkim chodzi o kreację bohaterów i dialogów jakie wypowiadają. Choć Massimo ma ponad trzydzieści lat, jego styl bycia, to w jaki sposób mówi o miłości, jak dzieli się swoimi uczuciami z kolegami jest na poziome chłopców z gimnazjum. Na przykład zaznacza sobie w kalendarzu dzień, w którym ma zamiar przestać myśleć o owej Francuzce. Oczywiście informując o tym wszystkich klientów obecnych w barze. Poza tym płeć męska nie zajmuje się tu niczym innym, jak tylko piciem kawy i plotkami. Bar Massima jest właśnie takim miejscem, gdzie panowie opowiadają sobie historię w stylu "kto z kim i kiedy". Ale nie wiem, może Włosi tak mają i nie jest to wina warsztatu pisarskiego autora tylko narodowej mentalności. Inną irytującą rzeczą jest zamieszanie przez autora, w nawiasach, ulubionej kawy każdego z bohaterów, np. Lino (kawa z źeń-szeniem), Pino, fryzier (caffe al vetro), Luigi, stolarz (caffe corretto z sambuką). Można w ten sposób poznać nazwy włoskich kaw czy ich rodzaje, ale wplecione w fabułę trochę drażnią. 


Niemniej jednak ta lektura w pewien sposób urzeka, szczególnie na początku. Można poczuć zapach czy smak caffe freddo bądź americano. Urocze jest też miejsce - rzymskie zakamarki, uliczki, galerie. Włoski klimat. No i okładka - ciepła, pastelowa, pachnąca. Gdy się na nią patrzy, ma się ochotę wypić łyk cappuccino, zrelaksować się, uciec do świata marzeń i pozostać w nim, aż do chwili, w której serwetką wytrzemy nieunikniony szlaczek nad wargą. 


 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rebis.

piątek, 11 lipca 2014

„Zapach miasta po burzy” Olgierd Świerzewski


Wydawnictwo: Muza S.A. 
data wydania: 30 kwietnia 2014
oprawa: twarda,
liczba stron: 736



„Szachy rozwijają umysł, a może (...), po prostu pozwalają melancholijnie zatopić się w ich nierzeczywistym świecie”. [str.29] Tak twierdzi dziadek głównego bohatera tudzież w tym cytacie pojawią się dwa słowa, które trafnie obrazują całą powieść: Szachy i melancholia.

Szachy. 
Dla niektórych 64-polowa szachownica, to nie tylko gra, czy rozrywka a sposób na życie lub część życia. Tutaj szachy są jednym z bohaterów i po kilku stronach już widać, że ta gra dla autora jest miłością wielką. Czuć tu ogromną pasję, pasję połączoną z ogromną wiedzą, jak i swobodą przekazu. Wszelkie turnieje, rozgrywki, arcymistrzów szachowych, partie, strategie obrony i ataków Olgierd Świerzewski ma w jednym paluszku. Poznajemy tu młodego rosyjskiego chłopca Olega, który zaczyna swoją przygodę z szachami. Targany wieloma wątpliwościami i emocjami próbuje się odnaleźć w otaczającym go świecie. Powoli rodzi się zamiłowanie, gra delikatnie go uwodzi, orzeźwia, promieniuje potęgą. Zaczyna grać w turniejach, w których spotyka się z różnymi przeciwnikami. Te turnieje, podróże, poznawanie rywali, ich sposobu grania i bycia sprawiają, że Oleg zaczyna poznawać samego siebie i swoje umiejętności. Bywa, że pojedynkach, w których się mierzy jest wszystko: walka charakterów, pojedynek ambicji i umysłu, duma narodowa, śmierć króla, narodziny nowej gwiazdy, a nawet polityka. To również pokaz umiejętności aktorskich, taka zabawa w teatr, aby mimiką zmylić przeciwnika. Dać mu odczuć, że się jest zdziwiony jego grą - triki są różne, podnoszenie brwi, nadymanie policzków, kręcenie z dezaprobatą głową, aby z każdym ruchem sprawiać wrażenie zagubionego. Do tego dochodzi szachowa intuicja, duża wyobraźnia, pamięć fotograficzna i wiara we własne umiejętności. 

