poniedziałek, 26 marca 2018

„Córki latarnika” Jean Pendziwol

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 31 stycznia 2018r.
tytuł oryginału: The Lightkeeper's Daughters
tłumaczenie: Jan Kraśko
liczba stron: 336






Życie mierzone minutami i godzinami podzielonymi na dyżury i czas wolny, pory zapalania, nakręcania maszynerii i sprawdzania poziomu paliwa. Tak wyglądało dzieciństwo Elizabeth i Emily, córek latarnika pracującego na Wyspie Porfirowej na północy Jeziora Górnego w Kanadzie. Bliźniaczki Elizabeth i Emily miały szczęśliwe dzieciństwo. Razem z dwójką starszych braci spędzały beztrosko czas na wulkanicznych brzegach wyspy. Rytm życia całej rodzinie wyznaczały pory roku. Przez całe lato i jesień robiono zapasy, bo wiadomo było, że zimą jezioro zamarza i nikt nie może przypłynąć. Tak mijały miesiące i lata. W sumie dziewczynki nie znały innego życia poza codziennością na wyspie. Poza tym Elizabeth czuła się odpowiedzialna za głuchoniemą Emily. Nie chciała zostawiać jaj ani na chwilę. Były nierozerwalne. Na wyspie nic im jednak nie groziło i czuły sią tam bezpieczne. Nawet jak starsi bracia wyjechali do miasta, aby się uczyć. znały każdy zakamarek wyspy. Pewnego dnia pojawił się jednak ktoś, kto na zawsze zmienił ich życie. 

Całą historię sióstr poznajemy u kresu życia Elizabeth. Mieszka sobie ona w domu spokojnej starości. Traci powoli wzrok i nie jest w stanie czytać książek ani podziwiać obrazów. Pustkę wypełnia muzyką i wspomnieniami. Niespodziewanie odnajdują się dzienniki jej zmarłego ojca, który spisywał wszystkie wydarzenia dziejące się na wyspie. Elizabeth chce odświeżyć sobie pamięć, ale też pragnie poznać pewną tajemnicę rodzinną, zagadkę, która spędzała jej sen z powiek przez wiele lat.  W czytaniu pomaga jej młoda dziewczyna – Morgan, która została przydzielona tu na prace społeczne. Morgan zamalowała płot kolorowym graffiti. W ramach kary musi pomalować płot i opracować swoje dyżury. Tak poznaje Elizabeth. I choć obie panie dzieli duża różnica wieku, szybko znajdują wspólny język. Wkrótce okazuje się, że mają podobne zainteresowania i pasje, a wyblakłe kartki z dzienników skrywają wspólną tajemnicę.

Zaskoczyła mnie ta książka. Nie spodziewałam się historii, która mnie pochłonie. Poza tym okoliczności przyrody, miejsce, w którym dzieje się akcja zafascynują od początku. Gdzieś, z dala o cywilizacji, na maleńkiej wyspie żyją sobie ludzie, a rytmem ich życia jest sprawdzanie poziomu paliwa i zapalanie latarni. I choć autorka nie do końca trzymała w napięciu, ponieważ pod koniec historia się "rozlewa", a cała tajemnica okazuje się banalna, to czytało się to świetnie. Niespokojna atmosfera jeziora, które dyktowało swoje prawa mieszkańcom udziela się czytelnikom. Polecam. 




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


niedziela, 4 marca 2018

„Najszczęśliwsze dzieci na świecie, czyli wychowanie po holendersku” Rina Mae Acosta, Michele Hutchison

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 31 stycznia 2018r.
tytuł oryginału: The Happiest Kids in the World: Bringing Up Children the Dutch Way
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 320





Holandia ma opinię kraju liberalnego, w którym toleruje się różne używki i związki partnerskie. W rzeczywistości Holendrzy są narodem dość konserwatywnym, a w sercu holenderskiej kultury kryje się społeczeństwo domatorów, którzy stawiają rodzinę na pierwszym miejscu. Tak przynajmniej twierdzą autorki tej książki. Rina Acosta to Amerykanka o azjatyckich korzeniach, która wyszła za mąż za Holendra. I z San Francisco przeniosła się na niderlandzką wieś. Michele Hutchison to Brytyjka, która wychodząc za maż za Holendra, opuściła zimny Londyn i zamieszkała w Amsterdamie. Już po paru miesiącach pobytu w innym kraju obie panie stwierdziły zgodnie, że podejście do życia, mentalność oraz codzienne życie znacznie różni się od tego, którego doświadczyły w swoich rodzinnych krajach. I właśnie tymi spostrzeżeniami postanowiły się podzielić z czytelnikami.

Szok kulturowy był dla nich ogromny i bezlitosny. W Holandii jest wiecznie ciemno, deszczowo i pochmurnie. Gęstość zaludnienia też była przytłaczająca. Mimo tego przebywając tu już paręnaście lat są pełne podziwu dla holenderskiego sposobu wychowania dzieci.

Po pierwsze brytyjscy i amerykańscy rodzice czują się wiecznie sfrustrowani swoimi nierealnymi oczekiwaniami i opiniami innych. Święcie wierzą, że dzieci potrzebują całego czasu, pieniędzy i uwagi, jakiej rodzic może (nadludzkim wysiłkiem) im dać, by miały zapewniony lepszy start. Holendrzy natomiast rozumieją, że sukcesy dzieci nie muszą prowadzić do szczęścia, za to szczęście może sprzyjać sukcesom. Bycie najlepszym uczniem w klasie, świadectwo z czerwonym paskiem, granie na instrumentach, różnorodne zajęcia pozalekcyjne - taniec, basen, dodatkowe zajęcia językowe. Brzmi znajomo, prawda? To nie tylko amerykański i brytyjski sposób myślenia, ale też polski. Przykręcanie śruby własnemu dziecku (już od przedszkola), zachęcanie go do coraz większego wysiłku, bo to ma zapewnić bezpieczną i dostatnią przyszłość. Czyżby? Holendrzy natomiast trzymają na wodzy wszelkie niepokoje, stresy i oczekiwania, nadając nową definicję sukcesowi i dobremu samopoczuciu. Dla nich sukces zaczyna się od szczęścia - dzieci i rodziców.

Po drugie brytyjscy i amerykańscy rodzice w znacznie większym stopniu kontrolują życie swoich dzieci i poświęcają zbyt dużo czasu na wożenie ich wszędzie, gdzie tylko się da. Tym samym ci rodzice wpadają w błędne koło perfekcjonizmu. Natomiast holenderskich dzieci nikt do szkoły nie wozi, tu na lekcje dojeżdża się rowerami (i to bez kasku). Fakt, że w Holandii są bardzo rozbudowanie ścieżki rowerowe w miastach i wciąż wytaczane są nowe trasy. A to sprzyja takim praktykom. Ale żadnemu rodzicowi nie przyjdzie tu do głowy, żeby zawieźć dziecko do szkoły. Nawet, gdy pada deszcz i wieje wiatr. Dzieci wtedy mają specjalne płaszcze lub używają parasolek! Nie do pomyślenia w naszym kraju, wydaje się to okrutne i bezduszne. A jednak w Holandii działa. Poza tym dzieci w wieku przedszkolnym, już od 4 lat, mogą same bawić się na placach zabaw. Dla odmiany autorki podają przykłady amerykańskich realiów, gdzie sąsiad sąsiada pozywa od sądu o to, że ten zostawił siedmioletnie dziecko bez opieki na własnym ogrodzie. 

Holenderskim dzieciom sprzyja również system edukacji. Nie ma tu typowego i tak powszechnego „wyścigu szczurów”. Trzeba przecież dostać się do wymarzonej szkoły, a wcześniej zdać dobrze egzaminy. W kraju tulipanów dzieci też zdają egzaminy po szkole podstawowej, ale wyniki nie są przeliczane na punkty. Nie ma rankingów szkół! Egzamin ma na celu sprawdzenie umiejętności i predyspozycji, aby ukierunkować danego ucznia na dalszej drodze edukacji, czyli mówiąc prościej - do jakiej szkoły się nadaje. Czy do liceum teatralnego, czy technikum turystycznego, czy szkoły dla mechaników. Bardzo zdrowe podejście, gdyż dzieci nie stresują się wynikami egzaminów, nie są poddawane presji, a co za tym idzie - nie boją się źle wypaść na testach. 

Co zatem składa się na ten sukces Holendrów? Autorki podają tu mnóstwo innych przykładów, a raczej aspektów codziennego życia, które, według ich, są drogą do sukcesu. Czy zatem tajemnica tkwi w tym, że Holenderki rodzą w dzieci w domach, w przytulnym i znajomym otoczeniu. A może sekret leży w holenderskim śniadaniu i w czekoladowej posypce na kanapki hagelslag. A może w gezellig - odpowiedniku duńskiego hygge, czyli wywołaniu wrażenia przytulności, ciepła, przynależności, miłości, bezpieczeństwa, zadowolenia i wspólnoty. A może wszystko po trochu.

Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. Pozwala na świeże i szalenie przydatne podejście do wychowania. Nie trzeba się jednak z tymi metodami zgadzać lub ślepo naśladować. Wiadomo, że Polska nie stanie nagle się drugą Holandią i nie będzie się szczyciła tym, że ma najszczęśliwsze dzieci na świecie. My mamy inne zwyczaje i inny model rodziny. Jeżdżenie rowerami po naszych ulicach nadal wydaje się nierozsądnie i niebezpieczne. Polscy lekarze pierwsi będą się również sprzeciwiać porodom domowym, co w Holandii jest normą. Nasz system pracy nie jest też tak elastyczny, jak w Holandii, gdzie prawo pozwala na więcej wolnego, jeśli posada się dzieci. Polskim rodzicom nie mieści się też w głowach, że sześcio- lub siedmiolatek może nie znać jeszcze literek. Tymczasem Holendrzy stawiają nacisk najpierw na umiejętności społeczne, a nauka czytania i pisania ma przyjść naturalnie i w odpowiednim czasie. Ciekawe co na to polskie matki, które już swoje niemowlaki uczą czytania?! Ale to właśnie Holendrzy we wszystkich ogólnoświatowych testach osiągają lepsze wyniki. Radzą sobie również lepiej z liczeniem i czytaniem w dorosłym życiu. 

Śmiem twierdzić, że tak książka nie zmieni myślenia o polskim wychowaniu i metodach kształcenia, ale może pewne pomysły można przejąć (przemyśleć) lub chociaż pewne rzeczy dzieciom odpuścić. Póki co - jeśli chodzi o wychowanie - można tylko żałować, że nie mieszka się w Holandii. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

czwartek, 22 lutego 2018

„Miasto Świętych Mężów” Luis Montero Manglano

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13 luty 2018r.
tytuł oryginału: La ciudad de los hombres santos
cykl: Poszukiwacze
tłumaczenie:  Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
oprawa: zintegrowana 
liczba stron: 640




„Miasto Świętych Mężów” to ostatnia część trylogii „Poszukiwacze” („Stół króla Salomona”, „Łańcuch Proroka”). Wszystkie części łączą się ze sobą, zatem najlepiej znać poprzednie, gdyż fabuła staje się bardziej spójna. 

Tirso Alfaro jest teraz agentem Interpolu. Jednak tak średnio podoba mu się obecna praca i raczej nie wkłada do niej serca. Jego szefowa Lacombe, pragmatyczna i pozbawiona empatii Francuska też nie ułatwia mu oswojenia się z nową posadą. Dopadł go okropny kryzys tożsamości, ponieważ inaczej wyobrażał sobie swoje obecne życie. Tak naprawdę Tirso tęskni do swojej starej ekipy Poszukiwaczy. Szczęście mu jednak sprzyja, ponieważ po raz kolejny drogi agentów Interpolu i Narodowego Korpusu Poszukiwaczy się krzyżują. W Londynie zostaje skradziony wypożyczony średniowieczny rękopis napisany pismem wizygockim. Okazuje się, że to ten sam zwój pergaminu, który Tirso wyniósł z Jaskini Heraklesa i który był tajemniczym testamentem. Kolejny trop prowadzi do powiązań z firmą informatyczną Voynich i projektu Lilith - a to przecież starzy wrogowie naszych bohaterów.

I po raz kolejny jesteśmy świadkami wyścigu po drogocenne skarby. Skarby, które mogą dać władzę nad światem. Istnieje pewna legenda, według której grupka hiszpańskich mnichów, wobec nieuchronnej inwazji arabskiej, postanowiła zabezpieczyć największe skarby wizygockiego królestwa, wywożąc je z półwyspu. Podobno przepłynęli Atlantyk i dotarli do Ameryki. Tam, gdzieś w sercu amazońskiej dżungli, założyli Miasto Świętych Mężów i pilnie strzegli ukrytych skarbów. Było to zatem swoiste Eldorado, do którego wielu śmiałków próbowało dotrzeć. Wiadomo legenda trochę przycichła po odkryciu Ameryki przez Kolumba, bo nikomu nie chciało się wierzyć, że zwykłym hiszpańskim mnichom udało to się wcześniej. Śladem tej legendy podążają również nasi bohaterowie. Przenosimy się do Ameryki Południowej, do Republiki Valcabado. Tutaj, w dorzeczach Amazonki, zostaje odkopany chrześcijański kościół wybudowany 1300 lat temu. Zatem w legendzie o hiszpańskich mnichach musi być ziarenko prawdy. 

Tym samym czytelnik zostaje wciągnięty w oszałamiającą spiralę niebezpieczeństw, intryg oraz w gąszcz łamigłówek i zagadek. Autor trzyma poziom z poprzednich tomów i stawia na drodze bohaterów szereg przeszkód. Ponowie Tirso i spółka wychodzą z wszelkich kłopotów bez szwanku. Luis Montero musi chyba bardzo lubić swoje postacie. Świetnie to się czyta leżąc w domu pod kocykiem i mając świadomość, że amazońska dżungla leży hen daleko stąd. Bo mamy i mikroskopijne, niewidoczne pasożyty, które żywią się krwią ludzką, węże papugi, wandelie i wszelkie najdziwniejsze okazy fauny południowoamerykańskiej. Poza tym nasi bohaterowie schodzą do jaskiń, krętych korytarzy, przedzierają się przez podziemne labirynty. 

Tropienie skarbów, uciekanie przed tymi „złymi”, działanie w imieniu „dobra”, nieustraszone postacie, zagadki i łamigłówki, poszukiwanie rozwiązań - kto tego nie lubi. Przecież klimat w stylu „Indiany Jonesa”, czy „Szklanej pułapki” uwielbia chyba każdy. Emocjonujące przygody i bohaterowie, którzy cało wychodzą z wszelkich opresji. I choć te perypetie są nieco przerysowane, to i tak czyta do się wyśmienicie i z wypiekami na twarzy. Polecam gorąco!

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 19 lutego 2018

„Korespondencja” Giuseppe Tornatore

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13 luty 2018r.
tytuł oryginału: La corrispondenza
Seria: Bel Paese. Mistrzowie współczesnej literatury włoskiej
tłumaczenie:  Alicja Bruś
oprawa: twarda
liczba stron:  160




Giuseppe Tornatore to włoski reżyser, scenarzysta i pisarz. W 1990 roku zdobył Oscara za film Cinema Paradiso. Twórca wielu głośnych filmów, takich jak Malena (2000), czy Koneser (2013). Powieść Korespondencja została zekranizowana w 2016 roku w doborowej obsadzie z Olgą Kurylenko i Jeremym Ironsem w rolach głównych. Muzykę do filmowej adaptacji skomponował Ennio Morricone. I właśnie tę książkę miałam okazję przeczytać.

On, Ed - szanowany profesor fizyki, przykładny mąż i ojciec dwójki dzieci. Ona, Amy - studentka fizyki, utrzymująca się z pracy kaskaderki. Wydawać by się mogło, że to banalna historia. Profesor i studentka uwikłani w romans. Nic bardziej mylnego. Uczucie tych dwojga ludzi jest nieskończone, a tym samym nieśmiertelne. „Chciałabym zrozumieć jak żyje się w tak absolutnej miłości”. Zatem, kto chce zrozumieć, niech przeczyta.

Związek Amy i Eda ograniczał się do hotelowych pokoi, esemesów wysłanych po kryjomu, napisanych w pośpiechu mejli. Mimo tego ich poczucie bliskości i wzajemnego zrozumienia wykraczało stanowczo poza ramy standardowych związków. „Matematycznie nieubłagany czas wpada do pokoju, wślizguje się przez okno z geometriami porannego światła i znów zaczyna odliczać”. Można by powiedzieć, że dobrali się z matematyczną precyzją i dokładnością.

Amy ani na chwilę nie rozstaje się ze swoim iPhonem i gdziekolwiek jest wysyła ukochanemu strzępki myśli, wyznań, słów przesiąkniętych tęsknotą. Ed rewanżuje się w podobny sposób. Zna jej rozkład dnia do tego stopnia, że wie, co o danej godzinie będzie robić albo koło czego przechodzić. Dla Amy te krótkie wywiany zdań są sensem jej życia. Funkcjonuje tylko dlatego, że odczytuje codziennie esemesy od Eda. Są lekarstwem na dzielącą ich odległość. Pewnego dnia podczas wykładu z fizyki Amy dowiaduje się, że Ed nie żyje. Nie może w to uwierzyć, gdyż wiadomości i przesyłki wciąż od niego przychodzą. „Dopóki tu byłeś, galaktyka mojego życia jakoś się trzymała. Teraz spada w pustkę, bez zastanowienia”. Okazuje się, że jej ukochany przewidział własną śmierć. Przygotował się na wszelkie ewentualności. Chciał być dla niej nieśmiertelny. Zaplanował zatem wysyłanie jej wiadomości, przesyłek i kwiatów.

Jesteśmy świadkami nietypowej korespondencji. Korespondencji przepełnionej miłością, namiętnością, pragnieniem bliskości, wsparciem. Wyłania się z niej obraz pięknego uczucia, które nawet śmierć nie potrafiła zniszczyć. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej spotęgować ich przywiązanie. „Ludzi umysł nie jest stworzony tak, aby zrozumieć nieskończoność, tak jak nie potrafi zrozumieć miłości”. 

Giuseppe Tornatore w przepiękny sposób opowiedział o miłości. O miłości dojrzałej i spełnionej. Takiej, która pokonuje wszelkie przeszkody, wszelkie prawa fizyki. „Korespondencja” to kunsztowna historia o związku na odległość, zarazem bardzo delikatna i subtelna. Nie ma tu zbędnych opisów i ckliwych wyznań. Każde słowo ma tu znaczenie i tylko potęguje siłę uczucia między Amy i Edem. Bardzo polecam, króciutka książeczka, a tak poruszająca, wzruszająca i przywracająca wiarę w nieskończoną miłość. 

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.




niedziela, 28 stycznia 2018

„Noc” Bernard Minier

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30 stycznia 2018 r. PRZEDPREMIEROWO 
tytuł oryginału: La nuit
tłumaczenie: Monika Szewc-Osiecka
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 440




„Łupkowata szarość nocy, matowa czerń tunelu, niebieskawa biel śniegu i odrobinę ciemniejszy odcień lodu” - w ten sposób, już od pierwszych stron książki, Bernard Minier wprowadza czytelnika w mroczny nastrój. Nastrój ponury, posępny, mroźny. Dosłownie mrożący krew w żyłach. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tego pisarza. I mogę śmiało powiedzieć, że żałuję, że nie czytałam jego wcześniejszych powieści.

Czterdziestoletnia Kirsten Nigaard, inspektor norweskiej policji, jedzie pociągiem z Oslo do Bergen. I już tym momencie czytelnik czuje dziki i nieokiełznany skandynawski klimat. Tam została zamordowana kobieta, zatrudniona na platformie wiertniczej na Morzu Północnym. Zabójstwa dokonano w kościele, a ciało kobiety pozostawiono na ołtarzu. Natomiast w kieszeni ofiary znaleziono skrawek papieru z napisem: Kirsten Nigaard. Na platformie wiertniczej, podczas przesłuchiwania personelu, brakuje jednego z pracowników. W jego kabinie Kirsten trafia na plik zdjęć, które przedstawiają mężczyznę w pewnej miejscowość we Francji. W ten sposób schodzą się drogi dwóch policjantów kryminalnych, Kristen z Oslo i komendanta Martina Servaza z Tuluzy. Nieobecny pracownik nazywa się Julian Hirtmann, tak samo jak nieuchwytny psychopatyczny morderca, którego komendant ściga od kilku lat. Ku swemu zaskoczeniu na zdjęciach Servaz rozpoznaje siebie. I tak zaczyna się nierówna gra, w której kary rozkłada właśnie Hirtmann.

Martin Servaz, dobrze znany czytelnikom z trzech poprzednich tomów, tutaj zostaje niefortunnie postrzelony i zapada w śpiączkę. Po wybudzeniu inaczej zaczyna postrzegać różne rzeczy, balansuje na granicy halucynacji, snów, wspomnień i żalów z przeszłości. Martin wybija się też trochę ze stereotypowego wizerunku policjanta. Lubi książki, łacińskie cytaty, muzykę klasyczną (Mahlera) i ma nieco filozoficzne podejście do życia. Nie znosi nowych technologii, podglądactwa, reklamy i masowego handlu przeciwko naturze, czuje bezradność i osłupienie w obliczu nowoczesności. Tym samym pokazując te swoje słabe punkty jest idealnym celem zemsty dla takich psychopatycznych morderców jak Hirtmann. 

Istotnie, Bernard Minier zmroził mi krew z żyłach. „Czyj galop tak tętni w wichrze i ćmie? To ojciec z swym synem na koniu w cwał rwie”. Ten cytat z Króla Elfów Goethego idealnie obrazuje treści. Zresztą jest on mottem tej książki. Nieoczekiwane zwroty akcji, opisy przyrody potęgujące napięcie, świetne kreacje bohaterów, zaskakujący koniec, czyli thriller w mistrzowskiej odsłonie. Czyta to się wszystko w szalonym tempie. Tak właśnie jakbyśmy uciekali w mroźną noc przed swoimi wspomnieniami i traumami. Polecam!



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

piątek, 24 listopada 2017

„Prawdziwa historia McDonald’s. Wspomnienia założyciela” Ray Kroc



Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 24 październik 2017 r.
tytuł oryginału: Grinding It Out: The Making of McDonald's
tłumaczenie: Anna Zdziemborska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 264





Bezkompromisowa filozofia biznesu. Zdobycie rynku rodzinnego. Nacisk na podstawowe wartości, jak uprzejmość, schludność i obsługa klienta. Niezachwiana lojalność wobec partnerów w interesach. Wszystko to składa się na pewną legendę współczesnego biznesu. Menedżera, który dał się poznać jako dowcipny rozmówca, ambitny i pracowity biznesmen oraz człowiek głęboko przekonany, iż w Stanach Zjednoczonych każdy może osiągnąć rozsądnie wyznaczony cel, a nawet przekroczyć własne oczekiwania. Ten człowiek to światowy gigant w branży fast foodów - Ray Kroc.

Ray był czeskiego pochodzenia, a swoją działalność zaczynał do sprzedaży papierowych kubków. Trzeba przyznać, że Kroc od zawsze miał nosa do interesów oraz posiadał bardzo istotną cechę dla biznesmena, mianowicie – umiejętność przewidywania potrzeb rynku. I czy były to papierowe kubki, czy automaty do koktajli mlecznych zawsze cenił sobie bezpośrednie podejście do klienta. Jego filozofia polegała na pomaganiu ludziom i jeśli jego towar się nie sprzedał, uważał, że źle wykonuje swoją pracę. Często podkreślał, jak ważny jest właściwy wygląd, porządnie wyprasowany garnitur, wypolerowane buty, uczesane włosy i czyste paznokcie. I kiedy w 1954 roku Ray zobaczył naturalnie prosty proces, dzięki któremu przygotowano hamburgery i frytki, wiedział, że pomysł braci McDonald's jest genialny. Każdy etap produkcji był maksymalnie uproszczony i realizowany przy możliwie najmniejszym wysiłku. I tu Ray się nie pomylił. W ciągu paru lat udało mu się stworzyć korporację McDonals's, która w 22 roku działalności firmy przekroczyła miliard dolarów rocznego dochodu. To imponujący wynik.

Kroc opowiadając swoją historię fascynuje i inspiruje. Jest uroczym gawędziarzem, który z entuzjazmem potrafi tak samo opowiadać o sprzedaży papierowych kubków, jak i o modernizowaniu restauracji. Wpisał się w historię biznesu jako wizjoner i genialny przedsiębiorca. Zmieniał styl życia ludzi. I choć może dziś nie byłby do końca zadowolony z jakości, jaką serwują jego restauracje, to z pewnością jest twórcą biznesowego imperium. Polecam.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.





wtorek, 17 października 2017

„Zapadła dziura. Bone Gap” Laura Ruby

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 10 pażdziernik 2017 r.
tytuł oryginału: Bone Gap
tłumaczenie: Maria Smulewska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 352




„To tylko opowieść, jedna z wielu. Zresztą tamten świat już nie istnieje, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał. Wychodzi jednak mniej więcej na to samo. Ty nie jesteś martwa. Ale wszystko inne tutaj tak
Każdy zna pewnie takie miasteczko, w którym wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Wszyscy się znają i każdy ma przykleją już etykietkę. Ten to jest wiernym i kochającym mężem, a ten obok to ma problemy z alkoholem, ten jest taki, a tamten owaki. Klimat iście małomiasteczkowy. 

Na Finna O'Sullivana mówiono "dziwak", "gapa", "lunatyk", a nawet "ten, co z Księżyca spadł". Nie miał przez to łatwego życia. Był wytykany palcem, często wyśmiewany. Gdy miał 15 lat opuściła go matka, wyjeżdżając do większego miasta. Finn został z osiemnastoletnim bratem, który się nim opiekował. Braciom żyło się skromnie, ale dawali sobie radę. Pewnego dnia w stodole obok domu znajdują przestraszoną i zmaltretowaną młodą dziewczynę. Róża nie chce im wyjawiać co się stało, mimo to bracia postanawiają jej pomóc. Dziewczyna zamieszkuje obok w altance. Z biegiem czasu wszyscy zaczynają się do siebie przyzwyczajać. Jednak pewnego dnia Róża zostaje porwana, a jedynym świadkiem jest Finn. Nikt mu nie chce uwierzyć, gdyż chłopiec nie potrafi przypomnieć sobie twarzy porywacza. I tak zaczyna nocna tłuczka Finna w poszukiwaniu Róży. Na granicy jawy i snu chłopiec przypomina sobie różne zdarzenia, które próbuje pookładać i połączyć. Pomaga mu pewna miłośniczka pszczół Petey oraz klacz Noc. Dorodny koń pojawiał się nagle w stodole Finna. Od tego momentu Finn przemierzał przestrzenie miasteczka Bone Gap wzdłuż i wszerz, zaglądając do każdej dziury. Dosłownie. Pędził na swojej klaczy tu i tam, wszędzie i nigdzie, aby móc natrafić na ślad Róży. „Znowu kukurydza do niego gadała”. 

To, co tu realne wydaje się nierzeczywiste, a to, co fantastyczne zyskuje konkretny, sensualny i niemal namacalny wymiar. Dochodzą do tego lokalne przesądy i zaściankowość myślenia. I już mamy klasyczny realizm magiczny. Marzenia, wyobraźnia, sny i wizje odgrywają tu znaczącą rolę. Czytelnik nagle wpada w pola kukurydzy, plącze się w jej korzeniach, a ona faluje i delikatnie porusza swoimi liśćmi. Kołysze, koi, ale jest również pejzażem do nocnych koszmarów.

Dwa inne wątki zasługują tu również na uwagę. Jeden jest związany z prozopagnozją. To takie zaburzenie neurologiczne polegające na upośledzeniu zdolności do rozpoznawania ludzkich twarzy. Ludzie z tym zaburzeniem mają trudności w rozpoznawaniu twarzy bliskich. Autorka świetnie ten motyw wykorzystała, kreując postacie. Drugi wątek jest związany z Polską, gdyż Róża - porwana dziewczyna, jest z pochodzenia Polką i w piękny, sentymentalny sposób wspomina swój kraj oraz mieszkających tam ludzi. 

