czwartek, 29 grudnia 2016

„Złodziejka” Sarah Waters

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 4 sierpnia 2015
tytuł oryginału: The Fingersmith
tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
oprawa: twarda 
liczba stron: 728




„Opowiadam wam o tym wszystkim, żebyście nabrali pojęcia, jakie siły mnie ukształtowały, wpływając na to, kim jestem”. [s. 257] Tak mówi jedna z bohaterek i zarazem narratorek powieści. Wypowiada to, aby usprawiedliwić swoje czyny. Sue Trinder, lat 17, mieszka w Londynie przy Lant Street. To miejsce drobnych złodziei, przestępców i ubóstwa. Dziewczynę wychowują pani Sucksby i pan Ibbs, w domu, przez który przewijają się niechciane dzieci, paserzy i lichwiarze. W domu, w którym, aby uspokoić płaczące dzieci podaje się im krople ginu, a podrobienie dowolnego klucza nie jest niczym skomplikowanym, nawet dla kilkunastoletnich chłopców. Richard Rivers, drobny fałszerz i uwodziciel, bywa częstym gościem w tym domu. Richard vel Gentleman ma plan. Plan, który pozwoliłby domownikom na wzbogacenie się i w końcu przyzwoite życie.  

Tymczasem nieopodal Londynu, dziedziczka fortuny, Maud Lilly, lat 17, mieszka w ogromnej, ciemnej rezydencji. Ogromna posiadłość pozornie wydaje się bezpiecznym miejscem. Bramy chronią dom przed drobnymi złodziejaszkami i oszustami. Poza tym służba czyni wszystko, aby domownikom niczego nie zabrakło. Okazuje się, że wuj Maud, kolekcjoner i miłośnik książek, ma dość specyficzne hobby. Zbiera bowiem literaturę tylko jednego rodzaju, a siostrzenica potrzebna jest mu do czytania i przepisywania sprośnych tekstów.  

Pewnego dnia losy obu dziewcząt łączą się. Jednak plan uknuty przez Richarda okazuje się tragiczny w skutkach. I tu należą się pochwały dla autorki. Cała historia rzeczywiście jest zaskakująca. Narrację prowadzi najpierw Sue, a następnie Maud. Opowiadają o tych samych zdarzeniach, ale z różnych perspektyw. Nie ma sensu zdradzać tu reszty fabuły, gdyż wtedy nie byłoby żadnego zaskoczenia dla czytelnika. Choć dalsze relacje pomiędzy paniami są raczej przewidywalne. Natomiast wiktoriański Londyn jest przedstawiony w dość doby sposób. Szary, ponury i brutalny świat dziewiętnastowiecznego społeczeństwa. Mroczny, ponury klimat daleki jest do opisów wyidealizowanych i ckliwych romansów. Nie brakuje tu emocji i obie bohaterki nie mają oporów przed wyrażaniem swoich uczuć. Tyle o plusach, bo niestety są i minusy.

Przede wszystkim zakończenie, tutaj bardzo melodramatyczne i nie psujące do całości. Mnie się nie podobało, za dużo było „achów” oraz „ochów”. Do tego stopnia, że zaważyło to na mojej ocenie książki. Myślałam, że będzie to swoista „perełka” wśród literatury tego typu, a niestety stała się po prostu zwykłym czytadłem. Jedynie co mnie teraz kusi to ekranizacja, gdyż twórcy filmu zdecydowali się przenieść akcję do Korei i zmienić tytuł na „Służąca”. Może być ciekawie. 



sobota, 24 grudnia 2016

„Oto zwiastuję Wam radość wielką....



Czasem może się wydawać, że nic nas już nie zaskoczy, że koleje losu potoczyły się dla nas niczym wyrocznia albo że wszystkiego już doświadczyliśmy. 
Nic bardziej mylnego...

Radujmy się, zamiast smucić! Nic nie jest bez znaczenia, nic nie dzieje się tylko przez przypadek! Boże Narodzenie to czas zmian, cudów i nadziei, ale jeden jest warunek: nie zabijajcie w sobie radości i potrzeby dzielenia się miłością.

Boże Narodzenie to czas cudów! 
Zatem życzę Wszystkim, wiary, miłości i odwagi, aby każdego dnia umieć odnajdywać w sobie cuda; aby nie bać się podążać za własnymi potrzebami i marzeniami, każdy jest bowiem powołany do SZCZĘŚCIA.


* * *


„I rzekł do nich anioł: Nie bójcie się! Oto zwiastuję Wam radość wielką,
która będzie udziałem całego narodu:
dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel,
którym jest Mesjasz, Pan.”   Łk 2,10-11


 Andrea Mantegna, Pokłon pasterzy, 1451, Nowy Jork, Metropolitan Museum of Art. 

Stajenka Mantegni to mnóstwo skał z wyraźnie uwydatnionymi  warstwami i jakaś dziwaczna rudera, której sekundują drzewa owocowe. Urzekająca surowość - żadnych kolumn, reliefów czy innych fikuśnych detali architektonicznych. Atmosfera stricte baśniowa, nawet pejzaż, choć niby włoski, odrealniony księżycowo. Czuje się przenikającą w dziele transcendencję i - oczywiście - głębokie Sacrum. Pan się narodził. Ave! Alleluja!”*

*W. Łysiaka z  Do Rzeczy  nr 51-52/2014


piątek, 23 grudnia 2016

„Bajki dla małych i dużych” tom 2 Waldemar Łysiak

Wydawnictwo: Nobilis
rok wydania: 2015
format: 165 x 235mm
okładka: twarda
ilość stron: 170









Bajki dla małych i dużych. Nic bardziej mylnego. Te bajki z pewnością nie są dla małych dzieci, toteż tytuł niech nie zwiedzie czytelników. Dla znawców twórczości Waldemara Łysiaka nie jest to zaskoczenie, jednakże w księgarniach owa książka leży na półkach z literaturą dziecięcą. Zatem trzeba się mieć na baczności wybierając książkę dla dzieci. Mimo osobistej dedykacji (książka zadedykowana wnukom autora), fabuły o zwierzętach, dużej czcionki i licznych ilustracji, mały czytelnik mógłby do końca nie zrozumieć przesłania. Tak jak w pierwszej części, pełno tu aluzji i dygresji do innych utworów, mitów, legend i baśni. 

Pierwsza historia to opowieść o pewnym chłopcu Janku, który chciał zostać zoologiem. Fascynowały go jednak zwierzęta rzadko spotykane, niezwyczajne, dziwaczne, czasami nawet bajkowe, czyli takie, które wyginęły lub występują tylko w opowieściach. I tak od Pegaza, przez Sfinksa, Gryfa, Centaura, Bazyliszka, po wszelkie rodzaje Smoków, Wężów Morskich i Syren, nie pomijając Jednorożców  i Wilkołaków Łysiak przedstawia czytelnikom różnice w wyglądzie, pochodzeniu, umiejętnościach, no i oczywiście trybie życia danych osobników. I jak na Łysiaka przystało fabuła jest tylko pretekstem do wyrażenia pewnych opinii o otaczającej rzeczywistości. Dostaje się tu oczywiście kobietom, np. przy okazji teorii na temat wygięcia smoków: „Smoki najbardziej lubią spożywać dziewice. Niejedno miasteczko w dawnych czasach zapewniało sobie święty spokój, regularnie dostarczając dziewice do konsumpcji Smokwi mieszkającemu nieopodal grodu - mówią o tym podania ludowe wszystkich prawie ludów Ziemi. Gdy więc wskutek rewolucji obyczajowej liczba dziewic zaczęła się gwałtownie obniżać, Smoki zaczęły głodować, słabnąć i padać łupem rycerzy przez utratę możliwości miotania ognia, a dzisiaj już właściwie wyginęły niczym mamuty i dinozaury; mówiąc krótko: problem wyzerowano” albo „Jeżeli pani Pegazica przestawała lubić pana Pegaza, obdarzając sympatią pana Jednorożca - rodzi się mały Jednopegarożec, posiadający i skrzydła, i alikornowy kolec-róg”. Takich „smaczków” jest oczywiście więcej. 

Druga opowieść jest o przygodach Bociana Patafiana i ma już bardziej rozbudowaną fabułę. Bociek chce odnaleźć trzy chytre Lisy, które podkradają kury z domostwa, w którym ma swoje gniazdo. Wina spada na Patafiana, dlatego wyrusza on w drogę, aby dać nauczkę chytrym i przebiegłym Lisom. W całej misji pomagają mu różne zwierzęta, „wyjęte” z różnych bajek, legend i podań ludowych. Całość, jak na bajkę przystało, kończył morał, który „jest pyszny i zrazem prosty niezmiernie, (...) trzeba więc zawsze mieć pewien umiar grzesząc: prócz braku większych oporów jednak trochę hamulców”.

Ubawiły mnie te opowieści i znacznie poprawiły mi humor. Pełen podziw dla autora (zresztą nie pierwszy raz). W żadnym wypadku nie przeszkadza mi szowinizm i kąśliwe uwagi dotyczące kobiet. Uwielbiam styl Łysika, chylę czoła przed jego ogromną wiedzą interdyscyplinarną i swobodną w jaki sposób łączy przeróżne motywy. Innym atutem książki są ilustracje, tutaj znakomicie wkomponowane i przedstawiające poszczególnych bohaterów. Świetny pomysł, kunszt słowa i uciecha dla oka. Można się jedynie delektować. Polecam gorąco!


poniedziałek, 19 grudnia 2016

„Damy ze skazą” Kamil Janicki

Wydawnictwo: Znak
podtytuł: Kobiety, które dały Polce koronę
data wydania: 9 listopada 2016r.
seria: Prawdziwe historie
oprawa twarda:
liczba stron: 432





Trudno przekładać dzisiejszą moralność do rzeczywistości XI wieku. Nieubłagane reguły polityki nakazywały różne zwyczaje i ceremoniały. Pan Kamil Janicki podjął próbę ułożenia historii Polski w XI stuleciu w spójną całość i dużej mierze przybliżył nam realia takiej polityki. Bardzo mało jest prac naukowców zgłębiających temat upadku imperium Bolesława Chrobrego. Roczników i kronik nie brakuje, choć w pewnych miejscach kronikarze milczą. A ponoć, skoro milczą, mają ku temu powody. To otwiera bramkę do szerokiej interpretacji. Sam autor twierdzi, że „historia jest sztuką interpretacji”. Najnowsza książka pisarza opiera się bowiem, podobnie jak „Żelazne damy”,  na literaturze fachowej i źródłach z epoki, choć w „Damach ze skazy” tych ryzykownych hipotez jest dość dużo.

Główną bohaterką jest Rycheza, żona Mieszka II, matka Kazimierza Odnowiciela, siostrzenica cesarza Ottona III. To jej pan Jancki poświęca większość miejsca w książce. Pojawiają się również inne postacie: Matylda, dziedziczka najpotężniejszej ówczesnej dynastii, Przedsława, która była trofeum wojennym Bolesława Chrobrego, Maria Dobroniega, ruska księżniczka z dynastii Rurykowiczów i żona Kazimierza Odnowiciela. „Pisząc Damy ze skazą, postanowiłem sobie za cel przywrócenie do życia pewnej epoki. Przede wszystkim jednak chciałem odtworzyć losy niesłusznie pogardzanych i lżonych kobiet. Rychezy, która uratowała państwo Piastów, a spotkały ją tylko hańba i poniżenie. Marii Dobroniegi, która zupełnie zniknęła z polskiej historii, mimo że to za jej sprawą udało się przywrócić Polsce dawne granice. Przedsławy - zapomnianej i niezrozumiałej ofiary Bolesława Chrobrego. I chodzącego dowodu na to, że wielki wódz był równie wielkim grzesznikiem. Żadna z tych niezwykłych dam nie doczekała się własnej, pełnoprawnej biografii”. [str.380] I już za sam pomysł należy się autorowi ogromny plus.

Czyta się wszystko szybko i przyjemnie. Poza tym opowieści o kobietach silnych bezwzględnych i żądnych władzy zawsze wywołują wypieki na twarzy. Czytając książkę, widać tu ogrom pracy, jaką włożył autor przeglądając różne źródła, które i tak są skąpe w opisywaniu czynów owych dam. Niemniej jednak to chyba najsłabsza książka pana Kamila. Ale to jedynie moje wrażenie. Przez dużą liczbę hipotez powieść momentami wydaje się baśnią z tysiąca i jednej nocy. Te liczne przypuszczania i dopowiedzenia... no cóż, w niektórych momentach wyobraźnia nieco poniosła autora. Być może również spowodowane jest to tym, że poprzednie bohaterki były bardziej wyraziste i charyzmatyczne. Mam na myśli na przykład Dobrawę z „Żelaznych dam” albo Bonę z „Dam złotego wieku”. Całość jednak jest spójna i czyta się ją momentami jak powieść kryminalno-sensacyjną. Dużym walorem książki są również liczne ilustracje i ryciny, które w dużej mierze uzupełniają treść książki oraz wizualizują epokę. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

niedziela, 27 listopada 2016

„Nie prosiliśmy o skrzydła” Vanessa Diffenbaugh

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 09.11.2016r.
tytuł oryginału: We Never Asked for Wings
tłumaczenie: Maciejka Mazan
oprawa: miękka
liczba stron: 352






Jeśli ktoś lubi opowieść o miłości, o rodzinie, o zmaganiu się z codziennością, o trudnych wyborach i o nieodpowiedzialnych matkach, to z pewnością ta książka jest warta polecenia. Jeśli ktoś oczywiście lubi taki rodzaj literatury. Sięgając po tego typu powieści na pewno nie można się spodziewać wielkich uniesień i zachwytów. Po prostu taka lekka lektura na jesienne wieczory. 

Letty Espinosa ma dwoje dzieci: piętnastoletniego Aleksa i sześcioletnią Lunę. Nie zajmuje się jednak nimi, pracuje w trzech restauracjach w San Francisco, ledwo wiążąc koniec z końcem. Dzieci wychowuje jej matka i ojciec. Ale teraz rodzice Letty postanowili wrócić do Meksyku, a ona musi po raz pierwszy w życiu stać się matką. Letty od początku nie wzbudziła mojej sympatii,  lekkomyślna i egoistyczna, choć autorka stara się ją jakoś usprawiedliwić. Ogólnie cała fabuła skupia się na zmaganiu się Letty z trudnościami, a to z wychowaniem dzieci, a to pogodzeniem macierzyństwa i pracy, no i oczywiście w końcu z wyborem partnera życiowego. Fabuła zatem dość przewidywalna. Jedynym plusem książki jest zarysowanie problemu nielegalnej imigracji w Stanach Zjednoczonych i amerykańskiego snu, który pryska. Choć ten wątek jest tylko „liźnięty”.

Podsumowując – perełka to na pewno nie jest. Język prosty, lekki, bez zbędnego zagłębiania się w psychologię postaci. I mimo, że problemy może i bliskie, i bardzo życiowe, to jakoś z postacie nie zbudzają empatii. Takie czytadełko na odstresowanie. Idealna lektura na zapomnienie o swoich zmartwieniach i własnych zmaganiach z trudami codzienności.  A takie książki też są w życiu potrzebne. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

niedziela, 20 listopada 2016

„Mózg i serce. Magiczny duet” James Doty

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 22.11.2016r. przedpremierowo
Seria: Literatura inspirująca
Przekład: Justyna Maja 
Tytuł oryginalny: Into the Magic Shop
Oprawa: całopapierowa
Liczba stron: 336





„Wzajemne relacje mogą mieć potężną moc. Bywa, że jedno krótkie spotkanie może odmienić czyjeś życie na zawsze”. Owszem bywa i tak. Nie ulega wątpliwości, że są osoby, które w naszym życiu potrafią dokonać cudów. Takie osoby mogą sprawić, że zmienia się wszystko, całe życie może przestawić się na inne tory.

James Doty jest lekarzem medycyny, wybitnym neurochirurgiem oraz dyrektorem i założycielem Centrum Edukacji i Badań nad Empatią i Altruizmem w Stanford, w części ufundowanego przez Dalajlamę. Historię swojego życia, drogi do sukcesu odpowiadał wielu ludziom na wielu wykładach. W końcu został przekonany do napisania książki, aby więcej osób zainspirowała opowiedziana przez niego historia. Tym samym autor podzielił się z innym swoim doświadczeniami.

James Doty urodził się w małym mieście w Kalifornii. Pochodził z ubogiej, dysfunkcyjnej rodziny. Jego matka chorowała na depresję i miała skłonności samobójcze, jego ojciec  był alkoholikiem i to dzieci musiały się o niego troszczyć. Doty jako chłopiec żył w ciągłym strachu, w oczekiwaniu na kolejne zło, które miało się wydarzyć. Albo nie miał co jeść, albo rodzina zagrożona była eksmisją, albo musiał ratować matkę, która zażyła za dużo leków. Żył w ciągłym napięciu, jego serce często biło szybciej, a ciało było napięte.

Pierwszy ważny punkt zwrotny w jego życiu nastąpił podczas letnich wakacji, kiedy przypadkiem trafił do sklepu iluzjonistycznego. Poznał tam kobietę o imieniu Ruth i to spotkanie odmieniło jego życie. Ruth dostrzega w nim coś, co zdobyło jej uznanie i zaprosiła go, aby przychodził do sklepu codziennie na lekcje magii. Dwunastoletni Jim skorzystał z propozycji, gdyż Ruth dawała mu namiastkę ciepła, zrozumienia i uwagi, czyli wszystko czego nie dostawał w domu. Ruth obiecała również Jimowi, że pokaże mu parę sztuczek magicznych, aby mógł korzystać z nich przez całe swoje życie, a przy okazji rozmawia z chłopcem o różnych uczuciach i emocjach.

Pierwsza magiczna sztuczka  - uspokajanie ciała, technika relaksacji.
Druga magiczna sztuczka  – uspokajanie i oswajanie umysłu.
Trzecia magiczna sztuczka – otwieranie serca.
Czwarta magiczna sztuczka – precyzowanie zamierzeń.

Ruth uczyła Jima wizualizacji i tego, aby nigdy nie tracić wiary w marzenia. Chłopiec bierze lekcje, a one pozwalają mu na osiągnięcie zamierzonych celów. Idzie do szkoły medycznej, na studia. Pomimo wielu  nieobecności, braku ocen osiąga wszystko, ponieważ jest zdeterminowany i mocno wierzy w to, że mu się uda. Dopiero po czasie uświadamia sobie, że trzeciej lekcji Ruth nie potrafił się nauczyć, co miało wpływ na jego życie osobiste. Najważniejsze jednak było to, że Ruth nauczyła go, że istnieje komunikacja między mózgiem  a sercem, a nazwała to kompasem serca. Potem zgłębiając studia medyczne autor dowiedział się, że serce wysyła znacznie więcej sygnałów do mózgu, niż mózg do serca – chociaż oba systemy w organizmie, poznawczy i emocjonalny, cechuje inteligencja, to w rzeczywistości istnieje o wiele więcej połączeń nerwowych biegnących od serca do mózgu niż w odwrotną stronę. „Mózg wie dużo, ale nie ulega wątpliwości, że wie znacznie więcej, gdy połączy się z sercem”.

Poruszająca była to opowieść. Już sam pierwszy rozdział rozkłada na łopatki. To niezwykła opowieść neurochirurga dążącego do rozwikłania tajemnicy wzajemnych powiązań ludzkiego mózgu i serca. Kiedy nasze mózgi i serca pracują we współpracy - jesteśmy szczęśliwsi, jesteśmy zdrowsi i automatycznie wyrażamy miłość, dobroć oraz dbamy o siebie. James Doty wiedział to intuicyjnie (dzięki magicznym lekcjom Ruth), ale musiał potwierdzić tezę naukowo. To była jego motywacja do rozpoczęcia badań nad empatią i altruizm. Chciał zrozumieć ewolucję, a także to w jaki sposób wpływa ona na mózg i ostatecznie na nasze zdrowie.

źródło
Poza tym to również opowieść o pracy lekarzy, o ich codziennych zmaganiach i poświęceniach. O niedogodnościach, o odwołanych uroczystościach, samotnych wieczorach i wracaniu do domu w stanie skrajnego wyczerpania. O precyzji zawodu chirurgów, o ich panowaniu nad reakcjami własnego ciała, o ich poziomie skupienia, gdzie jedna chwila dekoncentracji może kosztować życie pacjenta. Widać również, że autor ma dystans do samego siebie, przyznaje się do błędów. Jasno pisze, że w pewnym momencie życia nie miał w sobie ani odrobiny pokory, a jego sukcesy w zawodzie lekarza uderzyły mu do głowy. W wolnym czasie wpadał w wir rozrywek, pracował ciężko, żył po ekstremalną presją, dlatego sięgał po ekstremalne metody jej łagodzenia. Z dumą nosił biały kitel, ale był arogancki i miał poczucie własnej wyższości. Niemniej jednak cały czas w sercu i w umyśle nosił coś, co powinno przyświecać każdemu lekarzowi – przysięgę Hipokratesa i wiarę w swój wpływ na zmianę otaczającej rzeczywistości. Gorąco polecam. Poruszająca, mądra i wyjątkowo piękna książka.   

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

piątek, 11 listopada 2016

„Czego oczy nie widzą” Beata Tadla

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 22.11.2016r. przedpremierowo 
seria: X-Varia
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 256




Od prawie 10 lat nie oglądam telewizji, telewizora nie mam w domu. Słucham radia (głównie „Trójki”) i czytam wiadomości w internecie. Zasiadam przy szklanym ekranie jedynie podczas meczów reprezentacji Polski, bądź przy okazji innych ważnych wydarzeń sportowych. Telewizyjne serwisy informacyjne są mi obce, zatem nie znałam tej pani. Choć panów prezenterów i dziennikarzy telewizyjnych jakoś kojarzę, kobiet niestety nie. Tymczasem pani Beata Tadla ma bardzo bogaty dorobek dziennikarski, a Czego oczy nie widzą to jej czwarta wydana książka. Autorka jeszcze jako nastolatka zaczynała w Radiu Legnica, potem było Radio Eska i Plus. W TVN została gospodynią głównego wydania Faktów i wielu programów TVN24. Dalsza jej kariera związana była z TVP: Wiadomościami oraz programami publicystycznymi. 

W niniejszej książce dziennikarka wspomina swoje 25 lat w mediach. Jak sama pisze: „nie jest to spis skarg ani narzekań”. „To raczej zawodowy życiorys - zbiór słodkich i gorzkich sytuacji”.  Nie ma tu sztywnej chronologii, choć pani Beata pisze najpierw o swoich początkach w radiu, potem o przejściu do telewizji, to o niektórych wydarzeniach wypomina z dystansem czasowym. Rozdziały są krótkie, to raczej urywki chwil, emocji, opisy przełomowych wydarzeń dziejących w danym momencie w Polsce. Jednakowoż całość jest spójna i widać, że autorka przemyślała cały układ.

Fakt, że pani Beaty nie znałam z ekranu telewizji ułatwił mi odbiór książki. Gdybym była fanką plotkarskich portali, pewnie miałabym jakieś uprzedzenia. Wtedy przypuszczalnie oczekiwałabym czegoś innego. Choć wiedziona ciekawością, po przeczytaniu książki i tak zajrzałam na te portale. I co się okazało? Że osoba pani Beata należy tu do najbardziej popularnych i szeroko opisywanych.  Całe szczęście o tym nie wiedziałam, dzięki czemu mogłam skupić się na istotnych rzeczach, a mianowicie na pracy dziennikarza, gdyż głównie o tym jest tak książka, to opowieści z życia telewizyjnego.

Magia telewizji tu porywa. Te malowane i pisane słowem obrazy urzekają tudzież fascynują. Fascynują, bo zawsze pociągał mnie zawód dziennikarza. Praca w telewizji wymaga ogromnego zaangażowania. Trzeba być na bieżąco, żeby niczego nie przeoczyć, żeby nic nie umknęło. Należy „przetrawić” ogrom informacji, potem je wyselekcjonować, napisać teksty i je profesjonalnie przeczytać. Dziennikarz telewizyjny nie może sobie pozwolić na wpadki. Nie może sobie pozwolić również na „zarywanie nocy” i balowanie do białego rana, gdyż  następnego dnia trzeba być świeżym i wypoczętym. Każde „niedoskonałości” nie umkną  przecież uwadze widzów. Są wszak ludzie, którzy tylko czekają na takie wpadki i nimi się „karmią”. O tych wpadkach, „nienawistnych trollach”, kłopotliwych prezentach pisze również pani Beata. Wiadomo, że nie ma ludzi doskonałych i błędy zdarzają się każdemu.  Autorka tłumaczy się ze wszystkich swoich uchybień. I przyznam szczerze, że to najmniej mi się podobało. Wpadki bywają urocze, a z biegiem czasu o nich się zapomina. Jednak, gdy się do nich wraca i niepotrzebne tłumaczy, ludzie to zapamiętują. Miałam wrażenie, że pani Beata za wszelką cenę starała się „wytłumaczyć” ze swoich gaf, czy źle wykonanego makijażu. Tak jakby w tej dziedzinie dziennikarka nie miała dystansu do siebie.  Ale to moje jedyne odczucie na niekorzyść, bo cała reszta „zawodowego życiorysu” po prostu ujmuje.

Przede wszystkim już od pierwszych zadań można wyczuć wielką pasję pani Beaty do dziennikarstwa. A wiadomo, jak ktoś wkłada serce do wykonywanej pracy, to efekty muszą być. Sposób, w jaki autorka pisze o codziennych zmaganiach w pracy, łapie za serce. Relacje i reportaże, które robiła pani Beata urzekają rzetelnością, profesjonalizmem i zwykłym człowieczeństwem. Te najbardziej tragiczne - katastrofa w Smoleńsku, zajścia na Ukrainie, huragan w Legnicy w roku 2009 i te dające dawkę nadziei, jak uratowane górników w kopalni w Chile, czy nagrodzenie filmu „Ida” Oskarem. Życie w stresie, pod presją czasu i z ciężarem odpowiedzialności za każde słowo to nie jest zajęcie dla wszystkich. Pani Beata świetnie się w tym czuje. Ta „wieczna adrenalina”, którą – jak sama pisze kocha i nienawidzi – wymaga od niej, aby o określonej godzinie stanąć lub usiąść przed kamerą w pełnej gotowości, makijażu i stosownym stroju, z uśmiechem, wypoczętą twarzą i ze znajomością wszystkich tematów. Trochę żałuję, że tak mało dziennikarka poświeciła na swoisty język środowiskowy. Wprawdzie to temat rzeka, ale akurat mnie bardzo on interesuje. Taki kod porozumiewawczy dziennikarzy: „telewizorów”, „mikrofonów” i „pismaków” mógłby być tematem na koleją książkę. Na pewno byłabym jedną z pierwszych czytelniczek. Chylę czoła przed panią Beatą. Polecam gorąco.  

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 23 października 2016

„Liga Mistrzów” Romek Pawlak

Podtytuł: Magia futbolu
Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 11.10.2015r.
format: 170 * 240
okładka: zintegrowana
liczba stron: 168





Kacper Machura, chłopiec, którego poznaliśmy w „Biało czerwonych mistrzostwach” i w „Biało-czerwonych marzeniach” tym razem zaczyna rozgrywki w wakacyjnej "lidze mistrzów". To taki podwórkowy turniej chłopców, ale Kacper podchodzi do rozgrywek bardzo ambitnie, no i oczywiście jest bardzo przejęty. Za namową taty i trenera chłopiec chce poszerzyć swoją wiedzę na temat najlepszych rozgrywek na Starym Kontynencie.

Zatem czytelnik razem z głównym bohaterem poznaje 32 drużyny biorące udział w Lidze Mistrzów w sezonie 2016/2017. Cała przygoda zaczyna się od broniącego tytułu Realu Madryt, potem poznajemy następnych gigantów futbolu - Bayern, Barcelonę, Juventus, Manchester i PSG, a kończymy na sensacyjnym mistrzu Anglii Leicester City. Kacper w równym stopniu zdobywa również wiedzę o Legii Warszawie. Śledzimy całą historię klubu, przypominamy sobie eliminacyjne mecze oraz historyczne występy. I jak na dobrego kibica przystało - Kacper nie zapomina też o tych, którzy dali swojej drużynie awans, czyli o indywidualnościach piłkarskich. Wyróżnione zostały tu sylwetki poszczególnych piłkarzy: Lewandowski, Krychowiak, Glik, Milik, Pazdan, Kapustka. 

Tak jak poprzednie części  - książka jest bogato ilustrowana. Wzbogacona została terminarzem Ligi Mistrzów z miejscem na wpisanie wyników oraz planszą, na której każdy czytelnik może ułożyć swoją jedenastkę marzeń. Ponadto piękne zdjęcia, przejrzyste tabelki, statystyki dopełniają i urozmaicają treść. Bardzo dobrze, że powstają takie książki, to świetna propozycja nie tylko dla młodych czytelników i fanów piłki nożnej. Wydaje mi się, że nie jeden dorosły już fan piłkarski nie będzie nią rozczarowany.    

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 9 października 2016

„Rój” Laline Paull

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka /ebook
data premiery: 13.09.2016r.
tytuł oryginału: The Bees
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
liczba stron: 384





-Dziewczęta, jakie jest nasze pierwsze przykazanie?
-Podporządkowanie, Posłuszeństwo, Służba. 

Brzmi to jak hasło systemów totalitarnych. I tak w istocie jest. Laline Paull zabiera czytelnika do zadziwiającego świata, świata widzianego oczami pszczół. Główna bohaterka, Flora 717, tak jak pozostałe sześćdziesiąt tysięcy pszczół, w momencie urodzenia staje częścią ula i ma do spełnienia misję, a potem umiera. Społeczeństwo produktywne. Identyczny wygląd, monotonna egzystencja, produkcja taśmowa, kolektywny praca, osamotniona śmierć. Flora 717 wywodzi się z rodu sprzątaczek, najniższej warstwy totalitarnej społeczności ula i dla Królowej gotowa jest na każde poświęcenie. Cała społeczność ula podzielona jest rasy, lepsze lub gorsze rody, co przypomina warstwy społeczne. Nad wszystkim czuwa pszczela policja, która nie tylko pilnuje porządku, ale przede wszystkim kontroluje każde zachowanie, czy aby przypadkiem nie wykracza poza norę. Ci "nieposłuszni" są surowo karani i tu nie liczy się już warstwa społeczna. Każdy dostaje taką samą karę.

Jednak wkrótce Flora odkrywa w sobie nowe umiejętności. Na podobieństwo pszczelich mamek – może karmić królewskie potomstwo. Poza tym „w chwilach kryzysu łączy się z Umysłem Roju i może stanąć przed Jej obliczem, bez względu na pochodzenie”. A to czyni Florę godną tego, żeby znaleźć się blisko Królowej. Udaje się jej ujść cało z wewnętrznych „czystek”, tych religijnych i społecznych oraz wychodzi bez szwanku z zewnętrznych konfliktów: napaści przerażających i drapieżnych os. Flora dokonuje kolejnych aktów odwagi i tym samym zyskuje coraz mocniejszą pozycję, dzięki czemu poznaje ukrytych wrogów oraz mroczne tajemnice ula. Bohaterka odkrywa, że istnieje jednak coś silniejszego nad oddanie i posłuszeństwo. Bezwzględnie zakazana matczyna miłość sprawia, że Flora łamie najświętsze ze wszystkich praw...

Nie trudno tu od razu pokusić się o stwierdzenie, że pszczeli świat przedstawiony w powieści to odzwierciedlanie ludzkiego społeczeństwa. W ten metaforyczny sposób ukazane zostały pułapki utopijnych idei i zagrożenia systemu totalitarnego dla wolności jednostki. Państwo zarządzane przez bezwzględnego dyktatora, który wymaga bezwzględnego posłuszeństwa, państwo, które zamknięte jest na inne światy i zawzięcie broni się przed obcymi. Brzmi znajomo…? Oczywiście, że tak.

Wiele już napisano o totalitaryzmie i wydawać by się mogło, że temat został wyczerpany. Oczywiście niedoścignionym wzorem jest antyutopia Georga Orwella „Folwark zwierzęcy” oraz monumentalna praca Aleksandra Sołżenicyna „Archipelag GUŁag”. Można by wymienić jeszcze sporo zacnych tytułów, które w pewien sposób próbowały coś dopowiedzieć lub powtórzyć. Laline Paull wpisuje się w tę grupę. I choć książka ma swoje słabsze momenty, gdzie akcja się gubi, a autorka nie panuje nad spójnością fabuły, to z pewnością jest to pozycja godna uwagi. Świetny pomysł miała pani Paull tworząc alegoryczną wizję państwa. Poza tym czytelnik dowiaduje się sporu o życiu pszczół. Znakomicie przedstawione są funkcje poszczególnych jednostek, ich praca oraz misje do spełnienia. Najbardziej podobała mi się rasa trutni – istnych samców alfa, do których pozostałe pszczoły zwracają się „Wasze Męskie Mości”. A trutnie toczą ze sobą Game of Thrones Drones (wojnę trutni). Tu silniejszy, bardziej bezwzględny i okrutny wygrywa.  Polecam gorąco.

Jeden z krytyków tak napisał o książce Laline Paull: „Po lekturze Roju brzęczenie nad uchem już nigdy nie będzie brzmiało tak samo". W pełni się z tym zgadzam.


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 


piątek, 30 września 2016

„Montecristo” Martin Suter

Wydawnictwo: Rebis
data premiery: 27 września 2016
tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski
tytuł oryginału: Montecristo
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 336





Martin Suter jest współczesnym szwajcarskim publicystą, scenarzystą  i pisarzem. Jego powieści doceniali już krytycy, jak i czytelnicy. Książki zdobyły wiele nagród i zostały przetłumaczone na 32 języki, ponadto zakupiono prawa do ekranizacji większości z nich.

„Montecristo” to świat polityki i finansów. Świat wielkich oszustw i spisków. Tutaj wszystko zależy od rozmiaru oszustwa. Wtedy skandale są przemilczane, wyciszane. To ogromny, zamknięty system połączonych ze sobą naczyń. A jeśli ktoś zaczyna grzebać w systemie, to za rogiem ulicy może go spotkać mrok. Jonas Brand jest wideoreporterem lifestylowego programu. Swoją pracę wykonuje raczej bez pasji, marzy o tym, aby zostać reżyserem i nakręcić własny film. Pewnego dnia jedzie pociągiem z Zurychu do Bazylei. W trakcie podróży na torach zostaje przejechany mężczyzna, który wcześniej jechał pociągiem. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Jednak trzy miesiące później do rąk Branda trafiają dwa banknoty o tych samych numerach seryjnych. Okazuje się, że pieniądze nie są fałszywe, a w banku, w którym ekspert potwierdził ich autentyczność pracował Paolo Contini, makler który wcześniej zginął na torach.

Taka zbieżność wydarzeń wydaje się Jonasowi Brandowi dość dziwna. Zaczyna prowadzić na własną rękę śledztwo. Wkrótce wychodzi na jaw, że wielu osobom zależy na tym, aby dziennikarz nie pytał o tę sprawę zbyt dużo. Niespodziewanie dostaje szansę na spełnienie swojego marzenia i zrealizowanie filmu. "Co za godny uwagi przypadek, że w takcie najbardziej kontrowersyjnej sprawy, jaką badał w karierze, pojawia się nagle możliwość realizacji jego największego marzenia".  

Szczerze nie jest to moja ulubiona tematyka na fabułę książki. Nie kręci mnie świat bankierów ani ich milionowych przekrętów. Niemniej jednak Martin Suter bardzo umiejętnie połączył treści skandalu finansowego z życiem przeciętnych ludzi. To również taki thriller z przesłaniem dla świata finansów, a raczej taki ku przestrodze. Świetnie skonstruowania intryga, zwroty akcji sprawiają, że czyta się szybko i przyjemnie. Choć miejscami pojawiają się trochę sztuczne dialogi albo dygresje (np. „Po czym przeszli od razu do rzeczy i umówili się na kolację”). Zakończenie powieści jest dość zaskakujące. Suter stwarza wizję świata jako „wielkiej bańki mydlanej”, iluzji życia, której nikt nie chce przebić, ponieważ sprawia ona, że system się utrzymuje i działa. A wiadomo jak system padnie... Dlatego wszyscy tkwimy w thrillerze życia. Iluzji świata. Polecam. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 19 września 2016

„Łańcuch Proroka” Luis Montero Manglano

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13.09.2016r.
tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
tytuł oryginału: LA CADENA DEL PROFETA
cykl: Poszukiwacze
okładka: zintegrowana
liczba stron: 560



Jeśli komuś podobała się pierwsza części trylogii „Poszukiwacze”-„Stół króla Salomona”, hiszpańskiego pisarza Luisa Montero, to z pewnością nie będzie rozczarowany drugą. Podobno sequele nigdy (no prawie nigdy) nie są lepsze niż pierwsze części. W tym przypadku nie będzie inaczej, choć pewnie w tej kwestii zdania czytelników będą podzielone. Ale może najpierw nieco o fabule. Część druga jest ściśle powiązana z pierwszą, dlatego, aby nie pogubić się w akcji, należy zacząć od początku.

Tirso Alfaro pracuje w Tajnym Korpusie Poszukiwaczy i jest odpowiedzialny za odzyskiwanie hiszpańskich obiektów dziedzictwa narodowego, które zostały skradzione lub zrabowane. Po zmianie kierownictwa, ekipa niczego nie szuka, odwala jedynie papierkową robotę, czego wszyscy mają pomału dość. Tymczasem w Madrycie, w bibliotekach przechowujących archiwa, dochodzi do włamań. Skradziony zostaje „Mardud” z Sewilli, starożytny islamski kodeks. Księga nie wydaje się wartościowa, dopóki nie trafia do rąk Poszukiwaczy. Okazuje się, że na marginesach zapisano wskazówki, które prowadzą do skarbu ukrytego w sercu Afryki. A z racji tego, że nasi bohaterowie nie są łowcami skarbów, tylko Poszukiwaczami, postanawiają owy skarb odnaleźć. Wartość trofeum nie ma dla nich znaczenia, liczy się tylko sam fakt jego znajdowania. Jednak zadanie nie wydaje się łatwe, gdyż po pierwsze - Tirso i jego towarzysze muszą odbyć wyprawę w tajemnicy przed szefem, a po drugie - Mali, kraj w Afryce Zachodniej, jest zniszczony przez wojnę. Nadal trwają tam starcia między frakcjami Tuaregów, fundamentalistami islamskimi oraz armią francuską. Poza tym zamieszkuje go jedne z najstarszych i najbardziej tajemniczych plemion Afryki - Nummowie. Mimo to nasi nieustraszeni bohaterowie decydują się na wyprawę.

I tak - po raz kolejny - zostajemy wplątani w gąszcz zagadek i łamigłówek, których rozwiązanie ma zaprowadzić Tirso do tajemniczego Łańcucha Proroka. Autor stawia nad drodze swoich bohaterów szereg przeszkód. Mamy zatem porwanie przez morskich rozbójników, piratów dwudziestego pierwszego wieku, ściganie przez funkcjonariuszy francuskiej policji, Interpol, Ludzi Piasku, a nawet plemię Pigmejów. Autor niestety zrobił z bohaterów nieśmiertelnych herosów, bo z każdej zasadzki wychodzą praktycznie bez szwanku. Bo i przeżywają katastrofę małej awionetki, uchodzą cało ze statku opanowanego przez uzbrojonych piratów, uciekają przed tajnymi służbami, pokonują afrykańskie dzikie zwierzęta (pytona skalnego i białego krokodyla) oraz nie straszne im są wycelowane w nich pistolety - trzy pistolety, w trzy różne głowy (jak w filmach Tarantino). To pierwszy zarzut. Wydaje mi się, że tutaj autor ciut przesadził z wychodzeniem cało z każdej opresji. Drugi mój zarzut dotyczy wprowadzenia nowych bohaterów. Akcja toczy się wokół "starej" ekipy Poszukiwaczy, znanej z I części - Tirso, Bańki, Danny i Enigmy. Pojawiają się nowi: agentka Interpolu, tajemniczy złodziej Cezar oraz nastoletni haker Yokai. I właśnie te postacie dodają "świeżości" w powieści. Niestety ich wątki są słabo zarysowane. Wprawdzie wnoszą sporo do akcji, ale pojawiają się sporadycznie. A szkoda, bo akurat nastolatek-haker podobał mi się najbardziej.

Ale to tylko takie dwa moje małe spostrzeżenia. Całość czyta się dobrze, zwroty akcji powodują, że chce się powieść doczytać jak najszybciej do końca. Ponowie mamy tory przeszkód, zagadkowe dźwignie, mroczne jaskinie rodem z Indiany Jonesa. Dużym plusem jest również to, że autor miesza fakty ze światem fikcji. Czytelnik do końca nie jest przekonany, co jest wytworem wyobraźni autora o która granica została przekroczona. Luis Montero wyznaje zasadę, że niektóre pytania powinny pozostać bez odpowiedzi. I bardzo dobrze. A te drobne mankamenty w fabule rekompensuje zakończenie. Jest ono na tyle zaskakujące i nieprzewidywalne, że na pewno z przyjemnością przeczytam III część.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

środa, 31 sierpnia 2016

„Malarka gwiazd” Amelia Noguera

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 31.08.2016r. PREMIERA
Przekład: Marzena Chrobak
Tytuł oryginalny: La Pintora de Estrellas
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 464




Amelia Noguera to współczesna hiszpańska pisarka, która po samodzielnym wydaniu w Amazonie pięciu powieści bijących rekordy pobrań została okrzyknięta fenomenem cyfrowego rynku wydawniczego. „Malarka gwiazd” jest jej drugą powieścią opublikowaną w wersji papierowej i pierwszą ukazującą się w Polsce. Noguera to przykład kobiety, która pewnego dnia postanowiła przewrócić swoje życie o 180° i oddać się swojej pasji. I tak absolwentka informatyki, po latach pracy jako analityczka, kierowniczka publikacji i tłumaczka, zapisała się na studia humanistyczne i zaczęła pisać powieści.

„Córeczko, niełatwo być kobietą. To prawda, że ten świat to świat mężczyzn, i nikt nie wie, ile lat musi jeszcze upłynąć, by to się zmieniło, ani czy w ogóle się kiedyś zmieni. (…) Ale ty jesteś malarką, tak, jesteś malarką. Musisz tylko uwierzyć w siebie, uwierzyć, że naprawdę chcesz nią być, a kiedy nabierzesz tej pewności, będziesz mogła walczyć o to albo o cokolwiek innego, o czym zamarzysz. Wiesz, co myślę? Myślę, że wszystkie kobiety są po trosze malarkami i że wyobrażamy sobie niebo, które chcemy namalować na jednym z tych płócien, które tu stoją, i kreska po kresce, z oddania, z cierpienia, z pracy, z marzeń, z rezygnacji, z radości i z miłości, przede wszystkim z miłości, intensywnej miłości, kreska po kresce, tworzymy je każdego dnia”. Można by rzec, że ten fragment streszcza treść książki, ponieważ jest to opowieść o kobietach i o bólu.

Poznajemy najpierw Violetę, która żyje w toksycznym związku z Alvarem. Towarzyszą jej sprzeczne uczucia, kocha go i jednocześnie nienawidzi. Znosi przemoc domową do momentu kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Przyjmuje propozycję swojego dziadka Diego i razem wyruszają do Austrii. Tam Diego chce przed śmiercią uporać się z demonami przeszłości. Odnaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Następnie autorka przenosi czytelnika do lat trzydziestych XX wieku i tam poznajemy kolejną kobietę. Eliza, to początkująca malarka, która okaże się miłością życia Diego.

Cała opowieść prowadzona jest dwutorowo. Przeplatane są historie kobiet, żyjących w różnych czasach. Na przemian wplątani zostajemy w losy kobiet, które muszą podejmować drastyczne decyzje. Na początku wszystko wydaje się niespójne i trochę chaotyczne, jak na współczesnym obrazie. Takie twórcze bohomazy. Ale dalej historia kobiet układa się w jedną klarowną całość i zazębia się. Nie ma sensu streszczać tutaj fabuły, ponieważ historia straciłaby swój urok. W „Malarce gwiazd” Noguera porusza kilka ważnych tematów.

Po pierwsze, motyw miłości w trudnych czasach. Okrucieństwo wojny i wielkie uczucie. Czy mogą istnieć obok siebie, jaki mają na siebie wpływ? Reżim hiszpański w latach trzydziestych XX wieku zmusił wielu swoich obywateli do ucieczki. Nasi bohaterowie udają się do Paryża, mając nadzieję, że tutaj będą czuć się szczęśliwi i spełnieni. Diego i Eliza szaleńczo w sobie zakochani chcieli czerpać życie pełnymi garściami. Niestety wybucha wojna, a bohaterowie zostają rzuceni do walki z nazistami. Miłość, namiętność, oddanie w czasach okupacji. Wielu pisarzy poruszało takie motywy, pisząc o tym, jak barbarzyństwo wojny rujnuje marzenia. Inny motyw w powieści, również związany z II wojną światową, to problem grabieży dzieł sztuki. Autorka bardzo dokładnie opisuje tu działania nazistów, którzy rabowali najcenniejsze obrazy. Przedstawiona jest cała „procedura” tych niecnych działań - podmienianie oryginału na kopie, wywożenie nocami w skrzyniach, ukrywanie zrabowanych skarbów. Kolejny problem poruszany przez Noguerę to kwestia przemocy wobec kobiet. Violeta jest przykładem kobiety, która tkwiła w toksycznym związku, ale nie potrafi się skarżyć. Przyjmuje winy na siebie, tłumaczy się, choć boli ją ciało i dusza. Ale do czasu. Nie jest to wcale łatwo motyw w literaturze do opisania. I już ostatni wątek – to próby uporania się z przeszłością. Są one niczym „cienie odbijające się na ścianie”, nie dają spokoju, dopóki nie rozwiąże się odpowiednich zagadek, nie znajdzie odpowiedzi na nurtujące pytania.

Noguera świetnie operuje słowem. Dużo tu plastycznych opisów, które malują słowem obrazy. Pełno tu emocji, które mienią się całą paletą barw, od czerni i szarości, przez zieleń i błękit, aż do bieli. To cudowna opowieść o różnych obliczach miłości, o magicznym wpływie oddania, ale też o cierpieniu i bólu. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

„Zgnilizna” Siri Pettersen

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 16 sierpnia 2016
tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału: Råta
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528




Siri Pettersen, kończąc pierwszą część cyklu „Krucze Pierścienie”, zostawiła czytelnikowi otwartą furtkę. Urwała akcję w takim momencie, że do końca nikt nie mógł być przekonany, co się stało z główną bohaterką. Można było dopowiedzieć sobie różne zakończenie.

Tymczasem Hirka, otworzyła bramy, przeszła przez Krucze Pierścienie, aby uratować krainę Ym przed Ślepymi i trafiła do świata współczesnego. Taki scenariusz zwala z nóg od początku. Piętnastoletnia dziewczyna nagle utknęła w obcym sobie świecie, gdzie używa się innego języka, po niebie lata coś wielkiego podobnego do pająków, po ulicach pędzą samochody, a ją traktują jako obłąkaną. Jednak ten współczesny świat tylko z pozoru wydaje się normalny. Pełno jest tu gnijących ludzi oraz łowców, którzy polują na zarażonych. Hirce wszystko wydaje się dziwne i niezrozumiałe. „Ten obrzydliwy ogród, w którym kamienie sterczały spod śniegu jak zepsute zęby. Pod każdym z kamieni leżały zwłoki. Nie palili tu zmarłych. Zakopywali ich po prostu w ziemi i zostawiali ich, by tak leżeli i gnili”. Rzeczami, które łączą ją z dawnym światem są trzy krwawe kamienie oraz skórzany woreczek z ziołami. W Mannfalli kamienie mogłyby jej zapewnić byt na całe życie, a tutaj wydają się bezwartościowe. Nie ma tu też ziół leczniczych, które w krainach Ym były pod dostatkiem i które mogła zbierać. To wszystko jest jednak dla Hirki do zniesienia, ponieważ ma świadomość, że zrobiła to dla Rimego. Niestety daremny był jej trud i całe poświęcenie dla ukochanego, ale to okaże w trakcie rozwoju akcji.

Choć jest to narracja 3-osobowa, całą historię poznajemy z perspektywy Hirki i Rimego. Oboje starają się odpowiedzieć na dręczące ich pytania. Szukając odpowiedzi podejmują drastyczne decyzje, ryzykują, uciekają przed martwo urodzonymi. Wszystko po to, aby chronić siebie nawzajem. Siri Pettersen wprowadza również nowych bohaterów, którzy dodają akcji pikanterii. Najbardziej spodobał mi się Stefan, łowca, który całe życie poświęcił na tropieniu. Znakomita jest też kreacja dwóch braci. Naiell (Widzący) i Graal różnią się od siebie jak ogień i lód. Naiell uważa samego siebie za boga. Graal powinien postrzegać siebie za ofiarę, ale tego nie robi. Nikt tu nie jest postacią czarno-białą, każda ma odcienie szarości. Przez to czytelnik do końca nie jest przekonany, kto jest tym „dobrym”, a kto „złym”.

Bardzo odważny był to pomysł pani Pettersen. Odważny, oryginalny, a po przeczytaniu ośmielę się powiedzieć jeszcze, że wyśmienity. Połączenie staronordyckich klimatów z czasami współczesnymi wydawać by się mogło chybione. Nic bardziej mylnego! „Zgnilizna” tworzy spójną i logiczną całość. Wszystkie elementy do siebie pasują, zazębiają się niczym puzzle. Autorka  z pewnością miała od początku wizję całości. Takie połączenie ma w sobie również dużo uroku, a zdarzenie dwóch odmiennych światów jest momentami zabawne.

Siri Pettersen bardzo mi zaimponowała. Znakomita narracja, język, metaforyczny i przesiąknięty symboliką, a z drugiej strony prosty w odbiorze. Budzi emocje, drażni, trochę prowokuje, wzbudza zachwyt. Całość okraszana jest magią, która przenika do współczesnego świata, a akcja nie zwalnia tu ani na chwilę. „Zgnilizna” była na tyle nieprzewidywalna, że teraz strach pomyśleć do jakich światów przeniesie nas autorka w III części. Polecam.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

„Inés, pani mej duszy” Isabel Allende

Wydawnictwo: Muza
tłumaczenie: Marta Jordan
tytuł oryginału: Inés del alma mia
data wydania: 2008
oprawa: twarda
liczba stron: 400




„Ileż wysiłku i cierpienia niesie ze sobą chrześcijański obowiązek podboju”. Tak uważali hiszpańscy konkwistadorzy, którzy w XVI wieku przypisali sobie prawo odkrywania Nowego Świata. Mało tego mieli jeszcze poczucie, że są panami nowo odkrytej ziemi i „ujarzmienie” ludności jest ich chrześcijańskim obowiązkiem. A Nowy Świat kusił przeogromnym bogactwem, złożami złota, ale też „nagimi i przystępnymi” kobietami. Chętnych więc do podbojów nie brakowało

Isabel Allende przenosi czytelnika właśnie w czasy podboju Nowego Świata. Główną bohaterką jest postać historyczna, Inés Suárez, hiszpańska konkwistadorka, która uczestniczyła w podboju Chile i założeniu miasta  Santiago. Isabel Allende opowiada o wydarzeniach tak, jak zostały one udokumentowane przez kronikarzy. Ograniczyła się jedynie do tego, aby powiązać niektóre wątki ze sobą, a przy tym wykorzystała odrobinę wyobraźni.

