poniedziałek, 30 marca 2015

„Cierpliwy snajper” Arturo Pérez-Reverte

Wydawnictwo: Znak
data wydania:  16.02.2015r.
tłumaczenie: Joanna Karasek
tytuł oryginału: El francotirador paciente 
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 320 






„Graffiti to jedyna żywa sztuka (...). Dziś, z Internetem, kilka kresek zrobionych sprejem może się stać światową ikoną w trzy godziny od chwili, kiedy zostało sfotografowane na przedmieściach Los Angeles albo Nairobi... Graffiti jest najuczciwszym dziełem sztuki, bo ten, kto je tworzy, nie odnosi z niego korzyści. Graffiti nie poddaje się perwersji rynku. Jest aspołecznym strzałem uderzającym w sam szpik. I choć później artysta może się sprzedać, dzieło zrobione na ulicy tam zostaje i nigdy się nie sprzedaje. Można je zniszczyć, ale nie sprzedać”. [s.251]

Te słowa pojawiają się pod koniec powieści, ale już od samego początku autor stawia pytania. Czy sztuka musi być użyteczna? Czy w ogóle można oswoić sztukę uliczną? Czy manipuluje ona widzami? Czy może ona stać się pełnoprawną formą sztuki? Czy jest po prostu aktem wandalizmu?

Przenosimy się zatem w zamknięty, nocny i nielegalny świat graficiarzy, ulicznych writerów, którzy pod osłoną nocy zostawiają po sobie ślady. Wśród nich wyróżnia się jeden. Pojawiał się mrocznych zakamarkach Madrytu, Lizbony i Nepolu. Po wykonanej pracy, zniknął w ciemności ulicy, z twarzą ukrytą pod kapturem, zwinny jak cień. Lubi swój styl życia. Mroki miasta. Zapach namalowanych tagów, które pachniały świeżą farbą. Pojawiał się z ciemnością i pozostawiał przesłanie, które potem w świetle dnia, wszyscy mogą zobaczyć. 

Pracował zawsze zasłonięty kapturem albo kominiarką. Zaczynał od zwykłych napisów pisanych grubymi literami, które przekształcały się potem w pismo robiące duże wrażenie estetyczne. Następnie pojawiały się rysunki, hasła, zdania, które nabierały znaczenia. W końcu na ścianach murów, wagonach metra, murach kościołów i innych zabytków powstawały większe obrazy. W jego postaciach zawsze pojawiały się śmiałe, pełne poczucia humoru, oryginalne aluzje do słynnych klasyków: czaszka Giocondy w estetyce punk, Święta Rodzina z twarzami kościotrupów i prosiaczkiem zamiast Dzieciątka albo Marlin Warhola, z czaszkami zamiast oczu. Wszystko to miało dziwaczny, dwuznaczny i dość złowieszczy wygląd. Wszystkie produkcje podpisywał: czarne tło, a na nim maleńkie kółeczko snajpera na wierzchu. Dlatego otrzymał przydomek Snajper (Sniper). Ten tajemniczy guru grafficiarzy był zawsze poza zasięgiem policji. Gdyby nadano mu twarz i nazwisko, wszyscy byliby rozczarowani. Każdy mógł sobie go wyobrazić według własnego upodobania. A ci, którzy pomagali mu w zachowaniu tajemnicy, czuli się jej częścią... Sniper stał się legendą, a writerzy takich legend potrzebują. 

Ten świat oglądamy oczami pięknej Lex. Próbuje ona dotrzeć do Snipera, by złożyć mu propozycję nie do odrzucenia. Pracuje ona na zlecenie pewnego bogatego producenta, który zamierza stworzyć ekskluzywny katalog dzieł genialnego grafficiarza, a następnie wystawić jego produkcje w Museum of Modern Art w Nowym Jorku oraz oczywiście zapewnić mu ogromne pieniądze. Sama Lex na co dzień zajmuje się wyszukiwaniem obiecujących książek bądź artystów. Zatem takie zadanie nie jest dla niej nowością. Zna się po prostu na rzeczy. A poza tym pisała kiedyś pracę właśnie na temat sztuki miejskiej.

Lex przemierza za Sniperem mroczne ulice i jest świadkiem jego spektakularnych akcji. Dzień D, godzina G. Misja: masowy bombing. Takie zawołanie pojawiło się w Internecie i były oczywiście czytelne tylko dla wtajemniczonych. Chodziło o bombing miasta Werony, czyli pozostawienie w wielu miejscach znaków pobytu grafficiarzy. To właśnie do Werony, 14 lutego, przybyli grafficiarze z całego świata i na murach, kościołach, pomnikach, kolumnach pozostawiali czerwone wyzywające serca. I jedno największe, trójwymiarowe namalowane przez samego Snipera z podpisem - Rzygam na wasze plugawe serce. Specjalistą od właśnie takich akcji był Sniper. Ogłaszał akcję, która wiązała się najczęściej z niebezpieczeństwem, ponieważ malowanie w miejscach niedostępnych wiązało z zapachem miejskiej chwały, nielegalnej wolności,  dużą dawką adrenaliny oraz anonimową sławą, ale i też często anonimową śmiercią. Obowiązywał tu specyficzny i twardy kodeks, ale proste reguły, na przykład bombingu: pisz i w nogi. Dość niebezpieczny był też potrójny whole-car, czyli zamalowanie trzech wagonów pociągu lub metra aż po sam dach. Zgodnie z dewizą: Jeśli jest legalne, to nie jest graffiti. Nietrudno się domyślić, że wielu grafficiarzy udział w takich akcjach przypłaciło wiezieniem, a nawet śmiercią. A jeśli wydarzyła się jakaś tragedia, to o prawo do zemsty już bardzo łatwo. 

Pérez-Reverte stworzył niesamowicie realny portret środowiska grafficiarzy. Widać tu ogromny wkład pracy na d książkę. Musiał bowiem poznać przeniknąć do wnętrza psychiki writerów, poznać ich reguły, język, słownictwo, przyzwyczajenia. Z pewnością nie było to proste. Jednocześnie Pérez-Reverte tworzy tu genialnie zarysowaną intrygę, gdzie powoli odkrywa przed czytelnikiem elementy układanki. Czyta się to z wypiekami na twarzy, w morderczym pościgu za Sniperem przemierzamy mroczne zakamarki Werony, Neapolu czy Lizbony. Dawno nie czytałam już książki, która przeniosłaby mnie do innego, obecnego mi świat. Ten odrębna przestrzeń grafficiarzy zafascynował mnie bardzo. Na pewno przechodząc teraz obok jakiegoś graffiti nie przejdę obojętnie. Zresztą wydaje mi się, że dawno minęły już czasy, w których graffiti kojarzyło się jedynie z bezmyślnym wandalizmem i krzywymi literami. I to po części jest odpowiedź na jedno z pytań zadanych na początku. Polecam gorąco. 




 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak
wyzwanie czytelnicze 2015 - ma smutne zakończenie 

niedziela, 8 marca 2015

„Moriarty” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 03.03.2015r. 
przekład: Maciej Szymański
tytuł oryginału: Moriarty
oprawa: twarda  z obwolutą
liczba stron:288






Można zaryzykować stwierdzenie, że profesor Moriarty jest tym dla literatury kryminalnej, czym Hamlet dla tragedii. Ikona genialnego przestępcy, ta fikcyjna postać pojawia się w twórczości Arthura Conana Doyle'a. Napoleon zbrodni - tak nazywa go dr Watson. Moriarty to profesor, wybitny matematyk i geniusz zła. W opowiadaniach o Sherlocku Holmesie owiany był zawsze nutką tajemniczości, szczegółowe informacje o nim pojawiają się nielicznie w różnych utworach. Wyrobił sobie jednak pozycję - najgroźniejszego wroga Holmesa. Natomiast późniejszy jego wizerunek wykreowały został w dużej mierze ekranizacje. Moriarty odgrywa ważną rolę w serialu Sherlock oraz pojawia się także w Elementary.

Moriarty (serial) - źródło

Do starcia między Sherlockiem a profesorem Moriartym dochodzi w Szwajcarii, nad wodospadem Reichenbach. Woda, która spada efektownym strumieniem w trzystustopową rozpadlinę była romantyczną scenerią uwiecznianą przez wielu pisarzy i malarzy. Miejsce wydaje się posiadać nadnaturalną moc. Tutaj ma się wrażenie końca świata. Ściany skalne, wśród których zamknięta jest dzika kaskada to nieprzystępne i ponure miejsce. Doskonałe jednak, aby dokonać zbrodni. I to zbrodni wszech czasów. To właśnie w tym nurcie przepadli Sherlock Holmes i James Moriarty. To wiemy z opowiadania  „Ostania zagadka”. Anthony Horowitz uczynił z tego wątku motyw przewodni w swojej nowej książce. Po raz drugi, po „Domu jedwabnym”, Horowitz podjął się nietypowego wyzwania. Wskrzesił Sherlocka Holmesa. Tyle, że akurat tutaj, to wskrzeszenie jest krótkotrwałe, gdyż Sherlock Holmes nie żyje i tak zaczyna się ta historia. 

źródło

Bohaterowie powieści „Moriarty” to dwaj oficerowie śledczy: Jones i Chase. Athelney Jones jest inspektorem Scotland Yardu oraz wiernym  naśladowcą Holmesa, nawet Holmes i Jones brzmią podobnie. Swoje życie zawodowe spędził udoskonalając metody mistrza dedukcji. Frederick Chase jest strasznym śledczym w Agencji Detektywistycznej Pinkertona w Nowym Yorku. Spotykają się oni w krypcie pewnego kościoła, w maleńkiej szwajcarskiej wiosce, zgubionej wśród gór. Tu rozpoczyna się wyścig z czasem, aby powstrzymać brutalny gang Clarence’ a Devereuxa. Przenosimy się do XIX-wiecznego Londynu. Zaczynają ginąć ludzie, którzy mogli mieć coś wspólnego z wydarzeniami przy wodospadzie Reichenbach.

Ryzykownego zadania podjął się pan Horowitz – powieść o Sherlocku bez Sherlocka.  Nie mniej jednak czuć jego obecność, a autor potrafi misternie budować napięcie. Bowiem dobra powieść kryminalna powinna trzymać czytelnika w niepewności i wodzić go za nos. Muszą pojawić się też momenty zatrzymania akcji, gdzie, na przykład, przesłuchiwani są ewentualni świadkowie zbrodni. To Horowitzowi udało się doskonale. Każda pojawiająca się tutaj postać, jest potencjalnym podejrzanym i ma swoje powody, aby dokonać zbrodni. Spirala motywów się zapętla. Tropy się mylą. Do końca nie wiadomo, kto jest sprawcą, a kto ofiarą. Fabuła gna tu niewiarygodnie szybko, trochę może za szybko, jak na kryminał. Natomiast zakończenie jest jednym z najbardziej tragiczniejszych finałów książkowych. I w żaden sposób nie można było się go domyślić. „Wszyscy kłamią” – tak często powtarzał jeden z najsłynniejszych serialowych lekarzy dr House. Pasuje ono idealnie do tej zagadki. 

Jeszcze tylko słowo o wydaniu. Okładka wieńczy tu dzieło. Prosta, wymowna i  adekwatna to treści. Bowiem w nurtach krystalicznych wód wodospadu Reichenbach skończyła się pewna epoka, a może się na nowo zaczęła lub niebawem się odrodzi. Polecam!



 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.
 wyzwanie czytelnicze 2015 - więcej niż 215 stron