środa, 20 maja 2015

„Dziewczyny z Syberii” Anna Herbich

Wydawnictwo: Znak
data wydania: 11 maja 2015r.
seria: Prawdziwe historie
oprawa: twarda
liczba stron: 320






„To dowód na to, że kobiety wcale nie są płcią słabą. Są silniejsze, bardziej wytrwałe do mężczyzn. (...) każdego dnia z zaciśniętymi zębami toczyły walkę o przetrwanie. Swoje, swoich dzieci, mężów, rodziców. Wiele z nich tę walkę wygrało. Nie było takich przeciwności i  przeszkód, których nie mogły pokonać. Nic, ale to nic nie było w stanie nas złamać”. Tak mówi jedna z bohaterek, jedna z setek, tysięcy, milionów... Oficjalnych statystyk nie ma. Nie ma raportów stwierdzających ile przeżyło, ile zmarło, a ile zaginęło. Ta książka to świadectwo tych, które przeżyły, ale czy można stwierdzić, że im się udało?

Garcowanie chwastów z szosy po obu stronach rowu. Norma: czterdzieści pięć metrów. A żar lał się z nieba. Albo pobudka w środku nocy, gdy było jeszcze ciemno. Potem jedynie zupa "plujka" i naparstek oleju do wypicia. A następnie praca przy rozładowywaniu węgla. Noszenie stukilogramowych worków. Najgorszy był jednak głód. Dziś nie do wyrażenia, dla nas mieszkających w tej szerokości geograficznej. Choroby. Szkorbut. Pęcherze na nogach i rękach. Wysypki. Osłabienie. Dzielnie celi z wieloma kobietami, z reguły kryminalistkami, które w nocy okradały z odzieży. Tak wyglądała codzienność w łagrach. Na tej "nieludzkiej ziemi" mijały kolejne dnie i miesiące, wypełnione codzienną walką o przetrwanie.  

Paradoksalnie rok 1945 - rok zakończenia II wojny światowej był dla więźniów z łagrów rokiem klęski. Nie oznaczał zakończenia czy skrócenia wyroku. Raczej gasły wszelkie nadzieje. Nie było nawet do czego wracać. „Gdy stanęłyśmy na brzegu Wisły, zamarłyśmy z przerażenia. W miejscu, gdzie niegdyś znajdowało się wielkie, tętniące życiem miasto, rozciągało się gigantyczne rumowisko. Morze wypalonych ruin po sam horyzont”. [s. 230] 

Anna Herbuch dotarła do 10 bohaterek. Kobiet, które przeszły piekło, ale się nie poddały. Każda z tych historii nadaje się na osobny scenariusz filmowy. Dziesięć opowieści łączy jedno: determinacja. To właśnie ona nie pozwoliła tym kobietom się poddać. Ścierały się w śmiertelnym boju z dziką syberyjską przyrodą, głodem, chorobami i najgorszym wrogiem człowieka – drugim człowiekiem. Pracowały w kołchozach, sowchozach, kopalniach. Na rękach umierali im bliscy. Opowiedziały tu swoje losy pełne nadziei i heroicznej walki. Czytałam do wszystko z niedowierzaniem. Choć zdawałam sobie sprawę z okrutności systemu sowieckich łagrów. Jednak poznanie z imienia konkretniej kobiety, jej losów przedwojennych, potem zesłania, pracy i momentu powrotu, sprawiło, że obraz każdej „dziewczyny” stanął mi przed oczami.

