sobota, 24 czerwca 2017

„Lektor” Bernhard Schlink

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: wydanie III, 23.05.2017r.
Seria: Salamandra
Tytuł oryginalny: Der Vorleser
Przekład: Karolina Niedenthal
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 216





„No i czego teraz chcesz? Całego życia w jedną godzinę?”
Akcja toczy się w powojennych Niemczech. Hanna udziela pomocy Michaelowi Bergowi, który zasłabł na ulicy, wracając ze szkoły. W ten sposób krzyżują się losy 15-letniego ucznia i pięknej, choć starszej od niego kobiety, którą jest zafascynowany od pierwszej chwili. To przypadkowe spotkanie staje się początkiem namiętnego romansu, zakończonego nagłym i tajemniczym zniknięciem Hanny. Mija osiem lat. Michael jest studentem prawa i śledzi procesy nazistowskich zbrodniarzy. W tych właśnie, jakże odmiennych, okolicznościach spotyka ponowie swoją dawną kochankę. Hanna jest siedzi na ławie oskarżonych, a przeciwko niej toczy się proces zbrodni dokonanych przez strażniczki w obozie koncentracyjnym. 

Michael zgromadził w pamięci obrazy dawnej kochanki. I tak naprawę tych obrazów szukał w swoich późniejszych związkach. „Zgromadziłem je wszystkie w pamięci i mogę rzucić na mój wewnętrzny ekran, a później oglądać, niezmienione i nienaruszone przez czas. Niekiedy myślę, że więcej po nie nie sięgnę. Ale powracają same i zdarza się, że muszę je potem jeszcze wiele, wiele razy wyświetlać, oglądać wciąż od nowa”. Hanna dodała Michaelowi pewności siebie. Ich potajemne spotkania zawsze wyglądały podobnie - wspólna kąpiel, kochanie się i czytanie na głos książek. Tej czułej bliskości Michael będzie szukał potem u innych kobiet, ale u żadnej tego nie znajdzie.   

Bernhard Schlink w tej której opowieści porusza wiele wątków. Konieczność wyboru pomiędzy dwoma obowiązkami, z których każdy wymaga naszego zaangażowania. Rozliczanie historii, rozliczanie sprawców zbrodni. Prawo człowieka do wolności i godności. Problem analfabetyzmu powojennym społeczeństwie. Konsekwencje trudnych wyborów. Samotność. Etyka w świetle sprawiedliwości. To również powieść o pierwszej, inspirującej, ale i toksycznej miłości. Miłości, która nadawała życiu sens, a jednocześnie bezlitośnie go odbierała. 

Poruszająca była to historia, z gorzkim i okrutnym zakończeniem. Są książki, które po przeczytaniu się zapomina. Ulatują wątki, postacie, wydarzenia. Tak taka nie jest. Choć minęło już parę dni odkąd skończyłam ją czytać, nadal pozostała w mojej głowie. I pozostanie pewnie na długo. Takich opowieści się nie zapomina. I powtórzę to, co napisałam o innej książce Schlinka „Letnie kłamstwa”. Bernhard Schlink tworzy świetne sylwetki psychologiczne swoich bohaterów, nie ocenia ich jednak, a raczej chłodnym obiektywizmem sprawia, że te historie nas dotykają, skłaniają nas do zastanowienia się, do refleksji.




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.



niedziela, 18 czerwca 2017

„Kartagina” Joyce Carol Oates

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 23.05.2017r
seria: Salamandra
tytuł oryginalny: Carthage
przekład: Katarzyna Karłowska
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 552




„A gdyby panu kazali wybierać, jakim chciałby pan być: bosko pięknym, oszałamiająco mądrym, czy też anielsko dobrym?” - o to zapytała Anna Shirley Mateusza przy ich pierwszym spotkaniu. Odpowiedź wcale nie jest łatwa, bo wybór dość trudny. Bohaterce najnowszej powieści Joyce Oates nie pozostawiono wyboru. Cressida była „tą mądrą”, inteligentniejszą z rodzeństwa. Etykietka „pięknej” przypadała starszej siostrze - Juliet. W sumie trudno stwierdzić, czy to dobrze, czy źle. Czy lepiej jest być pięknym, czy mądrym? Wielu sobie zadawało takie pytanie, ale tak naprawdę odpowiedź zależy od charakteru człowieka oraz od tego, co dla niego liczy się w życiu.

Cressida Mayfield miała trudny charakter. Zresztą, wszyscy naokoło tylko ją w tym utwierdzali. Bardziej niespokojna, niecierpliwa, kłopotliwa, bystrzejsza, bardziej skłonna do śmichu i łez. Ta zamknięta, ta z problemami. Niełatwo było również wychowywać się w domu bogatych rodziców. W domu byłego burmistrza Kartaginy - malowniczego amerykańskiego miasteczka. Niełatwo było być ciągle w cieniu starszej siostry, tej piękniejszej, tej bardziej towarzyskiej. Juliet miała powodzenie, była ładna, miła, troskliwa, potrafiła zawsze stosownie się odezwać i coś odpowiedzieć. 

Jednak pewnego dnia znika właśnie Cressida. Ginie w niewyjaśnionych okolicznościach na terenie rezerwatu leśnego Nautauga, w okolicach jeziora Ontario, gdzie nurt wody jest bardzo rwący. Zniknięcie młodej dziewczyny porusza lokalną społeczność. Wszyscy mieszkańcy włączają się w poszukiwania. Policja szybko wpada na trop, a podejrzenia spadają na kaprala Bretta Kincaida, byłego narzeczonego Juliet, bohatera wojennego, okaleczonego fizycznie i psychicznie podczas służby dla kraju w Iraku. Obserwujemy zatem cierpienie rodziców, kształtowanie się ich wzajemnych relacji oraz ich umiejętności radzenia bądź nieradzenia sobie ze stratą ukochanej osoby. Na Juliet zaginięcie siostry też odcisnęło piętno. Boleśnie to przeżywa, próbując tym samym żyć normalnie. 

