czwartek, 22 lutego 2018

„Miasto Świętych Mężów” Luis Montero Manglano

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13 luty 2018r.
tytuł oryginału: La ciudad de los hombres santos
cykl: Poszukiwacze
tłumaczenie:  Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
oprawa: zintegrowana 
liczba stron: 640




„Miasto Świętych Mężów” to ostatnia część trylogii „Poszukiwacze” („Stół króla Salomona”, „Łańcuch Proroka”). Wszystkie części łączą się ze sobą, zatem najlepiej znać poprzednie, gdyż fabuła staje się bardziej spójna. 

Tirso Alfaro jest teraz agentem Interpolu. Jednak tak średnio podoba mu się obecna praca i raczej nie wkłada do niej serca. Jego szefowa Lacombe, pragmatyczna i pozbawiona empatii Francuska też nie ułatwia mu oswojenia się z nową posadą. Dopadł go okropny kryzys tożsamości, ponieważ inaczej wyobrażał sobie swoje obecne życie. Tak naprawdę Tirso tęskni do swojej starej ekipy Poszukiwaczy. Szczęście mu jednak sprzyja, ponieważ po raz kolejny drogi agentów Interpolu i Narodowego Korpusu Poszukiwaczy się krzyżują. W Londynie zostaje skradziony wypożyczony średniowieczny rękopis napisany pismem wizygockim. Okazuje się, że to ten sam zwój pergaminu, który Tirso wyniósł z Jaskini Heraklesa i który był tajemniczym testamentem. Kolejny trop prowadzi do powiązań z firmą informatyczną Voynich i projektu Lilith - a to przecież starzy wrogowie naszych bohaterów.

I po raz kolejny jesteśmy świadkami wyścigu po drogocenne skarby. Skarby, które mogą dać władzę nad światem. Istnieje pewna legenda, według której grupka hiszpańskich mnichów, wobec nieuchronnej inwazji arabskiej, postanowiła zabezpieczyć największe skarby wizygockiego królestwa, wywożąc je z półwyspu. Podobno przepłynęli Atlantyk i dotarli do Ameryki. Tam, gdzieś w sercu amazońskiej dżungli, założyli Miasto Świętych Mężów i pilnie strzegli ukrytych skarbów. Było to zatem swoiste Eldorado, do którego wielu śmiałków próbowało dotrzeć. Wiadomo legenda trochę przycichła po odkryciu Ameryki przez Kolumba, bo nikomu nie chciało się wierzyć, że zwykłym hiszpańskim mnichom udało to się wcześniej. Śladem tej legendy podążają również nasi bohaterowie. Przenosimy się do Ameryki Południowej, do Republiki Valcabado. Tutaj, w dorzeczach Amazonki, zostaje odkopany chrześcijański kościół wybudowany 1300 lat temu. Zatem w legendzie o hiszpańskich mnichach musi być ziarenko prawdy. 

Tym samym czytelnik zostaje wciągnięty w oszałamiającą spiralę niebezpieczeństw, intryg oraz w gąszcz łamigłówek i zagadek. Autor trzyma poziom z poprzednich tomów i stawia na drodze bohaterów szereg przeszkód. Ponowie Tirso i spółka wychodzą z wszelkich kłopotów bez szwanku. Luis Montero musi chyba bardzo lubić swoje postacie. Świetnie to się czyta leżąc w domu pod kocykiem i mając świadomość, że amazońska dżungla leży hen daleko stąd. Bo mamy i mikroskopijne, niewidoczne pasożyty, które żywią się krwią ludzką, węże papugi, wandelie i wszelkie najdziwniejsze okazy fauny południowoamerykańskiej. Poza tym nasi bohaterowie schodzą do jaskiń, krętych korytarzy, przedzierają się przez podziemne labirynty. 

Tropienie skarbów, uciekanie przed tymi „złymi”, działanie w imieniu „dobra”, nieustraszone postacie, zagadki i łamigłówki, poszukiwanie rozwiązań - kto tego nie lubi. Przecież klimat w stylu „Indiany Jonesa”, czy „Szklanej pułapki” uwielbia chyba każdy. Emocjonujące przygody i bohaterowie, którzy cało wychodzą z wszelkich opresji. I choć te perypetie są nieco przerysowane, to i tak czyta do się wyśmienicie i z wypiekami na twarzy. Polecam gorąco!

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 19 lutego 2018

„Korespondencja” Giuseppe Tornatore

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13 luty 2018r.
tytuł oryginału: La corrispondenza
Seria: Bel Paese. Mistrzowie współczesnej literatury włoskiej
tłumaczenie:  Alicja Bruś
oprawa: twarda
liczba stron:  160




Giuseppe Tornatore to włoski reżyser, scenarzysta i pisarz. W 1990 roku zdobył Oscara za film Cinema Paradiso. Twórca wielu głośnych filmów, takich jak Malena (2000), czy Koneser (2013). Powieść Korespondencja została zekranizowana w 2016 roku w doborowej obsadzie z Olgą Kurylenko i Jeremym Ironsem w rolach głównych. Muzykę do filmowej adaptacji skomponował Ennio Morricone. I właśnie tę książkę miałam okazję przeczytać.

On, Ed - szanowany profesor fizyki, przykładny mąż i ojciec dwójki dzieci. Ona, Amy - studentka fizyki, utrzymująca się z pracy kaskaderki. Wydawać by się mogło, że to banalna historia. Profesor i studentka uwikłani w romans. Nic bardziej mylnego. Uczucie tych dwojga ludzi jest nieskończone, a tym samym nieśmiertelne. „Chciałabym zrozumieć jak żyje się w tak absolutnej miłości”. Zatem, kto chce zrozumieć, niech przeczyta.

Związek Amy i Eda ograniczał się do hotelowych pokoi, esemesów wysłanych po kryjomu, napisanych w pośpiechu mejli. Mimo tego ich poczucie bliskości i wzajemnego zrozumienia wykraczało stanowczo poza ramy standardowych związków. „Matematycznie nieubłagany czas wpada do pokoju, wślizguje się przez okno z geometriami porannego światła i znów zaczyna odliczać”. Można by powiedzieć, że dobrali się z matematyczną precyzją i dokładnością.

Amy ani na chwilę nie rozstaje się ze swoim iPhonem i gdziekolwiek jest wysyła ukochanemu strzępki myśli, wyznań, słów przesiąkniętych tęsknotą. Ed rewanżuje się w podobny sposób. Zna jej rozkład dnia do tego stopnia, że wie, co o danej godzinie będzie robić albo koło czego przechodzić. Dla Amy te krótkie wywiany zdań są sensem jej życia. Funkcjonuje tylko dlatego, że odczytuje codziennie esemesy od Eda. Są lekarstwem na dzielącą ich odległość. Pewnego dnia podczas wykładu z fizyki Amy dowiaduje się, że Ed nie żyje. Nie może w to uwierzyć, gdyż wiadomości i przesyłki wciąż od niego przychodzą. „Dopóki tu byłeś, galaktyka mojego życia jakoś się trzymała. Teraz spada w pustkę, bez zastanowienia”. Okazuje się, że jej ukochany przewidział własną śmierć. Przygotował się na wszelkie ewentualności. Chciał być dla niej nieśmiertelny. Zaplanował zatem wysyłanie jej wiadomości, przesyłek i kwiatów.

Jesteśmy świadkami nietypowej korespondencji. Korespondencji przepełnionej miłością, namiętnością, pragnieniem bliskości, wsparciem. Wyłania się z niej obraz pięknego uczucia, które nawet śmierć nie potrafiła zniszczyć. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej spotęgować ich przywiązanie. „Ludzi umysł nie jest stworzony tak, aby zrozumieć nieskończoność, tak jak nie potrafi zrozumieć miłości”. 

Giuseppe Tornatore w przepiękny sposób opowiedział o miłości. O miłości dojrzałej i spełnionej. Takiej, która pokonuje wszelkie przeszkody, wszelkie prawa fizyki. „Korespondencja” to kunsztowna historia o związku na odległość, zarazem bardzo delikatna i subtelna. Nie ma tu zbędnych opisów i ckliwych wyznań. Każde słowo ma tu znaczenie i tylko potęguje siłę uczucia między Amy i Edem. Bardzo polecam, króciutka książeczka, a tak poruszająca, wzruszająca i przywracająca wiarę w nieskończoną miłość. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.