Piękna, wzruszająca opowieść o empatii, o poszukiwaniu człowieczeństwa, o odrzuceniu, o funkcjonowaniu małomiasteczkowej społeczności. I czy jesteśmy w Polsce, czy w Stanach mentalności ludzi pozostaje ta sama. Polecam gorąco. 




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 28 września 2017

„Morderstwa w Somerset” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 25 września 2017 r.
tytuł oryginału: Magpie Murders  
tłumaczenie:  Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 544







Zanosiło się na pogrzeb - tak zaczyna się pewien kryminał. Dziewiąty tom z serii o Atticusie Pündzie. Bystry detektyw i jego wierny pomocnik rozwiązują kolejne sprawy. Akcja toczy się w latach czterdziestych XX wieku, co pozwala na zwolnienie tempa: bez telefonów komórkowych, komputerów, zaawansowanych technik kryminalistycznych, bez natychmiastowego dostępu do informacji. I choć sama postać Atticusa wydaje się odrobinę przeintelektualizowana, a końcówka każdej powieści kończy się klasycznie (detektyw zbiera wszystkich podejrzanych w jednym miejscu i tam po wygłoszonym monologu wskazuje sprawcę), to cała historia rozwiązywania zagadek jest ciekawa i wciągająca. I nie byłoby w tym nic oryginalnego, gdyby nie fakt, że Morderstwa w Somerset to kryminał w kryminale.

Akcja zaczyna się w momencie, gdy pani z wydawnictwa, Susan Ryeland, dostaje świeżutki egzemplarz dopiero co napisanej powieści o detektywie Atticusie Pündzie. Wydawnictwo Cloverleaf Books świetnie zarobiło na ośmiu poprzednich książkach Alana Conway'a. Wszyscy czytelnicy czekali zatem na dalsze losy detektywa, gdyż wcześniej zapowiedział on, że w tajemniczy sposób skończy z rozwiązywaniem zagadek. Dlatego Susan czym prędzej zabrała się do czytania owej powieści. My, czytelnicy, też mamy okazję prześledzić perypetię detektywa i sprawę tajemniczych morderstw w Somerset. Somerset to mała miejscowość położona niedaleko Londynu. Pewnego dnia dochodzi tu do tragicznego wypadku. Mary Blakiston, gospodyni w bogatej rezydencji, spada ze schodów. A jak to w małym miasteczku bywa - taka śmierć nie może przejść bez echa. Oliwy do ognia dolewa fakt, że pani Mary nie była lubiana w miasteczku i na każdym kroku miała wrogów. A to już niesie podejrzenia, że może wypadek był nie był wypadkiem. Dodatkowo, parę dni później, w okrutny sposób zostaje zamordowany sam właściciel rezydencji, pan Magnus. A dwa zabójstwa w jednym domu to już nie jest przypadek. Na arenę wkracza zatem detektyw Pünd. Prowadzi śledztwo, przesłuchuje świadków, łączy fakty, wyciąga wnioski. I gdy już chce podać rozwiązanie na tacy - okazuje się, że powieść się kończy i brakuje dwóch ostatnich rozdziałów. Zdziwiony jest czytelnik, jak i sama Susan, której taki obrót rzeczy wydaje się nieprawdopodobny. Alana Conway był raczej pisarzem, któremu zależało na wypromowaniu każdej książki. Na zakończenie historii nie ma jednak co liczyć, gdyż pisarz popełnia samobójstwo. Co też wydaje się dziwne, ponieważ niedokończenie książki było do Alana niepodobne. Mamy więc kolejne śledztwo, które jest odzwierciedleniem zagadki rozwiązywanej na kartach książki. Okazuje się, że fakty i motywy się pokrywają. 

Kolejny raz Anthony Horowitz mnie zaskakuje. Uwielbiam takich pisarzy, którzy mają nietuzinkowe pomysły na całą fabułę i konstrukcję historii. Zagadka goni zagadkę, morderstwa się ze sobą przeplatają, bohaterowie są powiązaniu, motywy zbrodni podobne. A jednak zakończenie w obu przypadka zaskakuje. Podobało mi się również nawiązywanie do kryminałów Agathy Christie. Na przykład przez pojawianie się wyliczanek, anagramów i zagadek słownych. Oczywiście taka konstrukcja ma pewne wady - duża liczba bohaterów, spowolnienie akcji, rozciągnięcie jej w czasie. Jednak sednem takiej historii jest zupełnie co innego. Przede wszystkim to, że sam czytelnik staje się detektywem i nie może się doczekać tego, czy jego podejrzenia będą pokrywać się z tymi, które wydedukuje śledczy z powieści. Polecam, kto ma ochotę?


JEDEN DAM ZA SMUTEK, ZA RADOŚĆ MOŻE DWA.
TRZY DAM ZA DZIEWCZYNĘ, CZTERY ZA CHŁOPAKA.
KTO DA PIĘĆ ZA SREBRO? KTO SZEŚĆ ZA ZŁOTO DA?
I SIEDEM ZA TAJEMNICĘ, O KTÓREJ CICHO-SZA!





Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

środa, 20 września 2017

„Zapach diabła” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 12 września 2017 r.
tytuł oryginału:  Djävulsdoften
tłumaczenie:  Anna Krochmal, Robert Kędzierski
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 352




„Zapach diabła” to dziesiąta powieść o komisarz policji Malin Fors i pierwsza część nowego cyklu inspirowanego ludzkimi zmysłami. Były już pory roku, żywioły, a teraz są zmysły. Trzeba przyznać, że Monsowi pomysłów na kolejne książki nie brakuje. I gdy wydawać by się mogło, że wszelkie fantazje już wyczerpał, to nagle zaskakuje nową powieścią. Zaskoczenie jest pełne, gdyż akcja z zimnej Szwecji zostaje przeniesiona do tętniącego życiem i kolorami Bangkoku.

Stolica Taljanii to istne the land of smils. Tutaj każdy może udawać kogoś innego i zgubić się w tłumie milionowej ludności. Bangkok to miasto dla  miłośników luksusu, których kusi tajska kuchnia, fascynująca kultura i słynne życie nocne. Drapacze chmur, taksówki motocyklowe, zapach jaśminu i ostrych przypraw, ubrania w stylu tajskim – wzorzyste bluzki o kroju piżamy, szare spodnie w kant i błyszczące buty. Wszystko to składa się na obraz miasta, w którym nie ma moralności. Dlatego nie może istnieć podwójna moralność. Wszystko uchodzi, wszystko jest dozwolone. Do takiego własnie miejsca trafia Malin, która po zdradzie ukochanego mężczyzny i nierozwiązaniu sprawy zabójstwa małego chłopca popadała w alkoholizm. Jej przełożeni dali jej jednak ostatnią szansę i tak wylądowała w Bangkoku, jako oficer łącznikowy w ambasadzie szwedzkiej. Jej praca polega na pośredniczeniu w śledztwach dotyczących wielu nacji oraz takich, które dotyczą Szwecji. Może chodzić o przemyt narkotyków, handel ludźmi, sprawy celne dotyczące nielegalnego handlu wężami i pająkami. 

Problem polega na tym, że Malin, nie udaje się uciec przed złem i przygnębiającymi myślami, ponieważ wszystko nosi jeszcze w sobie. Cały smutek, samotność, wyrzuty sumienia, pragnienia, żale, tutaj w Bangkoku, miażdżą ją od środka jeszcze bardziej. I zamiast wyleczyć się z alkoholizmu, lawiruje na granicy omamów, pijackich wizji i pozostałościach po policyjnej intuicji. Musi pomóc w rozwiązaniu morderstwa pewnej młodej Szwedki, w której dostrzega samą siebie. Malin współpracuje z tajską policją, ale niektóre fakty sama musi tuszować. Tym samym zostaje wciągnięta w wir tętniącego życiem miasta, które oprócz kolorów i zapachów wypełnia korupcja, przemoc oraz śmierć. 

Mons Kallentoft po raz kolejny mnie nie zawiódł. Jestem pełna uznania dla autora, szczególnie jeśli chodzi o pomysł na fabułę. Umiejscowienie akcji w Bangkoku to był strzał w dziesiątkę. Poza tym warsztat pisarski pan Mons ma dopracowany perfekcyjne. Krótkie zdania, równoważniki zdań, minimalizm słowny sprawia, że powieść przenika do głębi duszy. Emocje, zmysły Malin i innych postaci są bardzo wyostrzenie, a czytelnik czuje oddechy bohaterów na twarzy. Poza tym bardzo podobał mi się motyw ośmiornicy. Zamordowana kobieta miała wytatuowanego głowonoga na szyi. Jej osiem ramion wędrowało w stronę podbródka niczym oślizły naszyjnik. A jak to u Monsa, nie mam nic przypadkowego. I nawet tatuaż ma znaczenie. „Nie chcemy się poddać, zrozumieć, że gra skończona. To, co najgorsze w nas, chodzi po świecie i go niszczy. Jesteśmy ośmiornicami, które duszą każde życie, jakie stanie im na drodze”. 
Polecam gorąco!




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 3 września 2017

„Mentalista Hitlera” Gervasio Posadas


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 29 sierpnia 2017r.
tytuł oryginału: El mentalista de Hitler
tłumaczenie: Agata Ostrowska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 384





Urugwajski pisarz Gervasio Posadas już w przedmowie przyznaje się do swoich dość nietypowych zainteresowań i pasji. Od zawsze fascynowała go bowiem III Rzesza, a nazizm budził w nim jakąś mroczną, niezbadaną tajemnicę. Już jako młody chłopak zastanawiał się, jak to się stało, że Niemcy, naród tak kulturalny i cywilizowany, ojczyzna wielkich artystów, filozofów i naukowców, uległ wpływowi jednego wizjonera, zdolnego pchnąć go na drogę nieludzkich okrucieństw, „równię pochyłą prowadzącą do apokalipsy, w wyniku której ziemie Europy zaścieliły się milionami trupów”. Dlatego Gervasio Posadas czytał wszystko to, co zawiązane było z nazizmem. Szukał odpowiedzi na pytanie, jak Hitler - przy użyciu praktycznie demokratycznych metod - zdołał dojść do władzy i stać się wodzem absolutnym. Przeglądając różne źródła i opracowania Posadas natknął się na jedną postać - Erika Jana Hanussena. Historia tego tajemniczego jasnowidza, który urodził się w tym samym roku co Adolf Hitler, jest niewiarygodna. A jednak zdarzyła się naprawdę.

