niedziela, 7 lutego 2016

„Sekret zegarmistrza” Renata Kosin

wydawnictwo: Znak
data wydania: 03.02.2016r.
oprawa: miękka
liczba stron: 416





Podlasie - najmniej zagospodarowany przez człowieka i najmniej zanieczyszczony region naszego kraju. Łąki, pola, lasy, nieco jezior, rzek i bagien urzekają swoim położeniem i czystością. Wśród takich pól stał dworek, który główna bohaterka odziedziczyła po zmarłych dziadkach. Lena mieszka z mężem i dorastającą córką Ksenią. Dworek wprawdzie nie ma pobielanych ścian, ale dla Leny cały dom był świętością oraz stanowił dla niej pamiątkę po przodkach. Pamięć o innych była dla Leny zawsze bardzo ważna. Martwiło ją, że ludzie zbyt łatwo pozbywali się rzeczy ludzi, którzy już odeszli. Wyrzucali osobiste przedmioty, ubrania i całą resztę. Lena postanowiła postępować inaczej. Chciała chronić nie tylko pamięć po ukochanych dziadkach, ale też ich przestrzeń. Dworek, przedmioty codziennego użytku, wszystko chciała pozostawić na miejscu. Dlatego broniła się przed jakimkolwiek remontem. Nie chciała pozwolić na żadne zmiany. Drewnianą skrzypiącą podłogę w kuchni chciała zostawić, gdyż wtedy umarłoby najpiękniejsze wspomnienie z jej dzieciństwa – gdy późną nocą skradała się potajemnie do kredensu, aby podkraść landrynki posypane cukrem pudrem. Nie wyobrażała sobie też rozbiórki kaflowych pieców. Zbyt dobrze pamiętała zimowe wieczory, gdy zmęczona zabawą na śniegu rozgrzewała przemarznięte stopy, przyciskając je do gorących kafli. 

Pewnego dnia ten spokojny rytm jej życia zakłóca odnaleziony dziennik z 1884. Po odczytaniu zniszczonych notatek Lena odkrywa, że autorka zapisków jest związana z jej rodziną. Cały dziennik przesiąknięty jest emocjami smutnej i bardzo nieszczęśliwej kobiety – Emilie de Fleury. Beznadzieja, łzy i widmo śmierci – to jedynie można odczytać z kart. Między kartkami znajdują się również karty tarota, które mogą coś symbolizować. Zainspirowana Lena zaczyna swoje małe prywatne śledztwo. Szybko się okazuje, że jej przodkowie skrywali tajemnice, a ich rozwiązanie może znajdować się w dworku i we Francji. Podążając śladami Emilie de Fleury, Lena i jej córka Ksenia wybierają się w podróż do słonecznej Prowansji. Jednakże niektórym członkom rodziny zależy na tym, aby rodzinne sekrety nigdy nie wyszły na jaw…

Tyle o fabule. Świetnie to się czytało, gdyż znajdziemy mu elementy kryminały połączone z powieścią obyczajową. To moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Renaty Kosin, dlatego trudno mi się do czegoś odnieść. Plusem książki jest z pewnością lekki styl, z którego wyczuć można serce do Podlasia oraz tradycji rodzinnych. Również miejsca, które odwiedzają bohaterki – malownicze Vallauris, Biot i jego okolice, tamtejsze sklepy z ceramiką i wystawy dzieł Picassa – autorka opisuje bardzo dokładnie. Możemy odnieść wrażenie, że podróżujemy razem z Leną i Ksenią. Inspiracją do tej książek – jak pisze sama autorka – były  realne postacie, a także przedmioty lub wydarzenia, które autorka nazywa „zapalnikami”. Jednym z takich zapalników jest zegarek z inicjałami JB. Autorka znalazła go w warsztacie swojego taty, a potem przeniosła do karty powieści. Również konfitura fiołkowa, odkryta przez panią Kosin podczas wakacji w Vallauris, to też rzecz, która była inspiracją. Te drobnostki skłoniły autorkę to tworzenia niezwykłych opowieści. Wszystko to sprawia, że jest to książka z duszą oraz wcześniej już wspomnianym sercem. 

Tyle o plusach. Jest jednak jeden minus, o którym muszę wspomnieć. Konstruując fabułę Sekretu zegarmistrza autorka przywołała postacie hrabiego de Fleury, Marii Curie-Skłodowskiej oraz – opisując obraz Kochanowskiego nad zwłokami Urszuli – Jana Matejki. Na kartach książki pojawia się też wspomnienie o Pablu Picassie oraz o prapradziadkach biorących udział w powstaniu styczniowym. Moim zdaniem trochę tego za dużo, przez to fabuła stała się „przekombinowana”, bo i Skłodowska-Curie, Kochanowski, Matejko i jeszcze Picasso. Zbyt wielu wrzucono do jedno wora – pisząc kolokwialnie. Dlatego rozczarowała mnie końcowa część książki i zakończenie. Zrobiło się po prostu męcząco. Niemniej jednak sam pomysł na książkę, na opisanie Podlasia jest jak najbardziej trafny. I jeszcze ta konfitura z fiołków. Hmm… ciekawie jak smakuje. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz