środa, 30 grudnia 2015

Moje książki roku 2015

Pora zakończyć stary rok. Czytelniczo nie był zbyt owocny. Przeczytałam 34 książki, co nie daje nawet mojego minimum - 52 książki w ciągu roku. Nie jest to jednak powód do smutku. Rok 2015 był dla mnie rokiem bardzo pracowitym i trochę stresującym. Na bloga zaglądałam bardzo rzadko, a jeszcze rzadziej odwiedzałam i czytałam inne blogi. Co zresztą widać po ilości odsłon. Z drugiej strony był to dla mnie rok wielu zmian, przestawienia pewnych myśli, a nawet poglądów. Częstotliwość czytania spadała, pasja jednak została. Poszerzyłam znaczne swoją biblioteczkę o nowe nabytki. A wśród przeczytanych książek znalazły się "perełki" oraz fragmenty, które zostały mi w pamięci do dziś. 

Oto mój subiektywny ranking książek przeczytanych w roku 2015.
Pod uwagę biorę jedynie książki wydane w 2015 roku.



1."Pakt Piłsudski-Lenin" Piotr Zychowicz - dla mnie książka roku. W Polsce powinno być więcej takich historyków jak pan Zychowicz. Aby to oni nadawali ton dyskusji o naszej trudnej przeszłości. Żeby wybili się poza „poprawność polityczną”, a nie byli tylko „badaczami oburzaczami”.

2. "Znikasz" Christian Jungersen - za świetne połączenie zwykłego czytadła z elementami powieści psychologicznej, a momentami kryminalnej i naukowej.

3. "Żelazne damy" Kamil Janicki- za fascynujący portret żelaznych dam, które zbudowały Polskę.

4. "Duchy wiatru" Mons Kallentoft - za oddanie głosu ofiarom zbrodni oraz żywiołom, tutaj wiatrowi. 

5. "Lost and found.Opowiadania" Zadie Smith - za zaprzeczanie stereotypom oraz subtelną siłę ekspresji.

6. "Cierpliwy snajper" Arturo Perez-Reverte - za niesamowicie realny portret środowiska grafficiarzy, za opisanie mrocznych zakamarków Werony, Neapolu czy Lizbony.

7.  "Dziewczyny z Syberii" Anna Herbich - tutaj poznamy 10 historii, kobiet, które udowodniły, że wcale nie są płcią słabą.

8. "Mrok i mgła" Stefan Turschmid - za płynne przedstawienie realiów potwornej epoki Stalina oraz urzekającą historię miłosną. 

9. "Córka papieża" Dario Fo - za stawanie w obronie kobiet. 

10. "Umarli mają głos" Marek Krajewski, Jerzy Kawecki - za pomysł na książkę, za umiejętność podzielenia się własną pasją. 


podsumowania w latach ubiegłych
2012 
2013
2014

środa, 23 grudnia 2015

„Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę” Kamil Janicki

Wydawnictwo: Znak
seria: Prawdziwe historie
data wydania: 18 listopada 2015r.
format: 158 x 225
okładka: twarda
liczba stron: 384



„Najwyższa pora odrzucić wizję, w której tysiące mężczyzn i kobiet gnają do najbliższego jeziora lub rzeki, by tam zmyć z siebie piętno grzechu pierworodnego pod okiem Jordana. (...) Ogółem Dobrawa wcale nie doprowadziła do ochrzczenia państwa Piastów. Coś takiego jak chrzest Polski po prostu nigdy nie miało miejsca. Księżna nawróciła Mieszka. To był wielki sukces, który w zupełności wystarczył, by popchnąć losy kraju na nowe tory. [s 136] Tak o chrzcie Polski pisze w swojej najnowszej książce Kamil Janicki. I choć o żonach pierwszych Piastów "wiemy bardzo niewiele", pan Kamil pokusił się, aby stworzyć pierwsze biografie kobiet, które doprowadziły do zbudowania Polski. Jak sam pisze, książka jest "efektem pewnego eksperymentu myślowego". Autor opierał się na literaturze naukowej, badaniach archeologów i źródłach historycznych. Opowieść, którą Janicki snuje tu na kartach ma swoje umocowanie w literaturze oraz średniowiecznych kronikach i annałach. Nie mniej jednak opisane w niej wydarzenia stanowią zbiór hipotez i przypuszczeń oraz pewnych wyobrażeń autora.

Przeciętny Polak jest w stanie wymienić największe osiągnięcia pierwszych Piastów: chrzest Polski, zjazd gnieźnieński czy wyprawa na Kijów Chrobrego. Wiemy o wielkich dokonaniach Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Gorzej jest z wiedzą na temat żon wspomnianych panów, pewnie licealiści potrafią wymienić ich imiona. Natomiast kronikarze, tacy jak niemiecki Thietmar, praski Kosmas czy Gall Anonim, wręcz woleli rozpisywać się o kobietach towarzyszących władcom niż o nich samych „Dopiero historycy cały nacisk położyli na mężczyzn. Każde wydarzenie polityczne, wojnę, spisek, czy sojusz przypisywali ich inicjatywie, mimo że przełom X i XI wieku był epoką, w której kobiety miały olbrzymie wpływy w całej Europie. To one rządziły w Niemczech, Włoszech, w Czechach. Niekiedy mówi się wręcz, że był to jedyny w swoim rodzaju wiek kobiet. [s.356] Dlatego pan Janicki pokazuje nam tu polską historię z żeńskiej perspektywy.

Pierwszą bohaterką jest Dobrawa. Dużo jest spekulacji na temat tego, jak wyglądała podróży córki Przemyslidów do państwa Piatów. Nie była ona na pewno nieśmiałą i zastrachaną dziewczynką, której kazano poślubić poganina. Przede wszystkim dorastała w odrębnie kultury łacińskiej, znała obyczaje i rozrywki panujące na dworach, umiała czytać. Z pamięci cytowała psalmy i inne pieśni religijne. Poza tym lata spędzone przy boku ojca - Bolesława Okrutnego - nauczyły ją prawideł polityki, a pierwsze małżeństwo - sztuki obchodzenia się z mężczyznami. Zatem nie trudno się domyślić, że przyszły wybranek Dobrawy pochodził z innego świata, a oboje dzieliła przepaść. I choć Mieszko był obdarzony wysoką inteligencją, sprytem i zmysłem politycznym, to dalej czcił bożki, zażywał uciech z pogańskimi nałożnicami i raczej dość długo nie przestrzegał "piątego przykazania". Nie mniej jednak to Dobrawa wprowadziła Mieszka na salony polityki. Opowiadała mu o dalekich krajach, o zwyczajach panujących na dworach, uczyła zasad savoir-vivre'u. Dzięki temu Dobrawa zdobyła sobie prestiż i uznanie w wszelkich kronikach i rocznikach. Kobiety były brane wtedy za żony i rodziły dzieci, ewentualnie mogły umrzeć. A Dobrawa "przybyła do Mieszka". Przez to przybycie stała się potężną figurą, która rozstawiała pionki na szachownicy dziejów Polski.

Oda, druga żona Mieszka, dla odmiany Niemka, miała trudne zadanie, aby pozycję, jaką wypracowała jej poprzedniczka - utrzymać. Margrabianka musiała długo czekać, aby Fortuna  (w wersji słowiańskiej - rodzanica) przychylnie na nią spojrzała. Mieszko był na etapie zamiany futra barbarzyńcy na zbroję obrońcy chrześcijaństwa oraz najpewniejszego sojusznika cesarstwa. Oda na pewno inspirowała męża do działania i wykorzystywania swoich kontaktów w Niemczech. Była sprytna i przebiegła. Posiadała również cechę - dziś bardzo rzadką w naszych polityków - była przewidywalna, umiała patrzeć perspektywiczne. Dzięki temu była przygotowana na każdą ewentualność, nawet na taką, że po śmierci Mieszka uchwyci władzę w państwie w imieniu swoich trzech synów. Szykowała się także do wojny z pasierbem, dorosłym już Bolesławem. 

Emnilda, żona Bolesław Chrobrego, patrząc na swoje poprzedniczki, mogła się wiele od nich nauczyła. Choć na początku wcale nie zapowiadało się na to, że kiedykolwiek zostanie księżną. Nie mniej jednak wkrótce odniosła triumf na każdym niemal froncie. Zapewniła swoim dzieciom doskonałe wykształcenie i nobilitujące małżeństwa. Cieszyła się też poważaniem w kraju i za jego granica. Sam Thietmar nieprzychylnie pisał o Bolesławie, ale Emnildę wychwalał, jako wierną Chrystusowi.

Książkę czyta się świetnie. Bardzo lubię styl pana Janickiego. Tak jak w poprzednich jego dziełach, czuć tu wielką pasję, jaką darzy on historię, a przede wszystkim kobiety. Bo to o kobietach jest większość jego książek. O kobietach silnych, charyzmatycznych, przebojowych można dziś rzec. Nie przypuszczałabym nigdy, że losy tych "żelaznych dam" mogą być tak fascynujące. Musiały być silne, by przeżyć w bezwzględnym świecie polskiej polityki w mrokach średniowiecza. Potrafiły stanąć na wysokości zadania i same zapisać się w historii. Polecam gorąco. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak


niedziela, 29 listopada 2015

„Biało-czerwone marzenia” Romek Pawlak

Podtytuł: Od rozbitego żyrandola do finałów Euro
Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 24.11.2015r.
format: 170 * 240
okładka: zintegrowana
liczba stron: 184





„Te marzenia, które każdy zawodnik sobie wyznacza w młodości, są zawsze duże i nierealistyczne, wydają się nie do osiągnięcia, ale trzeba w nie wierzyć”. Tak twierdzi piłkarz reprezentacji Polski Sebastian Mila. Nie jeden mały chłopiec marzy o tym, aby zostać tak wielkim piłkarzem. Jednak patrząc na początki karier naszych piłkarzy, w wielu przypadkach, nic nie zapowiadało wielkich sukcesów. Bo każdy przecież kiedyś zaczyna. Zanim Robert Lewadowski zanim został wielkim piłkarzem był niski i słabszy od kolegów. Wojciech Szczęsny zaczynał od akrobatyki, potem był tenis, taniec towarzyski, a w końcu piłka. Łukasz Fabiański zdobywał tytuły w rozgrywkach w ping-pinga. A praktyczne wszyscy zaczynali od kopania piłki na osiedlu, boisku szkolnym czy nawet na pisku. Dopiero potem były miejscowe kluby.

W książce poznajemy właśnie początki kariery bohaterów, którzy wywalczyli awans na mistrzostwa Europy w 2016 roku. Dowiadujemy się jak rozpoczynali karierę. Całość zbudowana jest na podstawie rozmów ojca z synem Kacprem. Kacper Machura ma 9 lat i zaczyna swoją przygodę z piłką nożną pod okiem trenera. Rozmawia z ojcem na temat reprezentacji Polski, sam tworząc swój wymarzony skład. Rozstał tu opisany każdy mecz eliminacji. Ojciec z synem dzielą się swoimi wrażeniami, komentują, wymieniają spostrzeżenia. Ponadto w rozmowach nieustannie przemycane są inne życiowe wartości. Ojciec wpaja je swojemu synowi, opowiadając o przejściach poszczególnych reprezentantów Polski. Opowiada o wytrwałości, o sile charakteru, o przezwyciężaniu własnych słabości, o taktyce, no i oczywiście o nadziei i wierze w marzenia. Nikt przecież nie rodzi się z takimi cechami jak szybkości i wytrzymałość, te umiejętności trzeba sobie po prostu wypracować. I to nie tylko ciężką pracą, ale czasami harówką. Trzeba umieć też przewidywać, co zrobi przeciwnik, trzeba dobrze „czytać grę”. Ale chyba każdy piłkarz reprezentacji Polski powie, że było warto.

Należy wspomnieć tu o szacie graficznej. Jak przystało na książkę dla dzieci, grafika stoi na najwyższym poziomie. Piękne zdjęcia, przejrzyste tabelki, zróżnicowana czcionka są wisienkami na torcie. Uzupełnią treść, dopowiadają, wieńczą dzieło. To świetna propozycja na zbliżające się Mikołajki, czy gwiazdowe prezenty. I to nie tylko dla najmłodszych czytelników. Myślę, że każdy fan piłki nożnej nie będzie nią rozczarowany. Znajdziemy też tu kilka zdań o historii polskiej piłki,  o naszych największych sukcesach. Polecam!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


środa, 11 listopada 2015

„Na imię mi Zack” Mons Kallentoft, Markus Lutteman

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 26.10.2015r.
przekład: Bratumiła Pawłowska-Pettersson
tytuł oryginału:  Zack
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 392



Proszę Państwa, oto Zack. Zack ma 27 lat i  jest wschodzącą gwiazdą Jednostki Specjalnej Policji w Sztokholmie. Bystry, błyskotliwy, nieustraszony. Działa w duecie ze swoją koleżanką Deniz. Lubi z nią pracować, choć woli w pojedynkę. Nie chce brać odpowiedzialności za nikogo, zwłaszcza kiedy w terenie robi się gorąco. Razem Deniz Zack będzie próbował rozwiązać serię brutalnych zabójstw azjatyckich kobiet. Bestialsko-sadystyczne morderstwa sieją przerażenie w Sztokholmie, nic zatem dziwnego, że opinia publiczna domaga się schwytania sprawców bądź sprawcy. Jednostka Specjalna robi więc wszystko, aby rozwikłać sprawę. Jednakże metody pracy szwedzkiej policy znacznie różnią się od obrazu, jakie znamy z amerykańskich serialów kryminalnych. Mają inne procedury, inaczej wyglądają przesłuchania. Poza tym istnieją miejsca, gdzie możliwości i działania policji są mocno ograniczone. A to staje się rajem dla gangów i organizacji przestępczych.

Główny bohater – Zack Herry – sam balansuje na granicy prawa. W nocy zmaga się z koszmarami z dzieciństwa i strzępami wspomnień o zamordowanej matce, też policjantce. Rozpamiętuje uczucia, jakie towarzyszyły mu, gdy był sześcioletnim chłopcem. Dźwigał wtedy na swoich barkach zbyt dużą odpowiedzialność. Zackowi brakowało matki, która odeszła, a on musiał opiekować się ojcem, który mu pozostał. Wściekłość, złość, poczucie bezsilności, samotność, tłumione wtedy, w dorosłym życiu odradzają się z podwójną siłą. Zack noce spędza w nocnych klubach, ucieka od rzeczywistości i nie stroni od używek. Na porannych odprawach przysypia, próbuje ogarnąć szarą policyjną codzienność, ale sam czuje, że jest na granicy życiowego upadku. To powoduje, że nie boi się ryzykownych akcji. Niestraszne są dla niego brawurowe pościgi, czy szalona jazda na swoim super-motocyklu. Nie ma skrupułów, aby wyprzedzić swoich kolegów i sam pojechać do „paszczy lwa”, gdzie ukrywają się domniemani sprawcy.

To brutalna, surowa i mroczna powieść. Autorzy „uplastyczniają” opisy zbrodni. Czytelnik ma wrażenie, że patrzy na surrealistyczną wizję jakiegoś artysty na skraju załamania nerwowego, który uwielbia czerwień i który zużył litry farby w takim kolorze. Bo to właśnie kolor czerwony przeważa we wszystkich opisach. Widoki te urzeczywistniają wizje z najpotworniejszych obrazów Francisa Bacona. Rozszarpane ciała ludzkie, sadystyczne seksualne dewiacje –  tego też nie szczędzą autorzy. Mamy tu również problem nienawiści rasowej, handel ludźmi i skrajny męski szowinizm.

To moje drugie spotkanie z twórczością Monsa Kallentofta. Z pewnością pisarz wyrobił sobie już swój styl. Powieść napisana jest w czasie teraźniejszym. Ryzykowny to zabieg, ale udany i bardzo mi się podoba. Ma się wrażenie, że cała historia dzieje się nam przed oczami, tu i teraz. Można współodczuwać emocje bohaterów. Sama fabuła może nie jest tak wciągająca i oryginalna, ale  portret psychologiczny postaci jest tu dopracowany na najwyższym poziomie. „Wszyscy bohaterowie zrodzili się z tragedii” –  taki napis widnieje na tylnej obwolucie i jak najbardziej oddaje istotę kreacji postaci. Autorzy narobili mi apetytu na kolejne części serii i z pewnością po nie sięgnę. Gdyż Zack Herry to nietuzinkowy policjant, żaden super-bohater, tylko postać z krwi i kości, a przez to bardzo życiowa i wiarygodna. Polecam!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


niedziela, 1 listopada 2015

„Cyngiel śmierci” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 20.10.2015r.
tytuł oryginału: Trigger Mortis
tłumaczenie: Maciej Szymański
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 280




„Nie dopuść do tego, James. (...) Ocal, kogo masz ocalić. I uważaj na siebie”. [s. 50] James Bond ratuje świat od roku 1953, kiedy to ukazała się pierwsza powieść Iana Fleminga Casino Royale (trzykrotnie potem zekranizowana). Po śmierci Fleminga w roku 1964 kontynuację spisania przygód agenta 007 podejmowało aż 7 pisarzy. Anthony Horowitz jest ósmy, który podjął się tego wyzwania. Wykorzystał on dodatkowo oryginalne i niepublikowane notatki Fleminga. Cyngiel Śmierci nawiązuje bowiem do Goldfingera, stworzonego w roku 1959.

James Bond – po pokonaniu milionera i oszusta Goldfingera – wraca do Londynu. Towarzyszy mu zmysłowo piękna Pussy Galore, która pomogła mu odnieść zwycięstwo. Nie dane jest jednak Bondowi nacieszenie się wdziękami Pussy, bowiem nasila się rywalizacja naukowo-techniczna między Związkiem Radzieckim a Zachodem. James dostaje kolejne zadanie. Radziecki Smiersz chce dokonać akcji sabotażowej, w trakcie wyścigów samochodowych, na torze Nürburgringu w RFN. Okazuje się, że planowana operacja to zaledwie wierzchołek góry lodowej, a rosyjska organizacja chce we współpracy z koreańskim milionerem doprowadzić do otwartego konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Mamy zatem klasyczną bondowską fabułę - niebezpieczne akcje, wielki wysiłek, piękne kobiety, międzynarodowy spisek, brawurę, tortury i nowoczesne gadżety. Czyli wszystko, co trzeba.

Horowitzowi udało się ukazać ducha Flamingowskiego bohatera. Wątki toczą się błyskawicznie, a świat szybkich samochodów, pięknych kobiet i bezlitosnych złoczyńców wciąga czytelnika bez reszty. Akcja wciąż piędzi naprzód… 120 mil na godzinę… 160 mil… . A nasz bohater, jaki jest? Taki jak na ekranie - stary, dobry Bond z licencją na robienie tego, co mu się żywnie podoba. Ciemny garnitur, jedwabna koszula, satynowy krawat, skórzane mokasyny, papierośnica z oksydowanej stali. Oczywiście nie może zabraknąć urodziwych kobiet, gdyż James nie wyobrażał siebie współpracy z kobietą przeciętną czy nieatrakcyjną. Jeśli kobieta – to nieziemsko piękna, jeśli wino – to najlepszy rocznik, jeśli nocleg – to w najdroższym apartamencie. I tu można zauważyć delikatną ironię autora. Miałam wrażenie, że Horowitz kpi sobie trochę z zachowań Bonda. Dlatego może wplótł przemyślenia Jamesa na temat długoterminowych związków lub momenty, kiedy to w pościeli opowiadał kochance o swoich wspomnieniach z dzieciństwa. To do agenta 007 raczej nie pasuje. Ale może Horowitz chciał Jamsowi dodać trochę "zwyczajnych" cech. 

Szybcy faceci, szybie samochody, szybie dziewczyny. Tak można streścić fabułę książki. Powieść jest świetnie dopracowana pod względem formy, widać tu ogromne doświadczenie autora. Kunszt słowa. A jeśli ktoś dodatkowo lubi wyścigi samochodowe, wściekły warkot silników, tlenione blondynki w króciutkich kurteczkach, kręcące się wokół kierowców,  to jest to idealna propozycja na jesienne wieczory. Nie pozostaje nic innego tylko usiąść wygodnie, poprawić gogle, wyregulować i zapiąć pasy, przysunąć się blisko kierowcy, z mocno zaciśniętymi rękami.
Flaga opadła. Start!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

sobota, 24 października 2015

„Córka papieża” Dario Fo

Wydawnictwo: Znak Horyzont
data wydania: 5 października 2015r.
tłumaczenie: Natalia Mętrak-Ruda
tytuł oryginału: The Pope's Daughter
oprawa: twarda
liczba stron: 320





Życie rodziny Borgiów interesowało licznych. Pisano o nich, wytrawiano opery i sztuki teatralne, kręcono filmy, a ostatnio dwa telewizyjne seriale, które odniosły niezwykły komercyjny sukces. Wszystko za sprawą bezwstydnego braku moralnej czystości. Zachowania bohaterów pozbawione są hamulców, od seksualnych poczynając, na działalności społecznej i politycznej skończywszy. I w tym tkwi chyba sukces, gdyż słabości ludzkie od zarania dziejów były tematem szeroko omawianym, a jeśli do tych słabostek miały skłonności osoby zajmujące wysokie stanowiska polityczne, to wieść gminna niosła je powiewem wiatru.

Wielcy pisarze, którzy opowiadali o dramatach, cynicznych czynach i miłostkach rodzinny Borgiów, prześcigali się w piętnowaniu i spierali o to, który z członków potężnej rodziny był bardziej cyniczny i pozbawiony hamulców. Jednym z najbardziej znanych jest John Ford, angielski dramaturg, autor Tis Pity She's Whore. Ford napisał dzieło inspirowane przygodami Lukrecji Borgii i jej brata Cezara, ale przełożył je na angielskie warunki. Przedstawmy zatem członków rodziny, a zarazem bohaterów dramatu Daria Fo.

Rodrigo Borgia (papież Aleksander VI)
O pierwszych Borgiach wiadomo bardzo mało, trudno jednoznacznie określić ich pochodzenie. Alfons Borgia był pierwszym z rodziny, który włożył na głowę papieską tiarę. Był rok 1455. Stojąc na tak wysokim stanowisku nie miał skrupułów, aby ściągnąć do Rzymu swojego siostrzeńca i włączyć go do swojej świty. Tym siostrzeńcem jest oczywiście Rodrigo. Osiemnastolatek szybko robi karierę u boku wuja i wkrótce zostaje kardynałem. Nie przeszkadza mu to być z związku miłosnym, a nawet kilku. Jest uwielbiany przez dziewczęta, a kochanki rodzą mu trójkę dzieci. Na nic ma też dewizę szesnastowiecznych lekarzy, że efekty wywołane przez folgowanie cielesnym zachciankom, zarówno przy stole, jak i w łożu, są zawsze zgubne! Rodrigo nie szukał jednak tylko miłosnych przygód, pragnął stworzyć więzy rodzinne. I tak pojawiał się odpowiednia kandydatka - Giovanna Cattanei, która urodziła mu czwórkę dzieci. Juan, Cezar, Lukrecja i Joffe czuli się zawsze kochani i rozpieszczani, gdyż ich "ojciec" formalne wujek zatroszczył się o wszelkie potrzeby, od wykształcenia poczynając. A w dniu, w którym został papieżem, wyjawił całą prawdę, ponieważ chciał utrzymać się na szczycie piramidy. "Za kilka dni zasiądę na szczycie piramidy. Piramidy złożonej z tysięcy mniej lub bardziej potężnych ludzi, którzy stoją jeden na drugim i - z podniesionymi ramionami - podtrzymują konstrukcję. Kto to robi, musi zachować równowagę, bo każdy, kto się zachwieje, zostanie zgnieciony lub wyrzucony z piramidy z piramidy i natychmiast wymieniony na kogoś odpowiedniejszego i ostrożniejszego. Jedynym, któremu nie grozi wyrzucenie z piramidy, jest ten, siedzący na jej szczycie, czyli sam papież". [s.54] I Pozostał na tym szczycie 11 lat, a usunęła go z niego śmierć.

Cezar
Jego aspiracje sięgały wysoko. Po tragicznej śmierci brata, został dowódcą armii królewskiej. Kierował się dewizą "Aut Caesar, aut nihil" (albo Cezar, albo nikt). Nie cofał się przed łamaniem podpisanych traktatów, gwałtem i zbrodnią. Brał wszystko i wszystkich siła. Dari Fo nie poświęca mu jednak w książce wiele miejsca, wszakże swoją bohaterką uczynił inną postać.

Lukrecja
Już na samym początku noblista zdradza swoje zamiary. Staje w jej obronie. Ukazuje ją jako kobietę uwikłaną w bezlitosną walkę o władzę. Sam Aleksander tak się wypowiada: "Córko, na początku muszę przyznać, że wszystko to, co przydarzyło się rodzinie Borgiów, przyniosło wiele korzyści wszystkim nam, poza tobą, Lukrecjo. Absurd losu sprawił, że ty jako jedyna musiałaś zapłacić za nasz brak skrupułów i cwaniactwo, często naznaczone krwią". [s.162] Lecz mimo tych licznych intryg, Lukrecja potrafiła znaleźć sens życia. Jako księżna Ferrary zaangażowała się społecznie, pomagała ułaskawiać więźniów, dbała o ubogich, założyła bank społeczny, po trzęsieniu ziemi pozyskiwała środki, aby odbudować wsie. Była to kobieta, która miała moc i czar. 

Dario Fo dokładnie badał źródła. Przekopał się przez liczne strony pamiętników samej Lukrecji, jak i tomy ksiąg opisujących losy rodziny Borgiów. Udokumentowane jest nawet spotkanie papieża Aleksandra VI z Mikołajem Kopernikiem. Obaj panowie mieli rozmawiać o przełomowych teoriach i przyszłości Kościoła. Uwieńczeniem spisanej historii są obrazy, przedstawiające bohaterów "dramatu". 88-letni Dario Fo malował je sam w swoim mediolańskim mieszkaniu. Załączone są oczywiście w książce. Na każdym z tych portretów widać ogromne emocje, jakie targały noblistą, gdy tworzył swoje dzieła. Wyrażają one rozterki, z którymi musieli zmagać się bohaterowie.

Lukrecji przystało żyć w epoce humanizmu renesansowego, w centrum rodzących się poglądów. Łączyły się tu różne osobowości: Michał Anioł, Mikołaj Kopernik, Leonardo i inni. Łączyły się, nienawidziły, kochały, czerpały energię i inspirację. Kobieta, która potrafiła docenić sztukę, zarówno malarstwo i poezję. Kobieta, która zdolna była do poświeceń i wielkich miłosnych uniesień. Jednakże kobieta, która była córką potężnego, wpływowego i cynicznego człowieka. Tym samym i jej przypadła "łatka" hipokrytki, dodano do tego jeszcze rozpustnicę i trucicielkę. Dario Fo oddał tu głos Lukrecji, która pragnęła jedynie zrzucić maskę grając w groteskowej komedii przed całym światem.

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak


niedziela, 20 września 2015

„Bajki, które zdarzyły się naprawdę” Anna Moczulska


Podtytuł: Historie słynnych kobiet 
Wydawnictwo: Znak
data wydania: 24.08.2015r.
format: 135 x 215
okładka: twarda 
liczba stron: 320 



„Na szczęście nie jestem historykiem. Nie muszę ważyć racji, ukrywać emocji, uprawiać polityki historycznej, która każe tak, a nie inaczej czytać dziejowe wypadki i kalkulować ich konsekwencji. Mogę odpuścić. I pozwolić sobie na absolutną odmowę zrozumienia kwestii, że dzieje dynastii są ważniejsze niż los jednej dziewczyny”. [s.151] Autorka od razu we wstępie zaznacza, że nie jest to książka historyczna, choć opowiada o prawdziwych ludziach, trzyma się faktów, niczego nowego nie wymyśla. Znajdziemy tu opowieści o 20 niezwykłych kobietach, z którymi Historia nie zawsze obeszła się łaskawie. Bohaterki tej książki były kobietami takimi, jak my. Kochały, zdradzały, bywały zazdrosne, zawistne, przerażone nowymi wyzwaniami, bądź pewne siebie. Jedne umiały wykorzystać sytuację, w jakiej się znalazły, inne były posłuszne i uległe. 

Nasza kultura uczyniła z księżniczki symbol szczęścia i przedmiot dziecięcych marzeń. Każda mała dziewczynka (no prawie każda) chce zostać księżniczką, mieć piękne ubrania i oczekuje tego, że wszyscy będą spełniać jej zachcianki. Tymczasem życie prawdziwej księżniczki (córki jakiegoś panującego władcy) było dość ponure. Od chwili narodzin stanowiła tylko pionek w politycznej grze, wygodny stempel zawierania sojuszy i kartę przetargową w walce o wpływy. Ledwo odrosła od ziemi, a już wybierano jej jakiegoś zamorskiego męża i wysyłano do kraju, którego obyczajów, ludzi ani języka często nie znała. A wtedy przeważane bajka zmieniała się w dramat. 

Książka składa się z pięciu części, zatytułowanych tak, jak ulubione baśnie z naszego dzieciństwa: Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Księżniczka na ziarnku grochu, Piękna i Bestia, Śnieżka. W każdej z nich autorka umieściła portrety słynnych kobiet. Zatem, co miała wspólnego żona Kazimierza Jagiellończyka z Kopciuszkiem, a córki Zygmunta Starego i Bony ze śpiącymi królewnami? Ta pierwsza sprawiła, że wciąż chce się wierzyć w bajkę o tym, że brzydki kopciuch może mieć za męża księcia. Trzy córki królowej Bony: Anna, Katarzyna i Zofia były mniej kochane, lekceważone przez brata, drzemały w zakamarkach wawelskiego zamku, sfrustrowane i lekko przygnębione, aż tu nagle ktoś włączył budzik i musiały mocno się przyłożyć, żeby wyjść ze smugi swojego cienia. Na ukochaną i jedyną córkę Jana Sobieskiego - Teresę Kunegundę czekało w królewskim łożu ziarenko groch, a burzliwa historia zafundowała jej udział w wojnie i życie na wygnaniu. A czy książę Konstanty istotnie był bestią w ludzkiej skórze, czy raczej przypominał bezradnego ołowianego żołnierzyka? Anna Moczulska nie ma tu wątpliwości. Na koniec jeszcze jedna grupa księżniczek - tych, które trafiły na złą macochę, bądź teściową. Piękna cesarzowa Austro-Węgier Sissi - czy rzeczywiście w wszystkich jej nieszczęściach upatrywać należy działań ambitnej teściowej Zofii, czy może nieszczęsna Sissi zbyt często przeglądała się w zwierciadle, żądając potwierdzenia swojej urody? 

Ktoś zainteresowany opowieściami o tych kobietach? Myślę, że tak. I nie trzeba do tego lubić historii. Do zainteresowania się historią potrzeba przystępnego języka. Annie Moczulskiej świetnie się to udało - biografie słynnych kobiet ujęła w ramy baśni. Powstały w ten sposób ponadczasowe historie nieprzypisane datom i czasom, które nie wydarzyły się raz, ale wciąż się dzieją i powtarzają na nowo. Bo każda kobieta ma coś w sobie ze Śnieżki, Księżniczki na ziarnku grochu czy Kopciuszka. Polecam gorąco!


 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak
fragment książki [KLIK]

niedziela, 6 września 2015

„Historia Polski 2.0: Polak potrafi, Polka też... czyli o tym, ile świat nam zawdzięcza” Jan Wróbel, Ewa Wróbel

Wydawnictwo: Znak Horyzont
data wydania: 27.08.2015 r.
oprawa: miękka
liczba stron: 192






W tej niewielkiej książęce można znaleźć kilka nieszablonowych życiorysów. Autorzy bowiem postanowili przypomnieć światu dokonania kilkunastu Polaków, stąd taki tytuł. Niektóre postacie zrobiły oszałamiającą karierę i świat o nich pamięta do dziś, a o niektórych zapomnieli nawet Polacy.

Już od pierwszych stron udziela się czytelnikowi pasja, z jaką piszą autorzy. Jan i Ewa Wróblowie - prywatnie małżeństwo, ale oboje zawodowo uczą w szkole. Czytając kolejne króciutkie "opowieści" o danych postaciach (pisze opowieści, bo nie można nazwać tego typowym życiorysem), można poczuć się jak na ciekawej i inspirującej lekcji. Widać, słychać i czuć, że oboje Państwo Wróblowie są nauczycielami z powołania, że potrafią, tak opowiedzieć historię, aby ona zaciekawiła, zainspirowała uczniów i pozostała w pamięci na długo. 

Ale wracając do treści. Znalazły się tu opowieści o 43 naszych rodakach, które wpłynęły na losy świata. To dość duży wór, do którego wrzucono takie  nazwiska jak: Maria Skłodowska-Curie, Wanda Rutkiewicz, Irena Sendler, ale i jest Anna Dymna, Janina Ochojska, czy Henryk Jordan (doktor, od którego nazwiska wzięły się ogródki jordanowskie). Zbiór zatem dość różnorodny, pojawiają się postacie żyjące współcześnie i osoby zmarłe. Każda postać jest dodatkowo przedstawiona na ilustracji, bądź w historyjce obrazkowej, ponadto ciekawym pomysłem są wypowiedzi internautów, zaczerpnięte z forum. Choć nie da się ukryć, że to dość sprytne i wymijające posunięcie ze strony autorów, gdyż tym samym nie wyrażają oni własnego zdania o danej osobie, tylko w usta internautów włożyli opinię. Osoby żyjące również są opisane dość "ostrożnie", w ten sposób, aby nikogo nie urazić, a raczej żeby zbytnio nie oceniać. Mnie najbardziej zaciekawiły życiorysy mniej znanych osób, tych zapomnianych przez Polaków. 

To bardzo ciekawa pozycja i bardzo patriotyczna. Przybliża ona nam życiorysy fascynujących postaci, które zrobiły spektakularne kariery, dokonały niezwykłych odkryć, przełomowych dokonań. Napisana z przymrużeniem oka, z dużą dawką humoru i okraszona faktami, których nie wyczyta się w Wikipedii, czy wielotomowych encyklopediach. „Będziesz płakać ze śmiechu. Będziesz pękać z dumy. Bo świat je Made in Polnad” - tak zachęcają autorzy i ja również polecam. 


środa, 2 września 2015

Rok szkolny z Mikołajkiem

Wydawnictwo: Znak emotikon
praca zbiorowa
format: 140 x 20
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 200



Gra w kulki, zbiera kapsle, kopie piłkę z kolegami. I nigdy się nie nudzi! Nie potrzebny mu komputer, PlayStation, Internet. A jedyny wulgaryzm to: kurczę blade!, przy tym uroczy i prawdziwy. To oczywiście Mikołajek. Mój ulubieniec. Ostatnio robi coraz większą karierę. Nic zatem dziwnego, że pojawiają się nowe publikacje. Oto dwie propozycje Wydawnictw Znak.

Rok szkolny z Mikołajkiem to kalendarz uniwersalny. Można go dowolnie uzupełniać przez najbliższe dwa lata. Bowiem samemu numeruje się dni tygodnia, należy jedynie sprawdzić kiedy będzie 1 września. Każdy tydzień jest wydzielony na odrębnej kartce, a obok znajduje się miejsce do robienia luźnych notatek, czy bazgrania. Można zapisywać w nim wszystko: zadania domowe, sprawdziany,  terminy spotkań, urodziny. Oczywiście kalendarz przeplatany jest cytatami z książki i dłuższymi fragmentami. Szata graficzna przypomina zeszyt w kratkę. Nie ma tu zbyt wielu kolorów - co jest ogromnym plusem. Osobiście jestem jak najbardziej za tym, aby dzieci w szkole od najmłodszych lat przyuczać do planowania sobie czasu, organizacji dnia, wyrabiać umiejętności organizacyjne. Polecam z czystym sumieniem, gdyż korzystanie z takiego kalendarza na pewno wyrobi w naszych dzieciach systematyczność. 
 

Gry i zabawy Mikołajka na przerwy w szkole


Wydawnictwo: Znak emotikon
praca zbiorowa
tłumaczenie: Magdalena Takar
format: 118 x 168
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 128



Euzebiusz, Joachim, Ananiasz, Alcest, Kleofas, Ludeczka, Jadwinia - to kumple i kumpele Mikołajka, ale śmiało można ich nazwać zgraną grupą przyjaciół. Choć zawsze się kłócą i mają odmienne pomysły, ale żeby przetrwać najpierw trzeba się "dotrzeć". Mikołajek i jego kumple nigdy się nie nudzą, zawłaszcza w szkole. A przerwy są dla nich najlepsze, gdyż można wymyślać najróżniejsze zabawy. Dziś ze świecą można szukać takich uczniów, którzy grają w kulki czy bingo. Ta mała książeczka prezentuje wszelkie zabawy, do których nie potrzebny jest komputer i najnowsza wersja gry. Każdy z bohaterów wymienia swoje ulubione, krótko opisując zasady, liczę uczestników, czas trwania. Pojawiają się tu też propozycje zaszyfrowania jakiś wiadomości. Polecam, urocza perełka. Mam nadzieję, że nie jeden uczeń znajdzie tu inspiracje. 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

„Nawałnica mieczy: Krew i złoto” George R.R. Martin

Wydanie: Zysk i S-ka
wydanie:  7 kwietnia 2014
cykl: Pieśń Lodu i Ognia (tom 3.2)
tytuł oryginału: A Storm of Swords, vol. II: Blood and Gold
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
oprawa: miękka
liczba stron: 636




„Pamiętaj o tym, (...) gdy sama przyłączysz się do gry.
-Jakiej… jakiej gry?
-Jedynej. Gry o tron. [s. 264]

Istotnie, gra jedyna, ale uczestników wielu, a chętnych po przyłączenia się również nie brakuje.

„Nawałnica mieczy: Krew i złoto” to druga część trzeciego tomu. W pierwszej części działo się stosunkowo niewiele, akcja zwalniała tempo, a fabuła skupiała się na rozterkach miłosnych i planach ślubnych kilku bohaterów. Postacie zmagały się ze śniegiem i mrozem, bądź zaczynały kuć stal potrzebną na miecze. W drugiej części mamy zdecydowane zwroty akcji, nieoczekiwane rozwiązania wątków, zdrady, bitwy, pojedynki, morderstwa przesiąknięte krwią i chęcią zdobycia złota. Dlatego nie bez przyczyny podtytuł brzmi: „Krew i złoto”.

Nie ma sensu streszczać tu fabuły. Mamy bowiem tu wszystko, co może urzekać w powieściach. Po pierwsze - rozbudowany świat, niezwykle oryginalny i spójny, dopieszczony w każdym szczególe. Krainy za Wąskim Morzem, siedem królestw, ogromne cywilizowane tereny, bardzo zróżnicowane i zaludnione, oddzielone wielkim Murem na północy, za którym kryją się dzicy i Inni. Wszystko to dzieje się w średniowiecznych klimatach, okraszonych sporą dawką baśniowości, magii oraz nadnaturalnych mocy. Chylę czoła przed Martinem za tak spójnie wykreowane światy, można te wszystkie krainy ułożyć w krwawe puzzle. Mieszają tu się różne kultury, różne wierzenia. Zróżnicowane społeczności mają odrębne prawa, zwyczaje. Zachwycać mogą miasta takiej jak: Astapor czy Wolne Miasto Braavos.

Po drugie – postacie z krwi i kości, postacie, które dorastają, które zmieniają poglądy. Możemy obserwować jak nasi bohaterowie się zmieniają. Pojawiają się nowe twarze, a pierwszoplanowe odchodzą. Martin nie ma bowiem litości dla swoich „wykreowanych dzieci”. Ludzie żyją tu zwykle krótko i intensywnie. Niektórzy kończą tragicznie, a nie rzadko muszą dokonywać takich wyborów jak bohaterowie greckich tragedii. Narracja prowadzona z wielu perspektywy, daje możliwość poznania „wnętrza” Tyriona, Jaimego, Daenerys, Joana, Sansy czy Ayrii. Wszyscy płacą też cenę za swoje wybory i właściwie wszyscy idą z rzeczywistością na mniejsze czy większe kompromisy, tracąc niewinność (czasem życie) w miarę, jak zanurzają się coraz głębiej i zachłanniej w wielką grę królów. Możemy też śledzić jak zmienne mogą być oceny samego siebie dokonane w różnych, odmiennych warunkach.

Po trzecie – wielowątkowość. Przy tak wielkiej różnorodności postaci i wątków, sztuką jest utrzymanie fabuły w ryzach. Martinowi to się udało. Wszystko jest spójnie i logiczne. Dlatego należy czytać cykl od pierwszego tomu, nie wyobrażam sobie zaczynanie od trzeciego.

Powieść Martina jest zdecydowanie przeznaczona dla dorosłych, dojrzałych czytelników. Chociaż przy skali popularność cyklu, jak i komercyjnej ekranizacji, śmiem wątpić w to, że czytają ją jedynie dorośli. Nie jest to opowieść o uroczym domatorze, który wyrusza w daleką podróż, żeby odkryć tajemnicę swojego pochodzenia, spotkać czarodzieja, który wprowadzi go w arkana sprawowana władzy, a przy okazji ocali kilka istnień. Cały cykl ma posmak mrocznej, brutalnej i sekretnej historii, której nie znajdziemy na kartach podręczników czy w kronikach opisujących bitwy. Daleko tu również do pruderii czy subtelności, choćby w sferze erotycznej, tutaj miłość i pożądanie bywa potężną i często destrukcyjną siłą.


Cóż można dodać więcej. Jedynie można przyłączyć się do gry. 

sobota, 15 sierpnia 2015

„Pół świata” Joe Abercrombie

 Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 11.08.2015r.
tłumaczenie: Agnieszka Jacewic 
tytuł oryginału: Half the World
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 452





„Zawsze wydawał się jej dziwny. Mężczyzna w roli ministra był niemal taką samą rzadkością jak kobieta na placu ćwiczeń. Miał zaledwie kilka lat więcej niż ona, ale z oczu patrzyło mu doświadczenie starca. Jak gdyby nie jedno w życiu widział.  Ludzie mówili o nim dziwne rzeczy. Że zasiadał na Czarnym Tronie, ale się go wyrzekł. Że złożył straszną przysięgę. Że zabił swojego stryja Odema zakrwawionym mieczem, który zawsze przy sobie nosił”. [s.32] To Yarvi. Bohater pierwszej części trylogii "Morze Drzazg" "Pół króla". Z tą różnicą, że Yarvi jest tu ministrem i postacią drugoplanową. 

Bowiem Abercrombie wprowadza nowych bohaterów. Zadra to młoda dziewczyna, która chce pomścić pamięć ukochanego ojca. Dlatego stroni do zajęć typowych dla dziewcząt. Zasady dworskiej etykiety są jej obce. Jest jak burza i ciągle w ruchu. Matka Wojna naznaczyła dziewczynę i dała jej do ręki miecz. Zadra uwielbia walczyć i marzy o tym, aby spotkać zabójcę ojca.

Natomiast Brand to dość wrażliwy chłopiec, po śmierci rodziców mieszka jedynie z siostrą. Marzy o wielkich wyprawach i zdobyczach. Jednak ciągle pamięta słowa matki, która mówiła, aby w życiu czyni jedynie dobro. Zadrę i Branda połączy wkrótce los i oboje wyruszą przez pół świata i staną się pionkami w rozgrywkach politycznych wyższego szczebla. Ojciec (minister) Yarvi płynie „Wiatrem Południa”, aby pozyskać sojuszników w walce z Najwyższym Królem. Zadra i Brand, jak i cała reszta załogi, szybko się przekonują, że morskie życie różni się od tego opiewanego w pieśniach o herosach. Tutaj trzeba stawić czoła wszelkim przeciwnością losu, ale i również nie narazić się na gniew bogów.

Zaskoczyła mnie ta druga część. Choć fabuła nadal jest dość prosta, bo nie ma tu rozbudowanych wątków, to widać tu dopracowanie warsztatu pisarskiego. Charaktery postaci są różnorodne i dobrze zarysowane. A bohaterowie wzbudzają sympatię. To zasługa również lekkiego pióra autora. Akcja jest wartka, pozbawiona obszernych opisów, z dużą dawką subtelnego humoru. Nastoletni bohaterowie mają pewnie przyciągnąć rzesze rówieśników. Zapewne nie jeden chłopiec marzy o przygodach w stylu pirackim, a nie jedna dziewczyna o tym, aby wyróżniać się i być oryginalną.

Zatem chylę czoła przed autorem, szczególnie za podniesienie poprzeczki. Wiele zaskakujących zwrotów akcji tu się pojawia, charaktery postaci też są dopieszczone, a czyta się szybko i przyjemnie. Czegoż chcieć więcej? Polecam, nie tylko nastoletnim czytelnikom. 


 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


sobota, 8 sierpnia 2015

„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotr Zychowicz


Podtytuł: Czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium
Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 11.08.2015r. przedpremierowo
oprawa: broszurowa klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 472





„Będzie to ponura opowieść o upadku ducha, ludzkiej podłości i destrukcyjnej roli ideologii działających na szkodę własnej ojczyzny”. [s. 197] Tak sam pan Piotr napisał o jednej części swojej książki. Części jest w sumie cztery, ale wszystkie równie ponure i pejoratywnie oceniające ówczesnych polskich polityków. 
Inspiracją do napisania owej książki była inna powieść  Lewa wolna autorstwa Józefa Mackiewicza. To właśnie tu Mackiewicz wysnuł tezę, że rewolucję można było zdławić w zarodku, sił wtedy nie brakowało, zabrakło jednak woli oraz zrozumienia samej istoty rewolucji oraz błędnego rozeznania zagrożenia czyhającego na Polskę. Mackiewicz wchodzi w rolę historyka, który wyjaśnia przyczyny i przebieg wojny polsko-bolszewickiej. Za błędne decyzje wini Naczelnika Państwa-Józefa Piłsudskiego. Autor znał całą sytuację z autopsji, gdyż jako młody chłopak wziął ochotniczo udział w tej wojnie. Obraz wojny, widzianej oczami zwykłych żołnierzy, ma się nijak do pocztówkowego wizerunku ułanów, jaki utkwił w naszej świadomości zbiorowej. W Pakcie Piłsudski-Lenin Zychowicz przychylając się do tezy Mackiewicza i opowiada na pytanie, które pojawia się na kartach Lewej wolnej - Dlaczego Polacy, naród tak rycerski, nie chce nas wyratować do bandy zbójców, którzy opanowali władzę w Rosji? Chodziło oczywiście o Rosję bolszewicką.

Na początku książki pojawia się alternatywna, krótka historia, z gatunku, co by było gdyby Piłsudski podjął inną, odpowiednią decyzję. Ziściłby się scenariusz bardzo imperialistyczny dla Polski, ale możliwy do spełnienia. Na następnych kartach Piotr Zychowicz analizuje wszystkie przyczyny, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej Polacy dwukrotnie - w roku 1919 i 1920 - stanęli przed szansą zadania reżimowi Lenina śmiertelnego ciosu. Piłsudski odegrałby decydującą rolę w dziejach świata. Bowiem to od niego zależało, czy czerwona komunistyczna ideologia przetrwa, czy będzie jedynie epizodem w dziejach Europy. 

Jesienią 1919 roku wszystko wskazywało na to, że rewolucja upadnie. Na południu rozpoczęła się ofensywa białego generała Denikina, który na czele swoich oddziałów zajmował kolejne miasta Rosji. Na północy walczyły wojska Judenicza, a na Syberii Kołczaka. Do Polski z tajną misją przybył Julian Marchlewski - bezpośredni przedstawiciel wodza rewolucji. Jego celem było nakłonienie Józefa Piłsudskiego do zachowania neutralności w wojnie z białymi. W rezultacie, kiedy niemal wszystkie dywizje bolszewickie zostały zdjęte z frontu polskiego i przerzucone do walki z ofensywą Denikina, kiedy „biały” generał słał do naczelnika państwa listy z prośbą o rozpoczęcie ofensywy, wojska polskie stały i.... czekały. Piłsudski nie chciał bowiem pomagać białym, gdyż uważał ich za większe zło niż czerwoną rewolucję. Jak bardzo się pomylił w swojej ocenie bolszewizmu pokazała wiosna roku 1920, kiedy Lenin zapragnął przenieść płomień rewolucji na zachód po trupie Polski. Pomylił się również w swojej koncepcji polityki federacyjnej (swoją drogą bardzo ambitnej i mocarstwowej). Dobitnie pokazała to polska wyprawa na Ukrainę, w wyniku której żadna Ukraina nie powstała. 

W sierpniu 1920 roku Polacy znów przeleli inicjatywę. Po zwycięskiej bitwie warszawskiej bolszewicy cofnęli się na całej linii. Po zakończeniu ofensywy niemeńskiej we wrześniu 1920 roku armia czerwona na froncie polskim praktycznie przestała istnieć. Na Krymie trwała ofensywa białej armii pod wodzą generała Wrangla (kontynuatora Denkina). Armia polska dysponowała wtedy siłą 900 tys. bagnetów i szabel. I tak, jak przed rokiem, dostała rozkaz wstrzymania ofensywy, a rząd zawarł bolszewikami rozejm zakończony traktatem ryskim. Temu wydarzeniu Piotr Zychowicz poświęca sporo miejsca, nazywając to dosadnie "Hańbą ryską", "czwartym rozbiorem Polski", "Nową Targowicą", "Jałtą '21". To bardzo ostra i dosadna krytyka całej ryskiej delegacji, jej przedstawicieli. Włosy się jeżą na głowie i nóż w kieszeni się otwiera, gdy się czyta, co nasi przedstawiciele tam wyprawiali. „Od zarania dziejów zawsze było bowiem tak, że warunki pokoju zależały od wyników zmagań militarnych. Dyktował je zwycięzca, a nie zwyciężony. Tym razem, po raz pierwszy w dziejach dyplomacji, miało być inaczej”. [s. 229] Mieliśmy wszystko - asami mogliśmy rzucać z rękawa. Wygrana bitwa warszawska, potężna armia polska, wspomagana przez Białorusinów, wojska Wranglera, wysokie morale żołnierzy i świadomość, że bolszewickie wojsko praktycznie nie istnieje, gdyż jest rozrzucane na wielu frontach, a na dodatek nie ma uzbrojenia ani nawet umundurowania. Tymczasem to, co wydarzyło się w Rydze, Zychowicz nazywa upodleniem Polaków. A wszystko przez nacjonalistyczne wizje stworzenia „Polski jedynie dla Polaków”. Nie miała znaczenia granica państwa, nie liczyli się Polacy mieszkający na Rusi i Białorusi. Polscy dyplomacji chcieli wyciąć ten „wrzut”, twierdząc, że nie potrzebne są im mniejszości. A sam Naczelnik Państwa zaczynał „endecieć”, porzucił po prostu swoją federacyjną koncepcję, swoje marzenia. 

Wielka wizja stworzenia państwa w granicach z roku 1772 uległa w gruzach. Zabrakło u nas polityków, którzy byliby temu wierni. Wierni mocarstwu stworzonemu przez naszych przodków. Nie kadłubową „Polską dla Polaków”, małe państewko, a imperialną Rzeczypospolita od morza do morza, w której herbie obok Orła Białego znalazłoby się miejsce dla litewskiej Pogoni i patrona Rusi, Archanioła Michała. Tym samym ojczyzna Mickiewicza, Traugutta i Kościuszki przestała istnieć. Taka Polska pozostała jedynie w powieściach Sienkiewicza. „Mężowie stanu”, którzy podpisali traktat w Rydze, te ziemie traktowali jak „jakieś afrykańskie kolonie, w których cienka polska warstwa <wyzyskiwaczy i kolonizatorów> gnębiła ludy tubylcze”. [s.384] Tymczasem droga na Moskwę stała przed Polakami otworem.

Dostaje się tu nie tylko zresztą Piłsudskiemu. Wincenty Witos i Stanisław Grabski również zbierają cięgi od Piotra Zychowicza. I słusznie. Trudno zrozumieć dlaczego, ci politycy byli tak krótkowzroczni, jak mało przewidywalni, jak egoistyczni. Kierowali się jedynie osobistymi urazami i emocjami. 

Piotr Zychowicz uprzedzając fakty - że pewnie stanie teraz w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę - pisze: „zawsze na poparcie swoich tez przytaczam opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie". [s. 222] I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi ludzi II Rzeczypospolitej, polityków, pisarzy, zwykłych obywateli, jak również pojawiają się tu opinie współczesnych historyków i publicystów. Dużo tu też fragmentów literatury, obszerne cytaty z Lewej wolnej, twórczości Żeromskiego, pamiętników i roczników. Wzbogaca to fakty historyczne, jak i dowodzi słuszności tezy postawionej w książce. 

Piotr Zychowicz stroni jednak od totalnej krytyki Piłsudskiego. Każda postać ma swoje cienie i blaski. Chwile wielkości i chwile słabości. Nie można przecież odmówić Marszałkowi zasług dla Rzeczypospolitej. Stworzenie Legionów, koncepcja federacyjna, przewrót majowy, pakt o nieagresji z III Rzeszą. To jak najbardziej autor docenia. Jednak w rozgrywce z białą i czerwoną Rosją Piłsudski popełnił tragiczną w skutkach pomyłkę. Za bardzo rozpamiętywał zabory, stłumione powstania i carskie represje, nie potrafił przełamać swojej niechęci do Rosji. Nie rozumiał, że wraz z rewolucją bolszewicką wszelkie stare spory i krzywdy powinny pójść na dalszy plan. Wszystko to było konsekwencją krótkowzroczności i lekkomyślności nie tylko jego, ale i większości naszych polityków-doradców.  „Dwukrotnie nie skorzystali oni z szalonej okazji, aby zadusić czerwonego potwora w jego moskiewskim leżu. Pozwolili mu rosnąć i pęcznieć, nie rozumiejąc, że jest tylko kwestią czasu, jak potwór ten pożre również ich”. [s. 420]

Można jedynie mieć nadzieję i życzenie, aby w Polsce było więcej takich historyków jak Piotr Zychowicz. Żeby to oni nadawali ton dyskusji o naszej trudnej przeszłości. Żeby wybili się poza „poprawność polityczną”, a nie byli tylko „badaczami oburzaczami”. Żeby dążyli do ustalenia obiektywnej prawdy i analizowali błędy popełnione w przeszłości. Żeby za wszelką cenę nie starali się udowodnić, że żadne błędy nie zostały popełnione, a wszelkie podjęte decyzje były słuszne i genialne. Żeby potrafili krytyczne analizować nasze dzieje, i wskazywać na popełnione błędy. Żeby mieli odwagę rozprawiać i z naszymi narodowymi mitami. Żeby nie przejawiali kompleksu niższości wobec innych narodów, a jedynie mieli odwagę dążyć do prawdy. 


Jeszcze parę słów o wydaniu, gdyż wieńczy ono tu dzieło. Całość treści uzupełniają liczne mapki, Są one idealnie edytorsko wkomponowane. Czytając, ma się przed oczami linię granic państwa, jak wyrażali to sobie Piłsudski czy Dmowski. Do tego dochodzą liczne zdjęcia z opisywanych wydarzeń, jak fotografie "bohaterów" książki oraz reprodukcje barwnych pocztówek patriotycznych i plakatów propagandowych. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

wtorek, 28 lipca 2015

„Znikasz” Christian Jungersen

Wydawnictwo: Znak
data wydania: 29.07.2015r. przedpremierowo
tytuł oryginalny: You Disappear
tłumaczenie: Mateusz Borowski
oprawa: miękka
format: 135 x 210
liczba stron: 464




„Musimy stale zadawać sobie pytania o wszystko. Jednym z zadań literatury jest pozbawianie nas tej pewności. To niekoniecznie musi być coś negatywnego. Można być jednocześnie szczęśliwym i pełnym wątpliwości. Dobrze jest wątpić”. Tak mówi autor w jednym z wywiadów. Książki Christiana Jungersena wzbudziły już uznanie na świecie. Zostały wyróżnione przez redakcję New York Timesa oraz zyskały wiele nominacji do prestiżowych nagród literackich. Na powieść Znikasz Jungersen poświęcił 7 lat. Zbierał drobiazgowe materiały, otaczając się osobami z uszkodzeniami mózgu, ich najbliższymi, neurologami, psychologami, psychiatrami. Dzięki temu nie tylko udało mu się trzymać faktów, ale także zdołał zagłębić się w psychikę osoby chorej i jej rodziny. Neurokryminał - tak można nazwać ten gatunek, bowiem książka wpisuje się w aktualny trend zainteresowania tematyką medyczną i wpływem chemii mózgu na ludzką osobowość. W ten sposób Jungersen próbuje odpowiedzieć odwieczne filozoficzne pytanie: czy istnieje dusza, która steruje mózgiem? A jeśli nie, w jaki sposób można orzec, kto jest za co odpowiedzialny?  

Mia wiodła doskonałe życie. Wspaniały dom, cudowny syn, świetni przyjaciele, praca, która dawała jej satysfakcję i od niedawna kochający mąż, który zaczął spędzać więcej czasu w domu, przez co czuła się bardziej kochana. Urlop na Majorce miał być jedną z wisienek na torcie szczęścia i spełnienia. Mia cieszyła się bardzo, że jej związek, który niedawno przechodził kryzys, teraz rozkwita na nowo. Tymczasem Frederik doznaje ataku nerwowego i spada ze skały. W szpitalu okazuje się jego mózg uciska guz, który może być powodem zmian jego osobowości.

Mia musi się przygotować na to, że jej mąż zupełnie straci zdolność empatii. Z coraz większym trudem będzie mu przychodziło zapanowanie na pierwotnymi impulsami. Mogą zdarzać mu się napady gniewu i nie będzie przyjmował do wiadomości, że choruje. Mia uświadamia sobie, że ostanie najlepsze trzy lata jej życia, które napełniały ją energią i szczęściem, były produktem ubocznym guza mózgu jej męża. To ucisk na mózg spowodował, że z pracoholika i nie zawsze wiernego partnera, jej Frederik przemienił się w cudownego, troskliwego i uroczego męża. Wkrótce wychodzi na jaw, że mężczyzna w tajemnicy przed nią i współpracownikami dopuścił się milionowych oszustw. Mia nie dość, że musi chronić siebie i syna przed człowiekiem, który zmienia się w nieobliczalną obcą i niesamodzielną istotę, to stara się udowodnić, że defraudacja pieniędzy przez Frederika była wynikiem już trwającej choroby.

Jungersen porusza wiele zagadnień i zadaje wiele pytań. Zachwycił mnie problem, który pokazuje dylematy bohaterów. Urzekają tu drobne gesty wykonywane przez Mię, Frederika czy Niklasa-ich syna. Urzekają tu słowa, zdania. Zwykła codzienność życia. Jedzenie śniadania, zakupy, oglądanie telewizji, słuchanie muzyki. Jak te proste czynności mogą się zmienić, jak mogą wpłynąć na codzienne funkcjonowanie poszczególnych członków rodziny. Autor zadaje tu też wielkie egzystencjalne pytania o miłość, duszę i naturę wolnej woli, winy i odpowiedzialności, wierności i zdrady, a także – o misję literatury. Czy o tym, kim jesteśmy decyduje wyłącznie struktura naszego mózgu i sterujące nim neurohormony? Czy nasz mózg kontroluje wszystko, co robimy? Christian Jungersen twierdzi, że „jesteśmy naszymi mózgami”. Mamy wpływ na nasz mózg, tak samo jak mamy kontrolę nad naszymi doświadczeniami, które również mają na nas wpływ. „Tak samo jak doświadczenia mózgi nie pozbawiają nas wolnej woli. Czasem miewamy doświadczenia nabyte wbrew naszej woli, od których nie potrafimy się uwolnić. Z drugiej strony zaś możemy wpływać na nasz mózg. Jeśli myślimy w określony sposób, zmieniamy schematy połączeń nerwowych w mózgu. Mózg może ewoluować.” – mówi dalej autor w wywiadzie.

Otwiera to oczywiście niebezpieczną furtkę do ucieczki od odpowiedzialności, furtkę dla seryjnych morderców, psychopatów czy socjopatów. Wyniki badań nie są jeszcze precyzyjne, ale neurolodzy są w stanie powiedzieć, gdzie umiejscowiony jest ośrodek odpowiedzialny za robienie długofalowych planów, za oszukiwanie, za empatię. Gdyby jasno można by było to stwierdzi, szybko znalazłoby się pewnie jakieś lekarstwo. Wtedy każdy mógłby powiedzieć: twoja żona często narzeka, że się nią nie interesujesz – te pigułki pomogą ci być bardziej empatycznym i okazywać jej więcej uwagi, bądź: twój mąż cię zdradza – te pigułki pomogą stać się mu bardziej rodzinnym. Trochę przerażająca wizja, ale wracamy znowu do odpowiedzi na pytanie o związki duszy z ciałem. Czy można mieć duszę, a nie być odpowiedzialnym? Czy można być odpowiedzialnym, jeśli nie ma się duszy? Czy racjonalna myśl i oceny etyczne mogą istnieć niezależnie od ciała i jego fizyczności, czy nie?

Innym problemem pojawiającym się w książce jest zagadnienie związanie z funkcjonowaniem członków rodziny chorego człowieka. O tym, jak zmienia się ich życie, ile muszą poświecić, ile przecierpieć. To wejście w „niekończący się szary korytarz przygnębiających dni, które ciągną się tak, jakby miały wypełnić już resztę twojego życia”. [s. 344] Tak to obiera Mia. Zapisuje się ona zresztą do grupy wsparcia. Spotyka się z ludźmi, którzy są w podobnej sytuacji, co ona. Wszyscy są zgodni co do jednego. To codzienny kierat, pozbawiony partnerstwa. W człowieku narasta poczucie nieludzkiej samotności, bezradności i smutku, tak dominującego, że ma się tylko ochotę na to, aby całymi dnami leżeć w łóżku. Wstaje się tylko ze względu na dzieci i chorego współmałżonka, który jednak nie umarł. Kobiety wyparły swoją seksualność i spaliły swoje ciała. One tracą o wiele więcej. Szczególnie trudno im przywyknąć do samotności. Dobija ich świadomość, że mężowie nie dzielą już z nimi uczuć i stają się jeszcze mniej emocjonalnie wrażliwi niż wcześniej. Natomiast żona z uszkodzonym mózgiem nie potrafi odgadywać już uczuć swojego męża i zupełnie zapomina o tym, co ją wcześniej denerwowało, np. o bałaganiarstwie męża. Jednak znacznie częściej to kobiety do końca życia opiekują się chorymi mężami jako pielęgniarki na cały etat. Natomiast mężczyźni znajdują sobie nowe partnerki i odchodzą.

Dawno już nie czytałam książki, która dała mi tyle do myślenia. Polecam gorąco. Autor świetnie połączył tu zwykłe czytadło z elementami powieści psychologicznej, momentami kryminalnej i naukowej. Pojawiają się tu fragmenty artykułów, które czyta Mia. Nie zaburza to fabuły, a wręcz ją uzupełnia, na przykład bardzo ciekawy test hazardzisty albo tekst o genach wierności u gryzoni. Poza tymi wszystkimi naukowymi teoriami, to również powieść o zwykłej rodzinie, o relacjach matka-syn, ojciec-syn, żona-teściowe, pracodawca-podwładni. To również o tym, jak paskudne bywa środowisko sąsiadów i jak w obliczu tragedii przyjaciele przestają być przyjaciółmi.

I jeszcze na koniec słowo o okładce. Przerażająca wydawała mi się na początku, a trakcie czytania lektury to uczucie się pogłębiło. Jak niewiele trzeba, aby nasze życie w jednej chwili zmieniło się o 180 stopni, aby zniknęła osoba najbliższa naszemu sercu…


Świat neurobiologii, neurofilozofii, codzienności… Kto ma ochotę?

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak


sobota, 18 lipca 2015

„Epoka hipokryzji” Kamil Janicki

Wydawnictwo: Ciekawostki Historyczne.pl / Znak Horyzont
data wydania: 13.05.2015r.
oprawa: twarda
liczba stron: 480






Niektórym ludziom każdej epoki wdaje się, że są odkrywcami, pionierami, bez znaczenia w jakiej dziedzinie. Natomiast jeśli chodzi o tajemnice alkowy, to każdy chciałby tu mieć tytuł odkrywcy. W rzeczywistości stan świadomości i umiejętności człowieka z XXI wieku niczym nie różni się od tego, co wiedzieli starożytni Grecy, Rzymianie czy Aztecy. Ludzie żyjący ponad 2 tysiące lat temu nie potrzebowali podręczników do wychowania w rodzinie, Kamasutry, aby „dopasować jeden element układanki do drugiego. (...), ani zabawki erotyczne, ani taka czy inna pozycja nie miały nigdy swoich <wynalazców>. Nie da się ujmować naturalnych instynktów i wrodzonych potrzeb w ramy historii. Jeśli coś odkrywano na przestrzeni stuleci, to przede wszystkim nowe sposoby mówienia lub milczenia o seksie”. [s. 27] Koniec wieku XIX to przełom niemal w każdej dziedzinie. Elektryczność zaczęła się upowszechniać, odkryto genetykę i teorię ewolucji. Medycyna ruszyła do przodu za sprawą wielu eksperymentów i badań. Powstawały atlasy anatomiczne, promienie Roentgena pozwoliły spojrzeć w głąb człowieka. Uczeni mogli zatem wziąć życie erotyczne pod mikroskop. Dla wyzwolonej i odradzającej się Polski był to temat rzeka. Jak się okazuje przedwojenna Ojczyzna nie była krajem kulturalnych dam i idealnych dżentelmenów. Pokes międzywojenny przez samych publicystów określany był "epoką burzy i naporu" - okresem "unikalnego w naszych dziejach, nieskrępowanego chaosu i wyzwolenia obyczajów". [s.40] Książka pana Kamila ma na celu przypomnieć właśnie ten burzliwy okres. 

Jak sam autor pisze: Ta książka to tylko próba przedstawienia pewnego zarysu rzeczywistości - innej wizji II Rzeczypospolitej niż ta znana z podręczników. Odważniejszej, miejscami niewygodnej lub wstydliwej, ale autentycznie bliskiej ludziom żyjącym osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat temu”. [s.415] „Dorosłe zabawy gimnazjalistów”, „Zgubna plaga samogwałtu”, „Zabawki erotyczne”, „Nowe oblicze zdrady małżeńskiej”, „Kult ciała czy pornografia?”, „Erotyka w filmie i na scenie”, „Pozycje dla początkujących i zaawansowanych”, „Początki kobiecej antykoncepcji” - to tylko niektóre podtytuły rozdziałów. Jak widać temat bardzo szeroki i co może dziwić, bardzo rzetelnie udokumentowany przez ówczesnych lekarzy, psychiatrów, dziennikarzy czy pisarzy. Autor korzystał z licznych źródeł, miał dostęp do opracowań ankiet, sięgnął do wspomnień, opowiadań, broszur, przedwojennej prasy erotycznej. Nie jest to zatem książka o seksuologii, lecz o podejściu do spraw łóżkowych przeciętnego Polak i Polki, o ich fantazjach, opiniach i poglądach. 

Nie sposób streścić tu wszystkich "ciekawostek". Nie ma tu przecież żadnej fabuły, akcja nigdzie nie goni, a wszystko czyta się z wypiekami na twarzy. I nie chodzi tu przede wszystkim o tematykę, ale raczej sposób ujęcia i fakt, że w dobie przedinternetowej wiedza na temat strefy intymnej była taka sama jak dziś. Najbardziej podobał mi się, a raczej zszokował mnie, rozdział o zapobieganiu ciąży i o drastycznych metodach testowania ich na kobietach. Okrutne i bolesne były co niektóre, ale chętnych nie brakowało. Dziś trudno sobie to wyobrazić, a sam opis wzbudza nieprzyjemne dreszcze. To zupełnie inna książka od wcześniejszych publikacji pana Kamila. Wcześniej autor skupiał się na konkretnych kobietach, damach, królowych, czy kobietach upadłych. Opisywał ich barwne i pikantne życie. Tutaj również mamy rzecz o kobietach, ale takich z krwi i kości, rzecz o ich pragnieniach, żądzach, rolach, jakie musiały spełnić jako żony i kochanki. Dużo miejsca poświęca autor również mężczyznom. Przezabawny był rozdział o regułach nocy poślubnej czy o tym, jak powinien zachowywać się mężczyzna w łóżku. 

Polecam gorąco. Wiedzy na temat tajemnic alkowy z pewnością nie poszerzy, ale pewne ciekawostki warto znać.

fragment książki na Ciekawostki Historyczne.pl