Narratorem jest tu hiszpański dziennikarz José Ortega. José zostaje wysłany do Berlina. Dostaje zlecenie relacjonowania wydarzeń politycznych w Niemczech. Wszystko dzieje się od marca 1932 roku do marca 1933, wtedy bowiem - według autora - nastąpiła seria przypadków, zaniedbań i wypadków, które spowodowały dalszy rozwój burzliwych wydarzeń. Wydarzeń, które zmieniły całą Europę. Nasz narrator w nich uczestniczy, mało tego, przebywa w bliskim otoczeniu najważniejszych członków NSDAP. I właśnie w tym czasie poznaje charyzmatycznego jasnowidza. Od początku Hanussen wywiera na niego ogromy wpływ. Przebywanie w jego towarzystwie przypominało dziennikarzowi podłączenie do dynama, elektryzującego i napełnionego energią. Hanussen - szaleniec, zdolny do heroicznych czynów, buntowniczy duch, sztukmistrz, wizjoner, gwiazda ówczesnego świata rozrywki, multimilioner, czy oszust? José Ortega jest z jednej strony zafascynowany tym człowiekiem, podziwia jego odwagę i inteligencję, z drugiej strony wątpi w jego metody pracy. Natomiast czytelnik jest świadkiem ich licznych eskapad, przebywania w zacnym towarzystwie i odwiedzania ekskluzywnych lokali.

Berlin w roku 1932 nie był miastem dla nudziarzy. To tygiel najróżniejszych języków. Miasto wysokich intelektów, z trzema operami i słynną filharmonią, z dwudziestoma tysiącami barów, restauracji i kabaretów. Ekskluzywnych i szemranych. Miasto tonące w muzyce, oferujące najlepszy jazz na kontynencie. Pełne lokali dla heteryków, lesbijek, fetyszów, masochistów, voyeurów i gości hołdujących wszelkim upodobaniom, których istnienia wcześniej nawet sobie nie wyobrażali. Miasto kobiet o jedwabistych włosach, chodzących w futrach, obwieszonych brylantami, pijących drogie szampany.

Fabuła została dopracowana tu po mistrzowsku. Punktem kulminacyjnym jest pożaru Reichstagu w nocy z 27 na 28 lutego 1933. Historia nabiera tempa. Nie ma tu przypadkowych zdarzeń. Wszystko jest spójnie i czyta się to z wypiekami na twarzy. Sami bohaterowie fascynują i przerażają jednocześnie. Była to świetna lekcja historii. Opowieść o człowieku trochę dziś zapomnianym. Niemniej jednak to Hanussen przepowiedział przyszłość dla całych Niemiec, nie zdołał jednakże przewidzieć własnego losu. Polecam!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

sobota, 26 sierpnia 2017

„Trauma” Michael Palmer, Daniel Palmer

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 17 sierpnia 2017r.
tytuł oryginału: Trauma
tłumaczenie: Norbert Radomski
oprawa: broszurowa klejona
liczba stron: 432






Michael Palmer z zawodu był lekarzem internistą oraz autorem dwudziestu thrillerów medycznych, z których wszystkie stały się międzynarodowymi bestsellerami. Na podstawie „Krytycznej terapii” powstał film z udziałem Hugh Granta i Gene’a Hackmana. Pisanie „Traumy” przerwała śmierć. Powieść dokończył jego syn. To bardzo piękny i ujmujący gest ze strony pana Daniela.

Książka, jak na thriller medyczny przystało, wpisuje się w klasyczny kanon gatunku. Akcja toczy się w środowisku medycznym. Poznajemy ambitną lekarkę - Carrie Bryant, która jest rezydentką na oddziale neurochirurgii w Boston Community Hospital. Carrie nie ma bogatego życia prywatnego, dlatego praktycznie większość czasu poświęca pracy. Albo będąc na dyżurze, albo czytając fachową literaturę medyczną. Narzuca sobie mordercze tempo, co niestety skutkuje popełnieniem groźnego błędu. Lekarka odchodzi i podejmuje się nowego wyzwania. W ośrodku dla weteranów wojennych został uruchomiony pilotażowy program, aby opracować metodę leczenia stresu pourazowego (PTSD). Innowacyjna metoda zapowiada nie tyle łagodzenie objawów, ale ich zupełne wyleczenie. Carrie ma być chirurgiem odpowiedzialnym za wprowadzenie elektrod do mózgu pacjentów. Mózg wtedy jest głęboko stymulowany prądem elektrycznym, próbując wyeliminować emocje ze wspomnień o traumatycznym wydarzeniu, które wywołało PTSD. Carrie jest bardzo podekscytowana nową metodą, ponieważ po cichu liczy również na to, że pomoże swojemu bratu Adamowi, też weteranowi wojennemu. Tymczasem w ośrodku zdrowia dla weteranów dzieją się dziwne rzeczy. W tajemniczy sposób zaczynają znikać pacjenci. Carrie zagłębia się w labirynt korupcji i morderstw. I choć może przypłacić to życiem, za wszelką cenę próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczego znikania jej pacjentów.

„Trauma” to bardzo dobrze napisany thriller. Czyta się z wypiekami na twarzy, a akcja gna tu do przodu. Autorzy podejmują tematykę zagrożenia życia ludzkiego i zagadnień związanych z bioetyką w obliczu zmian, jakie niesie współczesna medycyna, oraz powiązań świata medycznego ze środowiskiem przestępczym. Nie brakuje też wątków sensacyjnych (to zasługa pewnie młodego Palmera). Choć akurat ten wątek był delikatny przekombinowany, ale zaskakujący. Na szczęście autorzy zrezygnowali z wątku miłosnego, gdyż byłaby to wtedy powieść bardzo przewidywalna. Carrie w prywatnym śledztwie pomaga młody dziennikarz. Dawid pracuje na zlecenie Lowell Observera i ma napisać artykuł na temat weteranów wojennych cierpiących właśnie na PTSD. To bardzo ciekawa postać. Tworzą oni zgrany duet, ale motyw romansu się nie rozwija. W ogóle mocną stroną książki są dobrze skonstruowani bohaterowie, szczególnie "czarne charaktery". 

Polecam. Powieść nie tylko dostarczy rozrywki, ale również przy okazji można poszerzyć swoją wiedzę na temat stresu pourazowego. To bardzo interesujące zagadnienie i ciągle jeszcze nie do końca wyjaśnione. 



 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.