Cała fabuła, na początku, przypomina trochę te seriale kryminale, gdzie ginie młoda dziewczyna, a cała społeczność i rodzina skupia się na jej odnalezieniu. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pisarki, ale muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie. Autorka porusza tu wiele wątków, wręcz dylematów moralnych. Słuszność skazywania na karę śmierci, służba” dla kraju i odbywanie misji w krajach ogarniętych wojną lub konfliktami, motyw odkupienia winy i przebaczenia. Joyce Oates dużo miejsca poświęca właśnie przebaczeniu. Przyglądamy się dwóm skrajnym postawom rodziców - jedno nie może się pogodzić ze stratą, drugie twierdzi, że tylko wybaczenie jest w stanie ukoić ból. Bardzo dobrze zostały przedstawione tu psychologiczne charaktery bohaterów. Na uwagę zasługuje również kreacja weterana wojennego Bertta - jego psychika, majaki, traumy, mierzenie się z rzeczywistością po okrucieństwach doświadczeń wojennych. „Nie czuję się już młody. Chyba w głębi serca się postarzałem”. Majstersztyk!

Poruszająca, przenikliwa, dająca do myślenia i wyzwalająca wiele emocji to książka. Polecam gorąco. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


niedziela, 4 czerwca 2017

„Lśnij, morze Edenu” Andrés Ibáñez

Wydawnictwo:Rebis
data wydania: 9 maja 2017r.
seria: Salamandra
tytuł oryginału: Brilla, Mar del Edén
tłumaczenie: Barbara Jaroszczuk
oprawa: miękka
liczba stron: 816





„Jakby to miejsce nie było miejscem z naszego świata, tylko czymś pośrednim, rodzajem nawiasu”
Temat dość popularny - bezludna wyspa i garstka ludzi, którzy pragną przetrwać. „Przypadki Robinsona Crusoe”, „Tajemnicza wyspa”, „Zagubieni”, „Burza”, „Władcy much”. Można wymienić tu jeszcze kilka innych tytułów, zarówno literackich, jak i filmowych, gdzie taki motyw się pojawia. 

Andrés Ibáñez, pisarz hiszpański, sam mówi w wywiadzie, że  jego wyspa jest podobna i inna od serialowej. A czytelnik dostaje ponad osiemset stron wypełnionych emocjami i masą odniesień do świetnej, światowej literatury. I istotnie. Już po pierwszych stronach powieści ma się wrażenie, że to nietuzinkowe dzieło. Zachwyca tu przede wszystkim język i styl pisania. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się od katastrofy samolotu, który rozbija się na pozornie bezludnej wyspie. Tylko czy to na pewno jest to wyspa? Może to sen, jakaś iluzja albo inny wymiar, równoległy do naszego świata. Z biegiem akcji czytelnik sam nie wie za bardzo gdzie jest i staje się bohaterem książki, wędruje przez labirynt zagadek i niedopowiedzeń, rozkoszuje się intensywnością przeżyć i smaków, jest przerażony, ale i zaciekawiony. Sam narrator zauważa, że panowała tu od początku dziwna atmosfera „mieszanina otępienia, strachu i wakacyjnego rozluźnienia”. A narratorem jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Ocalały z katastrofy oczywiście. Pisze on wszystko z dystansem czasowym, zna zakończenie całej historii, zna losy innych bohaterów, ale tego nie zdradza. „Jak już wiecie, wasz Juan Barbarín, stary kocur o czułym sercu, niemal każdą kobietę uważa za nieodparcie pociągającą”. Wspomina swoje życie, swoje sukcesy i porażki, a postacie z życia „przed katastrofą” pojawiają się w jego iluzjach, po części też w snach i halucynacjach.

Liczba bohaterów jest tu ogromna. Każda postać ma swoją historię. Nie sposób zapamiętać i streścić każdej, ale nie to ma tu znaczenie. To zbiór opowieści, w którym zawierają się wszystkie problemy społeczne, religijne, gospodarcze, obyczajowe. Mamy tu istny miks narodowości - okrutnie bogaty Szwajcar, który chce naprawiać świat przez moralizatorstwo, Japończyk, który opatentował niesamowity wynalazek, młoda Meksykanka, po brutalnych przejściach, ponętna Rosana, która na wyspie codziennie maluje usta na czerwono, Wade - mechanik samochodowy, który poprawiał teksty sławnym pisarzom. Postać Wade'a jest podwójnie ciekawa - po pierwsze odgrywa on znaczącą rolę w powieści, a po drugie -  ma on swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Andrés Ibáñez przeczytał kiedyś artykuł o amerykańskim mechaniku, który znał się bardzo dobrze na literaturze, do tego stopnia, że odwiedzali go znani pisarze, a on poprawiał im wątki albo wymyślał nowe. 

Zatem każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zakłócenia elektromagnetyczne, niebieskie olbrzymy, ludzie powracający zza grobów, uzbrojeni po zęby partyzanci, kapłanki, okrutne tortury, porwania, podziemne tunele oraz Łąka, która pojawia się i znika. Cała wyspa jest metaforą ludzkiego życia. Wszyscy są na niej zagubieniu, ale każdy na inny sposób. Autor stawia pytania o źródło wartości i cywilizacji. To wizja społeczeństwa w kryzysie, właśnie w kryzysie wartości. Pojawia się również motyw narodzin od nowa. Rozbitkowie przybyli na wyspę, aby się narodzić ponowie. Tak jak w symbolicznym śnie o  żółwicy. 

„Moim zdaniem książki nie są po to, żeby kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Służą do tego, by czegoś doświadczyć, coś przeżyć. W życiu chodzi o to, by czuć, że żyjemy. Ja to czuję, gdy piszę”. Tak mówi autor w wywiadzie. Nic dodać, nic ująć.

Polecam gorąco. Ja czytałam ją dość długo, ale po prostu nie chciałam, aby się skończyła. Wielowątkowa i zręcznie napisana. I na koniec parę słów o okładce. Jest na niej wszystko, co w książce istotne. Autor ilustracji bardzo dobrze zrozumiał treść i przesłanie w powieści. Zatem kolejny plus do całości. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 13 kwietnia 2017

„13 powodów” Jay Asher

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30.03.2017r.
przekład: Aleksandra Górska
tytuł oryginalny: Thirteen Reasons Why
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 272




Ku przestrodze... dla rodziców.
Mam nadzieję, że te 2,5 miliona egzemplarzy, które sprzedano w Stanach Zjednoczonych trafiło właśnie do rąk rodziców, a nie dzieci. Książka bowiem na pewien sposób promuje samobójstwo. Ostatnimi czasy nastała „dziwna” moda na takie motywy. I tylko czekać jak ziści się samospełniająca się przepowiednia.

Akcja powieści dzieje się w pewnym amerykańskim miasteczku, gdzie mamy okazję poznać grupę nastolatków. Zepsutych nastolatków. I porównując ich choćby do bohaterów z kultowego niegdyś serialu „Beverly Hills 90210”, gdzie można było śledzić rozterki miłosne „typowej amerykańskiej młodzieży”, bohaterowie „13 powodów” mają zupełnie inne priorytety w życiu. Najważniejsze dla nich są dwie rzeczy: wizerunek i uznanie. Całe zatem życie kręci się wokół takich spraw: jak wyglądam, czy ktoś mnie zauważył, czy wyraził uznanie, czy polajkował moje zdjęcia, ile mam przyjaciół, czy jestem na szczycie rankingu. Tak, tak ranking to ważna sprawa dla amerykańskich nastolatków. Tworzone są sztucznie w szkole i nie mają nic wspólnego z wynikami w nauce, czy sukcesami w sporcie. Rankingi w stylu „najlepsza dziewczyna (używam eufemizmu) w szkole”, „najseksowniejsza dziewczyna”, „najtrudniejsza do zdobycia” i tak dalej. Oczywiście priorytetem jest znaleźć się na szczycie zestawienia.

Bohaterem książki jest Clay Jensen, który wraca do domu ze szkoły i przed drzwiami znajduje dziwną paczkę. W środku jest kilka taśm magnetofonowych nagranych przez Hannah, koleżankę z klasy (bohaterka główna w powieści), która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. Dziewczyna wyjaśnia, że istnieje trzynaście powodów, dla których zdecydowała się odebrać sobie życie. Clay jest jednym z nich i jeśli wysłucha nagrania, dowie się dlaczego. Chłopak przez całą noc chodzi po mieście, a za przewodnika służy mu głos Hannah. Staje się świadkiem jej bólu i osamotnienia, a przy okazji poznaje prawdę o sobie i otaczających go ludziach, której nigdy nie chciał stawić czoła. I co? Nic tylko brać przykład, gdyż spektakularne samobójstwo z pewnością będzie zauważone. Nie, oczywiście, że nie. Mam nadzieję, że wszyscy zadają sobie z tego sprawę, a takie myślenie jest złudne. A Hannah żadnych powodów nie miała, najważniejsze było dla niej to, żeby wszyscy dowiedzieli jak się czuje i to, że żeby wszyscy poznali osoby, które ją ignorowały. Przecież można to zrobić na szereg innych sposobów.

Książka nie jest łatwa w odbiorze, można powiedzieć, że męczy. Wszystkie te wywody są bardzo infantylne. Innym przerażającym motywem jest tu komplety brak zainteresowania ze strony rodziców. Wszyscy występujący bohaterowie mają przecież rodziny, matki, ojców, ale oni są nieobecni w ich życiu. Do tego stopnia, że matka nie zauważa zmiany fryzury w córki - dokładnie obcięcia długich włosów na bardzo krótkie. I wystarczyć powiedzieć rodzicom, że ma się zrobić projekt do szkoły i trzeba nocować u kolegi bądź koleżanki. A wtedy już droga otwarta do całonocnych imprez, okrapianych dużą ilością alkoholu, narkotyków, przypadkowych kontaktów seksualnych i rozbijania się po mieście samochodami, gdyż nastolatkowie nawet do przyjeżdżają do szkoły drogimi autami, a co dopiero na imprezę. Zero kontroli, zero zainteresowania, zero sprawdzania ocen w szkole, zero najmniejszych rozmów. Nieletni bohaterowie mogą robić co chcą i kiedy tylko mają ochotę.

Podsumować można tylko w jeden sposób. O temora! O mores! Przerażające jeszcze jest to, że na podstawie książki powstaje serial. I znowu będzie pożywka dla masochistycznych nastolatek, które może w podobny sposób chciałby „zaistnieć. Zatem mam nadzieję, że Polsce książkę przeczytają rodzice. Może niektórym da to coś do myślenia. Choć śmiem twierdzić, że u nas w kraju, taki typ rodziców, jak w Stanach, jest rzadkością.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

sobota, 1 kwietnia 2017

„Dwoje do pary” Andy Jones

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: luty 2017
tytuł oryginału: The Two of Us
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 326






Książka pana Jonesa zbiera dość dobre recenzje. Mnie niestety rozczarowała i to z kilku powodów. Po pierwsze - nie gustuję w takiej literaturze, choć zdarza mi się czytać podobne pozycje i wśród nich znajduję perełki. Ta perełką nie jest. Po drugie - sam tytuł - według mnie - jest nietrafiony. „Dwoje do pary” sugeruje, że będzie to opowieść o miłości dwojga ludzi. Tymczasem są to wywody i refleksje jednego z bohaterów. Fakt, że opowiada on o swoim związku, ale nijak ma się to do tytułu. I po trzecie - sama fabuła. Brak tu jakiejkolwiek konstrukcji, bo coś najważniejszego dzieje się  na ostatnich 10 kartkach książki, a wszystko wcześniejsze było jakby wprowadzeniem, a potem cała historia się kończy. Ale może po kolei.

Fisher (główny bohater i narrator zarazem) zajmuje się produkcją filmową, reżyseruje reklamy telewizyjne. Poznajemy go w momencie, kiedy to zabiera swoją nową dziewczynę Ivy w odwiedziny do rodziny. Praktycznie sam nic o niej nie wie. Znają się od niedawna, ale Fisher czuje, że jest to ta jedyna. Parę dni później okazuje się, że Ivy jest w ciąży. I oczywiście poczucie obowiązku, może i również wewnętrzne przeczucie, każe Fisherowi związać się z Ivy na stałe. Cała fabuła skupia się więc na okolicznościach ciążowych, czyli na tym, jak to mężczyzna musi przerwać te 9 miesięcy. Fisher ma różne dylematy i wysuwa przeróżne refleksje, raz jest w pełni szczęśliwy, a raz zdruzgotany. Fakt, że z tych wywodów można wywnioskować, że Fisher jest spoko gościem, takim, co ze świecą szukać, ale poznajemy to z punktu widzenia jego samego. Niemniej jednak poza rozterkami głównego bohatera żaden inny wątek nie jest wyostrzony.

Zatem jeśli ktoś lubi opowieści w stylu – „codzienne życie z męskiego puntu widzenia”, to książka może się spodobać. Fisher ma zdrowe podejście po pewnych spraw, zatem co niektórzy mogliby brać przykład. Mnie całość niestety nie poruszyła ani nie wzruszyła. Ale może ja jestem już nieczuła.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

niedziela, 19 marca 2017

„Problem trzech ciał” Cixin Liu

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.03.2017r.
tłumaczenie: Andrzej Jankowski
tytuł oryginału: The Three-Body Problem
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 456



Książka, którą czytał prezydent Barack Obama z pewnością przyciąga uwagę. Tym bardziej, że nie brakuje innych wybitnych nazwisk i czasopism, które ową książkę polecają. Najpierw jednak parę słów o autorze, ponieważ sam pisarz również wydaje się interesujący

Cixin Liu (zgodnie z chińskimi zasadami najpierw podaje się nazwisko) urodził się w 1963 roku w Yangquan w prowincji Shanxi w Chinach. Opublikował ponad 20 powieści i antologii z gatunku hard science fiction. Otrzymał 9 nagród Yinhe, najbardziej prestiżowego wyróżnienia dla chińskojęzycznych twórców fantastyki naukowej.

Akcja powieści zaczyna się w roku 1967. W tym czasie, w Chinach, trwa rewolucja kulturalna. Poznajemy młodą dziewczynę, Ye Wenjie, córkę wybitnego fizyka, którego zamordowali czerwonogwardziści. Wenije pracuje przy wycince drzew. Pewnego dnia zostaje przyłapana na czytaniu książki, z której „wzięła broń intelektualną, której mogła użyć do ataku na socjalizm”. Całą historia z książką jest oczywiście wynikiem donosu, jakiego dopuścił się jej kolega z pracy. Ye Wenjie zostaje aresztowana, osądzona i wysłana na kurs ideologiczny. Ratunkiem dla dziewczyny okazuje się jej wykształcenie. Dzięki niemu dostaje drugą szansę. Zostaje włączona do tajnego projektu wojskowego "Czerwony Brzeg". Cała jego misja polega na wysyłaniu sygnałów w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Ye Wenjie ma spełnić tylko jeden warunek - musi w nim pozostać do końca swojego życia.

38 lat później pewien ekspert od nanomateriałow, Wang Miao, dostaje propozycję zbadania przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków pracujących przy akceleratorach cząstek w „Czerwonym Brzegu”. Podczas prac natyka się na bardzo tajemniczą, wirtualną grę „Trzy Ciała”. Grając w nią doświadcza dziwnych i niewyjaśnionych zjawisk. Na każdym poziomie gry Wang Miao spotyka się z przeróżnymi teoriami i hipotezami. Jednak przejście do kolejnego etapu wymaga ogromnej wiedzy naukowej. Okazuje się, że „Trzy ciała” to nie tylko druga rzeczywistość, a sama gra stanowi ważną część normalnego życia. Fizyka nie istnieje i nigdy nie istniała. Wszelkie prawa w przyrodzie leżą w gruzach. Teoria trzech słońc zaczyna zagrażać. Era stabilizacji przechodzi w erę chaosu. Na świecie przetrwał tylko zarodek cywilizacji. Zakiełkuje ona ponownie w innym wymiarze. Wystarczy jednie się zalogować… Zalogować się w przyszłość. 

Książka Cixin Liu to istotnie hard science fiction. Czytając ją trzeba mieć minimalne pojęcie o fizyce i rządzących nią prawach. Choć autor najważniejsze teorie wyjaśnia w przypisach na dole. Co jest bardzo pomoce, szczególnie dla humanistów. Tytułowemu problemowi autor poświęca sporo miejsca, w drugiej części książki. Tym samym jest ona najobszerniejsza. Mnie bardziej podobała się część I i II, gdzie obserwujemy życie Ye Wenjie. Świetnym wątkiem był kontakt z cywilizacją pozaziemską Trisolaris. „Ten świat otrzymał wysłaną przez was wiadomość. (…) Jeśli odpowiecie, od razu zostaniecie zlokalizowani. Wasza planeta stanie się celem inwazji. Wasz świat zostanie podbity! Nie odpowiadajcie! Nie odpowiadajcie! Nie odpowiadajcie!!!”.

Która cywilizacja okaże się na wyższym poziomie? Co ma do zaoferowania kultura triosolariańska? Czy postęp technologiczny na Ziemi zostanie zahamowany? Oczywiście te pytania pozostawiam bez odpowiedzi. „Problem trzech ciał" to wyjątkowe połączenie spekulacji naukowych i filozoficznych oraz kosmicznych teorii spiskowych. A tak jak napisał Barack Obama: „Imponująca rozmachem ucieczka od rzeczywistości. Dała mi odpowiednią perspektywę w zmaganiach z Kongresem – nie musiałem się przejmować, wszak kosmici mieli najechać na Ziemię!”. Nic dodać, nic ująć. Przy czytaniu rzeczywiście wszelkie przyziemne, codzienne problemy schodzą na drugi plan, ponieważ Nasza Planeta jest tylko maleńkim punkcikiem na mapie Wszechświata, który można zlikwidować w jednej sekundzie jednym przyciskiem. „Teraz cel jest taki: Kierujcie się ku gwiazdom, znajdziecie nowy dom. Zapraszamy cię do ponownego zalogowania”. Polecam gorąco. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 12 marca 2017

„Sztorm” Frode Granhus

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 28 września 2016
tytuł oryginału: Stormen
tłumaczenie: Katarzyna Tunkiel
okładka: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 320 



Reine to mała wioska rybacka położona na wyspie Moskenesøya w norweskim archipelagu Lofotów. Tutaj majestatycznie szczyty gór kontrastują z malutkimi zabudowaniami, a wysokie, spienione fale morza rozbiją się o liczne klify i fiordy. Bez wątpienia to malownicze, piękne, ale przede wszystkim, dzikie miejsce, gdyż przyroda nie zna tu litości. Pogoda też bywa okrutna, a morze przez lata dawało... i zabierało. Do częstych sztormów oraz huraganów mieszkańcy przywykli i wiedzieli, jak mają się wtedy zachowywać. 

W takiej scenerii dzieje się akcja powieści „Sztorm” norweskiego pisarza Frode Granhusa. To drugi tom cyklu, ale spokojnie można czytać część drugą, ponieważ całość łączy jedynie postać śledczego Rinego Carlsena. Mamy zatem kolejnego policjanta, który będzie wykorzystywał wszystkie swoje atuty, aby podołać zadaniu. Posada na idyllicznych Lofotach wydawała się Rinemu nowym rozdziałem w życiu. Niestety już w pierwszych dniach pracy miał ręce pełne roboty. Pod skałami, które osunęły się podczas deszczu, znaleziono szkielet z małymi kośćmi palców. Analiza szczątków dowiedzie, że kości noszą znamiona maltretowania. A samo dochodzenie wykaże, że niedawno ciężko poparzony mężczyzna, który uległ wypadkowi w garażu, ma coś wspólnego ze szczątkami chłopca. Kolejny trop prowadzi to pewnej sztormowej nocy, podczas której wydarzył się okrutny wypadek. Śledczy Rino musi zatem poskładać wszystkie elementy układanki. Autor porusza również tu problem zła i przemocy w małych miejscowościach. Gdzie wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt nie reaguje. Ludzie udają, że nie widzą tragedii i zajmują się swoimi sprawami. Nikt nie reaguje na maltretowanie dzieci, na problemy sąsiadów.

Jednak najlepszym motywem w książce jest sam sztorm. Nadciąga nad Lofoty powoli, ale czuć zbliżające się niebezpieczeństwo. Potem osiąga punkt kulminacyjny, gdzie do swojego wiru wciąga wszystko i każdego, aby na koniec pozostawić wyspy w spokoju.

Kiedy zbliża się sztorm, ludzie przeżywają niepokój. Rozdrażnieni mogą kwestionować porządek świata i sensowność wszelkich działań. Kiedy wreszcie nadchodzi, chowają się do domów i czekają aż minie. Obawiają się jego niszczycielskiej siły. Grzmotów, wycia wiatru, huku wody. Koniec świata wydaje się wtedy bliski. Lecz kiedy sztorm odchodzi, świat jest jak nowy. Błyszczący, słoneczny, czysty i pełen nadziei. Morze niektóre rzeczy zabiera ze sobą, inne wyrzuca na brzeg. Dzięki niemu umiemy spojrzeć na stare sprawy nowymi oczami. Zaakceptować jedne zmiany, odważyć się zrobić nowe rzeczy. Problemy sprzed burzy nabierają właściwych i nowych znaczeń, a niektóre przestają po prostu istnieć.

I tak po części dzieje się z fabułą w książce. W wir sztormu wpadają bohaterowie kryminału. I kiedy będzie już po wszystkim, niektóre sprawy zostaną zmyte z powierzchni, niektóre nabiorą innej perspektywy, a inne po prostu dadzą nadzieję na alternatywne rozwiązanie.

„Sztorm” to przyzwoicie napisany kryminał. Fabuła skonstruowana jest misternie, zagadka wcale nie okazuje się taka oczywista, a zakończenie zaskakuje. Jednak trudno będzie norweskiemu pisarzowi przebić się przez takie nazwiska, jak choćby Stieg Larsson, Camilla Läckberg, czy Mons Kallentof. Bo na tle książek tych autorów, kryminał pana Frode Granhusa wypada dość słabo. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


środa, 8 marca 2017

„Cząstka ciebie i mnie” Vanessa Greene

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 02.03.2017r.
tytuł oryginału: The Little Pieces of You and Me
tłumaczenie: Grażyna Woźniak 
oprawa: okładka miękka
liczba stron: 288

                    
Zostać lekarzem.
Wystąpić na Broadwayu.
Ukończyć triatlon.
Obejrzeć zorzę polarną.
Nauczyć się robić czekoladę w Paryżu. 
Obejrzeć zachód i wschód słońca jednej nocy 
Nauczyć się akrobacji na traperze. 
Uszyć kołdrę ze skrawków. 
Nauczyć się tańczyć tango.


Każdy człowiek ma marzenia i cele. Szczególnie, gdy się jest młodym i jeszcze o nic nie trzeba się martwić. Listę takich celów zrobiły sobie dwie bohaterki książki Vanessy Greene – Isla i Sophie. Z biegiem czasu zapomina się o zamierzeniach, które chce się osiągnąć. Te młode kobiety jednak nie zapominały. I choć każdej życie ułożyło się na inny sposób, gdzieś tam na dnie serca zostało wspomnienie niezrealizowanych marzeń.

Isla – wyjechała do Amsterdamu i realizowała się jako aktorka, występowała na scenie i miała stałą grupę przyjaciół. Natomiast Sophie została w Anglii. Wyszła za mąż za swojego wykładowcę ze studiów. Liam był sporo straszy od niej i aby się z nią związać musiał najpierw rozwieść się ze swoją pierwszą żoną. Dlatego rodzina Sophie odsunęła się od niej, potępiając jej decyzję. Jednak Sophie czuła się spełniona i świetnie realizowała się jako żona. Do pełni szczęścia brakowało jej tylko rad przyjaciółki i wspólnych spontanicznych wypadów.

Takie spokojne życie nie trwa niestety wiecznie i pewnego dnia życie obu kobiet zmienia się zupełnie niespodziewanie. Isla zakochuje się ze wzajemnością, a sztuka, w której gra, ma być wystawiona na Broadwayu. Isla nie posiada się z radości, jednak parę dni później lekarze diagnozują u niej stwardnienie rozsiane. Choroba niestety niweczy jej plany, zarówno zawodowe, jak i miłosne. Kobieta, szukając wsparcia, wraca do Anglii, do matki i Sophie. Tymczasem w małżeństwie Sophie zaczynają sypać się fundamenty. Okazuje się, że Liam jest mężczyzną, który stereotypowo chce sobie zrekompensować „kryzys wieku średniego”.

Islę i Sophie czeka wiele trudnych decyzji i niepewna przyszłość. Wprawdzie mogą liczyć na siebie, ale czy sama przyjaźń wystarczy? Czy kobiety są w stanie zrealizować swoje marzenia i plany ze studiów? „Cząstka ciebie i mnie” to typowo kobieca i lekka lektura. Do przeczytania w dwa wieczory. Sięgając po tego typu książkę nie należy spodziewać się rozbudowanych wątków, pogłębionego rysu psychologicznego postaci, czy też zwrotów akcji. Czyta się szybko, gdyż przeważają tu dialogi. Szczerze, to bywają one trochę infantylne i irytujące, bo dwie trzydziestoletnie kobiety rozmawiają ze sobą jak gimnazjalistki. Dzwonią do siebie i opowiadają o wrażeniach po pocałunku z mężczyzną. Albo najpierw Sophie rozmawia z mężem na dany temat, a potem rozmowę z mężem streszcza swojej przyjaciółce, bądź odwrotnie – opowiada mężowi o wcześniejszej konwersacji z Islą. Ale być może tak się pisze tego rodzaju powieści, ja nie czytam dużo literatury typowo kobiecej, zatem może się nie znam. Niestety autorka nie skupiła się bardziej na problemie choroby, jej skutkach, na codziennym funkcjonowaniu, bo z pewnością jest to temat bardzo poruszający. I chyba tego tu zabrakło. Pisarka natomiast skupia się głownie na wątku przyjaźni między kobietami, na ich wzajemnej relacji. Trochę szkoda.

Niemniej jednak „Cząstka ciebie i mnie” to dość przyjemna lektura. Nie żal tych dwóch wieczorów, choć ja za takimi książkami nie przepadam. Czasem warto zrobić sobie „odskocznię” i przeczytać coś mniej wyszukanego stylistycznie. Z pewnością plus należy się też za okładkę. Jest uroczo-kojąca. I tak - jak zapowiada rekomendacja na tylnej stronie okładki – podnosząca na duchu powieść o starych przyjaźniach i nowych początkach.    


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

poniedziałek, 6 marca 2017

„Listy do pałacu” Jorge Díaz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.03.2017r.   przedpremierowo 
tytuł oryginału: Cartas a Palacio
tłumacz: Barbara Jaroszuk
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 480





„Kolor czarny oznacza, że poszukiwana osoba nie żyje. Biały, że została zlokalizowana i że trwają rozmowy mające na celu umożliwienie jej kontaktu z bliskimi. Czerwony, że na razie nic nie wiadomo”. Tak oznakowana była dokumentacja w Urzędzie do spraw Ochrony Jeńców. W urzędzie, który powstał z inicjatywy hiszpańskiego króla Alfonsa XIII podczas I wojny światowej. A wszystko zaczęło się od listu małej Francuzki, która prosiła hiszpańskiego monarchę o pomoc w odnalezieniu brata. O dziwo, bardzo szybko udało się odnaleźć młodego chłopca, a to spowodowało lawinę wydarzeń i powołanie sztabu ludzi, aby służył pomocą więźniom, uciekinierom i innym ofiarom wojny. 

Wprawdzie Hiszpania, jako państwo neutralne, nie brała czynnego udziału w wojnie ani też nie opowiedziała się formalnie za żadną ze stron, ale zobowiązana była do sprawdzania, czy warunki w obozach jenieckich obu stron konfliktu spełniają wymogi konwencji haskich, zgodnie z którymi jeńcom należy się dobre traktowanie. Zatem hiszpańskie ambasady organizowały wizytacje w obozach, a następnie przedstawiały odpowiednie raporty. 

Zanim jednak poznamy codzienność pracy w Urzędzie Ochrony Jeńców, Jorge Díaz przedstawia czytelnikom bohaterów. Mamy rok 1914. W Europie robi się niespokojnie. Wszyscy spodziewają się nieuniknionego konfliktu. W Sarajewie ginie arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg i konflikt wybucha, jest to powód do wypowiedzenia wojny. My jesteśmy jednak w Hiszpanii, gdzie życie toczy się w miarę normalnie. Blanka Alerces, córka bogatego markiza, w ostatniej chwili odwołuje swój ślub i zostawia pana młodego przed ołtarzem (ma dziewczyna odwagę, to trzeba przyznać). Gonzalo - brat najlepszej przyjaciółki Blanki - zostaje wyrzucony z domu przez ojca z racji swojej odmienności seksualnej. W innej części Madrytu młodzi anarchiści zaczynają spiskować przeciwko królowi, chcą obalenia monarchii, tyle że nie zgadzają się co do metod działania. Manuel – choć stawia na edukację, a nie na walkę zbrojną, to jasno wyraża swoje anarchistyczne poglądy. Tymczasem król Alfons XIII i jego najlepszy przyjaciel Alvaro Giner korzystają ze wszelkich rozrywek i uciech, jakie można w Madrycie odnaleźć. Natomiast gdzieś dalej ludzie odczuwają już skutki wojny. Doświadcza ich młoda Cyganka z Sewilli, Carmen, która w ciąży musi opuścić rodzinne miasto, gdyż jej mąż Francuz został powołany do wojska.

Losy Blanki, Manuela, Gonzala, Alvara, Carmen, jak i innych osób z ich otoczenia w pewnym momencie stykają się ze sobą. Każdy z bohaterów na swój sposób będzie musiał odczuć konsekwencje wojny. I choć historia każdego z nich potoczy się inaczej, to wszyscy będą musieli zmagać się z trudnościami życia w ciężkich czasach. Na początku powieść jest dość chaotyczna. Przez pierwsze 150 stron poznajemy codzienne życie bohaterów, ich emocje, dylematy, obawy. Niektóre postacie trochę się mieszają, a wątki są niespójne. Dlatego powieść może początkowo nużyć. Poza tym Jorge Díaz swoją narrację prowadzi w czasie teraźniejszym. I gdy w przypadku skandynawskich kryminałów taki zabieg jest jak najbardziej trafny, to tutaj wypada średnio. Dopiero w trakcie czytania wydarzenia się zazębiają i wszystko staje się jasne oraz klarowne. 

Ogromny plus dla autora za bardzo realistyczne przedstawienie życia społeczeństwa podczas zmagań wojennych. Wpływu tych zmagań na egzystencję zwyczajnych obywateli. Choć Hiszpanie nie musieli walczyć na frontach, nie ulega wątpliwości, że ich znajomi, bliscy (najczęściej mąż lub żona) przeżywali dramaty. Poza tym wojna ma również inne oblicze, które nie wyziera z oficjalnych raportów o stratach. Ile rodzin się rozpadło, choć nikt w nich nie zginął? Ile par się rozstało? Ile dzieci nie pozna swoich ojców, gdy wrócą po latach? Ilu mężczyzn zastanie w domu potomstwo, którego się nie spodziewa? 

Przyznaję, że nie wiedziałam o pewnych faktach z historii powszechnej. Mało kto chyba zdaje sobie sprawę z tego, że taki Urząd Ochrony Jeńców w ogólne istniał i tak prężnie prosperował. Król Alfons XIII jest tu przedstawiony jako bardzo empatyczna postać. Przejmuje się każdym przypadkiem zaginionego żołnierza i cieszy się niezmiernie, jeśli uda się kogoś odnaleźć. Sam nie stroi od wszelakich rozrywek, ale ma poczucie ogromnej odpowiedzialności za państwo i zwykłych obywateli. I choćby ze względu na taką postać, książkę warto przeczytać. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że większość wydarzeń to fikcja literacka, a sama kreacja króla jest nieco „ocieplona”, ale bardzo przyjemnie się to czytało. 

Polecam, idealna propozycja na weekend. Książka o trudnych i odważnych wyborach, o codziennym życiu zwykłych ludzi, w czasach, gdzie cały świat się zbroił i walczył oraz o poświęceniu w imię miłości. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


***



Jorge Díaz
urodził się w Alicante w 1962 roku. Jest pisarzem, dziennikarzem i scenarzystą telewizyjnym. Twórca i koordynator scenariusza serialu Hospital Central, jednego z największych hitów filmowych w Hiszpanii. Listy do Pałacu to jego trzecia powieść.



czwartek, 23 lutego 2017

„Sala balowa” Anna Hope

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 15 marca 2017r. przedpremierowo
tytuł oryginału: The Ballroom
tłumaczenie: Małgorzata Szubert
oprawa: miękka
liczba stron: 304





„Brytyjska wersja Lotu nad kukułczym gniazdem” - tak o książce Anny Hope napisał dziennik Times. I rzeczywiście tak jest. Tematyka jak najbardziej zbieżna, czyli opowiada o zniewoleniu oraz tęsknocie za wolnością.

W brytyjskiej wersji jest to zakład dla obłąkanych Sharston, położony na skraju wrzosowisk w Yorkshire. Jest to miejsce fikcyjne, wymyślone na potrzeby fabuły książki. Jednakowoż autorka zainspirowała się innym rzeczywistym zakładem dla psychicznie chorych High Royds Hospital w miejscowości Menston. To właśnie tam przebywał na początku XX wieku pradziadek autorki - John Mullarkey, Irlandczyk z pochodzenia. To losy pradziadka Johna stały się dla Anny Hope kanwą do napisania powieści. 

Mamy zatem roku 1911. Od razu poznajemy trzech głównych bohaterów. Ella – to młoda kobieta, która została przyjęta do Sharston, gdyż w fabryce, gdzie pracowała jako prządka, wybiła szybę w pomieszczeniu. Chciała tylko zaczerpnąć świeżego powietrza. Niestety było to niezrozumiałe zachowanie dla pracodawcy zakładu i za jej „gwałtowne usposobienie” została skierowana na leczenie. Drugi bohater to John. Imigrant z Irlandii. Dobrze zbudowanego i umięśnionego mężczyznę przeniesiono tu z przytułku dla ubogich. Mamy jeszcze trzeciego bohatera doktora Charlesa, który w zakładzie pełni funkcję pierwszego asystenta doktora. 

Pensjonariusze zakładu sami pracują na swoje utrzymanie. Kobiety sprzątają, szorują podłogi, piorą, przygotowują posiłki, natomiast mężczyźni pracują w polu, kopią ziemię, sadzą drzewa i warzywa. Zgodnie z ideą zakładu, że pacjenci muszą być samowystarczalni. Jedzą wprawdzie świeże warzywa, ale sami muszą je najpierw wyprodukować. Zaś w piątkowe wieczory mieszkańcy zakładu mogą uczestniczyć w wieczorkach tanecznych i słuchać muzyki klasycznej. To zasługa doktora Charlesa, który umila czas pacjentom grając im na skrzypcach lub na fortepianie. Nie robi to niestety z dobroci serca. Te wieczory muzyczne odbywające się na sali balowej mają utwierdzić go w jednym przekonaniu. 

Jak nie trudno się domyślić między Ellą i Johnem rodzi się uczucie. I praktycznie cała fabuła skupia się wokół tego wątku. Cały ich związek oczywiście nie może wyjść na jaw, młodzi muszą się ukrywać i potajemnie spotykać. I szczerze - ja niespecjalnie lubię takie powieści obyczajowe, gdzie praktycznie nic się nie dzieje. A cała fabuła skupia się odczuciach bohaterów, ich tragicznej sytuacji życiowej i niesprawiedliwości losu. Bo się kochają, a nie mogą być razem. Takie to błahe, tandetne i mało oryginalne. Na szczęście autorka zadbała o jeszcze jeden wątek. Doktor Charles początkowo jest zwolennikiem teorii, iż ciężka praca, odpowiednia opieka medyczna i obcowanie z muzyką może sprawić, że ludzie stają się lepsi. Z biegiem czasu dochodzi do wniosku - patrząc właśnie na pacjentów zakładu - że degeneracja społeczeństwa przybiera większe rozmiary i pojawia się groźba, że unicestwi ona społeczeństwo. Należy zatem powstrzymać reprodukcję osobników, którzy żyją w ubóstwie. Inaczej mówiąc jest zwolennikiem sterylizacji i eugeniki. 

Zaskoczyła mnie ta informacja. Nie wiedziałam, że w Brytanii był obecny ruch eugeniczny. Entuzjastycznie do tego pomysłu podchodził nawet ówczesny minister spraw zagranicznych, Winston Churchill, a zwolenników sterylizacji było bardzo dużo, szczególnie w kręgach politycznych. Uchwalono nawet ustawę o upośledzonych umysłowo, która pozwalała, aby osoby słabe umysłowo” poddawane były segregacji

Podsumowując - jeśli ktoś lubi powieści z tragiczną miłością i kochankami, którzy nie mogą się połączyć, to „Sala balowa” jest idealną propozycją. Nie będą rozczarowani również fani książek obyczajowych oraz tacy, którzy lubią wątki o problemach społecznych. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


środa, 22 lutego 2017

„Istota zła” Luca D’Andrea

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
data wydania: 08.11.2016r.
lektor: Tomasz Sobczak
tłumacz: Stefan Kasprzysiak
tytuł oryginału: La sostanza del male
nośnik: audiobook CD - mp3
długość nagrania: 13 godz. 34 min






1400 metrów nad poziomem morza, dookoła lasy, piętrzące się góry i miasteczko wrośnięte w skałę. Pejzaż jak z widokówki. Piękny, dziewiczy krajobraz z dala od cywilizacji. Siebenhoch w Południowym Tyrolu. Do tego właśnie włoskiego miasteczka przyjechał, z żoną i 5-letnią córką, Jeremiasz Salinger (główny bohater). Zostawił za sobą Nowy Jork, miasto tętniące życiem, przepychem, bogactwem i rozrywką. To tutaj, w rodzinnej wiosce żony, miał znaleźć upragniony materiał do kolejnego filmu, tym razem prezentującego pracę ratowników górskich. Cała rodzina od początku zachwycona jest klimatem, krajobrazem, jak i gościnnością mieszkańców. Szczególnie, że ciepło przyjął ich teść Jeremiasza, który udostępnił im komfortowy dom z cudownym widokiem na góry. 

Jednak ten niezmącony spokój pewnego dnia zagłusza wypadek, w którym Jeremiasz o włos unika śmierci. Giną jego towarzysze-ratownicy górscy, a u Salingera lekarze stwierdzają zespół stresu pourazowego. Od tej pory, męczony przez ataki paniki i obsesje, stara się zająć czymś myśli i stłumić uczucia. Lekarstwem dla niego staje się sprawa sprzed trzydziestu lat, którą postanawia wyjaśnić. Bo jak sam twierdzi - chce jeszcze dowieść, odkryć, że może i potrafi coś odkrywać. W roku 1985, w wąwozie Bletterbach, doszło do okrutnej zbrodni. Znaleziono zmasakrowane ciała trzech młodych ludzi. Ludzi, którzy znali góry jak własną kieszeń. Zagadkę, tak wstrząsającego zabójstwa, nigdy nie rozwiązano. Czy to właśnie Salinger ma szansę ją rozwikłać? I czy zamiana jednej obsesji na inną może mu w czymkolwiek pomóc? I co z tym wszystkim ma wspólnego jaekelopterus rhenaniae - ogromny prehistoryczny potwór, skrzyżowanie pająka i skorpiona, największy stawonóg jaki istniał w naturze. A i nisza ekologiczna, czy ktoś wie co to jest?

Okazuje się, że wąwóz Bletterbach to miejsce przeklęte. Znikali tu pasterze, drwale opowiadali historyjki o dziwnym świetle, a dawno, dawno temu, zamiast wieszać na szubienicy czarownice, wrzucano jej żywcem do wąwozu. I nawet jeśli ktoś uważał to wszystko za wymysły i zabobony, to w najbardziej absurdalnej legendzie jest jednak jakieś źdźbło prawdy.

Zaskoczyła mnie ta powieść, zaskoczył mnie autor. Bo cóż tam Włosi wiedzą o kryminałach? A jednak. Chylę czoła przed pisarzem. Doczytałam trochę o jego życiorysie. Luca D’Andrea jest autorem fantasty dla młodzieży Wunderkind. Jednak popularność zdobył stworzeniem scenariusza do serialu obyczajowego Mountain Heroes, przybliżającego historię życia i akcji ratowników górskich w Dolomitach. Sukces serialu zainspirował młodego artystę do napisania „Istoty zła”, thrillera, który stał się hitem Targów Książki w Londynie. Przed premierą we Włoszech ponad 30 wydawców z całego świata wykupiło prawa do publikacji. Największe wytwórnie filmowe prowadzą rozmowy w sprawie ekranizacji powieści. Mimo wielkiego sukcesu D’Andrea nadal bardziej myśli o sobie jako o czytelniku, niż o pisarzu na pełnym etacie. Wśród ulubionych autorów wymienia: Stephena King, Jo Nesbo, Jeana-Christophe’a Grangé, Jefferya Deavera, Richarda Mathesona, Stiega Larssona, Cormaca McCarthy’ego, Giorgioa Falettiego, H.P. Lovecrafta. Istotnie - czytając (słuchając) powieść najbardziej widać tu wpływ Stiega Larssona i jego Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” oraz Stephena Kinga i Jefferya Deavera.

Nie jest to typowy kryminał, nie ma tu szybkiej akcji i walki z czasem. Jednak cała historia, zbrodnia mrozi krew w żyłach, jest na tyle przerażająca, że wdziera się do umysłów i... pożera, jak bestia. Cała zagadka intryguje, choć jest sporo momentów rozprężenia, poznajemy wtedy przeszłość Salingera oraz pozostałych bohaterów. Wszystko po to, aby kolejne elementy układanki złożyć na końcu w całość, gdyż czytelnik (słuchacz) nie domyśla się rozwiązania. Klasycznie, ale bardzo sprawie i zaskakująco. Znajdziemy tu więc elementy gatunkowe i kryminału, i horroru, i powieści psychologicznej. Postacie są znakomicie dopracowane, takie z krwi i kości, ze swoimi słabościami i obsesjami. Poza tym mroźna sceneria, skute lodem góry, osamotnienie, pustka, szaleństwo i głos bestii. Tylko do końca nie wiadomo kto jest bestią, czy prehistoryczny skorpion, czy okrutny morderca, czy sama natura, czy może wreszcie głos wewnętrzny każdego z nas. I czy przed taką bestią istnieje ucieczka?

Wreszcie na koniec parę słów o lektorze, gdyż ja miałam przyjemność wysłuchać wersji audio. I istotnie była to przyjemność dla ucha. Pan Tomasz Sobczak po raz kolejnym udowodnił, że jest profesjonalistą. Czytał momentami przerażająco, a momentami ujmująco. Wręcz wzruszająco, gdyż jest to również powieść o tacierzyńswie. W cudownym sposób pan Tomasz wczuł się w rolę ojca 5-letniej córeczki. To też powieść o rozterkach żonatego mężczyzny i o poczuciu jego odpowiedzialności. Polecam, to idealna powieść na zimowo-wiosenne wieczory, gdzie za oknem nocą deszcz i śnieg siecze o szyby, a rano przebijają się promyki słońca. Natomiast mroźne i skute lodem piętrzące się góry można sobie jedynie wyobrazić, bądź pooglądać zimowe widokówki. 


  Za egzemplarz dziękuję Bibliotece Akustycznej.