wtorek, 26 kwietnia 2016

„Xango z Baker Street” Jô Soares

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 12 kwietnia 2016
tytuł oryginału: O Xangô de Baker Street
tłumaczenie: Wojciech Charchalis
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 272



uwaga - recenzja zawiera spoilery


Jô Soares to współczesny brazylijski aktor, komik, artysta stand-upowym, reżyser, producent teatralny, muzyk, malarz i oczywiście pisarz. Książka Xangô z Baker Street nie jest jego debiutem literackim, opublikował ją w roku 1995. Natomiast 5 lat później opowieść została sfilmowana, a Jô Soares wystąpił w roli jednego z bohaterów. 

Ryzykownego zadania podjął się ten brazylijski pisarz. Bowiem połączył postać wykreowanego wcześniej literackiego bohatera ze swoimi fikcyjnymi postaciami. I to jakiego bohatera! Samego Sherlocka Holmesa. Ci, co znają przygody angielskiego detektywa i są jego fanami, do takich eksperymentów podejdą raczej sceptycznie. Ja również miałam mieszane uczucia, gdyż Sherlock Holmes to jeden z moich ukochanych bohaterów literackich. Niemniej jednak z wielkim zaciekawieniem chciałam poznać przygody Sherlocka w Rio de Janeiro. Tak, angielski detektyw i jego wierny przyjaciel doktor Watson, przybywają do Brazylii na zaproszenie samego cesarza Piotra II, aby pomoc lokalnej policji w odnalezieniu cennych skrzypiec Stradivariusa. 

„Źle pan mniema, panie Holmes” - tak w skrócie można streścić charakter detektywa na kartach książki Jô Soaresa. To zupełnie inna postać niż wykreowana przez Arthura Conana Doyle'a. Na początku było to dość zabawne, gdyż brazylijski pisarz zakpił sobie trochę z umiejętności Sherlocka. Albowiem każdy jego dedukcyjny wniosek był nietrafiony, co od razu wychodziło na jaw. Doktor Watson próbował za wszelką cenę usprawiedliwiać towarzysza, z marnym jednak skutkiem. „To drobiazgi, drogi panie, nieistotne drobiazgi. Nie pozwólmy, żeby wynik wspaniałego rozumowania, którego właśnie byliśmy świadkami, został przyćmiony pospolitymi detalami”. Niestety ta kpina z detektywistycznych umiejętności Holmesa przekracza trochę granicę. Do pewnego stopnia może bawić jeszcze to, że Anglicy (Sherlock i Watson) źle znoszą tropikalne upały, że muszą mierzyć się z tutejszą egzotyczną kuchnią i tym samym z problemami żołądkowymi, że zderzenie kultur i wierzeń nijak ma się do zakorzenionego w tradycji i rutynie Londynu. Ale już ukazanie Sherlocka jako kogoś, kto nie potrafi zapanować nad własnymi żądzami, namiętnościami, a do tego przyznającego się ponętnej młodej kobiecie, że jest prawiczkiem, to już zbyt daleko idąca satyra z postaci. Dlatego nie podobała mi się ta kreacja.

Może trochę o fabule. Mamy XIX wiek. W Brazylii to schyłek epoki niewolnictwa, jednak niewolnictwo jest tu powszechne i akceptowane. Brudne ulice, slumsy przesiąknięte są beczkami przepełnionymi śmieciami i odchodami. Kontrastuje to z przepychem apartamentów, w których mieszka arystokracja. Klimat tej gorącej i egzotycznej Brazylii Jô Soares przedstawił dość dobrze oddany. Czuć tu parność powietrza i zapach cannabis. Tropikalne słońce, afrykańscy bogowie, to zupełne przeciwieństwo deszczowego Londynu. A oprócz poszukiwania zaginionych skrzypiec, Sherlock i Watson, pomagają policji w rozwiązaniu zagadki brutalnych morderstw. Śledztwo jest instygujące, gdyż poznajemy też punkt widzenia sprawcy. A nasi detektywi pozostają jakby głusi i ślepi na ślady, które zostawia morderca.

Książkę czyta się szybo, wszystko za sprawą prostego języka. I choć kreacja Sherlocka nie do końca mnie zachwyciła, to sama zagadka i intryga była wciągająca. Podobał mi się pomysł na sposób dokonywania zbrodni. Trzeba przyzna, że Jô Soares posiada dobry warsztat pisarski. Potrafi skonstruować kryminalną zagadkę, tak, że czytelnik nie domyśli się zakończenia. A to duży plus. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 24 kwietnia 2016

„Euforia” Lily King

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 24 kwietnia 2016
tytuł oryginału: Euphoria
tłumaczenie: Ewa Ledóchowicz
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 320





Powieść Lily King została obsypana nagrodami, zdobyła uznanie w świecie i przetłumaczoną ją na wiele języków. Dla amerykańskiej pisarki inspiracją stał się pobyt trójki antropologów na terytorium ówczesnej Nowej Gwinei. W roku 1933 Margaret Mead, jaj mąż Reo Fortune oraz Gregory Bateson spędzili kilka miesięcy na rzeką Sepik, badając tamtejsze plemiona i wioski. Choć Lily King wykorzystała prawdziwe szczegóły charakteryzujące istniejące plemiona, to zmieniła ich nazwy. Inaczej nazwała również trójkę swoich bohaterów. Fikcją literacką ubarwiła życiorysy trójki ludzi. Poznajemy zatem Nell Stone, Fena Schuylera i Andrewa Banksona. 

„Euforia” zaczyna się w środku akcji, a czytelnik od razu zostaje wciągnięty w jej wir. Bowiem fabuła książki oscyluje wokół romantycznego trójkąta. Bankson spędzał czas na studiowaniu plemienia Kiona. Odizolowany od świata, samotnie zmagał się z własną bezradnością i bólem po śmierci braci. Wszystko wydawało mu się beznadziejne tudzież postanowił popełnić samobójstwo. Zbiegiem okoliczności spotkał małżeństwo zajmujące się badaniem tych plemion, co on. Od tego momentu trio zostaje uwikłane w magnetyczny związek. „Nell i Fen odegnali moje samobójcze myśli. Ale co zostawili w zamian? Gwałtowne pożądanie, wielki przypływ uczuć mających niewielki sens, ból, który nie ma innej nazwy niż pragnienie. Ja pragnę”. Ten trzywektorowy "układ" staje się głęboki i zawikłany. Różne temperamenty, różne metody działań tej samej kultury, różne potrzeby seksualne splatają się tu na fascynującą i uwodzicielską opowieść o ludzkich słabościach i namiętnościach. Akcja sunie tu wartko. Jest zmysłowa do bólu. Bohaterowie muszą mierzyć się nie tylko z fizycznością nowogwinejskiej dżungli, z upałami, parnym powietrzem i insektami, ale również z własnymi seksualnymi napięciami czy zawodową zazdrością. 

Lily King stara się również odpowiedzieć na pytanie: czy można tak naprawdę zrozumieć inną kulturę. Skąd antropolodzy mogą brać przeświadczenie, że będą obiektywni w swoich wnioskach. Przychodzą przecież z własnymi definicjami uprzejmości, siły, męskości, kobiecości, Boga, dobra i zła. Jak zatem mogą zrozumieć plemiona, gdzie rodzice zabijają swoje pierworodne dzieci, a pozostałe noszą w koszykach. 


Świetna jest tu narracja. Prowadzona z kilku punktów widzenia. Pozwala to dobitnej zrozumieć uczucia bohaterów. Otrzymujemy fascynujące spojrzenie na inną kulturę i sposoby jej badania, na obrzędy składania ofiar, grzebania zmarłych. To doskonale skonstruowana i sugestywnie zobrazowana opowieść. Przenikliwy i bez reszty magnetyzujący obraz Nowej Gwinei w latach trzydziestych XX wieku. Polecam.


Bateson, Mead and Fortune w roku 1933 źródło

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

„Ziemna burza” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 12 kwietnia 2016
tytuł oryginału: Jordstorm
tłumaczenie: Robert Kędzierski, Anna Krochmal
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 312





Ziemia symbolizuje Wielką Macierz, genitalia żeńskie, dawcę życia, płodność, orkę, siew, żniwa, skarbnicę życia i bogactw, odrodzenie; nieruchomość, gęstość, kondensację; przeciwieństwo nieba, świętości, duchowości; ciemność, świat podziemny, śmierć, grób, nieśmiertelność, wieczność. Tak podaje „Słownik symboli” Władysława Kopalińskiego. W astrologii cztery żywioły: ziemia, woda, ogień i powietrze są jedną z największych tajemnic wszechświata, a jednocześnie stanowią niezwykle ważny element egzystencji. Każdy żywioł dysponuje inną mocą, a do harmonijnego istnienia potrzebne są nam one wszystkie. Astrologia czy Tarot, analizując charakter danej osoby, zawsze starają się określić, ile którego żywiołu posiada w sobie człowiek. Pozwala to szybko ocenić podstawową naturę człowieka  i jego temperament. Tutaj ziemia jest symbolem ciszy i wyciszenia.

Mons Kallentoft - jak to robił w poprzednich swoich książkach - oddaje głos ofiarom. „Wokół mnie pełzają larwy. (...) Pachnie ziemią, schnącą, wilgotną ziemią”. [s.5] Poznajemy zatem najpierw ofiarę, a raczej jej monolog, wołanie o pomoc, ponieważ dziewczyna jest pogrzebana żywcem. Zaczyna się wyścig z czasem. Sprawca bawi się z policją w kotka i myszkę. Przysyła na komisariat zaszyfrowane wiadomości-zagadki. Komisarz Malin Fors zdaje sobie sprawę, że trzeba się spieszyć ze znalezieniem odpowiedzi.

Mons Kallentoft porusza tu również bardzo drażliwy wątek - imigrantów i muzułmańskich ekstremistów. Zaczyna się od morderstwa skrajnie prawicowego lokalnego polityka. Młody mężczyzna, który wcale nie ukrywał swoich rasistowskich poglądów, zostaje znaleziony martwy, a jego nagie ciało porzucono w lesie. Następną ofiarą jest islamista, któremu ktoś odciął głowę od ciała i napchał ziemi do ust. Morderca najwyraźniej chce uciszyć pewnych ludzi, którzy wyrażali swoje poglądy, chce uciszyć tych, którzy byli widoczni. 

Autor ma już świetnie dopracowany styl, umiejętnie posługuje się metaforami i obrazami poetyckimi. Pięknie i efektownie pisze o codziennych tragediach, o rozterkach duszy. Cała narracja jest prowadzona w czasie teraźniejszym, co sprawia, że czytelnik bardziej identyfikuje się z postaciami. Przez to jesteśmy włączeni w tempo pościgu, w wyścig z czasem, tu i teraz przenikamy do myśli bohaterów. Lubię Kallentofta właśnie za sposób ujęcia tematu. W natłoku pojawiających się kryminałów, gdzie autorzy prześcigają się w okrucieństwach, Mons Kallentoft wydaje się bardzo subtelny. Mimo że pisze o brutalnych zbrodniach, o traumach z dzieciństwa, które tłumione przez lata, budzą się potem z podwójną siłą. Gorąco polecam!

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

piątek, 1 kwietnia 2016

„Symfonia w bieli” Adriana Lisboa

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 29.03.2016r.
tytuł oryginału:Sinfonia em Branco
tłumaczenie: Wojciech Charchalis
oprawa: twarda
liczba stron: 208




„...kobiety grube i bez kompleksów obnosiły się z niesamowicie krótkimi spodenkami, z których wystawały uda pokryte cellulitem, i koszulkami na ramiączkach, długimi i krótkimi, odsłaniającymi pulchne ramiona i brzuchy, a nad nimi kołysały się piersi jędrne albo sflaczałe. Kobiety bardzo dystyngowane, o cienkich brwiach, chodziły po trotuarach z ramiączkami staników odsłoniętymi przez dekolty bluzek. Na czole, na skroniach i na ustach wysmarowanych czerwoną szminką tysiące kropel potu opierało się batystowym chusteczkom. Mężczyźni ściągali koszulki, żeby pokazać zasiedziałe i opasłe brzuchy. (...) Upał panował wszędzie i na nic zdawało się poszukiwanie fałszywego poczucia ulgi w oceanie, bo słońce paliło nawet wtedy, gdy zimna woda kazała sądzić, że daje jakąś ulgę”. To opis ulic Rio de Janeiro i nijak ma się o do stereotypowych wyrażeń o Brazylii. Gdzie te najpiękniejsze i najzgrabniejsze Brazylijki, gdzie właścicielki ponętnych brazylijskich pośladków i właściciele nagich, muskularnych torsów? Gdzie skąpo odziane kobiety, które z gracją i swobodą kręcą biodrami w rytmie samby. Takich opisów z pewnością nie znajdziemy u pisarki młodszego brazylijskiego pokolenia - Adriany Lisboi.

źródło
Książkę otwiera przedstawienie postaci Tomasa, malarza. Mieszkał on w pobliżu domu, w którym dwie siostry spędzały swoje dzieciństwo. Tomas całkowicie zakochał się w jednej z nich, Marii Inês, która ubrana była, w dniu poznania, w białą sukienkę. Obraz dziewczyny w bieli towarzyszył Tomasowi przez większość życia. Obsesyjnie przywoływał wspomnienia i zestawiał je z obrazem malarza Jamesa Whistlera "Symfonia w bieli". Był po prostu skazany na zakochanie się bez pamięci w dziewczynie w bieli. Późniejsze jego losy również będą przeplatane z losami sióstr. 

Jednak centralnymi postaciami tej powieści są właśnie siostry Maria Inês i Clarice. Mieszkają one na zalanej słońcem fazendzie. Młodsza Maria korzysta z beztroskiego dzieciństwa, aż do wieku dziewięciu lat, gdy staje się świadkiem pewnej sytuacji. Widziała coś, co nie było przeznaczone dla jej młodych oczu. Niszczy to jej mały świat i pozostawia blizny. Starsza o cztery lata Clarice miała jeszcze mniej szczęścia. Traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa spowodują jeszcze większe blizny na duszy i ciele również. Ich matka Otacilias, uwięziona w nieszczęśliwym małżeństwie i patriarchalnym związku, wiedziała, że córka cierpi, ale  nic nie powiedziała, nic nie zrobiła. Dwa lata później Clarice, jako piętnastolatka, została wysłana do ciotki w Rio de Janeiro.W dorosłym życiu tłumione wspomnienia i niewypowiedziane słowa pchną ją w alkohol, narkotyki i próbę samobójczą. Minie wiele lat zanim siostry spotkają się ponownie i wyjaśnią sobie bolesne rodzinne tajemnice. 

Imponujący jest tu styl pisania autorki. Adriana Lisboa świetnie rozumie grę słów. (Tutaj wyrazy uznania należą się również tłumaczowi). Metafora goni metaforę. Krótkie zdania dosadnie uderzają, zmuszają do przemyśleń. Wszystkie rozmowy są ciche, krótkie, niedopowiedziane słowa zostają pomięte milczeniem. Strach i ból, nienawiść i zagubienie przenikają całą historię. I ta cisza, która towarzyszy życiu bohaterów. Cisza, która przenika do ich wnętrza. Decydujące sceny z książki odbywają się na wzgórzach. Na wzgórzach, gdzie nad doliną unoszą się kolorowe motyle. (W Niemczech książka została przetłumaczona „Der Sommer der Schmetterlinge”, czyli lato motyli"). Nad tymi wzgórzami obraz beztroskiego dzieciństwa przeplata się z traumatycznymi wydarzeniami. 

Ten sugestywny obraz może być też tłem politycznym. Brazylia, kraj który przeszedł przez dwie represyjne dyktatury (1937-45; 1964-85) w kierunku demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego. Mimo to patriarchalna przemocy i ucisk nadal przejawiała się w wielu obszarach życia zwykłych Brazylijczyków. I choć kobiety cieszą się teraz większą swobodą i niezależnością niż kiedykolwiek przedtem, Adriana Lisboa sugeruje, że przeszłe urazy nie zostały jeszcze do końca całkowicie rozwiązane. A pozostałości po patriarchalnym modelu rodziny mogą być jeszcze zakorzenione w społeczeństwie. 

Powieść ta urzekła od samego początku. Aby jednak zajrzeć głębię duszy bohaterów, trzeba się wybrać w podróż. Podróż pełną tragedii i wielkich emocji. Trzeba stanąć nad przepaścią i pozostać na chwilę w zamyśleniu. Wsłuchać się w ciszę, poczuć harmonię. To powieść, która odsłania zarówno grozę i poezję życia.
Polecam gorąco.
Boa leitura!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

A tak przy okazji to Adriana Lisboa odwiedzi Polskę w dniach:

- 4 i 5 kwietnia (Warszawa)

- 6 kwietnia (Kraków). Więcej informacji tu