I na koniec moja osobista dygresja. "Dziewczyny z Syberii" zaczęłam czytać po jakimś ciężkim dniu w pracy, gdzie zostałam niesłusznie upomniana przez dyrektora, potem oszukano mnie w sklepie i jeszcze zgubiłam 50 zł. Fatalny dzień po prostu. Po pierwszych kartkach lektury uświadomiłam sobie, że mam ogromnie szczęście, a cały ten pechowy dzień jest niczym starszym, w porównaniu z tym, co przezywały owe bohaterki. My, żyjąc w ówczesnych czasach, możemy jedynie dziękować Bogu, że żyjemy tu i teraz. Problemami dnia dzisiejszego są dylematy w stylu, "co by tu dziś ugotować na obiad?" albo "w co się ubrać na spotkanie z przyjaciółmi?". Nijak to ma się co codziennych dylematów dziewczyn pracujących na Syberii. Nie te okoliczności, nie ten wymiar zrozumienia. Niech historia tylko nigdy się nie powtórzy!

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

niedziela, 17 maja 2015

„Umarli mają głos” Marek Krajewski, Jerzy Kawecki

Wydawnictwo: Znak
wydanie: 14 maja 2015r.
oprawa: miękka
liczba stron: 304





Marek Krajewski i Jerzy Kawecki. Pisarz i medyk sądowy. Niniejsza książka to owoc spotkań obu panów. Efekt kilkuletniej współpracy, wielogodzinnych rozmów i konsultacji. Podczas tych regularnych spotkań pan Kawecki opowiadał o zbrodniach i o swojej pracy. Przynosił akta zdjęcia, notatki. Cierpliwie i dokładnie relacjonował. Dostarczał tworzywa gotowego do literackiej obróbki. Pan Krajewski opisywał poznane historie w zmienionych (czasowo, przestrzenie i fabularnie) okolicznościach. Wszystko po to, aby nie naruszyć dóbr osobistych ludzi, którzy w bohaterach reportażu mogli rozpoznać siebie, swoich bliskich czy znajomych. Następnie doktor Kawecki uzupełniał i korygował, a pisarz Krajewski czytał ostateczne wersje. W ten sposób powstał niezwykły dokument? reportaż? kryminał?

Hic locus est ubi mors gaudet succurrere vitae - w tym  miejscu zmarli ratują się, bo uczą żywych. To łacińskie powiedzenie często jest wypisywane nad drzwiami, za którymi odbywają się sekcje zwłok. Nie jest też obce doktorowi Kaweckiemu. Rozumie on bowiem mowę umarłych, a „opowiadane” przez nich historie są nie tylko fascynujące, ale i pouczające. Zadaniem medyka sądowego jest „wysłuchać” mowy zmarłych i opowiedzieć to, co się wydarzyło, by rodzina mogła przeżyć żałobę, by dowiedziała się prawdy. 

Poznajemy 12 tragicznych zdarzeń, między innymi zabójstwo, gwałt, samobójstwo. Opisane są tu też szczegółowo obrażenia zwłok będące ich skutkiem, a następie sposób postępowanie doktora Kaweckiego, poszczególne etapy jego pracy przy stole sekcyjnym, dochodzenie do prawdy. Ta prawie jak oglądanie dobrego serialu kryminalnego. Tylko z tą różnicą, że opisane historie wydarzyły się naprawdę. I to jest najbardziej przerażające. Oglądając jakieś amerykańskie kryminały mamy tę świadomość, że to nas nie dotyczy, że wydarzyło się gdzieś daleko i na potrzeby komercyjne wyobraźnia twórców takich seriali może przekraczać wszelkie granice brutalności. Czytając te historie takiej świadomości nie mamy. Bowiem wszystko to się zdarzyło. Zginął człowiek, miał obrażenia na ciele pozostawione przez sprawcę, a miejsce tych zbrodni jest tuż tuż. Zdaję sobie sprawę, że pan Krajewski pozmieniał przestrzenne okoliczności, ale czytając o zabójstwach koło Jeleniej Góry, krew mroziła mi się w żyłach.

Trudno mi ją zatem ocenić, trudno ją nawet sklasyfikować. Nie jest to typowy kryminał, nie jest to typowy reportaż, raczej są to reportaże kryminalne. Ocenić ją jeszcze trudniej. Z pewnością pomysł na książkę bardzo trafiony. Bardzo lubię ludzi, którzy potrafią dzielić się swoją pasją, czy pracą. A do nich na pewno należą dwaj panowie K.  

Książka pozostanie mi na długo w pamięci. Mój mózg zarejestrował wszystkie wstrząsające zbrodnie. Krwawe historie współczesnej Polski, opowiedziane w sposób bardzo naturalistyczny, dosadny, ze szczegółami i z pisarskim polotem. Polecam 10/10.  


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

czwartek, 7 maja 2015

„Madeline w Paryżu” Ludwig Bemelmans

Wydanie: Znak emotikon
data wydania: 7 maja 2015r.
tłumaczenie: Małgorzata Pietrzyk
tytuł oryginału: A Madeline Treasury
oprawa: twarda
liczba stron: 320





„W Paryżu, w pewnym starym domu, który był porośnięty dzikim winem, ustawiało się co rano w dwa rzędy dwanaście małych dziewczynek. Wychodziły o wpół do dziesiątej w deszcz lub słoneczny dzień. Najmniejsza z nich miała na imię Madeline. I w sumie nie wiadomo dlaczego, ale od razu odczuwa się tu więź z dwunastoma dziewczynkami w płaskich kapeluszach marynarskich i identycznych płaszczykach, prowadzonych przez zakonnicę w dwóch równych rzędach przez Place de la Concorde albo obok Katedry Notre Dame. 

Dziewczynki różnią się od siebie tylko fryzurami, nie poznajemy ich imion. Natomiast wiele możemy powiedzieć o najmłodszej z nich. Madeline jest całkowicie pozbawiona lęku, pewna siebie, drobnej postury, lecz pełna werwy. Nie boi się myszy, lodu ani balansowania na krawędzi kamiennego mostu. Uwielbiają ją pozostałe lokatorki szkoły z internatem. Dziewczynki maszerują przez całe życie w dwóch równych rzędach, co stanowi oazę bezpieczeństwa i prostoty. Wszystko przebiega tu zgodnie z rytuałem zwykłych czynności, mycie zębów, śniadanie, spacer, wieczorne słanie łóżek.

W książce znajdziemy sześć historyjek: Madeline, Na ratunek Madeline, Madeline i gagatek, Madeline i Cyganie, Madleine w Londynie, Wigilia Madeline.Urzekające są tu ilustracje. Jak pisze we wstępie Anna Quindlen: Bogato ilustrowane książki są wspaniale, lecz często przerastają małego czytelnika. Trafne słowa, niektóre publikacje dla najmłodszych są zbyt kolorowe lub znajduje się tam wiele elementów. Madeline jest inna. Prostota rysunków jest jednak zbyt pozorna. Bystry czytelnik dostrzeże się przemycone perełki. Dziewczynki przechodzą obok kobiety karmiącej konia, a w tle – Opera, żandarm ściga złodzieja na Place Vendôme, dziewczynki zmokły przy Katedrze Notre Dame, mijały mężczyznę karmiącego ptaki w Ogrodach Tuileries z widokiem na Luwr.

Żywe i proste ilustracje zatem wieńczą tu dzieło. Urocze jest tu wszystko. Począwszy od niesfornej Madeline, przez zajmującą akcję, a skończywszy na rytmiczności strof. Prosty, jasny przekaz. W tym dziecięcym świecie bezpieczeństwo nierozerwalnie łączy się z przygodą, złe zachowanie z konformizmem, a niezależność z silną więzią. Cóż więcej potrzeba dziecku? Życzę zatem wszystkim dzieciom, aby codziennie zasypiały po dniu pełnym wrażeń, z takim poczuciem bezpieczeństwa jak to bywało w szkole Madleine, słysząc jedynie: „Dobranoc, dziewczynki, śpijcie już. Kończy się dzień. Dzięki Bogu, jesteście zdrowe. A teraz gasimy światło i zamykamy drzwi. Polecam gorąco!

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak