piątek, 24 listopada 2017

„Prawdziwa historia McDonald’s. Wspomnienia założyciela” Ray Kroc



Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 24 październik 2017 r.
tytuł oryginału: Grinding It Out: The Making of McDonald's
tłumaczenie: Anna Zdziemborska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 264





Bezkompromisowa filozofia biznesu. Zdobycie rynku rodzinnego. Nacisk na podstawowe wartości, jak uprzejmość, schludność i obsługa klienta. Niezachwiana lojalność wobec partnerów w interesach. Wszystko to składa się na pewną legendę współczesnego biznesu. Menedżera, który dał się poznać jako dowcipny rozmówca, ambitny i pracowity biznesmen oraz człowiek głęboko przekonany, iż w Stanach Zjednoczonych każdy może osiągnąć rozsądnie wyznaczony cel, a nawet przekroczyć własne oczekiwania. Ten człowiek to światowy gigant w branży fast foodów - Ray Kroc.

Ray był czeskiego pochodzenia, a swoją działalność zaczynał do sprzedaży papierowych kubków. Trzeba przyznać, że Kroc od zawsze miał nosa do interesów oraz posiadał bardzo istotną cechę dla biznesmena, mianowicie – umiejętność przewidywania potrzeb rynku. I czy były to papierowe kubki, czy automaty do koktajli mlecznych zawsze cenił sobie bezpośrednie podejście do klienta. Jego filozofia polegała na pomaganiu ludziom i jeśli jego towar się nie sprzedał, uważał, że źle wykonuje swoją pracę. Często podkreślał, jak ważny jest właściwy wygląd, porządnie wyprasowany garnitur, wypolerowane buty, uczesane włosy i czyste paznokcie. I kiedy w 1954 roku Ray zobaczył naturalnie prosty proces, dzięki któremu przygotowano hamburgery i frytki, wiedział, że pomysł braci McDonald's jest genialny. Każdy etap produkcji był maksymalnie uproszczony i realizowany przy możliwie najmniejszym wysiłku. I tu Ray się nie pomylił. W ciągu paru lat udało mu się stworzyć korporację McDonals's, która w 22 roku działalności firmy przekroczyła miliard dolarów rocznego dochodu. To imponujący wynik.

Kroc opowiadając swoją historię fascynuje i inspiruje. Jest uroczym gawędziarzem, który z entuzjazmem potrafi tak samo opowiadać o sprzedaży papierowych kubków, jak i o modernizowaniu restauracji. Wpisał się w historię biznesu jako wizjoner i genialny przedsiębiorca. Zmieniał styl życia ludzi. I choć może dziś nie byłby do końca zadowolony z jakości, jaką serwują jego restauracje, to z pewnością jest twórcą biznesowego imperium. Polecam.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.





wtorek, 17 października 2017

„Zapadła dziura. Bone Gap” Laura Ruby

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 10 pażdziernik 2017 r.
tytuł oryginału: Bone Gap
tłumaczenie: Maria Smulewska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 352




„To tylko opowieść, jedna z wielu. Zresztą tamten świat już nie istnieje, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał. Wychodzi jednak mniej więcej na to samo. Ty nie jesteś martwa. Ale wszystko inne tutaj tak
Każdy zna pewnie takie miasteczko, w którym wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Wszyscy się znają i każdy ma przykleją już etykietkę. Ten to jest wiernym i kochającym mężem, a ten obok to ma problemy z alkoholem, ten jest taki, a tamten owaki. Klimat iście małomiasteczkowy. 

Na Finna O'Sullivana mówiono "dziwak", "gapa", "lunatyk", a nawet "ten, co z Księżyca spadł". Nie miał przez to łatwego życia. Był wytykany palcem, często wyśmiewany. Gdy miał 15 lat opuściła go matka, wyjeżdżając do większego miasta. Finn został z osiemnastoletnim bratem, który się nim opiekował. Braciom żyło się skromnie, ale dawali sobie radę. Pewnego dnia w stodole obok domu znajdują przestraszoną i zmaltretowaną młodą dziewczynę. Róża nie chce im wyjawiać co się stało, mimo to bracia postanawiają jej pomóc. Dziewczyna zamieszkuje obok w altance. Z biegiem czasu wszyscy zaczynają się do siebie przyzwyczajać. Jednak pewnego dnia Róża zostaje porwana, a jedynym świadkiem jest Finn. Nikt mu nie chce uwierzyć, gdyż chłopiec nie potrafi przypomnieć sobie twarzy porywacza. I tak zaczyna nocna tłuczka Finna w poszukiwaniu Róży. Na granicy jawy i snu chłopiec przypomina sobie różne zdarzenia, które próbuje pookładać i połączyć. Pomaga mu pewna miłośniczka pszczół Petey oraz klacz Noc. Dorodny koń pojawiał się nagle w stodole Finna. Od tego momentu Finn przemierzał przestrzenie miasteczka Bone Gap wzdłuż i wszerz, zaglądając do każdej dziury. Dosłownie. Pędził na swojej klaczy tu i tam, wszędzie i nigdzie, aby móc natrafić na ślad Róży. „Znowu kukurydza do niego gadała”. 

To, co tu realne wydaje się nierzeczywiste, a to, co fantastyczne zyskuje konkretny, sensualny i niemal namacalny wymiar. Dochodzą do tego lokalne przesądy i zaściankowość myślenia. I już mamy klasyczny realizm magiczny. Marzenia, wyobraźnia, sny i wizje odgrywają tu znaczącą rolę. Czytelnik nagle wpada w pola kukurydzy, plącze się w jej korzeniach, a ona faluje i delikatnie porusza swoimi liśćmi. Kołysze, koi, ale jest również pejzażem do nocnych koszmarów.

Dwa inne wątki zasługują tu również na uwagę. Jeden jest związany z prozopagnozją. To takie zaburzenie neurologiczne polegające na upośledzeniu zdolności do rozpoznawania ludzkich twarzy. Ludzie z tym zaburzeniem mają trudności w rozpoznawaniu twarzy bliskich. Autorka świetnie ten motyw wykorzystała, kreując postacie. Drugi wątek jest związany z Polską, gdyż Róża - porwana dziewczyna, jest z pochodzenia Polką i w piękny, sentymentalny sposób wspomina swój kraj oraz mieszkających tam ludzi. 

Piękna, wzruszająca opowieść o empatii, o poszukiwaniu człowieczeństwa, o odrzuceniu, o funkcjonowaniu małomiasteczkowej społeczności. I czy jesteśmy w Polsce, czy w Stanach mentalności ludzi pozostaje ta sama. Polecam gorąco. 




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 28 września 2017

„Morderstwa w Somerset” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 25 września 2017 r.
tytuł oryginału: Magpie Murders  
tłumaczenie:  Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 544







Zanosiło się na pogrzeb - tak zaczyna się pewien kryminał. Dziewiąty tom z serii o Atticusie Pündzie. Bystry detektyw i jego wierny pomocnik rozwiązują kolejne sprawy. Akcja toczy się w latach czterdziestych XX wieku, co pozwala na zwolnienie tempa: bez telefonów komórkowych, komputerów, zaawansowanych technik kryminalistycznych, bez natychmiastowego dostępu do informacji. I choć sama postać Atticusa wydaje się odrobinę przeintelektualizowana, a końcówka każdej powieści kończy się klasycznie (detektyw zbiera wszystkich podejrzanych w jednym miejscu i tam po wygłoszonym monologu wskazuje sprawcę), to cała historia rozwiązywania zagadek jest ciekawa i wciągająca. I nie byłoby w tym nic oryginalnego, gdyby nie fakt, że Morderstwa w Somerset to kryminał w kryminale.

Akcja zaczyna się w momencie, gdy pani z wydawnictwa, Susan Ryeland, dostaje świeżutki egzemplarz dopiero co napisanej powieści o detektywie Atticusie Pündzie. Wydawnictwo Cloverleaf Books świetnie zarobiło na ośmiu poprzednich książkach Alana Conway'a. Wszyscy czytelnicy czekali zatem na dalsze losy detektywa, gdyż wcześniej zapowiedział on, że w tajemniczy sposób skończy z rozwiązywaniem zagadek. Dlatego Susan czym prędzej zabrała się do czytania owej powieści. My, czytelnicy, też mamy okazję prześledzić perypetię detektywa i sprawę tajemniczych morderstw w Somerset. Somerset to mała miejscowość położona niedaleko Londynu. Pewnego dnia dochodzi tu do tragicznego wypadku. Mary Blakiston, gospodyni w bogatej rezydencji, spada ze schodów. A jak to w małym miasteczku bywa - taka śmierć nie może przejść bez echa. Oliwy do ognia dolewa fakt, że pani Mary nie była lubiana w miasteczku i na każdym kroku miała wrogów. A to już niesie podejrzenia, że może wypadek był nie był wypadkiem. Dodatkowo, parę dni później, w okrutny sposób zostaje zamordowany sam właściciel rezydencji, pan Magnus. A dwa zabójstwa w jednym domu to już nie jest przypadek. Na arenę wkracza zatem detektyw Pünd. Prowadzi śledztwo, przesłuchuje świadków, łączy fakty, wyciąga wnioski. I gdy już chce podać rozwiązanie na tacy - okazuje się, że powieść się kończy i brakuje dwóch ostatnich rozdziałów. Zdziwiony jest czytelnik, jak i sama Susan, której taki obrót rzeczy wydaje się nieprawdopodobny. Alana Conway był raczej pisarzem, któremu zależało na wypromowaniu każdej książki. Na zakończenie historii nie ma jednak co liczyć, gdyż pisarz popełnia samobójstwo. Co też wydaje się dziwne, ponieważ niedokończenie książki było do Alana niepodobne. Mamy więc kolejne śledztwo, które jest odzwierciedleniem zagadki rozwiązywanej na kartach książki. Okazuje się, że fakty i motywy się pokrywają. 

Kolejny raz Anthony Horowitz mnie zaskakuje. Uwielbiam takich pisarzy, którzy mają nietuzinkowe pomysły na całą fabułę i konstrukcję historii. Zagadka goni zagadkę, morderstwa się ze sobą przeplatają, bohaterowie są powiązaniu, motywy zbrodni podobne. A jednak zakończenie w obu przypadka zaskakuje. Podobało mi się również nawiązywanie do kryminałów Agathy Christie. Na przykład przez pojawianie się wyliczanek, anagramów i zagadek słownych. Oczywiście taka konstrukcja ma pewne wady - duża liczba bohaterów, spowolnienie akcji, rozciągnięcie jej w czasie. Jednak sednem takiej historii jest zupełnie co innego. Przede wszystkim to, że sam czytelnik staje się detektywem i nie może się doczekać tego, czy jego podejrzenia będą pokrywać się z tymi, które wydedukuje śledczy z powieści. Polecam, kto ma ochotę?


JEDEN DAM ZA SMUTEK, ZA RADOŚĆ MOŻE DWA.
TRZY DAM ZA DZIEWCZYNĘ, CZTERY ZA CHŁOPAKA.
KTO DA PIĘĆ ZA SREBRO? KTO SZEŚĆ ZA ZŁOTO DA?
I SIEDEM ZA TAJEMNICĘ, O KTÓREJ CICHO-SZA!





Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

środa, 20 września 2017

„Zapach diabła” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 12 września 2017 r.
tytuł oryginału:  Djävulsdoften
tłumaczenie:  Anna Krochmal, Robert Kędzierski
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 352




„Zapach diabła” to dziesiąta powieść o komisarz policji Malin Fors i pierwsza część nowego cyklu inspirowanego ludzkimi zmysłami. Były już pory roku, żywioły, a teraz są zmysły. Trzeba przyznać, że Monsowi pomysłów na kolejne książki nie brakuje. I gdy wydawać by się mogło, że wszelkie fantazje już wyczerpał, to nagle zaskakuje nową powieścią. Zaskoczenie jest pełne, gdyż akcja z zimnej Szwecji zostaje przeniesiona do tętniącego życiem i kolorami Bangkoku.

Stolica Taljanii to istne the land of smils. Tutaj każdy może udawać kogoś innego i zgubić się w tłumie milionowej ludności. Bangkok to miasto dla  miłośników luksusu, których kusi tajska kuchnia, fascynująca kultura i słynne życie nocne. Drapacze chmur, taksówki motocyklowe, zapach jaśminu i ostrych przypraw, ubrania w stylu tajskim – wzorzyste bluzki o kroju piżamy, szare spodnie w kant i błyszczące buty. Wszystko to składa się na obraz miasta, w którym nie ma moralności. Dlatego nie może istnieć podwójna moralność. Wszystko uchodzi, wszystko jest dozwolone. Do takiego własnie miejsca trafia Malin, która po zdradzie ukochanego mężczyzny i nierozwiązaniu sprawy zabójstwa małego chłopca popadała w alkoholizm. Jej przełożeni dali jej jednak ostatnią szansę i tak wylądowała w Bangkoku, jako oficer łącznikowy w ambasadzie szwedzkiej. Jej praca polega na pośredniczeniu w śledztwach dotyczących wielu nacji oraz takich, które dotyczą Szwecji. Może chodzić o przemyt narkotyków, handel ludźmi, sprawy celne dotyczące nielegalnego handlu wężami i pająkami. 