Zatem Inés u kresu swoich dni spisuje swoje wspomnienia i opowiada o czynach, których dokonała. Wszystko zaczyna się jeszcze w Hiszpanii, w Plasencii, przygranicznym mieście zamieszkałym przez lud wojowniczy i pobożny. Dorastając w takim małym mieście miała nie za wiele możliwości. Mogła dobrze wyjść za mąż albo pójść do klasztoru. Inés wybrała pierwszą opcję i szybko znalazła odpowiedniego kandydata. Nauczyła się też haftować i szyć, aby móc zarabiać na swoje utrzymanie. Juan, przystojny dziarski junak, poza spełnianiem obowiązków małżeńskich, okazał się jednak lekkoduchem. Czuł się powołany do wielkich czynów, niczym Krzysztof Kolumb. Chłonął opowieści o Nowym Świecie, gdzie największe skarby i zaszczyty tylko czekają na śmiałków gotowych zaryzykować. Juan zaryzykował i zostawiając młodą żonę wyruszył na spotkanie przygody. Zaszczepił jednak w Inés smak łotrzykowskich wypraw. Zresztą Inés wcale nie miała ochoty siedzieć i czekać wiernie na męża, który prawdopodobnie nigdy nie wróciłby z Nowego Świata. Miała tyle szczęścia, że polityka hiszpańskiego królestwa była przychylna łączeniu rodzin. Zależało im, aby rodziny nie były rozdzielone. Tym samym młoda żona dostała pozwolenie na to, aby podążyć na mężem do Nowego Świata. I tu zaczyna się fascynująca przygoda Inés, przygoda, która zapisała się na kartach Historii. „Gdybym została w moim rodzinnym mieście, dziś byłabym szacowną starowinką oślepłą od ciągłego ślęczenia nad igłą przy kaganku. Tam byłam Inés Suárez, szwaczką z ulicy Acueducto. Tutaj jestem doñą Inés Suárez, wielką damą, wdową po jaśnie oświeconym gubernatorze don Rodrigu de Quirodze, zdobywczynią i założycielką Królestwa Chile”.

Trudno teraz streścić ową przygodę, którą przeżyła Inés. Nie jest możliwe opisanie jej w kilku zdaniach. Trzeba po prostu o tym przeczytać, razem z Inés towarzyszyć jej w chwilach podniosłych i tragicznych. Fakty są jednak niezaprzeczalne,  jako jedyna Europejka dołączyła do wyprawy Pedro de Valdivii, który dotarł do Chile. Suárez stała się najpierw jego przyjaciółką, a następnie kochanką. Przez całe życie kierowała się miłością i lojalnością. A to jej pozwoliło na zdobycie tego, czego pragnęła. 

W usta Inés pisarka włożyła opowieści znane z historii powszechnej, mówi o okrutności i bezwzględności hiszpańskich konkwistadorów, o bratobójczych wojnach, opisuje również tych nielicznych, którzy byli prawi i starali się wykonywać dekrety hiszpańskiego monarchy Karola V. Poznajemy codzienne życie żołnierzy, ich przyzwyczajenia, zmagania z tropikalnymi chorobami. Tutaj pisarka nie ma skrupułów, dość dosadnie i okrutnie ocenia Hiszpanów i ich sposoby „ujarzmienia” Indian. Z drugiej strony przedstawia nam obraz Indian, obraz ludzi, którzy pozbawieni zostali własnego miejsca zamieszkania, którzy walczyli o zachowanie swoich przywilejów i poszanowania resztek godności. Dla równowagi, Isabel Allende ukazuje też ciemną stronę Indian i opisuje ich okrucieństwa, brutalne obyczaje. Te opisy zwyczajów Indian, ich obrządków, czy rytuałów stanowią o wyjątkowości powieści. Dopełniają ją opisy przyrody, tej jeszcze dzikiej i nieokiełzanej. „Nie sposób wyobrazić sobie rozległości tych ziem, bezkresnej zieleni ich lasów, obfitości krystalicznych rzek, głębi jezior o spokojnej toni, zasobności kopalń złota i srebra. Ów ląd to spełnienie marzeń nie tyle o skarbach, ile o sławie, o życiu pełną życia, o walce z dzikusami, o wznoszeniu się ponad szarą codzienność – i – z Bożą pomocą – o założeniu dynastii”.

Isabel Allende urzekła mnie po raz drugi. Wspaniały język, fascynujące postacie, nietuzinkowa opowieść. Wszystko to sprawia, że namiętności, pasje, uczucia bohaterów są czytelnikowi bardzo bliskie. Fakty mieszają się z przeczuciami, okrutność życia z zmysłowością. I gdzieś tam unosząca się magia. Magia, to taki motyw przewodni w książkach Isabel Allende. Tutaj duchy przodków Indian przenikają się ze wspomnieniami o bliskich Inés. I tak na brzegiem rzeki Mapocho zamazuje się granica dwóch światów, nadprzyrodzonego i rzeczywistego, a wszystko to układa się w przepiękną opowieść o kobiecie obdarzonej niezwykłą odwagą i wrażliwością. Polecam gorąco!


sobota, 13 sierpnia 2016

„Angele Dei” Dariusz Domagalski

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 02.08.2016r.
seria: Horyzonty zdarzeń
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
format: 132 x 202
liczba stron: 408




Bóg ukazał się Mojżeszowi i nakazał mu zbudować skrzynię o określonych wymiarach, którą mu opisał. Miała być wykonana z drewna akacjowego i wyłożona z zewnątrz i wewnątrz złotem. Włożono do niej laskę Aarona (która zakwitła), dzban z manną i dwie kamienne tablice z tekstem Dekalogu. Na wieku skrzyni umieszczono dwa złote posągi cherubinów. Izraelici uważali ją za broń i zabierali ze sobą na każdą kampanię wojenną. Wierzyli, że armia, która posiada tę relikwię, jest niezwyciężona. Salomon po wybudowaniu świątyni w Jerozolimie kazał ją przenieść do specjalnego pomieszczenia, do którego nie miał wstępu nikt prócz arcykapłana. W szóstym wieku przed naszą erą wojska babilońskie zdobyły Jerozolimę, a świątynia została zburzona. Wówczas Arka Przymierza przepadała i słuch o niej zaginął. Przez wieki powstało wiele legend, opowieści i teorii mówiących o miejscu ukrycia Arki. Zarówno w Kościele wschodnim, jak i katolickim, również istnieją doktryny, według których Arka została potajemnie wywieziona. 

„Angiel Dei” to powieść stworzona na bazie tej historii. Narracja prowadzona jest tu na trzech płaszczyznach czasowych: w okresie zburzenia Jerozolimy (VI wiek przed naszą erą), w czasie wypraw krzyżowych (XIII wiek naszej ery) i współcześnie, w roku 2016. Bohaterowie są oczywiście różni, ale łączy ich wspólna misja. To dość częsty zabieg literacki. Na początku poznajemy postacie, które nic z pozoru nie łączy, ale w miarę rozwoju fabuły okazuje się, że są one ze sobą powiązane. Naszych bohaterów łączy właśnie Arka Przymierza. Habakuk, 12-letni chłopiec, zostaje wybrany, aby wywieźć Akrę z Jerozolimy, Hugo von Salza, brat Wielkiego Mistrza Zakonnego, ma dostarczyć rzekomo znalezioną Arkę w bezpieczne miejsce, a Marek Burzyński, współcześnie żyjący pisarz, zostaje wplatany w Wielką Rozgrywkę Niebios. Tak Niebios, bo do poszukiwań zaginionej Arki przyłączają się siły niebiańskie i szatańskie. 

Pomysł na powieść może jest i dobry, choć nie oryginalny. Sama konstrukcja fabuły, jak i tematyka, była już inspiracją dla wielu pisarzy i reżyserów filmowych. Jeśli chodzi o bohaterów, to też niestety dużo można tu zarzucić. Mimo różnorodności postaci, żaden nie wzbudza sympatii na tyle, aby mu kibicować i z wypiekami na twarzy czekać na dalsze jego losy. Zarys charakterów jest tylko "liźnięty" i dość stereotypowy. Na przykład diablica i anielica. Obie oczywiście nieziemsko piękne, ponętne, inteligentne, posiadające ogromne moce, a rozmawiają ze sobą jak typowe gimnazjalistki. Zresztą dialogi też nie są mocną stroną tej powieści. Słabo wypada również współczesny bohater, któremu autor przypisał na koniec bardzo znaczącą rolę, tymczasem Marek-pisarz nie wykazuje ani krzty charyzmy.  