Melancholia.
„Mógłbym tak opowiadać o tysiącach szczegółów, które, zainspirowany zapachem, kolorem czy uczuciem, starłem się oddać, otworzyć opisać...” [str.9] Autor już w przedmowie zapowiada, że chciał tu oddać swoje młodzieńcze emocje, doświadczenia, marzenia. Przez lata kiełkowały w jego umyśle, a w sercu rodziło się pragnienie, aby odtworzyć atmosferę pojedynku Karpowa z Kasparowem, od którego wszystko się zainicjowało. Akcja powieści zaczyna się w Moskwie w roku 1979, a kończy Londynie w roku 2000. To przekrój przez 21-letnią historię z upadającym Związkiem Radzieckim, to okres dziejowych przemian i politycznych rozgrywek. I tak nostalgiczne przemieszczamy się z bohaterami w fascynujące miejsca. Odwiedzamy Odessę, Afganistan, Dortmund, Leningrad, Nowy Jork, Nowy Orlean, Hawanę, Gruzję, Barcelonę, Paryż, Londyn, Toskanię. Jesteśmy też świadkami katastrofy w Czarnobylu, wypadku na stadionie Spartaku Moskwa, wypadku "Komsomolca". W tych wydarzeniach uczestniczą bohaterowie powieści, ci pierwszoplanowi i drugoplanowi. Bohaterom towarzyszą wielkie emocje i uczucia, często bardzo skrajne. I trzeba przyznać, że autor w piękny sposób pisze o tych uczuciach, przede wszystkim o tęsknocie:

„... przypomnij sobie te słowa, pomyśl o mnie, o przyjacielu, który Cię zdradził dla tej właśnie tęsknoty, dla tej ułudy, dla tej przemożnej siły, która niczym fala porwała mnie i wyrzuciła na nieznany brzeg, obiecując spełnienie. (...) Ból tęsknotę zabija”. [str.114]

„Teraz, siedząc samotnie na parapecie, tuląc swe długie jasne włosy do zimnej szyby, czuła, że tylko resztką sił powstrzymuje swe serce od pęknięcia”. [st.129]

„A ja chcę mocy twórczych, aby to, co uczynię, zapierało dech w piersiach oglądającym, aby odejmowało im mowę z zachwytu, aby pragnęli tego, co stworzę, chcę, by mnie kochano”. [str.159]

„Nasze związki bywają krótkie, powierzchowne, imitują to, czego naprawdę szukamy, czego pragniemy doznawać. Tracimy wówczas cząstkę siebie, czujemy się słabi, niespełnieni, pozbawieni tych silnych emocji i doznań, które mogłyby nas nieść przez życie. Nasza dusza karłowacieje. A chcemy od życia więcej, chcemy czuć drżenie, chcemy prawdziwie pragnąc i móc to pragnienie ugasić w ekstatycznym uniesieniu, które sprawia, że choćby na moment wznosimy się na wysoką wieżą, skąd rozciąga się widok na cały świat”. [str.252]

„Pragnę, by moje zmysły pomogły mi przywołać te chwile, gdy byłaś tak blisko, przez moment tylko dla mnie. Opuszkami palców gładzę przedmioty dookoła, pragnąc tą pieszczotą przemienić je w twe ciało, twoje policzki, twoje dłonie”. [str.254]

Fragmenty opisujące emocje bohaterów to najlepsze momenty w powieści, nie tylko dotyczące tęsknoty, ale i też uczuć podczas pojedynków szachowych. Ogólnie powieść wypada bardzo dobrze, epicki rozmach, znajomość historii Rosji, wszelkich społecznych układów, no i turniejów szachowych. Wszystko to sprawia, że czyta do się przyjemnie, choć momentami jest to powieść nierówna. Są w niej rozdziały urzekające, ale są i też nużące. Odwoływań do sytuacji politycznej, czy autentycznych wydarzeń też jest sporo i trochę rozciągają one fabułę. Również porównywanie warsztatu pisarskiego autora do poczynań Dostojewskiego czy Tołstoja również jest na wyrost. Nie mniej jednak nie można odmówić Olgierdowi Świerzewskiemu polotu i potencjału, bo ten z pewnością posiada. A jak na debiut, to naprawdę bardzo dużo. Można jedynie pozazdrość, że swoją pasję do szachów, własne emocje, uczucia, zapachy z dzieciństwa i młodości udało mu się zapamiętać i przelać na papier. Polecam gorąco!