Problem polega na tym, że Malin, nie udaje się uciec przed złem i przygnębiającymi myślami, ponieważ wszystko nosi jeszcze w sobie. Cały smutek, samotność, wyrzuty sumienia, pragnienia, żale, tutaj w Bangkoku, miażdżą ją od środka jeszcze bardziej. I zamiast wyleczyć się z alkoholizmu, lawiruje na granicy omamów, pijackich wizji i pozostałościach po policyjnej intuicji. Musi pomóc w rozwiązaniu morderstwa pewnej młodej Szwedki, w której dostrzega samą siebie. Malin współpracuje z tajską policją, ale niektóre fakty sama musi tuszować. Tym samym zostaje wciągnięta w wir tętniącego życiem miasta, które oprócz kolorów i zapachów wypełnia korupcja, przemoc oraz śmierć. 

Mons Kallentoft po raz kolejny mnie nie zawiódł. Jestem pełna uznania dla autora, szczególnie jeśli chodzi o pomysł na fabułę. Umiejscowienie akcji w Bangkoku to był strzał w dziesiątkę. Poza tym warsztat pisarski pan Mons ma dopracowany perfekcyjne. Krótkie zdania, równoważniki zdań, minimalizm słowny sprawia, że powieść przenika do głębi duszy. Emocje, zmysły Malin i innych postaci są bardzo wyostrzenie, a czytelnik czuje oddechy bohaterów na twarzy. Poza tym bardzo podobał mi się motyw ośmiornicy. Zamordowana kobieta miała wytatuowanego głowonoga na szyi. Jej osiem ramion wędrowało w stronę podbródka niczym oślizły naszyjnik. A jak to u Monsa, nie mam nic przypadkowego. I nawet tatuaż ma znaczenie. „Nie chcemy się poddać, zrozumieć, że gra skończona. To, co najgorsze w nas, chodzi po świecie i go niszczy. Jesteśmy ośmiornicami, które duszą każde życie, jakie stanie im na drodze”. 
Polecam gorąco!




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 3 września 2017

„Mentalista Hitlera” Gervasio Posadas


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 29 sierpnia 2017r.
tytuł oryginału: El mentalista de Hitler
tłumaczenie: Agata Ostrowska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 384





Urugwajski pisarz Gervasio Posadas już w przedmowie przyznaje się do swoich dość nietypowych zainteresowań i pasji. Od zawsze fascynowała go bowiem III Rzesza, a nazizm budził w nim jakąś mroczną, niezbadaną tajemnicę. Już jako młody chłopak zastanawiał się, jak to się stało, że Niemcy, naród tak kulturalny i cywilizowany, ojczyzna wielkich artystów, filozofów i naukowców, uległ wpływowi jednego wizjonera, zdolnego pchnąć go na drogę nieludzkich okrucieństw, „równię pochyłą prowadzącą do apokalipsy, w wyniku której ziemie Europy zaścieliły się milionami trupów”. Dlatego Gervasio Posadas czytał wszystko to, co zawiązane było z nazizmem. Szukał odpowiedzi na pytanie, jak Hitler - przy użyciu praktycznie demokratycznych metod - zdołał dojść do władzy i stać się wodzem absolutnym. Przeglądając różne źródła i opracowania Posadas natknął się na jedną postać - Erika Jana Hanussena. Historia tego tajemniczego jasnowidza, który urodził się w tym samym roku co Adolf Hitler, jest niewiarygodna. A jednak zdarzyła się naprawdę.

Narratorem jest tu hiszpański dziennikarz José Ortega. José zostaje wysłany do Berlina. Dostaje zlecenie relacjonowania wydarzeń politycznych w Niemczech. Wszystko dzieje się od marca 1932 roku do marca 1933, wtedy bowiem - według autora - nastąpiła seria przypadków, zaniedbań i wypadków, które spowodowały dalszy rozwój burzliwych wydarzeń. Wydarzeń, które zmieniły całą Europę. Nasz narrator w nich uczestniczy, mało tego, przebywa w bliskim otoczeniu najważniejszych członków NSDAP. I właśnie w tym czasie poznaje charyzmatycznego jasnowidza. Od początku Hanussen wywiera na niego ogromy wpływ. Przebywanie w jego towarzystwie przypominało dziennikarzowi podłączenie do dynama, elektryzującego i napełnionego energią. Hanussen - szaleniec, zdolny do heroicznych czynów, buntowniczy duch, sztukmistrz, wizjoner, gwiazda ówczesnego świata rozrywki, multimilioner, czy oszust? José Ortega jest z jednej strony zafascynowany tym człowiekiem, podziwia jego odwagę i inteligencję, z drugiej strony wątpi w jego metody pracy. Natomiast czytelnik jest świadkiem ich licznych eskapad, przebywania w zacnym towarzystwie i odwiedzania ekskluzywnych lokali.

Berlin w roku 1932 nie był miastem dla nudziarzy. To tygiel najróżniejszych języków. Miasto wysokich intelektów, z trzema operami i słynną filharmonią, z dwudziestoma tysiącami barów, restauracji i kabaretów. Ekskluzywnych i szemranych. Miasto tonące w muzyce, oferujące najlepszy jazz na kontynencie. Pełne lokali dla heteryków, lesbijek, fetyszów, masochistów, voyeurów i gości hołdujących wszelkim upodobaniom, których istnienia wcześniej nawet sobie nie wyobrażali. Miasto kobiet o jedwabistych włosach, chodzących w futrach, obwieszonych brylantami, pijących drogie szampany.

Fabuła została dopracowana tu po mistrzowsku. Punktem kulminacyjnym jest pożaru Reichstagu w nocy z 27 na 28 lutego 1933. Historia nabiera tempa. Nie ma tu przypadkowych zdarzeń. Wszystko jest spójnie i czyta się to z wypiekami na twarzy. Sami bohaterowie fascynują i przerażają jednocześnie. Była to świetna lekcja historii. Opowieść o człowieku trochę dziś zapomnianym. Niemniej jednak to Hanussen przepowiedział przyszłość dla całych Niemiec, nie zdołał jednakże przewidzieć własnego losu. Polecam!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

sobota, 26 sierpnia 2017

„Trauma” Michael Palmer, Daniel Palmer

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 17 sierpnia 2017r.
tytuł oryginału: Trauma
tłumaczenie: Norbert Radomski
oprawa: broszurowa klejona
liczba stron: 432






Michael Palmer z zawodu był lekarzem internistą oraz autorem dwudziestu thrillerów medycznych, z których wszystkie stały się międzynarodowymi bestsellerami. Na podstawie „Krytycznej terapii” powstał film z udziałem Hugh Granta i Gene’a Hackmana. Pisanie „Traumy” przerwała śmierć. Powieść dokończył jego syn. To bardzo piękny i ujmujący gest ze strony pana Daniela.

Książka, jak na thriller medyczny przystało, wpisuje się w klasyczny kanon gatunku. Akcja toczy się w środowisku medycznym. Poznajemy ambitną lekarkę - Carrie Bryant, która jest rezydentką na oddziale neurochirurgii w Boston Community Hospital. Carrie nie ma bogatego życia prywatnego, dlatego praktycznie większość czasu poświęca pracy. Albo będąc na dyżurze, albo czytając fachową literaturę medyczną. Narzuca sobie mordercze tempo, co niestety skutkuje popełnieniem groźnego błędu. Lekarka odchodzi i podejmuje się nowego wyzwania. W ośrodku dla weteranów wojennych został uruchomiony pilotażowy program, aby opracować metodę leczenia stresu pourazowego (PTSD). Innowacyjna metoda zapowiada nie tyle łagodzenie objawów, ale ich zupełne wyleczenie. Carrie ma być chirurgiem odpowiedzialnym za wprowadzenie elektrod do mózgu pacjentów. Mózg wtedy jest głęboko stymulowany prądem elektrycznym, próbując wyeliminować emocje ze wspomnień o traumatycznym wydarzeniu, które wywołało PTSD. Carrie jest bardzo podekscytowana nową metodą, ponieważ po cichu liczy również na to, że pomoże swojemu bratu Adamowi, też weteranowi wojennemu. Tymczasem w ośrodku zdrowia dla weteranów dzieją się dziwne rzeczy. W tajemniczy sposób zaczynają znikać pacjenci. Carrie zagłębia się w labirynt korupcji i morderstw. I choć może przypłacić to życiem, za wszelką cenę próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczego znikania jej pacjentów.

„Trauma” to bardzo dobrze napisany thriller. Czyta się z wypiekami na twarzy, a akcja gna tu do przodu. Autorzy podejmują tematykę zagrożenia życia ludzkiego i zagadnień związanych z bioetyką w obliczu zmian, jakie niesie współczesna medycyna, oraz powiązań świata medycznego ze środowiskiem przestępczym. Nie brakuje też wątków sensacyjnych (to zasługa pewnie młodego Palmera). Choć akurat ten wątek był delikatny przekombinowany, ale zaskakujący. Na szczęście autorzy zrezygnowali z wątku miłosnego, gdyż byłaby to wtedy powieść bardzo przewidywalna. Carrie w prywatnym śledztwie pomaga młody dziennikarz. Dawid pracuje na zlecenie Lowell Observera i ma napisać artykuł na temat weteranów wojennych cierpiących właśnie na PTSD. To bardzo ciekawa postać. Tworzą oni zgrany duet, ale motyw romansu się nie rozwija. W ogóle mocną stroną książki są dobrze skonstruowani bohaterowie, szczególnie "czarne charaktery". 

Polecam. Powieść nie tylko dostarczy rozrywki, ale również przy okazji można poszerzyć swoją wiedzę na temat stresu pourazowego. To bardzo interesujące zagadnienie i ciągle jeszcze nie do końca wyjaśnione. 



 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

środa, 23 sierpnia 2017

„Tulipanowa gorączka” Deborah Moggach

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 29 sierpnia 2017r. 
wydanie: VII
tytuł oryginału: Tulip Fever
tłumaczenie: Maja Justyna
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 304





Sięgając po tę książkę spodziewałam się błahego romansidła. Jakże błędne były moje myśli, gdyż „Tulipanowa gorączka” okazała się jedną z lepszych powieści, jakie ostatnio czytałam.

Jesteśmy w XVII-wiecznym Amsterdamie, w roku 1636. Mieście, które przeżywa swój Renesans. Kwitnie tu handel i rozwija się żegluga. Mężczyźni i kobiety w modnych strojach spacerują po ulicach, a w lustrze wody w kanałach odbijają się ich eleganckie domy. To również raj dla rybaków, handlarzy towarami, hodowców kwiatów i malarzy. Rozwija się życie artystyczne, a cała plejada mistrzów pędzla maluje pejzaże, martwe natury oraz portrety bogatych mieszkańców miasta.

Jeden z takich malarzy, Jan van Loos, dostaje zlecenie namalowania podwójnego portretu pewnego małżeństwa. On - Cornelius - 61-letni zamożny kupiec, właściciel kilku składów towarów w porcie, znawca sztuki, esteta. Ona - Sophia - młoda "praktyczna kobieta" (jak sama mówi o sobie), sprzedała swoją młodość za bogactwo, tym samym uwalniając się od biedy i życia w nędzy z siostrami i matką. Jan van Loos ma utrwalić na płótnie piękno, zatrzymać je na zawsze, ponieważ życie szybko przemija. Ma uchwycić szczęście, które - według Corneliusa - daje żonie. Sophia dostosowuje się do wszystkiego i potulnie spełnia wolę męża. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jedno spojrzenie młodego malarza obudzi w niej uśpione pożądanie i namiętność. I tak między Sophią a Janem wybucha gorący romans, który musi pozostać w ukryciu. 

Sophia z biegiem czasu odkrywa w sobie zdolności do samooszukiwania. Nauczyła się gry pozorów i wyrachowania. Wszystko w imię miłości. Dla Jana Sophia jest nie tylko miłością życia, a też inspiracją do malowania. Z biegiem czasu kochankowie mają dość ukrywania i knują pewien plan. Włączają do niego służącą Sophii - Marię, oraz Gerrita - służącego Jana. Cała intryga jest perfekcyjnie dopracowana i ma duże szanse powodzenia. Los jednak jest przewrotny i przypadkowy zbieg okoliczności potrafi wszystko zniweczyć.

W książce pojawia się również tytułowy motyw - tulipanowej gorączki. Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, że tulipomania w Amsterdamie była aż tak ogromnym zjawiskiem. Przy okazji zbadałam szerzej temat i okazało się, że o tej tulipanowej manii pisało wielu twórców, między innymi nasz rodak Zbigniew Herbert w „Martwej naturze z wędzidłem”. Zamiłowanie do tulipanów, a raczej do dochodów związanych z nimi, doprowadziło niderlandzkie społeczeństwo do zbiorowej psychozy. A koniec końców - do hańby, bankructwa i ruiny cnotliwych mieszczan, porzucających zdrowy rozsądek kupiecki oraz protestanckie umiarkowanie. „Na początku 1637 roku handel cebulkami tulipanowymi upada. Najwyższy Trybunał Holandii, poważnie niezaniepokojony gorączką, która opanowała cały kraj, podejmuje interwencję i z dnia na dzień ustala bardzo niskie ceny cebulek”. Tysiące ludzi straciło wtedy środki utrzymania. Tamte wydarzenia odsunęły się na margines historii i mało kto o nich wie. Niemniej jednak świadczą one o ludzkiej chciwości i przewrotności losu, ale tym samym wywodzą się z miłości do piękna i zamiłowania do kwiatów. Tulipany mają niestety też inny przykry incydent w historii. Podczas II wojny światowej, ludzie cierpiąc z głodu, zmuszeni byli wykopywać cebulki tych kwiatów i je jeść. Wspominała choćby o tym aktorka, holenderskiego pochodzenia, Audrey Hepburn, która dzieciństwo spędziła właśnie w okupowanej Holandii. Również w literaturze często pojawia się ten motyw, na przykład w książce amerykańskiego pisarza Richarda Lourie „Wstręt do tulipanów”.

Wracając jednak do powieści, przepiękna była o opowieść o ludzkich namiętnościach i pożądaniu. Nie tylko z miłości. Cornelius jest kolekcjonerem sztuki. Jego zamiłowanie do malarstwa również jest tu widoczne. Poza tym to bardzo ciekawa postać. Mężczyzna pełen dobrych manier, esteta, miłośnik piękna, nie tylko zewnętrznego. Polecam, świetna lektura na zakończenie wakacji. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.



A 8 września na ekrany kin wchodzi ekranizacja tej powieści. Reżyserem jest Justin Chadwick (m.in. „Kochanice króla” i „Mandela: Droga do wolności”). W rolach głównych: Alicia Vikander, Christoph Waltz (jeden z moich ulubionych aktorów) i Judi Dench! Ja nie mogę się doczekać. 


sobota, 19 sierpnia 2017

„Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 17 sierpnia 2017r.
tytuł oryginału: Hur man foralskar sig i en man som bor i en buske
tłumaczenie: Bratumiła Pawłowska-Pettersson
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 272





Sam tytuł już przyciąga uwagę. Okładka tak średnio, ale też rzuca się w pewien sposób w oczy. 

Julia, prawie trzydziestoletnia singielka, mieszka w Wiedniu wraz ze swoim kotem Optimusem. Nie należy do osób szczególnie ambitnych, jeśli chodzi o rozwój swojej kariery. Pracuje w firmie językowej udzielającej lekcji języka angielskiego. Lubi swoją pracę, choć często przyprawia ją o irytację. Jednak na razie nie chce tego zmieniać. Lubi swój monotonny i spokojny tryb życia. W weekendy spotyka się ze znajomymi, choć też do końca ich nie lubi, chodzi z nimi do pubów, tak dla zabicia czasu. Skrycie marzy jednak o kimś, z kim mogłaby spędzać wspólne wieczory, a nie wracać do pustego mieszkania 

Pewnego dnia zjawia się odpowiedni kandydat. Jest zabawny, przystojny, spontanicznie rzuca ciętymi ripostami i jest wpatrzony w Julię. Jedyny problem polega na tym, że Ben (jak już tytuł sugerował) mieszka w krzakach i jest kloszardem. Julii to jednak nie przeszkadza i po krótkim czasie postanawia zamieszkać razem z nim. A uściślając, to Ben z całym swoim dobytkiem (jedną reklamówką) wprowadza się do jej mieszkania. I tak zaczyna się ich gorący, przepełniony emocjami związek.

Desperaka czy kobieta prawdziwe zakochana? Z pewnością jedno i drugie. Tak można by scharakteryzować Julię. Reprezentuje ona pokolenie trzydziestolatków, które jeszcze niby chce poszaleć i być niezależnym, a z drugiej strony pragnie stabilizacji i trwałych związków. To drugie często za wszelką cenę. Czytając jednak o perypetiach Julii, to jednak bliżej jej do zdesperowanej kobiety. Choć nie da się jej nie lubić, gdyż swoje decyzje podejmuje na przekór oczekiwaniom innych i utartym schematom.
szwedzka okładka książki

Zabawna była to historia. Emmy Abrahamson na lekki i spontaniczny styl. Dialogi, choć momentami zbyt proste i infantylne, to można przy nich się roześmiać. Książka na poprawę humoru, aby poczytać o większych desperatkach niż się jest samemu, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa ;). 





Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

„Zapisane w gwiazdach” Lucie Di Angeli-Ilovan

Wydawnictwo: ZYSK i S-KA 
data wydania: 26 czerwca 2017
oprawa: miękka
format: 155 x 235
liczba stron: 584





„Zapisane w gwiazdach” to prequel „Żniw gniewu”, książki napisanej przez Polkę, mieszkającą w Stanach. I tak jak napisałam o pierwszej jej książce, że jest to wielki ukłon w stronę tysięcy kobiet, które przeżyły wojnę, okupację i "wyzwolenie", to o drugiej książce można napisać to samo. 

Lucy Di Angeli-Ilovan wraca do losów rodziny Góreckich na Kresach Wschodnich, opisując wcześniejsze dzieje sióstr, Kaszmiry i Maruszki oraz ich młodszego brata Józefa. Choć autorka bazuje na wspomnieniach rodzinnych, to większość wydarzeń jest wymysłem jej wyobraźni. Poznajemy dzieciństwo dwóch sióstr, sióstr o bardzo odmiennych charakterach. Maruszka była pilną uczennicą, Kaszmira - łobuzem. Maruszka czytała żywoty świętych i chciała iść do klasztoru, Kaszmira nigdy nie potrafiła odnaleźć swojego miejsca. Niemniej jednak los potraktował je okrutnie. I dzieciństwo, choć skromne i ubogie, jest niczym tragicznym do tego, co spotkało je później. Ich matka Paulina za okrutny los jaki spotkał najpierw ją samą, a potem jej córki, obwiniała zawsze przeznaczenie. Często powtarzała „to było zapisane w gwiazdach” i tak już musi być. W ten prosty sposób usprawiedliwiała wszystkie własne wady i słabości oraz to, że z losem trzeba się pogodzić. Trudno się z nią zgodzić. Zresztą jej córki nie do końca podzielały filozofię życiową matki. Szczególnie Kaszmira, która wbrew woli rodziny wyjeżdża do Wilna, chcąc sama walczyć o lepsze życie, powodzenie i szczęście. 

Dalsze losy sióstr ukazują właśnie, że warto walczyć o lepsze jutro i nie poddawać się przeciwnościom losu. Że mimo tragedii, trzeba próbować stawiać czoło problemom. I nie warto biernie czekać na sprzyjający układ planet czy gwiazd, tylko należy kreować swoje życie samemu. Jeżeli ktoś uważa, że gwiazdy determinują jego osobowość i jego przyszłość, to tym samym rezygnuje ze swej wolnej woli. A Kaszmirze i Maruszce na pewno nie można zarzucić tego, że zabrakło im siły w pokonywaniu trudności i determinacji.

