czwartek, 29 grudnia 2016

„Złodziejka” Sarah Waters

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 4 sierpnia 2015
tytuł oryginału: The Fingersmith
tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
oprawa: twarda 
liczba stron: 728




„Opowiadam wam o tym wszystkim, żebyście nabrali pojęcia, jakie siły mnie ukształtowały, wpływając na to, kim jestem”. [s. 257] Tak mówi jedna z bohaterek i zarazem narratorek powieści. Wypowiada to, aby usprawiedliwić swoje czyny. Sue Trinder, lat 17, mieszka w Londynie przy Lant Street. To miejsce drobnych złodziei, przestępców i ubóstwa. Dziewczynę wychowują pani Sucksby i pan Ibbs, w domu, przez który przewijają się niechciane dzieci, paserzy i lichwiarze. W domu, w którym, aby uspokoić płaczące dzieci podaje się im krople ginu, a podrobienie dowolnego klucza nie jest niczym skomplikowanym, nawet dla kilkunastoletnich chłopców. Richard Rivers, drobny fałszerz i uwodziciel, bywa częstym gościem w tym domu. Richard vel Gentleman ma plan. Plan, który pozwoliłby domownikom na wzbogacenie się i w końcu przyzwoite życie.  

Tymczasem nieopodal Londynu, dziedziczka fortuny, Maud Lilly, lat 17, mieszka w ogromnej, ciemnej rezydencji. Ogromna posiadłość pozornie wydaje się bezpiecznym miejscem. Bramy chronią dom przed drobnymi złodziejaszkami i oszustami. Poza tym służba czyni wszystko, aby domownikom niczego nie zabrakło. Okazuje się, że wuj Maud, kolekcjoner i miłośnik książek, ma dość specyficzne hobby. Zbiera bowiem literaturę tylko jednego rodzaju, a siostrzenica potrzebna jest mu do czytania i przepisywania sprośnych tekstów.  

Pewnego dnia losy obu dziewcząt łączą się. Jednak plan uknuty przez Richarda okazuje się tragiczny w skutkach. I tu należą się pochwały dla autorki. Cała historia rzeczywiście jest zaskakująca. Narrację prowadzi najpierw Sue, a następnie Maud. Opowiadają o tych samych zdarzeniach, ale z różnych perspektyw. Nie ma sensu zdradzać tu reszty fabuły, gdyż wtedy nie byłoby żadnego zaskoczenia dla czytelnika. Choć dalsze relacje pomiędzy paniami są raczej przewidywalne. Natomiast wiktoriański Londyn jest przedstawiony w dość doby sposób. Szary, ponury i brutalny świat dziewiętnastowiecznego społeczeństwa. Mroczny, ponury klimat daleki jest do opisów wyidealizowanych i ckliwych romansów. Nie brakuje tu emocji i obie bohaterki nie mają oporów przed wyrażaniem swoich uczuć. Tyle o plusach, bo niestety są i minusy.

Przede wszystkim zakończenie, tutaj bardzo melodramatyczne i nie psujące do całości. Mnie się nie podobało, za dużo było „achów” oraz „ochów”. Do tego stopnia, że zaważyło to na mojej ocenie książki. Myślałam, że będzie to swoista „perełka” wśród literatury tego typu, a niestety stała się po prostu zwykłym czytadłem. Jedynie co mnie teraz kusi to ekranizacja, gdyż twórcy filmu zdecydowali się przenieść akcję do Korei i zmienić tytuł na „Służąca”. Może być ciekawie. 



sobota, 24 grudnia 2016

„Oto zwiastuję Wam radość wielką....



Czasem może się wydawać, że nic nas już nie zaskoczy, że koleje losu potoczyły się dla nas niczym wyrocznia albo że wszystkiego już doświadczyliśmy. 
Nic bardziej mylnego...

Radujmy się, zamiast smucić! Nic nie jest bez znaczenia, nic nie dzieje się tylko przez przypadek! Boże Narodzenie to czas zmian, cudów i nadziei, ale jeden jest warunek: nie zabijajcie w sobie radości i potrzeby dzielenia się miłością.

Boże Narodzenie to czas cudów! 
Zatem życzę Wszystkim, wiary, miłości i odwagi, aby każdego dnia umieć odnajdywać w sobie cuda; aby nie bać się podążać za własnymi potrzebami i marzeniami, każdy jest bowiem powołany do SZCZĘŚCIA.


* * *


„I rzekł do nich anioł: Nie bójcie się! Oto zwiastuję Wam radość wielką,
która będzie udziałem całego narodu:
dziś bowiem w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel,
którym jest Mesjasz, Pan.”   Łk 2,10-11


 Andrea Mantegna, Pokłon pasterzy, 1451, Nowy Jork, Metropolitan Museum of Art. 

Stajenka Mantegni to mnóstwo skał z wyraźnie uwydatnionymi  warstwami i jakaś dziwaczna rudera, której sekundują drzewa owocowe. Urzekająca surowość - żadnych kolumn, reliefów czy innych fikuśnych detali architektonicznych. Atmosfera stricte baśniowa, nawet pejzaż, choć niby włoski, odrealniony księżycowo. Czuje się przenikającą w dziele transcendencję i - oczywiście - głębokie Sacrum. Pan się narodził. Ave! Alleluja!”*

*W. Łysiaka z  Do Rzeczy  nr 51-52/2014


piątek, 23 grudnia 2016

„Bajki dla małych i dużych” tom 2 Waldemar Łysiak

Wydawnictwo: Nobilis
rok wydania: 2015
format: 165 x 235mm
okładka: twarda
ilość stron: 170









Bajki dla małych i dużych. Nic bardziej mylnego. Te bajki z pewnością nie są dla małych dzieci, toteż tytuł niech nie zwiedzie czytelników. Dla znawców twórczości Waldemara Łysiaka nie jest to zaskoczenie, jednakże w księgarniach owa książka leży na półkach z literaturą dziecięcą. Zatem trzeba się mieć na baczności wybierając książkę dla dzieci. Mimo osobistej dedykacji (książka zadedykowana wnukom autora), fabuły o zwierzętach, dużej czcionki i licznych ilustracji, mały czytelnik mógłby do końca nie zrozumieć przesłania. Tak jak w pierwszej części, pełno tu aluzji i dygresji do innych utworów, mitów, legend i baśni. 

Pierwsza historia to opowieść o pewnym chłopcu Janku, który chciał zostać zoologiem. Fascynowały go jednak zwierzęta rzadko spotykane, niezwyczajne, dziwaczne, czasami nawet bajkowe, czyli takie, które wyginęły lub występują tylko w opowieściach. I tak od Pegaza, przez Sfinksa, Gryfa, Centaura, Bazyliszka, po wszelkie rodzaje Smoków, Wężów Morskich i Syren, nie pomijając Jednorożców  i Wilkołaków Łysiak przedstawia czytelnikom różnice w wyglądzie, pochodzeniu, umiejętnościach, no i oczywiście trybie życia danych osobników. I jak na Łysiaka przystało fabuła jest tylko pretekstem do wyrażenia pewnych opinii o otaczającej rzeczywistości. Dostaje się tu oczywiście kobietom, np. przy okazji teorii na temat wygięcia smoków: „Smoki najbardziej lubią spożywać dziewice. Niejedno miasteczko w dawnych czasach zapewniało sobie święty spokój, regularnie dostarczając dziewice do konsumpcji Smokwi mieszkającemu nieopodal grodu - mówią o tym podania ludowe wszystkich prawie ludów Ziemi. Gdy więc wskutek rewolucji obyczajowej liczba dziewic zaczęła się gwałtownie obniżać, Smoki zaczęły głodować, słabnąć i padać łupem rycerzy przez utratę możliwości miotania ognia, a dzisiaj już właściwie wyginęły niczym mamuty i dinozaury; mówiąc krótko: problem wyzerowano” albo „Jeżeli pani Pegazica przestawała lubić pana Pegaza, obdarzając sympatią pana Jednorożca - rodzi się mały Jednopegarożec, posiadający i skrzydła, i alikornowy kolec-róg”. Takich „smaczków” jest oczywiście więcej. 

Druga opowieść jest o przygodach Bociana Patafiana i ma już bardziej rozbudowaną fabułę. Bociek chce odnaleźć trzy chytre Lisy, które podkradają kury z domostwa, w którym ma swoje gniazdo. Wina spada na Patafiana, dlatego wyrusza on w drogę, aby dać nauczkę chytrym i przebiegłym Lisom. W całej misji pomagają mu różne zwierzęta, „wyjęte” z różnych bajek, legend i podań ludowych. Całość, jak na bajkę przystało, kończył morał, który „jest pyszny i zrazem prosty niezmiernie, (...) trzeba więc zawsze mieć pewien umiar grzesząc: prócz braku większych oporów jednak trochę hamulców”.

Ubawiły mnie te opowieści i znacznie poprawiły mi humor. Pełen podziw dla autora (zresztą nie pierwszy raz). W żadnym wypadku nie przeszkadza mi szowinizm i kąśliwe uwagi dotyczące kobiet. Uwielbiam styl Łysika, chylę czoła przed jego ogromną wiedzą interdyscyplinarną i swobodną w jaki sposób łączy przeróżne motywy. Innym atutem książki są ilustracje, tutaj znakomicie wkomponowane i przedstawiające poszczególnych bohaterów. Świetny pomysł, kunszt słowa i uciecha dla oka. Można się jedynie delektować. Polecam gorąco!


poniedziałek, 19 grudnia 2016

„Damy ze skazą” Kamil Janicki

Wydawnictwo: Znak
podtytuł: Kobiety, które dały Polce koronę
data wydania: 9 listopada 2016r.
seria: Prawdziwe historie
oprawa twarda:
liczba stron: 432





Trudno przekładać dzisiejszą moralność do rzeczywistości XI wieku. Nieubłagane reguły polityki nakazywały różne zwyczaje i ceremoniały. Pan Kamil Janicki podjął próbę ułożenia historii Polski w XI stuleciu w spójną całość i dużej mierze przybliżył nam realia takiej polityki. Bardzo mało jest prac naukowców zgłębiających temat upadku imperium Bolesława Chrobrego. Roczników i kronik nie brakuje, choć w pewnych miejscach kronikarze milczą. A ponoć, skoro milczą, mają ku temu powody. To otwiera bramkę do szerokiej interpretacji. Sam autor twierdzi, że „historia jest sztuką interpretacji”. Najnowsza książka pisarza opiera się bowiem, podobnie jak „Żelazne damy”,  na literaturze fachowej i źródłach z epoki, choć w „Damach ze skazy” tych ryzykownych hipotez jest dość dużo.

Główną bohaterką jest Rycheza, żona Mieszka II, matka Kazimierza Odnowiciela, siostrzenica cesarza Ottona III. To jej pan Jancki poświęca większość miejsca w książce. Pojawiają się również inne postacie: Matylda, dziedziczka najpotężniejszej ówczesnej dynastii, Przedsława, która była trofeum wojennym Bolesława Chrobrego, Maria Dobroniega, ruska księżniczka z dynastii Rurykowiczów i żona Kazimierza Odnowiciela. „Pisząc Damy ze skazą, postanowiłem sobie za cel przywrócenie do życia pewnej epoki. Przede wszystkim jednak chciałem odtworzyć losy niesłusznie pogardzanych i lżonych kobiet. Rychezy, która uratowała państwo Piastów, a spotkały ją tylko hańba i poniżenie. Marii Dobroniegi, która zupełnie zniknęła z polskiej historii, mimo że to za jej sprawą udało się przywrócić Polsce dawne granice. Przedsławy - zapomnianej i niezrozumiałej ofiary Bolesława Chrobrego. I chodzącego dowodu na to, że wielki wódz był równie wielkim grzesznikiem. Żadna z tych niezwykłych dam nie doczekała się własnej, pełnoprawnej biografii”. [str.380] I już za sam pomysł należy się autorowi ogromny plus.

Czyta się wszystko szybko i przyjemnie. Poza tym opowieści o kobietach silnych bezwzględnych i żądnych władzy zawsze wywołują wypieki na twarzy. Czytając książkę, widać tu ogrom pracy, jaką włożył autor przeglądając różne źródła, które i tak są skąpe w opisywaniu czynów owych dam. Niemniej jednak to chyba najsłabsza książka pana Kamila. Ale to jedynie moje wrażenie. Przez dużą liczbę hipotez powieść momentami wydaje się baśnią z tysiąca i jednej nocy. Te liczne przypuszczania i dopowiedzenia... no cóż, w niektórych momentach wyobraźnia nieco poniosła autora. Być może również spowodowane jest to tym, że poprzednie bohaterki były bardziej wyraziste i charyzmatyczne. Mam na myśli na przykład Dobrawę z „Żelaznych dam” albo Bonę z „Dam złotego wieku”. Całość jednak jest spójna i czyta się ją momentami jak powieść kryminalno-sensacyjną. Dużym walorem książki są również liczne ilustracje i ryciny, które w dużej mierze uzupełniają treść książki oraz wizualizują epokę. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak