poniedziałek, 19 września 2016

„Łańcuch Proroka” Luis Montero Manglano

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13.09.2016r.
tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
tytuł oryginału: LA CADENA DEL PROFETA
cykl: Poszukiwacze
okładka: zintegrowana
liczba stron: 560



Jeśli komuś podobała się pierwsza części trylogii „Poszukiwacze”-„Stół króla Salomona”, hiszpańskiego pisarza Luisa Montero, to z pewnością nie będzie rozczarowany drugą. Podobno sequele nigdy (no prawie nigdy) nie są lepsze niż pierwsze części. W tym przypadku nie będzie inaczej, choć pewnie w tej kwestii zdania czytelników będą podzielone. Ale może najpierw nieco o fabule. Część druga jest ściśle powiązana z pierwszą, dlatego, aby nie pogubić się w akcji, należy zacząć od początku.

Tirso Alfaro pracuje w Tajnym Korpusie Poszukiwaczy i jest odpowiedzialny za odzyskiwanie hiszpańskich obiektów dziedzictwa narodowego, które zostały skradzione lub zrabowane. Po zmianie kierownictwa, ekipa niczego nie szuka, odwala jedynie papierkową robotę, czego wszyscy mają pomału dość. Tymczasem w Madrycie, w bibliotekach przechowujących archiwa, dochodzi do włamań. Skradziony zostaje „Mardud” z Sewilli, starożytny islamski kodeks. Księga nie wydaje się wartościowa, dopóki nie trafia do rąk Poszukiwaczy. Okazuje się, że na marginesach zapisano wskazówki, które prowadzą do skarbu ukrytego w sercu Afryki. A z racji tego, że nasi bohaterowie nie są łowcami skarbów, tylko Poszukiwaczami, postanawiają owy skarb odnaleźć. Wartość trofeum nie ma dla nich znaczenia, liczy się tylko sam fakt jego znajdowania. Jednak zadanie nie wydaje się łatwe, gdyż po pierwsze - Tirso i jego towarzysze muszą odbyć wyprawę w tajemnicy przed szefem, a po drugie - Mali, kraj w Afryce Zachodniej, jest zniszczony przez wojnę. Nadal trwają tam starcia między frakcjami Tuaregów, fundamentalistami islamskimi oraz armią francuską. Poza tym zamieszkuje go jedne z najstarszych i najbardziej tajemniczych plemion Afryki - Nummowie. Mimo to nasi nieustraszeni bohaterowie decydują się na wyprawę.

I tak - po raz kolejny - zostajemy wplątani w gąszcz zagadek i łamigłówek, których rozwiązanie ma zaprowadzić Tirso do tajemniczego Łańcucha Proroka. Autor stawia nad drodze swoich bohaterów szereg przeszkód. Mamy zatem porwanie przez morskich rozbójników, piratów dwudziestego pierwszego wieku, ściganie przez funkcjonariuszy francuskiej policji, Interpol, Ludzi Piasku, a nawet plemię Pigmejów. Autor niestety zrobił z bohaterów nieśmiertelnych herosów, bo z każdej zasadzki wychodzą praktycznie bez szwanku. Bo i przeżywają katastrofę małej awionetki, uchodzą cało ze statku opanowanego przez uzbrojonych piratów, uciekają przed tajnymi służbami, pokonują afrykańskie dzikie zwierzęta (pytona skalnego i białego krokodyla) oraz nie straszne im są wycelowane w nich pistolety - trzy pistolety, w trzy różne głowy (jak w filmach Tarantino). To pierwszy zarzut. Wydaje mi się, że tutaj autor ciut przesadził z wychodzeniem cało z każdej opresji. Drugi mój zarzut dotyczy wprowadzenia nowych bohaterów. Akcja toczy się wokół "starej" ekipy Poszukiwaczy, znanej z I części - Tirso, Bańki, Danny i Enigmy. Pojawiają się nowi: agentka Interpolu, tajemniczy złodziej Cezar oraz nastoletni haker Yokai. I właśnie te postacie dodają "świeżości" w powieści. Niestety ich wątki są słabo zarysowane. Wprawdzie wnoszą sporo do akcji, ale pojawiają się sporadycznie. A szkoda, bo akurat nastolatek-haker podobał mi się najbardziej.

Ale to tylko takie dwa moje małe spostrzeżenia. Całość czyta się dobrze, zwroty akcji powodują, że chce się powieść doczytać jak najszybciej do końca. Ponowie mamy tory przeszkód, zagadkowe dźwignie, mroczne jaskinie rodem z Indiany Jonesa. Dużym plusem jest również to, że autor miesza fakty ze światem fikcji. Czytelnik do końca nie jest przekonany, co jest wytworem wyobraźni autora o która granica została przekroczona. Luis Montero wyznaje zasadę, że niektóre pytania powinny pozostać bez odpowiedzi. I bardzo dobrze. A te drobne mankamenty w fabule rekompensuje zakończenie. Jest ono na tyle zaskakujące i nieprzewidywalne, że na pewno z przyjemnością przeczytam III część.

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

środa, 31 sierpnia 2016

„Malarka gwiazd” Amelia Noguera

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 31.08.2016r. PREMIERA
Przekład: Marzena Chrobak
Tytuł oryginalny: La Pintora de Estrellas
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 464




Amelia Noguera to współczesna hiszpańska pisarka, która po samodzielnym wydaniu w Amazonie pięciu powieści bijących rekordy pobrań została okrzyknięta fenomenem cyfrowego rynku wydawniczego. „Malarka gwiazd” jest jej drugą powieścią opublikowaną w wersji papierowej i pierwszą ukazującą się w Polsce. Noguera to przykład kobiety, która pewnego dnia postanowiła przewrócić swoje życie o 180° i oddać się swojej pasji. I tak absolwentka informatyki, po latach pracy jako analityczka, kierowniczka publikacji i tłumaczka, zapisała się na studia humanistyczne i zaczęła pisać powieści.

„Córeczko, niełatwo być kobietą. To prawda, że ten świat to świat mężczyzn, i nikt nie wie, ile lat musi jeszcze upłynąć, by to się zmieniło, ani czy w ogóle się kiedyś zmieni. (…) Ale ty jesteś malarką, tak, jesteś malarką. Musisz tylko uwierzyć w siebie, uwierzyć, że naprawdę chcesz nią być, a kiedy nabierzesz tej pewności, będziesz mogła walczyć o to albo o cokolwiek innego, o czym zamarzysz. Wiesz, co myślę? Myślę, że wszystkie kobiety są po trosze malarkami i że wyobrażamy sobie niebo, które chcemy namalować na jednym z tych płócien, które tu stoją, i kreska po kresce, z oddania, z cierpienia, z pracy, z marzeń, z rezygnacji, z radości i z miłości, przede wszystkim z miłości, intensywnej miłości, kreska po kresce, tworzymy je każdego dnia”. Można by rzec, że ten fragment streszcza treść książki, ponieważ jest to opowieść o kobietach i o bólu.

Poznajemy najpierw Violetę, która żyje w toksycznym związku z Alvarem. Towarzyszą jej sprzeczne uczucia, kocha go i jednocześnie nienawidzi. Znosi przemoc domową do momentu kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Przyjmuje propozycję swojego dziadka Diego i razem wyruszają do Austrii. Tam Diego chce przed śmiercią uporać się z demonami przeszłości. Odnaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Następnie autorka przenosi czytelnika do lat trzydziestych XX wieku i tam poznajemy kolejną kobietę. Eliza, to początkująca malarka, która okaże się miłością życia Diego.

Cała opowieść prowadzona jest dwutorowo. Przeplatane są historie kobiet, żyjących w różnych czasach. Na przemian wplątani zostajemy w losy kobiet, które muszą podejmować drastyczne decyzje. Na początku wszystko wydaje się niespójne i trochę chaotyczne, jak na współczesnym obrazie. Takie twórcze bohomazy. Ale dalej historia kobiet układa się w jedną klarowną całość i zazębia się. Nie ma sensu streszczać tutaj fabuły, ponieważ historia straciłaby swój urok. W „Malarce gwiazd” Noguera porusza kilka ważnych tematów.

Po pierwsze, motyw miłości w trudnych czasach. Okrucieństwo wojny i wielkie uczucie. Czy mogą istnieć obok siebie, jaki mają na siebie wpływ? Reżim hiszpański w latach trzydziestych XX wieku zmusił wielu swoich obywateli do ucieczki. Nasi bohaterowie udają się do Paryża, mając nadzieję, że tutaj będą czuć się szczęśliwi i spełnieni. Diego i Eliza szaleńczo w sobie zakochani chcieli czerpać życie pełnymi garściami. Niestety wybucha wojna, a bohaterowie zostają rzuceni do walki z nazistami. Miłość, namiętność, oddanie w czasach okupacji. Wielu pisarzy poruszało takie motywy, pisząc o tym, jak barbarzyństwo wojny rujnuje marzenia. Inny motyw w powieści, również związany z II wojną światową, to problem grabieży dzieł sztuki. Autorka bardzo dokładnie opisuje tu działania nazistów, którzy rabowali najcenniejsze obrazy. Przedstawiona jest cała „procedura” tych niecnych działań - podmienianie oryginału na kopie, wywożenie nocami w skrzyniach, ukrywanie zrabowanych skarbów. Kolejny problem poruszany przez Noguerę to kwestia przemocy wobec kobiet. Violeta jest przykładem kobiety, która tkwiła w toksycznym związku, ale nie potrafi się skarżyć. Przyjmuje winy na siebie, tłumaczy się, choć boli ją ciało i dusza. Ale do czasu. Nie jest to wcale łatwo motyw w literaturze do opisania. I już ostatni wątek – to próby uporania się z przeszłością. Są one niczym „cienie odbijające się na ścianie”, nie dają spokoju, dopóki nie rozwiąże się odpowiednich zagadek, nie znajdzie odpowiedzi na nurtujące pytania.

Noguera świetnie operuje słowem. Dużo tu plastycznych opisów, które malują słowem obrazy. Pełno tu emocji, które mienią się całą paletą barw, od czerni i szarości, przez zieleń i błękit, aż do bieli. To cudowna opowieść o różnych obliczach miłości, o magicznym wpływie oddania, ale też o cierpieniu i bólu. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

„Zgnilizna” Siri Pettersen

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 16 sierpnia 2016
tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału: Råta
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528




Siri Pettersen, kończąc pierwszą część cyklu „Krucze Pierścienie”, zostawiła czytelnikowi otwartą furtkę. Urwała akcję w takim momencie, że do końca nikt nie mógł być przekonany, co się stało z główną bohaterką. Można było dopowiedzieć sobie różne zakończenie.

Tymczasem Hirka, otworzyła bramy, przeszła przez Krucze Pierścienie, aby uratować krainę Ym przed Ślepymi i trafiła do świata współczesnego. Taki scenariusz zwala z nóg od początku. Piętnastoletnia dziewczyna nagle utknęła w obcym sobie świecie, gdzie używa się innego języka, po niebie lata coś wielkiego podobnego do pająków, po ulicach pędzą samochody, a ją traktują jako obłąkaną. Jednak ten współczesny świat tylko z pozoru wydaje się normalny. Pełno jest tu gnijących ludzi oraz łowców, którzy polują na zarażonych. Hirce wszystko wydaje się dziwne i niezrozumiałe. „Ten obrzydliwy ogród, w którym kamienie sterczały spod śniegu jak zepsute zęby. Pod każdym z kamieni leżały zwłoki. Nie palili tu zmarłych. Zakopywali ich po prostu w ziemi i zostawiali ich, by tak leżeli i gnili”. Rzeczami, które łączą ją z dawnym światem są trzy krwawe kamienie oraz skórzany woreczek z ziołami. W Mannfalli kamienie mogłyby jej zapewnić byt na całe życie, a tutaj wydają się bezwartościowe. Nie ma tu też ziół leczniczych, które w krainach Ym były pod dostatkiem i które mogła zbierać. To wszystko jest jednak dla Hirki do zniesienia, ponieważ ma świadomość, że zrobiła to dla Rimego. Niestety daremny był jej trud i całe poświęcenie dla ukochanego, ale to okaże w trakcie rozwoju akcji.

Choć jest to narracja 3-osobowa, całą historię poznajemy z perspektywy Hirki i Rimego. Oboje starają się odpowiedzieć na dręczące ich pytania. Szukając odpowiedzi podejmują drastyczne decyzje, ryzykują, uciekają przed martwo urodzonymi. Wszystko po to, aby chronić siebie nawzajem. Siri Pettersen wprowadza również nowych bohaterów, którzy dodają akcji pikanterii. Najbardziej spodobał mi się Stefan, łowca, który całe życie poświęcił na tropieniu. Znakomita jest też kreacja dwóch braci. Naiell (Widzący) i Graal różnią się od siebie jak ogień i lód. Naiell uważa samego siebie za boga. Graal powinien postrzegać siebie za ofiarę, ale tego nie robi. Nikt tu nie jest postacią czarno-białą, każda ma odcienie szarości. Przez to czytelnik do końca nie jest przekonany, kto jest tym „dobrym”, a kto „złym”.

Bardzo odważny był to pomysł pani Pettersen. Odważny, oryginalny, a po przeczytaniu ośmielę się powiedzieć jeszcze, że wyśmienity. Połączenie staronordyckich klimatów z czasami współczesnymi wydawać by się mogło chybione. Nic bardziej mylnego! „Zgnilizna” tworzy spójną i logiczną całość. Wszystkie elementy do siebie pasują, zazębiają się niczym puzzle. Autorka  z pewnością miała od początku wizję całości. Takie połączenie ma w sobie również dużo uroku, a zdarzenie dwóch odmiennych światów jest momentami zabawne.

Siri Pettersen bardzo mi zaimponowała. Znakomita narracja, język, metaforyczny i przesiąknięty symboliką, a z drugiej strony prosty w odbiorze. Budzi emocje, drażni, trochę prowokuje, wzbudza zachwyt. Całość okraszana jest magią, która przenika do współczesnego świata, a akcja nie zwalnia tu ani na chwilę. „Zgnilizna” była na tyle nieprzewidywalna, że teraz strach pomyśleć do jakich światów przeniesie nas autorka w III części. Polecam.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

„Inés, pani mej duszy” Isabel Allende

Wydawnictwo: Muza
tłumaczenie: Marta Jordan
tytuł oryginału: Inés del alma mia
data wydania: 2008
oprawa: twarda
liczba stron: 400




„Ileż wysiłku i cierpienia niesie ze sobą chrześcijański obowiązek podboju”. Tak uważali hiszpańscy konkwistadorzy, którzy w XVI wieku przypisali sobie prawo odkrywania Nowego Świata. Mało tego mieli jeszcze poczucie, że są panami nowo odkrytej ziemi i „ujarzmienie” ludności jest ich chrześcijańskim obowiązkiem. A Nowy Świat kusił przeogromnym bogactwem, złożami złota, ale też „nagimi i przystępnymi” kobietami. Chętnych więc do podbojów nie brakowało

Isabel Allende przenosi czytelnika właśnie w czasy podboju Nowego Świata. Główną bohaterką jest postać historyczna, Inés Suárez, hiszpańska konkwistadorka, która uczestniczyła w podboju Chile i założeniu miasta  Santiago. Isabel Allende opowiada o wydarzeniach tak, jak zostały one udokumentowane przez kronikarzy. Ograniczyła się jedynie do tego, aby powiązać niektóre wątki ze sobą, a przy tym wykorzystała odrobinę wyobraźni.

Zatem Inés u kresu swoich dni spisuje swoje wspomnienia i opowiada o czynach, których dokonała. Wszystko zaczyna się jeszcze w Hiszpanii, w Plasencii, przygranicznym mieście zamieszkałym przez lud wojowniczy i pobożny. Dorastając w takim małym mieście miała nie za wiele możliwości. Mogła dobrze wyjść za mąż albo pójść do klasztoru. Inés wybrała pierwszą opcję i szybko znalazła odpowiedniego kandydata. Nauczyła się też haftować i szyć, aby móc zarabiać na swoje utrzymanie. Juan, przystojny dziarski junak, poza spełnianiem obowiązków małżeńskich, okazał się jednak lekkoduchem. Czuł się powołany do wielkich czynów, niczym Krzysztof Kolumb. Chłonął opowieści o Nowym Świecie, gdzie największe skarby i zaszczyty tylko czekają na śmiałków gotowych zaryzykować. Juan zaryzykował i zostawiając młodą żonę wyruszył na spotkanie przygody. Zaszczepił jednak w Inés smak łotrzykowskich wypraw. Zresztą Inés wcale nie miała ochoty siedzieć i czekać wiernie na męża, który prawdopodobnie nigdy nie wróciłby z Nowego Świata. Miała tyle szczęścia, że polityka hiszpańskiego królestwa była przychylna łączeniu rodzin. Zależało im, aby rodziny nie były rozdzielone. Tym samym młoda żona dostała pozwolenie na to, aby podążyć na mężem do Nowego Świata. I tu zaczyna się fascynująca przygoda Inés, przygoda, która zapisała się na kartach Historii. „Gdybym została w moim rodzinnym mieście, dziś byłabym szacowną starowinką oślepłą od ciągłego ślęczenia nad igłą przy kaganku. Tam byłam Inés Suárez, szwaczką z ulicy Acueducto. Tutaj jestem doñą Inés Suárez, wielką damą, wdową po jaśnie oświeconym gubernatorze don Rodrigu de Quirodze, zdobywczynią i założycielką Królestwa Chile”.

Trudno teraz streścić ową przygodę, którą przeżyła Inés. Nie jest możliwe opisanie jej w kilku zdaniach. Trzeba po prostu o tym przeczytać, razem z Inés towarzyszyć jej w chwilach podniosłych i tragicznych. Fakty są jednak niezaprzeczalne,  jako jedyna Europejka dołączyła do wyprawy Pedro de Valdivii, który dotarł do Chile. Suárez stała się najpierw jego przyjaciółką, a następnie kochanką. Przez całe życie kierowała się miłością i lojalnością. A to jej pozwoliło na zdobycie tego, czego pragnęła. 

W usta Inés pisarka włożyła opowieści znane z historii powszechnej, mówi o okrutności i bezwzględności hiszpańskich konkwistadorów, o bratobójczych wojnach, opisuje również tych nielicznych, którzy byli prawi i starali się wykonywać dekrety hiszpańskiego monarchy Karola V. Poznajemy codzienne życie żołnierzy, ich przyzwyczajenia, zmagania z tropikalnymi chorobami. Tutaj pisarka nie ma skrupułów, dość dosadnie i okrutnie ocenia Hiszpanów i ich sposoby „ujarzmienia” Indian. Z drugiej strony przedstawia nam obraz Indian, obraz ludzi, którzy pozbawieni zostali własnego miejsca zamieszkania, którzy walczyli o zachowanie swoich przywilejów i poszanowania resztek godności. Dla równowagi, Isabel Allende ukazuje też ciemną stronę Indian i opisuje ich okrucieństwa, brutalne obyczaje. Te opisy zwyczajów Indian, ich obrządków, czy rytuałów stanowią o wyjątkowości powieści. Dopełniają ją opisy przyrody, tej jeszcze dzikiej i nieokiełzanej. „Nie sposób wyobrazić sobie rozległości tych ziem, bezkresnej zieleni ich lasów, obfitości krystalicznych rzek, głębi jezior o spokojnej toni, zasobności kopalń złota i srebra. Ów ląd to spełnienie marzeń nie tyle o skarbach, ile o sławie, o życiu pełną życia, o walce z dzikusami, o wznoszeniu się ponad szarą codzienność – i – z Bożą pomocą – o założeniu dynastii”.

Isabel Allende urzekła mnie po raz drugi. Wspaniały język, fascynujące postacie, nietuzinkowa opowieść. Wszystko to sprawia, że namiętności, pasje, uczucia bohaterów są czytelnikowi bardzo bliskie. Fakty mieszają się z przeczuciami, okrutność życia z zmysłowością. I gdzieś tam unosząca się magia. Magia, to taki motyw przewodni w książkach Isabel Allende. Tutaj duchy przodków Indian przenikają się ze wspomnieniami o bliskich Inés. I tak na brzegiem rzeki Mapocho zamazuje się granica dwóch światów, nadprzyrodzonego i rzeczywistego, a wszystko to układa się w przepiękną opowieść o kobiecie obdarzonej niezwykłą odwagą i wrażliwością. Polecam gorąco!


sobota, 13 sierpnia 2016

„Angele Dei” Dariusz Domagalski

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 02.08.2016r.
seria: Horyzonty zdarzeń
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
format: 132 x 202
liczba stron: 408