Piękna była to opowieść o Kresach. Lucy Di Angeli-Ilovan po raz kolejny przenosi czytelnika do miejsca, gdzie pachnie wspaniałą wschodnią kuchnią. Poznajemy pierwsze wybory miłosne dziewczyn, ich rozczarowania, nadzieje i marzenia. A potem ich traumatyczną tułaczkę i wywózki na Sybir. Jedną tylko rzecz można zarzucić pisarce. Tak jak w przypadku pierwszej powieści, treść przesłania tu formę. Dlatego można autorce wybaczyć niedociągnięcia stylistyczne. Warsztat pisarki nie jest tu na najwyższym poziomie. Lucy Di Angeli-Ilovan spisała po prostu wspomnienia tak, jak je kiedyś usłyszała, zatem czyta się to wszystko, jakby ktoś nam opowiadał historię do poduszki. Niemniej jednak usłyszana historia jest warta wysłuchania. 


 Za egzemplarz recenzencki dziękuję  Wydawnictwu  Zysk i S-KA 

czwartek, 20 lipca 2017

„Idealna żona” Katherine Scholes

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 5 lipiec 2017r.
tytuł oryginału: The Perfect Wife
tłumaczenie: Małgorzata Żbikowska
oprawa: miękka
liczba stron: 496 




Pani Katherine Scholes to australijska pisarka, urodzona w Tanzanii. Tam spędziła większość swojego dzieciństwa, w pamięci zachowując wspomnienia długich podróży Land Roverem do najdalszych zakątków regionu Dodoma, gdzie jej ojciec był misjonarzem-doktorem. Potem jej rodzina przeprowadziła się do Anglii następnie osiadła w Tasmanii, gdzie pisarka mieszka do dziś z mężem i dwoma synami. Ma to znaczenie, gdyż autorka akcję swojej powieści przenosi właśnie do Tanzanii. 

Książka została zainspirowana projektem brytyjskiego rządu obsadzenia orzeszkami ziemnymi ogromnej połaci kraju w Tanganice (terytorium mandatowe Wielkiej Brytanii w kontynentalnej części Tanzanii w latach 1947-1951). Akcja powieści dzieje się fikcyjnym miasteczku Kongara. To główne centrum nosi jednak ślady podobieństw do Kongwy. To właśnie tu przylatuje Kitty Hamilton, aby wspierać męża Theo. Mąż Kitty jest dyrektorem administracyjnym projektu orzeszkowego, czyli drugim zarządcą, zaraz po dyrektorze głównym. Theo podczas II wojny światowej był oficerem brytyjskiego lotnictwa i brał udział w atakach bombowych. Skutek - zdiagnozowany zespół stresu pourazowego, gdyż cała jego załoga zginęła w wyniku bombardowań. Kitty natomiast całą wojnę spędziła w domku letniskowym z rodzicami Theo oraz pobierając lekcje malarstwa u charyzmatycznego rosyjskiego arystokraty Yuriego. Książę Yuri musiał uciekać z Rosji na skutek rewolucji i tak trafił do Londynu. Kitty również - dzięki spadkowi od babki - mogła opuścić rodziną farmę w Australii i wyjechać do stolicy. Tam chciała się realizować artystycznie. Drogi Kitty i rosyjskiego malarza skrzyżowały się. Jednak zaraz po wojnie wybucha skandal obyczajowy z ich udziałem. Dlatego Theo musiał opuścić ukochaną Anglię, wyjechać do Afryki, aby niestosowne plotki nieco przycichły. Kitty jak oddana i pokorna żona podążyła zatem za nim.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Fascynująca sceneria Afryki oraz dzika przyroda ujmuje od początku. Przenosiły się do egotyczne otoczenie i można zapomnieć o realnym świecie. Poza tym widać, że autorka włożyła w pisanie bardzo dużo pracy i serca. Opisywane miejsca są bardzo realne. Z pewnością pani Scholes pomogły wspomnienia i opowieści rodzinne. Z każdej kartki czuć fascynację autorki zarówno Tanzanią, jak i Australią. 

Uwagi mam jedynie do zakończenia i portretów psychologicznych bohaterów. Sama końcówka jest niestety przewidywalna i zbyt cukierkowa. Główna bohaterka miała różne dylematy, musiała zaakceptować fakt, że mąż jej wybaczył i wymaga od niej teraz pełnego oddania. Kitty potrzeby swojego serca schowała głęboko i stłumiła w sobie gorące uczucia. Ale jakoś wszystko na koniec pięknie się jej ułożyło, tylko się zachwycić tak nieskazitelnym charakterem młodej kobiety. Wszelkie problemy i przeszkody Kitty zostały usunięte. Tak po prostu. Takie to trochę mało życiowe. Pozostali bohaterowie też są zbyt płytcy i raczej czarno-biali. Tacy stereotypowi. 

Jednak mimo pewnych niedociągnięć książka z pewnością warta jest polecenia. Idealna na wakacyjny relaks. Można przenieść się do egzotycznej Tanzanii i poczytać o afrykańskich klimatach. Tam wszystko wydaje się prostsze, wyciszone i idealne. Przynajmniej taki obraz wyłania się z kart powieści. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.



wtorek, 11 lipca 2017

„Piękne życie” Shauna Niequist

podtytuł: Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój.
wydawnictwo: Znak
data wydania: 5 lipca 2017r.
tłumaczenie: Matylda Biernacka
tytuł oryginału: Present over Perfect
liczba stron: 240





„Chcę przedstawić przyczyny swojego zmęczenia. Chcę zaprezentować listę, częściowo dlatego, żebyście to poczuli, żebyście poczuli się równie zmęczeni, oszołomieni i zagubieni jak ja”. Shauna Niequist to amerykańska pisarka, autorka czterech książek. „Piękne życie" to jej najnowsza pozycja. I już została uznana za bestseller „New York Timesa”, „Publishers Weekly” i Amazona. Szczerze mówiąc ja mam mieszanie uczucia i do końca jeszcze nie wiem, czy mi się podobała.

Shauna Niequist już w pierwszych rozdziałach książki pisze, że chciałaby się podzielić z czytelnikami tym, że pewnego dnia zrozumiała, jakie błędy popełniała do tej pory. Nie jest to zatem poradnik jak pięknie żyć, a jedynie wspomnienia i dygresje pewnej kobiety. Autorka opowiada o przemianie jaka w niej zaszła, o przemęczeniu, o ciągłej gonitwie, o zapracowaniu, o braku czasu. Na początku dobrze mi się to czytało. Pani Shauna ma lekki i swobodny styl, nie pisze rozwlekłych historii, tylko opowiada o urywkach z życia. Cały czas mówi o znalezieniu równowagi, o tym, aby na chwilę zwolnić tempo, zatrzymać się, zachwycić się przyrodą i czasami odmówić znajomym przysług. Wszystko pięknie, też się z tym zgadzam, tylko że autorka mierzy życie swoją miarą. I udziela potem porad innym kobietom, że one też tak mogą. Ale chyba jednak nie do końca.

Shauna Niequist prowadzi idylliczne życie. Po pierwsze ma możliwość pracy w domu, gdyż jest pisarką. Wakacje spędza z rodziną na Hawajach, Boże Narodzenie i Nowy Rok na plaży, weekendy w domku letniskowym nad jeziorem, a zwykły dzień zaczyna od kawy na werandzie. W między czasie lata samolotem do Londynu na spotkania autorskie. Poza tym kochający mąż ma podobną pracę do niej. Przy takim trybie życia bardzo prosto znaleźć równowagę, docenić to, co się ma, cieszyć się z małych rzeczy i relaksować się na łonie przyrody. Większość kobiet żyje jednak do wypłaty do wypłaty, martwi się o niezapłacone rachunki, o zorganizowanie czasu dzieciom, kiedy wracają z pracy. Nie jeżdżą też co weekend nad jezioro, nie latają do Londynu z koleżankami, a nawet nie piją rano kawy na werandzie, bo po prostu nie mają tej werandy. Dlatego ta książka momentami wydawała mi się lekko samolubna i wyniosła. Choć autorka raczej nie dostrzega tej swojej wyniosłości.

Kolejny mój zarzut to podejście do spraw religii. Shauna i je mąż deklarują, że są praktykującymi chrześcijanami. Autorka cytuje Pismo Święte, odwołuje się do przykazań i pisze, że trzeba żyć zgodnie z Ewangelią. O tym jak odnaleźć w sobie Jezusa. I znowu wszystko pięknie, gdyby to miało pokrycie w czynach. Bo co innego radzić, a co innego do tego się stosować. Na stronie internetowej Aarona Niequist (męża Shauny) można odnaleźć informację, że jest on „worship leader”. W wolnym tłumaczeniu oznacza to „przywódca kultu”. Shauna jest natomiast w dziale kierowniczym. Oznacza to, że działają oni w stowarzyszonych grupach i przenoszą się z kościoła do kościoła głosząc Słowo Boże. Trochę zatem mi się to gryzie.

Jednak, żeby nie było samych negatywów, to teraz trochę posłodzę. Książka ma parę rozdziałów, które urzekają i dają do myślenia. Bardzo podobała mi się część o odchodzeniu od idei doskonałości. O tym, że nie trzeba być ciągle idealną matką, żoną, gospodynią. „Ludzie nazywali mnie twardzielą. Z dużymi możliwościami. I mówili, że jestem kimś, na kogo można liczyć. To wszystko miłe określenia. W pewnym sensie. Jednak nie tak miłe jak kochająca, dobra czy radosna. Taka nie byłam. Wierzyłam, że praca mnie wybawi, uszczęśliwi, rozwiąże problemy. Że jeśli wyczerpię się do cna, po drugiej stronie tej harówki będzie na mnie czekał błogostan. Niestety nie czekał”.    

Podobało mi się również jak autorka opowiada o podejściu do modlitwy. Porównuje ją do buteleczki z octem i oliwą. „Nie spróbujesz oliwy, dopóki nie wylejesz octu”. W piękny sposób pisze tu o wyzbyciu się uprzedzeń, żali i dawnych urazów.  
  
I na koniec kolejny plus, ale ten jest niezależny od autorki. Chodzi o wydanie. Cudna okłada, bardzo subtelna i urzekająca. Ponadto Wydawnictwo Znak dołączyło do książki drugą okładkę do samodzielnego pokolorowania. Pokolorowania swojego życia. W dowolne barwy. I już sama taka drobnostka sprawiała, że przyjemnością to przeczytałam. Polecam!  

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak



wtorek, 4 lipca 2017

„Współcześni kochankowie” Emma Straub

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 4 lipca 2017 PREMIERA 
tytuł oryginału: Modern Lovers
oprawa:zintegrowana
liczba stron: 480




Emma Straub jest autorką książek, które znalazły się na liście bestsellerów „New York Timesa”: „Lato na Majorce” (wydanej przez REBIS w 2016 r.) oraz „Laura Lamont’s Life in Pictures”; należy do zespołu redakcyjnego „Rookie”, publikuje teksty literackie i nieliterackie w różnych czasopismach. Mieszka w Nowym Jorku. Zatem w Stanach robi karierę, a jej książki się podobają. Nie oznacza to jednak, że to, co podoba się Amerykanom, zachwyci też Polaków, ale przekonajmy się.

Na samym początku poznajemy bohaterów: Elizabeth, Andrew i Zoe. Wszyscy znają się od czasów studenckich, teraz zbliżają się do pięćdziesiątki, mieszkają w samym sercu Brooklynu. Elizabeth i Andrew są małżeństwem i mają dorastającego syna  Henry'ego. Natomiast Zoe ma również nastoletnią córkę Ruby i żonę. Tak, żonę, gdyż Zoe funkcjonuje w legalnie zalegalizowanym związku lesbijskim. I po kilkunastu latach pożycia jej związek przechodzi kryzys zagrożony rozwodem. Elizabeth stara się wpierać przyjaciółkę, ale sama zaczyna mieć problemy. Po pierwsze jej mąż - dotąd spokojny domator - zaczął uczęszczać na spotkania tajemniczego klubu EWOLUtorium, gdzie uprawia jogę, poddaje się relaksującym masażom i tańczy w transowych układach. Po drugie pewne osoby chcą kupić prawa autorskie, do jej piosenki, stworzonej na studiach. No i po trzecie wychodzi na jaw, że jej syn Harry spotyka się z Ruby i uwielbia oddawać się rozkoszom cielesnym w miejscach publicznych.

Mamy zatem wycinek z życia typowego amerykańskiego społeczeństwa. Niespełniony zespół rockowy, nastolatki obściskujące się bez skrupułów na korytarzach szkolnych, wyzwolone związki, przypadkowe kontakty seksualne, poszukiwanie nowych doznań - takie doświadczenia mają bohaterowie. Czytając o tym trochę się uśmiechałam pod nosem, gdyż amerykańskie problemy trochę nie przystają do polskich realiów. Na szczęście. I na szczęście autorka porusza jeszcze inne wątki.

Przede wszystkim to opowieść o ludziach dojrzałych, którzy mają swoje wzloty i upadki za sobą. Są w takim momencie życia, że zaczynają się powoli zastanawiać, czy to, co już przeżyli w pełni ich satysfakcjonuje, czy pragną przeżyć jeszcze coś nowego. To również historia przyjaźni. Zarówno przyjaźni partnersko-małżeńskiej, jak i relacji między dwiema kobietami. Elizabeth i Zoe bardzo różnią się od siebie, mają odmienne poglądy na wychowywanie dzieci, odmienny styl życia. Jednak więź, która jej łączy jest silniejsza niż wszystko. Kolejny motyw to przypadkowe znajomości, które pojawiają się w życiu kobiet. Skąd wiedzieć, czy dana relacja jest chwilową ekscytacją, czy głębokim uczuciem? Czym różni się zakochanie od miłości? Z tymi dylematami będą mierzyć się bohaterki i bohater, czyli Andrew. Kolejny ciekawy wątek to wpływ na wybór drogi życiowej nastoletnich dzieci? Czy rodzice mają prawo decydować na swoje pociechy, czy pozostawić im dowolność w podejmowaniu decyzji, choćby w wyborze szkoły. Innym drażliwym tematem poruszanym w książce jest problem zalegalizowania związków partnerskich z prawem do dziedziczenia i adopcji dzieci. Czy to jest nowoczesne? modne? czy demoralizujące? To też powieść o zamiłowaniu do gotowania i muzyki. I o tym jak wspólne pasje mogą połączyć na całe życie.

„New York Times” tak napisał o tej książce: „Błyskotliwa i zabawna powieść o tym, co to znaczy nareszcie wydorośleć wiele lat po osiągnięciu dojrzałości”. Wypada mi się z tym zgodzić. Cieszę się jednak, że nie mieszkam w Stanach i moje problemy są mniej wyzwolone.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.
                                  

sobota, 1 lipca 2017

„Leon” Mons Kallentoft, Markus Lutteman

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 13.06.2017r.
przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału:  Leon
Cykl: Zack Herry
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 340





Szwecja już od dawna nie kojarzy się z klimatem beztroskiej Pippi Langstrump, czy dzieci z Bullerbyn. Tutaj okrucieństwo prześciga bestialstwo, a brutalni mordercy - bezwzględnych gwałcicieli. Dodajmy do tego jeszcze bezlitosnych oprawców, sadystyczne skłonności, przemoc seksualną i fanatyzm religijny - taki to obraz wyłania się ze szwedzkich kryminałów.

„Leon” jest niezależną kontynuacją powieści „Na imię mi Zack”, książki otwierającej nowy cykl szwedzkiego duetu pisarskiego Monsa Kallentofta i Markusa Luttemana. 
Zack jest świetnym policjantem śledczym, ma już wyrobioną opinię w Jednostce Specjalnej Policji w Sztokholmie. Bystry, błyskotliwy, nieustraszony, ale balansuje na granicy prawa. W nocy zmaga się z koszmarami z dzieciństwa i strzępami wspomnień o zamordowanej matce, też policjantce. Ma obsesję rozwiązania tej sprawy. Na poranne odprawy przychodzi nieprzytomny po zarywaniu nocy. Sam czuje, że się stacza. Działa w duecie ze swoją koleżanką Deniz, która niejednokrotnie kryje go przed przełożonymi.

Tymczasem w mroźnym Sztokholmie zostaje znaleziony martwy chłopiec Ismail. Jest przywiązany do komina w opuszczonym budynku. Zabójca chciał, aby ciało zostało znalezione. Wkrótce w Internecie pojawia się film ukazujący ostatnie chwile życia Ismaila. Sprawca - w przebraniu lwa, z długimi pazurami - przetrzymywał chłopca w klatce i znęcał się na mim. Zabił go na filmie, a nagranie wysłał policji. Niebawem znika kolejny chłopiec, a policja dostaje link do relacji na żywo. Widać tam przerażonego nieznajomego chłopca uwięzionego w klatce w jakimś pomieszczeniu pod ziemią. W tle, pod bezlitośnie odliczającym czas zegarem, porusza się porywacz. Zaczyna się wyścig z czasem, aby zdążać odnaleźć dziecko, zanim podzieli los Ismaila. Zack musi rzucić na szalę własne życie i narazić na niebezpieczeństwo swojego przyjaciela.

Cała tragedia dzieje się na oczach czytelnika, gdyż Mons (tak jak w poprzednich swoich książkach) prowadzi narrację w czasie teraźniejszym. Wszystko rozgrywa się tu i teraz. „Wszyscy bohaterowie zrodzili się z tragedii” - istotnie tak jest. Autorzy bardzo starannie dopracowują portrety psychologiczne. Można współodczuwać emocje bohaterów. Akcja gna tu do przodu i nie ma miejsca na przystanki. Wszystko wiruje i zapętla się, tak jak w narkotycznych wizjach Zacka. Zresztą te rozpamiętywanie uczuć, traumy z dzieciństwa i wspomnienia bohatera to najlepsze momenty w powieści. 

Poza tym autorzy, przy okazji rozwiązywania zagadki morderstwa, poruszają kilka innych problemów społecznych. Szwecja jawi się tu jako kraj w rozsypce. Opieka społeczna nie jest właściwa, jej pracownicy myślą raczej o swoich potrzebach niż o zapewnieniu właściwej pomocy potrzebującym. Ośrodki dla uchodźców są przepełnione i brakuje ludzi do pracy w nich. Często pozostawianie są bez nadzoru. Nic dziwnego, że brak kontroli powoduje nadużycia. Kwietnie handel dziećmi i wykorzystywanie seksualne. Autorzy wyraźnie stoją po stronie uchodźców i jawnie oskarżają szwedzki system. 

Pojawia się również motyw rosyjskiej ruletki, ostatnio bardzo popularny w skandynawskich klimatach, choćby w trzecim sezonie „Mostu nad Sundem”. Tylko końcówka jest dość przewidywalna niestety i mam wrażenie, że pisarzom kończą się powoli pomysły. Okrucieństwo w powieści najłatwiej osiągnąć wplatając w fabułę właśnie morderstwo dzieci. To się z pewnością autorom udało. Brutalność na standardowym skandynawskim poziomie osiągnięta. Tylko szczerze mówiąc, to ja mam lekki przesyt takim klimatem. Jeśli chodzi o szwedzkie klimaty, to wolałabym nadal mieć skojarzenia z beztroską Pippi, czy Emilem ze Smalandii. Ale niestety na to już za późno. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.