poniedziałek, 24 sierpnia 2015

„Nawałnica mieczy: Krew i złoto” George R.R. Martin

Wydanie: Zysk i S-ka
wydanie:  7 kwietnia 2014
cykl: Pieśń Lodu i Ognia (tom 3.2)
tytuł oryginału: A Storm of Swords, vol. II: Blood and Gold
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
oprawa: miękka
liczba stron: 636




„Pamiętaj o tym, (...) gdy sama przyłączysz się do gry.
-Jakiej… jakiej gry?
-Jedynej. Gry o tron. [s. 264]

Istotnie, gra jedyna, ale uczestników wielu, a chętnych po przyłączenia się również nie brakuje.

„Nawałnica mieczy: Krew i złoto” to druga część trzeciego tomu. W pierwszej części działo się stosunkowo niewiele, akcja zwalniała tempo, a fabuła skupiała się na rozterkach miłosnych i planach ślubnych kilku bohaterów. Postacie zmagały się ze śniegiem i mrozem, bądź zaczynały kuć stal potrzebną na miecze. W drugiej części mamy zdecydowane zwroty akcji, nieoczekiwane rozwiązania wątków, zdrady, bitwy, pojedynki, morderstwa przesiąknięte krwią i chęcią zdobycia złota. Dlatego nie bez przyczyny podtytuł brzmi: „Krew i złoto”.

Nie ma sensu streszczać tu fabuły. Mamy bowiem tu wszystko, co może urzekać w powieściach. Po pierwsze - rozbudowany świat, niezwykle oryginalny i spójny, dopieszczony w każdym szczególe. Krainy za Wąskim Morzem, siedem królestw, ogromne cywilizowane tereny, bardzo zróżnicowane i zaludnione, oddzielone wielkim Murem na północy, za którym kryją się dzicy i Inni. Wszystko to dzieje się w średniowiecznych klimatach, okraszonych sporą dawką baśniowości, magii oraz nadnaturalnych mocy. Chylę czoła przed Martinem za tak spójnie wykreowane światy, można te wszystkie krainy ułożyć w krwawe puzzle. Mieszają tu się różne kultury, różne wierzenia. Zróżnicowane społeczności mają odrębne prawa, zwyczaje. Zachwycać mogą miasta takiej jak: Astapor czy Wolne Miasto Braavos.

Po drugie – postacie z krwi i kości, postacie, które dorastają, które zmieniają poglądy. Możemy obserwować jak nasi bohaterowie się zmieniają. Pojawiają się nowe twarze, a pierwszoplanowe odchodzą. Martin nie ma bowiem litości dla swoich „wykreowanych dzieci”. Ludzie żyją tu zwykle krótko i intensywnie. Niektórzy kończą tragicznie, a nie rzadko muszą dokonywać takich wyborów jak bohaterowie greckich tragedii. Narracja prowadzona z wielu perspektywy, daje możliwość poznania „wnętrza” Tyriona, Jaimego, Daenerys, Joana, Sansy czy Ayrii. Wszyscy płacą też cenę za swoje wybory i właściwie wszyscy idą z rzeczywistością na mniejsze czy większe kompromisy, tracąc niewinność (czasem życie) w miarę, jak zanurzają się coraz głębiej i zachłanniej w wielką grę królów. Możemy też śledzić jak zmienne mogą być oceny samego siebie dokonane w różnych, odmiennych warunkach.

Po trzecie – wielowątkowość. Przy tak wielkiej różnorodności postaci i wątków, sztuką jest utrzymanie fabuły w ryzach. Martinowi to się udało. Wszystko jest spójnie i logiczne. Dlatego należy czytać cykl od pierwszego tomu, nie wyobrażam sobie zaczynanie od trzeciego.

Powieść Martina jest zdecydowanie przeznaczona dla dorosłych, dojrzałych czytelników. Chociaż przy skali popularność cyklu, jak i komercyjnej ekranizacji, śmiem wątpić w to, że czytają ją jedynie dorośli. Nie jest to opowieść o uroczym domatorze, który wyrusza w daleką podróż, żeby odkryć tajemnicę swojego pochodzenia, spotkać czarodzieja, który wprowadzi go w arkana sprawowana władzy, a przy okazji ocali kilka istnień. Cały cykl ma posmak mrocznej, brutalnej i sekretnej historii, której nie znajdziemy na kartach podręczników czy w kronikach opisujących bitwy. Daleko tu również do pruderii czy subtelności, choćby w sferze erotycznej, tutaj miłość i pożądanie bywa potężną i często destrukcyjną siłą.


Cóż można dodać więcej. Jedynie można przyłączyć się do gry. 

sobota, 15 sierpnia 2015

„Pół świata” Joe Abercrombie

 Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 11.08.2015r.
tłumaczenie: Agnieszka Jacewic 
tytuł oryginału: Half the World
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 452





„Zawsze wydawał się jej dziwny. Mężczyzna w roli ministra był niemal taką samą rzadkością jak kobieta na placu ćwiczeń. Miał zaledwie kilka lat więcej niż ona, ale z oczu patrzyło mu doświadczenie starca. Jak gdyby nie jedno w życiu widział.  Ludzie mówili o nim dziwne rzeczy. Że zasiadał na Czarnym Tronie, ale się go wyrzekł. Że złożył straszną przysięgę. Że zabił swojego stryja Odema zakrwawionym mieczem, który zawsze przy sobie nosił”. [s.32] To Yarvi. Bohater pierwszej części trylogii "Morze Drzazg" "Pół króla". Z tą różnicą, że Yarvi jest tu ministrem i postacią drugoplanową. 

Bowiem Abercrombie wprowadza nowych bohaterów. Zadra to młoda dziewczyna, która chce pomścić pamięć ukochanego ojca. Dlatego stroni do zajęć typowych dla dziewcząt. Zasady dworskiej etykiety są jej obce. Jest jak burza i ciągle w ruchu. Matka Wojna naznaczyła dziewczynę i dała jej do ręki miecz. Zadra uwielbia walczyć i marzy o tym, aby spotkać zabójcę ojca.

Natomiast Brand to dość wrażliwy chłopiec, po śmierci rodziców mieszka jedynie z siostrą. Marzy o wielkich wyprawach i zdobyczach. Jednak ciągle pamięta słowa matki, która mówiła, aby w życiu czyni jedynie dobro. Zadrę i Branda połączy wkrótce los i oboje wyruszą przez pół świata i staną się pionkami w rozgrywkach politycznych wyższego szczebla. Ojciec (minister) Yarvi płynie „Wiatrem Południa”, aby pozyskać sojuszników w walce z Najwyższym Królem. Zadra i Brand, jak i cała reszta załogi, szybko się przekonują, że morskie życie różni się od tego opiewanego w pieśniach o herosach. Tutaj trzeba stawić czoła wszelkim przeciwnością losu, ale i również nie narazić się na gniew bogów.

Zaskoczyła mnie ta druga część. Choć fabuła nadal jest dość prosta, bo nie ma tu rozbudowanych wątków, to widać tu dopracowanie warsztatu pisarskiego. Charaktery postaci są różnorodne i dobrze zarysowane. A bohaterowie wzbudzają sympatię. To zasługa również lekkiego pióra autora. Akcja jest wartka, pozbawiona obszernych opisów, z dużą dawką subtelnego humoru. Nastoletni bohaterowie mają pewnie przyciągnąć rzesze rówieśników. Zapewne nie jeden chłopiec marzy o przygodach w stylu pirackim, a nie jedna dziewczyna o tym, aby wyróżniać się i być oryginalną.

Zatem chylę czoła przed autorem, szczególnie za podniesienie poprzeczki. Wiele zaskakujących zwrotów akcji tu się pojawia, charaktery postaci też są dopieszczone, a czyta się szybko i przyjemnie. Czegoż chcieć więcej? Polecam, nie tylko nastoletnim czytelnikom. 


 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


sobota, 8 sierpnia 2015

„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotr Zychowicz


Podtytuł: Czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium
Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 11.08.2015r. przedpremierowo
oprawa: broszurowa klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 472





„Będzie to ponura opowieść o upadku ducha, ludzkiej podłości i destrukcyjnej roli ideologii działających na szkodę własnej ojczyzny”. [s. 197] Tak sam pan Piotr napisał o jednej części swojej książki. Części jest w sumie cztery, ale wszystkie równie ponure i pejoratywnie oceniające ówczesnych polskich polityków. 
Inspiracją do napisania owej książki była inna powieść  Lewa wolna autorstwa Józefa Mackiewicza. To właśnie tu Mackiewicz wysnuł tezę, że rewolucję można było zdławić w zarodku, sił wtedy nie brakowało, zabrakło jednak woli oraz zrozumienia samej istoty rewolucji oraz błędnego rozeznania zagrożenia czyhającego na Polskę. Mackiewicz wchodzi w rolę historyka, który wyjaśnia przyczyny i przebieg wojny polsko-bolszewickiej. Za błędne decyzje wini Naczelnika Państwa-Józefa Piłsudskiego. Autor znał całą sytuację z autopsji, gdyż jako młody chłopak wziął ochotniczo udział w tej wojnie. Obraz wojny, widzianej oczami zwykłych żołnierzy, ma się nijak do pocztówkowego wizerunku ułanów, jaki utkwił w naszej świadomości zbiorowej. W Pakcie Piłsudski-Lenin Zychowicz przychylając się do tezy Mackiewicza i opowiada na pytanie, które pojawia się na kartach Lewej wolnej - Dlaczego Polacy, naród tak rycerski, nie chce nas wyratować do bandy zbójców, którzy opanowali władzę w Rosji? Chodziło oczywiście o Rosję bolszewicką.

Na początku książki pojawia się alternatywna, krótka historia, z gatunku, co by było gdyby Piłsudski podjął inną, odpowiednią decyzję. Ziściłby się scenariusz bardzo imperialistyczny dla Polski, ale możliwy do spełnienia. Na następnych kartach Piotr Zychowicz analizuje wszystkie przyczyny, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej Polacy dwukrotnie - w roku 1919 i 1920 - stanęli przed szansą zadania reżimowi Lenina śmiertelnego ciosu. Piłsudski odegrałby decydującą rolę w dziejach świata. Bowiem to od niego zależało, czy czerwona komunistyczna ideologia przetrwa, czy będzie jedynie epizodem w dziejach Europy. 

Jesienią 1919 roku wszystko wskazywało na to, że rewolucja upadnie. Na południu rozpoczęła się ofensywa białego generała Denikina, który na czele swoich oddziałów zajmował kolejne miasta Rosji. Na północy walczyły wojska Judenicza, a na Syberii Kołczaka. Do Polski z tajną misją przybył Julian Marchlewski - bezpośredni przedstawiciel wodza rewolucji. Jego celem było nakłonienie Józefa Piłsudskiego do zachowania neutralności w wojnie z białymi. W rezultacie, kiedy niemal wszystkie dywizje bolszewickie zostały zdjęte z frontu polskiego i przerzucone do walki z ofensywą Denikina, kiedy „biały” generał słał do naczelnika państwa listy z prośbą o rozpoczęcie ofensywy, wojska polskie stały i.... czekały. Piłsudski nie chciał bowiem pomagać białym, gdyż uważał ich za większe zło niż czerwoną rewolucję. Jak bardzo się pomylił w swojej ocenie bolszewizmu pokazała wiosna roku 1920, kiedy Lenin zapragnął przenieść płomień rewolucji na zachód po trupie Polski. Pomylił się również w swojej koncepcji polityki federacyjnej (swoją drogą bardzo ambitnej i mocarstwowej). Dobitnie pokazała to polska wyprawa na Ukrainę, w wyniku której żadna Ukraina nie powstała. 

W sierpniu 1920 roku Polacy znów przeleli inicjatywę. Po zwycięskiej bitwie warszawskiej bolszewicy cofnęli się na całej linii. Po zakończeniu ofensywy niemeńskiej we wrześniu 1920 roku armia czerwona na froncie polskim praktycznie przestała istnieć. Na Krymie trwała ofensywa białej armii pod wodzą generała Wrangla (kontynuatora Denkina). Armia polska dysponowała wtedy siłą 900 tys. bagnetów i szabel. I tak, jak przed rokiem, dostała rozkaz wstrzymania ofensywy, a rząd zawarł bolszewikami rozejm zakończony traktatem ryskim. Temu wydarzeniu Piotr Zychowicz poświęca sporo miejsca, nazywając to dosadnie "Hańbą ryską", "czwartym rozbiorem Polski", "Nową Targowicą", "Jałtą '21". To bardzo ostra i dosadna krytyka całej ryskiej delegacji, jej przedstawicieli. Włosy się jeżą na głowie i nóż w kieszeni się otwiera, gdy się czyta, co nasi przedstawiciele tam wyprawiali. „Od zarania dziejów zawsze było bowiem tak, że warunki pokoju zależały od wyników zmagań militarnych. Dyktował je zwycięzca, a nie zwyciężony. Tym razem, po raz pierwszy w dziejach dyplomacji, miało być inaczej”. [s. 229] Mieliśmy wszystko - asami mogliśmy rzucać z rękawa. Wygrana bitwa warszawska, potężna armia polska, wspomagana przez Białorusinów, wojska Wranglera, wysokie morale żołnierzy i świadomość, że bolszewickie wojsko praktycznie nie istnieje, gdyż jest rozrzucane na wielu frontach, a na dodatek nie ma uzbrojenia ani nawet umundurowania. Tymczasem to, co wydarzyło się w Rydze, Zychowicz nazywa upodleniem Polaków. A wszystko przez nacjonalistyczne wizje stworzenia „Polski jedynie dla Polaków”. Nie miała znaczenia granica państwa, nie liczyli się Polacy mieszkający na Rusi i Białorusi. Polscy dyplomacji chcieli wyciąć ten „wrzut”, twierdząc, że nie potrzebne są im mniejszości. A sam Naczelnik Państwa zaczynał „endecieć”, porzucił po prostu swoją federacyjną koncepcję, swoje marzenia. 

Wielka wizja stworzenia państwa w granicach z roku 1772 uległa w gruzach. Zabrakło u nas polityków, którzy byliby temu wierni. Wierni mocarstwu stworzonemu przez naszych przodków. Nie kadłubową „Polską dla Polaków”, małe państewko, a imperialną Rzeczypospolita od morza do morza, w której herbie obok Orła Białego znalazłoby się miejsce dla litewskiej Pogoni i patrona Rusi, Archanioła Michała. Tym samym ojczyzna Mickiewicza, Traugutta i Kościuszki przestała istnieć. Taka Polska pozostała jedynie w powieściach Sienkiewicza. „Mężowie stanu”, którzy podpisali traktat w Rydze, te ziemie traktowali jak „jakieś afrykańskie kolonie, w których cienka polska warstwa <wyzyskiwaczy i kolonizatorów> gnębiła ludy tubylcze”. [s.384] Tymczasem droga na Moskwę stała przed Polakami otworem.

Dostaje się tu nie tylko zresztą Piłsudskiemu. Wincenty Witos i Stanisław Grabski również zbierają cięgi od Piotra Zychowicza. I słusznie. Trudno zrozumieć dlaczego, ci politycy byli tak krótkowzroczni, jak mało przewidywalni, jak egoistyczni. Kierowali się jedynie osobistymi urazami i emocjami. 

Piotr Zychowicz uprzedzając fakty - że pewnie stanie teraz w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę - pisze: „zawsze na poparcie swoich tez przytaczam opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie". [s. 222] I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi ludzi II Rzeczypospolitej, polityków, pisarzy, zwykłych obywateli, jak również pojawiają się tu opinie współczesnych historyków i publicystów. Dużo tu też fragmentów literatury, obszerne cytaty z Lewej wolnej, twórczości Żeromskiego, pamiętników i roczników. Wzbogaca to fakty historyczne, jak i dowodzi słuszności tezy postawionej w książce. 

Piotr Zychowicz stroni jednak od totalnej krytyki Piłsudskiego. Każda postać ma swoje cienie i blaski. Chwile wielkości i chwile słabości. Nie można przecież odmówić Marszałkowi zasług dla Rzeczypospolitej. Stworzenie Legionów, koncepcja federacyjna, przewrót majowy, pakt o nieagresji z III Rzeszą. To jak najbardziej autor docenia. Jednak w rozgrywce z białą i czerwoną Rosją Piłsudski popełnił tragiczną w skutkach pomyłkę. Za bardzo rozpamiętywał zabory, stłumione powstania i carskie represje, nie potrafił przełamać swojej niechęci do Rosji. Nie rozumiał, że wraz z rewolucją bolszewicką wszelkie stare spory i krzywdy powinny pójść na dalszy plan. Wszystko to było konsekwencją krótkowzroczności i lekkomyślności nie tylko jego, ale i większości naszych polityków-doradców.  „Dwukrotnie nie skorzystali oni z szalonej okazji, aby zadusić czerwonego potwora w jego moskiewskim leżu. Pozwolili mu rosnąć i pęcznieć, nie rozumiejąc, że jest tylko kwestią czasu, jak potwór ten pożre również ich”. [s. 420]

Można jedynie mieć nadzieję i życzenie, aby w Polsce było więcej takich historyków jak Piotr Zychowicz. Żeby to oni nadawali ton dyskusji o naszej trudnej przeszłości. Żeby wybili się poza „poprawność polityczną”, a nie byli tylko „badaczami oburzaczami”. Żeby dążyli do ustalenia obiektywnej prawdy i analizowali błędy popełnione w przeszłości. Żeby za wszelką cenę nie starali się udowodnić, że żadne błędy nie zostały popełnione, a wszelkie podjęte decyzje były słuszne i genialne. Żeby potrafili krytyczne analizować nasze dzieje, i wskazywać na popełnione błędy. Żeby mieli odwagę rozprawiać i z naszymi narodowymi mitami. Żeby nie przejawiali kompleksu niższości wobec innych narodów, a jedynie mieli odwagę dążyć do prawdy. 


Jeszcze parę słów o wydaniu, gdyż wieńczy ono tu dzieło. Całość treści uzupełniają liczne mapki, Są one idealnie edytorsko wkomponowane. Czytając, ma się przed oczami linię granic państwa, jak wyrażali to sobie Piłsudski czy Dmowski. Do tego dochodzą liczne zdjęcia z opisywanych wydarzeń, jak fotografie "bohaterów" książki oraz reprodukcje barwnych pocztówek patriotycznych i plakatów propagandowych. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.