Niemniej jednak całość czytało się przyjemnie i szybko. Choć da się zauważyć, że fabuła nie jest spójna w kilku miejscach i rozmywa się. Momentami jest to kompozycja szufladkowa, czyli opowieść w opowieści. Poszczególni bohaterowie przytaczają znane legendy, czy historie, które mają na celu uzupełnienie treści. To można uznać za taki mały plus dla całości. Z przyjemnością przypomniałam sobie parę hebrajskich historii. Poza tym widać, że pan Domagalski ma pojęcie o mitologii judaistyczno-chrześcijańsko-islamskiej i hebrajskich wierzeniach. Kolejnym plusem jest na pewno przedstawienie anielskiej "drabinki ważności". Dość dobrze opisani są poszczególni "anielscy bohaterowie", poznajemy ich funkcje, moce, a przede wszystkim  miejsce w hierarchii (choć to też nie jest jakieś innowacyjne).

Mimo paru minusów i tak warto się sięgnąć po „Angele Dei”. Wybitne dzieło to nie jest, ale dwa-trzy wieczory może umilić. Naprawdę widać, że autor dołożył wiele starań, ale powieść była przemyślana. Może nie wyszło jak zakładał, ale z pewnością taka tematyka, poszczególne wątki zainteresują wielu czytelników. Ja dam autorowi jeszcze jedną szansę i chętnie przeczytam jego wcześniejsze powieści albo już te następne.  



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 28 lipca 2016

„Troja. Upadek królów” David Gemmell, Stella Gemmell

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: II, 31 maja 2016r.
tłumaczenie: Sawicki Patryk
tytuł oryginału: Fall of Kings
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 576




„Upadek królów” jest zwieńczeniem trylogii „Troja” (część I, część II) i przynosi odpowiedź na wszystkie wcześniej zadane pytania. David Gemmell niestety nie zdążył skończyć całej trylogii, zmarł w trakcie pisania, dzieło dokończyła jego żona Stella. Jak można się domyślić, znajdziemy tu opis ostatnich dni wojny trojańskiej, pojedynku Hektora i Achillesa, zagadki konia trojańskiego i upadku potężnego miasta. Bez wątpienia powieść olśniewa, pozostawiając czytelnika w zachwycie.

Po pierwsze David i Stella wykonali znakomitą robotę przedstawiając realistyczne postacie, które idealnie pasują do narracji historycznej tego okresu. Świetnie są skonstruowane charaktery bohaterów. Żyją oni w bardzo burzliwych czasach i czują się w obowiązku sprostać swojemu przeznaczeniem. Helikaonowi (Eneaszowi), Hektorowi i Achillesowi nie brakuje odwagi, ale muszą mierzyć się również ze swoimi słabościami. Przez to są bardziej ludzcy. Nie są to superbohaterzy i herosi, ale postacie z krwi i kości, które odczuwają pragnienia, kochają, nienawidzą, zazdroszczą. Przy kreacji takich postaci można jedynie się rozmarzyć i krzyknąć: gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, gdzie ci mężczyźni na miarę czasów! Na miarę tamtych czasów wypadało być honorowym i bronić swojego do ostatniej kropli krwi. Toteż każdy z nich walczy o słuszną sprawę. I tak naprawdę bardzo trudno opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Zarówno Hektor i Achilles mają swoje racje i walczą o swoje przekonania, choć ja bardziej stoję po stronie Hektora. Zresztą autor również – choć świetnie opisuje poczynania Greków i Trojan – jego sympatia przechyla się delikatnie na stronę Trojańczyków.

Nie sposób nie wspomnieć o scenach bojowych. Znakomicie są tu opisane, bez zbędnego patosu, dość realistycznie i brutalnie. I tak jak w poprzednich częściach, autor nie stroni tu od ukazania czytelnikowi okrutnych momentów z odciętymi kończynami, dogorywającymi rannymi, przepełnionymi morzem krwi. Daleko jest tu od patetycznych opisów chwalebnych czynów i podniosłych zwycięstw. Natomiast ostateczne starcie Hektora i Achillesa jest zupełnie inne, niż znamy z opisów Homera. To prawdziwy majstersztyk. Dramatyzm tego pojedynku potęguje nie tylko szczegółowe jego przedstawienie, ale to, że nie jesteśmy w stanie opowiedzieć się żadnej ze stron. I kończy się inaczej, niż tego oczekujemy. Odważę się na stwierdzenie, że to jeden z najlepiej sportretowanych pojedynów między wojownikami w literaturze. I nie wolno zapomnieć też o ostatecznej rozgrywce i koniu trojańskim. Autor wybrał tu najprostsze, ale tym samym najbardziej przemyślane rozwiązanie. 

Cała trylogia „Troja” to pięknie napisana opowieść o Złotym Mieście, które nie chciało umierać. To historia o poległych bohaterach i dzielnych wojownikach, którzy do końca i wiernie bronili swojego ukochanego miasta. To losy zdeterminowanych kobiet, które pomimo wielu cierpień, nie straciły ducha walki i wiary w przetrwanie swoich bliskich. To cudowna  opowieść o honorze i obowiązku, o miłości i przyjaźni, o determinacji i woli walki. Triumf prawdziwego mistrza swego rzemiosła! Olśniewająca, błyskotliwa i ponadczasowa. Gorąco polecam!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 21 lipca 2016

„Złodziejska gra” Roger Hobbs

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 19.07.2016r.
tłumaczenie: Piotr Kuś
tytuł oryginału: Vanishing games
oprawa:broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 368





Jest Ghostmanem. Kiedy ktoś wpadnie w poważne tarapaty i musi na jakiś czas zniknąć, to właśnie dzwoni do niego. Potrafi doprowadzić do zniknięcia każdego człowieka i każdej rzeczy. W ciągu trzydziestu sekund sam może przyjąć dowolną tożsamość. Nie ma nazwiska, adresu ani twarzy, którą ktokolwiek mógłby rozpoznać. Jest mistrzem kamuflażu. Kiedy odezwie się jego telefon, zawsze oddzwania. Gdy nie pracuje, odgrywa rolę francuskojęzycznego hazardzisty z Kandy i gra w kasynach.  

To się zmienia, gdy dostaje wiadomość od swojego dawnego mentora, Angeli. Ona jest tą, która nauczyła go wszystkich złodziejskich sztuczek. Na świecie nie ma wiele kobiet podobnych do niej. Nie była po prostu złodziejem światowej klasy, była mistrzynią w swoim fachu. Działała już od dwudziestu lat i nigdy jej na niczym nie złapano. Kradła brylanty z rosyjskich pałaców. Opróżniała muzea w Europie. Obrabiała banki na czterech kontynentach i popełniała oszustwa w ponad trzydziestu krajach. Kradła miliony, wydawała całe pieniądze i kradła jeszcze więcej. Nigdy nie przebywała długo w jednym miejscu, potrafiła zmieniać tożsamość, dane osobowe i wygląd tak, jak ktoś inny zmienia ubrania. Ktoś znający ją od wielu lat nie potrafiłby rozpoznać jej na ulicy. 

Ghostman, Jack, w ciągu kilku godzin leci przez pół świata, aby odnaleźć Angelę w błyszczących neonach slumsów w Makau. W mieście, gdzie gospodarka opiera się na turystyce i hazardzie, Angela wpada w poważne tarapaty. Piraci, których wynajęła Angela, napadają na jacht przemytników. Planują ukraść nieoszlifowane szafiry warte wiele milionów dolarów, ale na pokładzie odkrywają również coś znacznie cenniejszego. To sprawia, że wydarzenia przybierają niespodziewany obrót, a Angelę zaczynają ścigać handlarze klejnotów, a także bezwzględny najemnik, Laurence, którego enigmatyczny pracodawca nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać tajemniczy skarb. Dlatego Angela prosi o pomoc swojego dawnego ucznia i partnera. Razem będą musieli zmierzyć się z wyjątkowo niebezpiecznymi grupami przestępczymi.

Po udanym debiucie Roger Hobbs utrzymuje ten sam poziom. Książka od pierwszych stron trzyma w napięciu. Świetnie skonstruowana intryga, natężenie akcji, która zwalnia, wtedy autor wprowadza dygresje, a potem galopuje w zatrważającym tempie. Bardzo ciekawie przedstawione jest również Makau - miasto sprzeczności. Kasyna pełne amerykańskich maszyn hazardowych, włoskie sklepy z najmodniejszą odzieżą, japońskie restauracje z sushi, ogromne pola golfowe. A z drugiej strony slamsy przepełnione zardzewiałymi samochodami i nastolatkami zażywającymi narkotyki. Polecam, fani thrillerów z pewnością nie będą zawiedzeni.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.