Bóg ukazał się Mojżeszowi i nakazał mu zbudować skrzynię o określonych wymiarach, którą mu opisał. Miała być wykonana z drewna akacjowego i wyłożona z zewnątrz i wewnątrz złotem. Włożono do niej laskę Aarona (która zakwitła), dzban z manną i dwie kamienne tablice z tekstem Dekalogu. Na wieku skrzyni umieszczono dwa złote posągi cherubinów. Izraelici uważali ją za broń i zabierali ze sobą na każdą kampanię wojenną. Wierzyli, że armia, która posiada tę relikwię, jest niezwyciężona. Salomon po wybudowaniu świątyni w Jerozolimie kazał ją przenieść do specjalnego pomieszczenia, do którego nie miał wstępu nikt prócz arcykapłana. W szóstym wieku przed naszą erą wojska babilońskie zdobyły Jerozolimę, a świątynia została zburzona. Wówczas Arka Przymierza przepadała i słuch o niej zaginął. Przez wieki powstało wiele legend, opowieści i teorii mówiących o miejscu ukrycia Arki. Zarówno w Kościele wschodnim, jak i katolickim, również istnieją doktryny, według których Arka została potajemnie wywieziona. 

„Angiel Dei” to powieść stworzona na bazie tej historii. Narracja prowadzona jest tu na trzech płaszczyznach czasowych: w okresie zburzenia Jerozolimy (VI wiek przed naszą erą), w czasie wypraw krzyżowych (XIII wiek naszej ery) i współcześnie, w roku 2016. Bohaterowie są oczywiście różni, ale łączy ich wspólna misja. To dość częsty zabieg literacki. Na początku poznajemy postacie, które nic z pozoru nie łączy, ale w miarę rozwoju fabuły okazuje się, że są one ze sobą powiązane. Naszych bohaterów łączy właśnie Arka Przymierza. Habakuk, 12-letni chłopiec, zostaje wybrany, aby wywieźć Akrę z Jerozolimy, Hugo von Salza, brat Wielkiego Mistrza Zakonnego, ma dostarczyć rzekomo znalezioną Arkę w bezpieczne miejsce, a Marek Burzyński, współcześnie żyjący pisarz, zostaje wplatany w Wielką Rozgrywkę Niebios. Tak Niebios, bo do poszukiwań zaginionej Arki przyłączają się siły niebiańskie i szatańskie. 

Pomysł na powieść może jest i dobry, choć nie oryginalny. Sama konstrukcja fabuły, jak i tematyka, była już inspiracją dla wielu pisarzy i reżyserów filmowych. Jeśli chodzi o bohaterów, to też niestety dużo można tu zarzucić. Mimo różnorodności postaci, żaden nie wzbudza sympatii na tyle, aby mu kibicować i z wypiekami na twarzy czekać na dalsze jego losy. Zarys charakterów jest tylko "liźnięty" i dość stereotypowy. Na przykład diablica i anielica. Obie oczywiście nieziemsko piękne, ponętne, inteligentne, posiadające ogromne moce, a rozmawiają ze sobą jak typowe gimnazjalistki. Zresztą dialogi też nie są mocną stroną tej powieści. Słabo wypada również współczesny bohater, któremu autor przypisał na koniec bardzo znaczącą rolę, tymczasem Marek-pisarz nie wykazuje ani krzty charyzmy.  

Niemniej jednak całość czytało się przyjemnie i szybko. Choć da się zauważyć, że fabuła nie jest spójna w kilku miejscach i rozmywa się. Momentami jest to kompozycja szufladkowa, czyli opowieść w opowieści. Poszczególni bohaterowie przytaczają znane legendy, czy historie, które mają na celu uzupełnienie treści. To można uznać za taki mały plus dla całości. Z przyjemnością przypomniałam sobie parę hebrajskich historii. Poza tym widać, że pan Domagalski ma pojęcie o mitologii judaistyczno-chrześcijańsko-islamskiej i hebrajskich wierzeniach. Kolejnym plusem jest na pewno przedstawienie anielskiej "drabinki ważności". Dość dobrze opisani są poszczególni "anielscy bohaterowie", poznajemy ich funkcje, moce, a przede wszystkim  miejsce w hierarchii (choć to też nie jest jakieś innowacyjne).

Mimo paru minusów i tak warto się sięgnąć po „Angele Dei”. Wybitne dzieło to nie jest, ale dwa-trzy wieczory może umilić. Naprawdę widać, że autor dołożył wiele starań, ale powieść była przemyślana. Może nie wyszło jak zakładał, ale z pewnością taka tematyka, poszczególne wątki zainteresują wielu czytelników. Ja dam autorowi jeszcze jedną szansę i chętnie przeczytam jego wcześniejsze powieści albo już te następne.  



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.