czwartek, 11 lipca 2019

„Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”

Wydawnictwo: Rebis 
data wydania: 2 lipca 2019r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 464



76 lat temu...
11 lipca 1943 roku na Wołyniu dokonała się jedna z najokrutniejszych rzezi w historii. Była wtedy niedziela, większość ludzi brała udział w mszach świętych. Zakończonych niestety krwawo. „Krwawa niedziela” - bo tak nazwany został później ten dzień. Czy musiał on się tak skończyć?

Piotr Zychowicz w ostatnich kilkunastu latach przeczytał olbrzymią liczbę relacji złożonych przez ocalałych Polaków. Z wieloma ludźmi rozmawiał osobiście. Słuchał „upiornych opowieści o nabijanych na pal niemowlakach, matkach, którym wypruwano z brzuchów płody, i starcach topionych w studniach”. [s.260]

O ludobójstwie na Wołyniu świat i niektórzy Polacy dowiedzieli się stosunkowo niedawno. Wielu ludzi wyobraża sobie, że mordy na Wołyniu były jakimś wielkim chaotycznym pogromem. Czy też serią pogromów dokonanych przez pijaną tłuszczę. Tymczasem doszło tam do precyzyjnej egzekucji, zorganizowanej na zimno przez czołowych działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zrealizowała wszystko Ukraińska Powstańcza Armia. Szalę goryczy przepełnia fakt, że tej tragedii można by było uniknąć. Zachowane dokumenty archiwalne nie pozostawiają żadnych złudzeń i wątpliwości - Komenda Główna AK i kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego były na bieżąco informowane, o tym, co dzieje się na Wołyniu. Już od roku 1942 do Warszawy napływały liczne ostrzeżenia i alarmujące raporty na temat rosnącego banderowskiego zagrożenia i wręcz błagania o ratunek. Dowództwo AK pozostawało jednak bierne, a ta straszliwa gehenna naszych rodaków rozgrywała się pod nosem skłóconych ze sobą przywódców. 

Gdzie było Polskie Państwo Podziemne w lipcu 1943 roku, gdy na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści wyrzynali naszych rodaków?
Skoro Armia Krajowa była tak potężna, to jak mogła dopuścić do tego ludobójstwa?
Dlaczego pozwolono na to, aby luźne watahy uzbrojonych w cepy i siekiery oprawców przez wiele miesięcy całkowicie bezkarnie wycinały w pień polskie wioski?
Dlaczego nikt nie przybył na odsiecz Wołyniowi?
Gdzie byli ci wszyscy malowani chłopcy z AK o dziarskich, groźnie brzmiących pseudonimach? Gdzie były te wszystkie „Wilki”, „Błyskawice” i „Gromy”? 
Dlaczego wielka wojskowa organizacja dowodzona przez zawodowych oficerów, generałów, pułkowników i majorów, pompowana przez brytyjskiego sojusznika dolarami, sprzętem i bronią, w lipcu 1943 roku nie podjęła żadnych poważnych działań wymierzonych w morderców z UPA?
Dlaczego Wołyniacy umierali w osamotnieniu? 

Piotr Zychowicz w swojej książce udziela na te pytania odpowiedzi. Są to jednak odpowiedzi bardzo okrutne, gorzkie, drażniące polską wrażliwość i obalające mit o całkowitym bezkrytycznym kulcie Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Zresztą ten mit pan Zychowicz obalił już w książce „Obłęd '44”, gdzie obwinił dowództwo za przeprowadzenie akcji „Burza”. W „Wołyniu...” historyk dokłada pewnym przywódcom przewinienia (mówiąc oczywiście łagodnie).  

Bardzo ciekawe i szokujące są również rozdziały: „Opcja niemiecka” i „Opcja sowiecka”. Historyk udowadnia, że niemieckie władze zrobiły dla mordowanych przez banderowców Polaków więcej niż Polskie Państwo Podziemne. Że nasi rodacy mogli bardziej liczyć na wroga i okupanta niż na własny rząd i własną armię. Po prostu w niektórych częściach ziem wołyńskich Polacy chwytali się brzytwy niemieckiej, w innych - brzytwy sowieckiej. Przystępowali do komunistów albo do armii Berlinga. „Odpowiedzialność za to spada na kierownictwo polskiej konspiracji”. [303]

Tak jak w innych swoich książkach - również tu - pan Zychowicz od razu uprzedza fakty. Jest pewien, że pewnie stanie w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, tutaj nazwani „brązownikami historii”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę i po latach wyciąga wnioski. Jednak na poparcie swoich tez historyk przytacza zawsze opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie. I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi polityków, żołnierzy, zwykłych obywateli, którzy wtedy alarmowali o zagrożeniach. Te wypowiedzi i ostrzeżenia nie zostały wysłuchane. Piotr Zychowicz korzysta ze wspomnień tych ludzi, powołuje się również na współczesne publikacje, szczególnie na prace historyków Ewy i Władysława Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”. Często przywołuje sceny z filmu Wojtka Smarzowskiego „Wołyń”. Broni tu pewnych obrazów, które znalazły się też w ogniu krytyki recenzentów filmowych i historyków. 

Zgadzam się również z autorem, że błędy i porażki historii nie powinny być zamiatane pod dywan, że celem nauczania historii nie jest podtrzymywanie ducha poprzez pudrowanie i szminkowanie przeszłości. Najważniejsza jest prawda.
A błędy przeszłości należy opisywać i analizować. Nawet jak ta prawda i błędy bolą. 


[*]
Dziś w rocznicę krwawej niedzieli na Wołyniu

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju.
Amen
[*]


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


środa, 26 czerwca 2019

„Miałeś tam nie wracać” Wojciech Wójcik

Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
data wydania:13 maja 2019
oprawa: miękka
liczba stron: 632





Zaczyna się od pogrzebu...., a kończy na pewnym weselu. 

Podlasie to jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju, w którym natura narzuca rytm życia. Zielone krajobrazy, pełne dziewiczych lasów i łąk, meandrujące rzeki, bagna i rozlewiska. Do tego dochodzą malownicze miasta i urokliwe wioski z drewnianymi chatynkami i kolorowymi cerkwiami. Podlasie bowiem to miejscami żywy skansen, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, a zabudowa przypomina nam minione wieki. Taki opis wyłania się z wszelkich przewodników i opisów tego województwa. Właśnie tu dzieje się akcja powieści Wojciecha Wójcika. Autor dotychczas był mi nieznany. I muszę przyznać, że od książka wciąga od samego początku, ma swój klimat.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Adam. To młody mężczyzna mieszkający w Warszawie. Przyjeżdża on na Podlasie na pogrzeb swojego kolegi ze szkoły średniej. W rodzinnej miejscowości, Hajnówce, nie był od 13 lat i raczej nie tęsknił za tym regionem. Teraz na pogrzebie przyjaciela ożywia się w nim patriotyzm regionalny i zaczyna odczuwać ogromny sentyment do dawnych miejsc i ludzi. Szczególnie wtedy, gdy ze zdziwieniem odkrywa, że tuż przed śmiercią Krzysiek, jego przyjaciel, próbował się do niego dodzwonić, i to kilkanaście razy. Czego mógł chcieć? Czasy, gdy przyjaźnili się w liceum, dawno minęły. Po skończeniu szkoły Adam wyjechał do Warszawy i już tu nie wracał. Aż do teraz… 
Przeglądając rzeczy po zmarłym, Adam trafia na zdjęcie Kasi. Dawnej miłości Krzyśka, która zaraz po maturze popełniła samobójstwo. Problem polega na tym, że na fotografii Kasia wcale nie wygląda na licealistkę. Zdjęcie przedstawia kobietę po trzydziestce. A to rodzi kolejne dziwne pytania. Adam odkrywa w sobie uśpioną duszę detektywa i za wszelką cenę chce rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci przyjaciela. Kogo przed śmiercią chciał odnaleźć Krzysiek? Kim naprawdę była Kasia? I dlaczego najbliżsi Adama błagają go, by natychmiast wyjechał z Hajnówki?

Akcja kręci się zatem wolno. Główny bohater odwiedza różne miejsca, rozmawia z byłymi znajomymi. Wszystko toczy się wokół śmierci Krzyśka, choć z biegiem zdarzeń wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Okazuje się, że prawie każda osoba coś ukrywa, a parafrazując słowa pewnego słynnego serialowego doktora „wszyscy kłamią” albo przynajmniej nie mówią całej prawdy.

W związku z tymi licznymi dialogami książka momentami jest przegadana i nudnawa. Nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji ani dreszczyka emocji, a ponoć to thriller. Całość ma swój klimat owszem, szczególnie kreacje pewnych mieszkańców Podlasia. Choć wydaje mi się, że te postacie są nieco ubarwione i przerysowanie. Nigdy nie byłam na Podlasiu, więc nie mogę się obiektywie wypowiedzieć, ale szeptuchy mieszkające gdzieś jeszcze w szałasach w lesie.... Serio? Nie chcę się tu nikomu narazić, ale wydaje mi się, że są one już bardziej ucywilizowane, a na pewno świadome tego co robią.  I zakończenie z lekka naciągane, ale ogólnie warto przeczytać. Zatem polecam.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa ZYSK i S-KA

niedziela, 2 czerwca 2019

„Olga” Bernhard Schlink

Wydawnictwo: Rebis
data wydania:  21.05.2019r.
Seria: Salamandra
Tytuł oryginalny: Olga
Przekład: Ryszard Wojnakowski
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 272




Świat literacki Bernhard Schlink podbił „Lektorem”, wydanym w 1995 roku. Książka znalazła się na szczycie listy bestsellerów „New York Timesa”, a w 2008 została sfilmowana. Kate Winslet i David Kross zagrali tam główne role. Winslet za rolę byłej strażniczki obozu koncentracyjnego Hanny Schmitz dostała m.in. Złotego Globa  i Oscara. 

Nowa powieść Schlinka „Olga” - na swój sposób przypomina trochę „Lektora”, ponieważ opowiada o skomplikowanej, intensywnej relacji młodszego mężczyzny i starszej kobiety oraz ich podejściu do  historii Niemiec. Choć zanim Ferdinand - ten młodszy mężczyzna pojawi się w życiu Olgi wiele się jeszcze wydarzy. 

Olga Rinke wcześnie straciła rodziców. Z Wrocławia zabrała ją babcia i wywiozła na drugi koniec Polski. Tam, w małej wsi na Pomorzu, wszystkie dzieci musiały pomagać w polu i w ogrodzie. Olga lubiła czytać i chciała od życia czegoś więcej. To właśnie dzięki własnemu uporowi i ambicji Olga zostaje nauczycielką. Choć wymagało to wielu wyrzeczeń i wsparcia innych osób. Takiego wsparcia, aby osiągnąć wymarzone cele, nie potrzebował Herbert Schröder - syn bogatego właściciela ziemskiego. On i jego siostra Viktoria nauczani byli przez prywatnych nauczycieli. Status materialny, lepsze ubrania, wyuczone maniery sprawiły, że rodzeństwo zniechęciło się do zwykłych ludzi. Pomimo tego między Herbertem a Olgą rodzi się gorące uczucie. Herbert opętany jest jednak ogromnymi aspiracjami, chęcią zdobywania i szerzenia zdobytej wiedzy. Jego rodzice oczywiście potępiają związek z Olgą, grożąc mu wydziedziczeniem. W roku 1913 Herbert, niejako uciekając przez tymi trudnymi wyborami, wyrusza eksplorować świat. Wszelki ślad po nim urywa się na Ziemi Północno-Wschodniej, podczas spóźnionej i źle przygotowanej wyprawy w rejon bieguna północnego. 

Olga nigdy nie była bezkrytyczna wobec postawy Herberta, miała do niego różne żale, choć emocjonalnie była skrajnie rozchwiana. Miała pretensje, a potem przepraszała. Do końca życia pisała do Herberta niewysłane listy i do końca zatrzymała go myślach. To właśnie z epistolarnego archiwum wyłaniają się szczegóły, a z nich układa się cała historia Olgi i Herberta. Owe listy odnajduje wiele lat później Ferdinand, chłopiec, u którego w domu pracowała Olga. W całej tej korespondencji rozprawia się ona nie tylko z niemiecką duszą, ale i polityką, i rozważa centralne pytanie swego życia: Dlaczego Niemcy myślą w zbyt wielkich kategoriach? Zawsze i wciąż?

"Uważała, że nieszczęście zaczęło się od Bismarcka. Odkąd wsadził Rzeszę na zbyt dużego konia, na którym nie umiał jeździć, Niemcy chcieli mieć wszystko w o wiele większym rozmiarze". 

Konieczność wyboru pomiędzy dwoma obowiązkami, rozliczanie historii, prawo człowieka do wolności i godności, problem analfabetyzmu powojennym społeczeństwie, konsekwencje trudnych wyborów, samotność, etyka w świetle sprawiedliwości, ludzkie słabości - takie motywy lubi poruszać Bernhard Schlink. Nie inaczej jest i tym razem 

Składnia też jest typowa dla Schlinka: zdania są zwięzłe, proste, emocjonalne. Psychologię winy autor również precyzyjne dopracował, jak i dramaturgię napięcia. Polecam. To powieść o tym, jak z wyboistego szczęścia można spać na niziny, powieść o dumnej i silnej kobiecie, powieść o czasach pokoju i czasach wojny, w końcu powieść o marzeniach. I o tym, że marzenia nie zawsze muszą się spełnić. Bo wcale nie jest to oznaką szczęścia. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 5 maja 2019

„Odwróceni” Piotr Pytlakowski, Artur Kowalewski

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 23 kwietnia 2019 r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 448




Książka powstała na bazie scenariusza emitowanego w jednej ze stacji telewizyjnych.  Takie pozycje mają swoich zwolenników i przeciwników.  Ci pierwsi to albo są fanami serii, albo nie lubią oglądać seriali.  Przeciwnicy natomiast uważają, że szkoda papieru na takie książki, ponieważ i tak niczego nowego nie wnoszą, a jakoś językowa - nie oszukujmy się - dość przeciętna, bo opierająca się jedynie na dialogach.

Aktualnie widzowie mogą obejrzeć kolejną część historii policjanta Sikory i gangstera Blachy. Akcja „Odwróconych” rozgrywa się zarówno w Polsce, jak i za granicą. Głównym miejscem ścierania się tych dwóch światów jest jednak Warszawa. Miasto staje się swoistym polem bitwy, świadkiem walki policji z mafią.

Głównymi bohaterami „Odwróconych” są Paweł Sikora, doświadczony policjant z Centralnego Biura Śledczego oraz Jan Blachowski „Blacha", gangster z najmocniejszej grupy przestępczej w Polsce. Osią serialu jest skomplikowana i niezwykle ryzykowna gra, jaka toczy się między jednym a drugim. Policjant próbuje przeciągnąć gangstera na stronę prawa. Gangster chce skorumpować policjanta. Ci dwaj mężczyźni stoją po przeciwnych stronach barykady, ale wiele ich łączy. To, czym się zajmują, niszczy ich rodziny. Obaj mają wspaniałe żony i obaj bardzo kochają swoje dzieci. Ich życie dalekie jest jednak od ideału. W pojedynkę muszą zmagać się z niechęcią swoich środowisk i własną słabością. Obaj są rozdarci. Blacha pomiędzy miłością i troską o rodzinę, a lojalnością wobec grupy, z której się wywodzi. Sikora z kolei między pracą a domem, dla którego ma zawsze za mało czasu. Desperacko próbuje być jednocześnie dobrym mężem i ojcem oraz dobrym policjantem. Sikora i Blacha mają swoje zasady, których – wydaje się – nigdy nie złamią. Kto lubi takie klimaty, ten się nie zawiedzie. Poza tym można wiele się dowiedzieć na tematów światka gangsterskiego i policyjnych metod. 

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuje. 

wtorek, 26 lutego 2019

„Pocałunek kata” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 26 lutego 2019 r. PREMIERA 
tytuł oryginałuBödelskyssen
tłumaczenie:  Anna Krochmal, Robert Kędzierski
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 352





„Pocałunek kata” to jedenasta powieść o komisarz policji Malin Fors i druga część nowego cyklu inspirowanego ludzkimi zmysłami. („Zapach diabła” - cz.1).

Malin Fors powraca do Linköping po kilku miesiącach, jakie spędziła jako oficer łącznikowy policji przy ambasadzie w Bangkoku. Przeszła terapię. Udało jej się zachować trzeźwość, ale jest niespokojna i potrzebuje skomplikowanego przypadku, aby trzymać się z dala od alkoholu. Okazja nadarza się dość szybko. Na lotnisku pewien mężczyzna porywa samolot i grozi wysadzeniem go granatami. Groźba jest realna, gdyż porywacz to bardzo sfrustrowany i doświadczony tragediami człowiek. Parę miesięcy temu jego nastoletnia córka popełniła samobójstwo na skutek hejtu w Internecie. Teraz on, ojciec, pragnie zemsty na oprawcach jego jedynego dziecka. Żąda, aby policja wydała mu winnych za upokorzenie córki. Malin szybko kojarzy fakty, odkrywa powiązania i zaczyna sobie przypominać dlaczego kocha być policjantką. Niestety akcja odbicia zakładników nie powodzi się i ginie wiele osób, w tym porywacz. Malin znów musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia i demonami nierozwiązanej sprawy, która nawiedza ją w snach. Wkrótce dochodzi do kolejnych zbrodni. Okrutnie zostaje zamordowana jedna z dziewczyn, która przyczynia się do samobójstwa swojej koleżanki. Malin znowu zauważa powiązania i zaczyna prowadzić śledztwo, a raczej wyścig z czasem, aby uratować inne młode osoby.

Mons Kallentoft porusza tu kilka wątków. Jednym z nich jest polityka ogromnych firm farmaceutycznych, które nie bacząc na skutki przeprowadzają nielegalne badania i testują nowe leki. Lekarze bawiąc się ludzkim życiem jednym podają lekarstwa, a innym placebo. Kto ma prawo decydować o życiu i śmierci? Przypadek? Człowiek? Czy to jest sprawiedliwe, zabić nielicznych, aby ratować wielu? I czy zemsta przynosi ukojenie?

Innym problemem poruszanym przez Kallentofta jest siła oddziaływania mediów społecznościowych i to, jakie konsekwencje może mieć jedno opublikowane zdjęcie, które ktoś zamieścił dla zabawy. Ukazuje również bezduszność ówczesnych nastolatków i ich nieświadomych rodziców. Świat, w którym grupa młodych osób bezkarnie może upokarzać innych. Świat, w którym rodzice nie mają pojęcia w jaki sposób ich dzieci spędzają czas wolny i co zamieszczają na portalach społecznościowych. Czyli żaden science fiction, witamy w realu.

Cała historia jest ekscytująca od samego początku. Język jest ostry i bezpośredni, bez dodatkowych opisów. I jak to u Monsa już bywa - słyszymy także myśli i zamiary sprawcy. Większość recenzentów wskazuje również na to, że Mons Kallentoft jest mistrzem cliffhangerów (ang. „zawieszenie na krawędzi klifu”), zabiegu, który polega na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia, w której główni bohaterowie znajdują się w trudnej sytuacji, nawet zagrożenia życia. A to wszystko sprawia, że nie mogę się doczekać kolejnej części z komisarz Malin Fors w roli głównej. Polecam.

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


sobota, 23 lutego 2019

„Wszystko oprócz prawdy” Gillian McAllister

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 15 stycznia 2019
tytuł oryginału: Everything but the Trutht
tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
oprawa:  miękka
liczba stron:  400





„Wciągająca, intrygująca, po prostu wyjątkowa!”. 
Taki nagłówek widnieje na okładce książki. No cóż...

Poznajemy Rachel. Kobieta, była lekarka, już na samym początku nie wzbudza sympatii. Mojej przynajmniej. Rach w środku nocy, niby przypadkiem, sprawdza telefon swojego partnera. Czyta mejla, który dopiero przyszedł. I to zdarzenie staje się przyczyną śledztwa, jakie ma zamiar przeprowadzić. W związku z tym, że wiadomość była niepokojąca, kobieta chce sprawdzić co jej ukochany przed nią ukrywa. Jest w trochę niekorzystnej sytuacji, gdyż z Jackiem zna się krótko. Spodziewa się jednak dziecka, zatem chce zbadać, czy przypadkiem partner jej nie okłamuje. I tak Rachel tworzy w głowie milion teorii spiskowych. Szuka innych dowodów, aby dopasować je do stworzonej w głowie historii.

Dalsza fabuła skupia się na tym jak kobieta węszy, sprawdza i prowokuje Jacka, aby ten przyznał się do kłamstwa. Rachel jest przewrażliwiona na tym punkcie, ponieważ jej matka zdradzała jej ojca. I nikt o tym nie widział, cała prawda o tym wyszła dopiero po śmierci mamy. Z powodu ciągłych podejrzeń rozpadł się też wcześniejszy związek Rachel. Ale teraz nieustannie porównuje Jacka z byłym, wyszukuje między nimi różnych podobieństw.

I tak się rozwija związek Rachel i Jacka. Ciągle kłamstwa, kłamstewka, niedomówienia. Bo Rachel też musi mijać się z prawdą, żeby odkryć prawdę. Taki paradoks, a raczej hipokryzja. Oczywiście to jest jej punkt myślenia. Okazuje się również, że Rachel ma też sporo do ukrycia.

Podsumowując, spodziewałam się wciągającego i intrygującego thrilleru, a dostałam nudny romans. Płytkie postacie, irytująca kobieta, irytująca fabuła i nijaki mężczyzna. Bez charyzmy, bez odwagi, uciekający od odpowiedzialności. Jedyny powód, aby przeczytać tę książkę to, aby nigdy nie stać się taką kobietą jak Rachel. 





czwartek, 21 lutego 2019

„Klawo, jadziem!” Stanisław Grzesiuk

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 29 stycznia 2019r.
oprawa: twarda
liczba stron: 274





Stanisław Grzesiuk (1918-1963) to pisarz, pieśniarz, zwany bardem Czerniakowa. Urodził się w Małkowie koło Chełma. Od drugiego roku życia mieszkał jednak w Warszawie, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. W trakcie okupacji został aresztowany i wysłany na roboty przymusowe do Niemiec, następnie do obozów koncentracyjnych. W lipcu 1945 roku wrócił do kraju; leczył się na gruźlicę płuc, która była konsekwencją pobytu w obozie. Jest autorem autobiograficznej trylogii: „Boso, ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu”, „Na marginesie życia”. Pochowany został na cmentarzu wojskowym na Powązkach. Zaliczany jest do grona najbardziej zasłużonych twórców kultury warszawskiej ulicy.

„Klawo, jadziem!” to zbiór nieznanych dotąd czytelnikom utworów. Książkę podzielona jest na cztery rozdziały. Pierwszy z nich zawiera sześć opowiadań. Są one przesiąknięte smutkiem oraz bezradnością Jest tu o o śmierci, zdradzie małżeńskiej o urazie do niemieckiej mowy, a także o ludziach, którzy na różne sposoby próbują sobie radzić w powojennej rzeczywistości. W części drugiej znajdziemy pięć felietonów, które Grzesiuk publikował na łamach tygodnika „Stolica”. Pierwsze cztery to wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Grzesiuk opisuje jak przed wojną wyglądał jego ukochany Czerniaków, w jaki sposób spędzał  wolny czas. Znajdziemy tu również mnóstwo zabawnych anegdot. W ostatnim felietonie pisarz przyznaje, że sam nie może znaleźć sobie miejsca w powojennej rzeczywistości. Wszystko nie jest już takie jak bywało kiedyś. Tęskni za dawną stolicą i za dawną atmosferą. Natomiast w części trzeciej znajduje się przemówienie Grzesiuka na temat walki z alkoholizmem i kilkanaście tekstów piosenek, które autor wykonywał przy każdej możliwej okazji.

Dużym plusem książki jest piękne wydanie. Okraszone jest ilością materiałów pochodzących z archiwum rodziny Grzesiuka. Mamy możliwość zobaczenia nigdy wcześniej niepublikowanych zdjęć, rękopisów, listów i umów wydawniczych. Przy każdym opowiadaniu znajdują się ręczne notatki pisarza, skreślenia jakich dokonywał i poprawki w treści. Perełka. Polecam. 


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 



niedziela, 10 lutego 2019

„Ten jeden dzień” Kaira Rouda

Wydawnictwo: W.A.B. Foksal Grupa Wydawnicza
data wydania: 30 stycznia 2019r.
tytuł oryginału: Best Day Ever
tłumaczenie: Agnieszka Walulik
oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
liczba stron:  352




Tytułowy jeden dzień to wyjazd pewnego małżeństwa na romantyczny weekend do domu nad jezioro. Cały wypad zapanował Paul. Wraz z żoną wiedzie on idealne życie. Ogromy dom na przedmieściach, praca w agencji reklamowej, wspaniali synowie, drewniany domek za miastem na rodzinne wyprawy. Czegoż chcieć więcej?  Dodatkowo Paul ma poczucie, że jest w oczach żony dobrym, troskliwym i kochającym mężem. Zapewnia żonie i synom wszystko czego potrzebują. Mia też nie ma powodów do narzekań. Kocha męża, wychowuje synów, którzy chodzą do elitarnej szkoły, zajmuje się domem i ogródkiem. Wszystko wydaje się dokładnie tak, jak powinno być. A ukoronowaniem szczęścia mają być wyjazdy nad jezioro.

Jednak już podczas podróży zaczyna narastać napięcie między małżonkami. Paul, który jest jednocześnie narratorem w powieści, chce, aby wyjazd był taki, jaki sobie zaplanował. Wyczuwa delikatne podenerwowanie żony, ale nie daje tego po sobie poznać. Zaczyna się zastanawiać, czy Mia nie rozszyfruje jego planów. Z biegiem akcji okazuje się, że Paul ma wiele do ukrycia, jego zamiary nie są kryształowe i wcale nie jest takim idealnym małżonkiem na jakiego wygląda. Narasta w nim poczucie irytacji i zniecierpliwienia, ale stara się zachować pokerową twarz. Bardzo szybko jednak objawia się prawdziwa natura Paula. To klasyczny przypadek napastliwej osobowości narcystycznej, wręcz psychopatycznej. Wiąże się to oczywiście z niewyleczonymi kompleksami z dzieciństwa. Taki typ nie ma sumienia, odczuwa patologiczną potrzebę kontroli wszystkich i wszystkiego. Chce żyć tak, aby czuć się dobrze z samym sobą, a tego doświadcza tylko wtedy, gdy spotyka się z uznaniem, pochwałą czy aprobatą ze strony ważnych i znaczących osób. Uważa się za pępek świata, a przebywanie w jego towarzystwie sprawia, że świat innych ludzi staje się lepszy i piękniejszy. Tak przynajmniej sądzi. Wiedzie pozorowane życie i uśmiecha się do ludzi. 

„Ten jeden dzień” to dobrze napisana charakterologia postaci z problemami osobowościowymi. Wnioski, jakie wyciąga Paul na postawie zachowań innych są zaskakujące, czasami śmieszne, a czasami przerażające. Taki typ człowieka musi się bardzo męczyć i na każdym kroku wytężać umysł. W jakimkolwiek zachowaniu, nawet w wypowiedzianych słowach, doszukuje się teorii spiskowych. Bardziej jednak przerażające jest to, że taki typ nie jest tylko wymysłem literackim. Niestety w świecie realnym też istnieją mężczyźni o takich osobowościach. 

Książkę czyta się błyskawicznie. Napięcie odpowiednio narasta. Rozczarował mnie tylko punkt kulminacyjny w książce, bo spodziewałam się bardziej wartkiej akcji, czegoś co mnie zaskoczy, zaszokuje, a tu kończy się trochę banalnie i harlequinowo. Żona nakrywa jego kłamstwa, a później nadciąga koniec książki i wyjaśnia wszystko zbyt dosadnie. Bez żadnej otwartej furtki, szkoda trochę.

Niemniej jednak to lektura godna uwagi, choćby z tego powodu, aby przypomnieć sobie, że na świecie jest sporo takich Paulów, którzy w bardzo prosty i szybki sposób potrafią omotać i wywrzeć na kimś wpływ. Taka książka, z cyklu, ku przestrodze. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa W. A. B. za co bardzo dziękuję.

wtorek, 15 stycznia 2019

„Nieistotne wizerunki” Paolo Sorrentino

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 15 stycznia 2019r. PREMIERA
tytuł oryginału: Gli aspetti irrilevanti
Seria: Bel Paese. Mistrzowie współczesnej literatury włoskiej
tłumaczenie:  Alicja Bruś
oprawa: twarda
liczba stron:  326





Paolo Sorrentino to włoski reżyser, scenarzysta i pisarz. Wyreżyserował kilkanaście filmów, kilkakrotnie brał udział w konkursie głównym festiwalu w Cannes. Zdobył Oscara i Złoty Glob za film „Wielkie piękno” z 2013 roku. W roku 2015 wydał swoją pierwszą książkę - zbeletryzowany scenariusz na podstawie filmu „Młodość”. Tym razem wziął za punkt wyjścia portrety-fotografie autorstwa Jacopa Benassiego i do owych zdjęć wyobraził sobie historie uwiecznionych na nich osób. Nie wiedział kim są ani co robili. Stworzył fikcyjne życiorysy zupełnie obcych sobie ludzi. 

Już na wstępnie zaznaczę, że bardzo spodobał mi się ten pomysł. Sorrentino pisze z niezwykłą lekkością, humorem, a przede wszystkim z ogromną fantazją, która sprawia, że każda z tej opowieści staje się fascynującą historią. Tutaj wszystko staje się możliwe, od różowych flamingów na rzymskim tarasie, przez wymuszone spotkania małżonków w więzieniu na widzeniach, po ukrywanie się w tirze przewożącym sery. Jest tu miejsce palącego młodego papieża, dla miliarderki z Monte Carlo, dla elektryka z Padwy, dla rzymskiego adwokata i dla wielokrotnego mordercy.

Z tych 23 historii wyłaniają się fascynujące portrety osobowości. Niesamowite tak, jak ludzie mogą być różni. Lubią różne rzeczy, mają odmienne pasje, cieszą się bądź smucą. Jedni mają depresję, inni czerpią z życia garściami. Paolo Sorrentino z humorem łączy różne rejestry i treści, w jednym zdaniu przechodząc od cierpienia do śmiechu, od wzruszenia do ironii, snując niesplecione ze sobą opowieści o miłości, samotności i przyjaźni, komedie, melodramaty, tragedie i farsy. Sorrentino pozwala nam poznać życie tych ludzi, ich słabostki i mocne strony, pozwala czytelnikowi wyciągnąć wnioski z cudzego życia, aby na końcu mieć wrażenie, że historie obcych osób charakteryzują i opisują nas. 

„Gdy Setttimo był mały, matka często zostawiała go samego w kinie. Być może tak narodziło się jego zainteresowanie kinem i samotnością”. Ponadto ma wyrobione zadanie zarówno na temat swoich krytyków, jak i zwolenników. „Pierwsi, według niego, padli ofiarą poważnych problemów natury seksualnej, drudzy - natury psychicznej”. Twierdzi, że życie własnym życiem jest nieprzyjemną sprawą, toteż pozostaje mu żyć życiem innych. Chciałby jednak opowiedzieć swoją własną, ale brakuje mu odwagi. Dlatego uwielbia opowiadać historie cudze i wymyślone, taką sztukę opanował do perfekcji. Śmiem twierdzić, że w ten sposób autor opisał tu siebie. 

Jestem pod wrażeniem umiejętności i dojrzałości warsztatu pisarskiego reżysera. Sorrentino odmalowuje wszystko z niezwykłą precyzją słowną i jakimś instynktownym wyczuciem. Przy minimum środków potrafi dać czytelnikowi maksimum efektu. Zdania są krótkie, często podszyte ironią. Wszystko to sprawia, że książka jest niezwykle minimalistyczna, ale tym samym bardzo głęboka i prawdziwa. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


niedziela, 30 grudnia 2018

Moje TOP10 2018 roku

Czytelnicze podsumowanie roku 2018 roku. 
Choć nie przeczytałam rekordowej ilości książek, to jednak znalazło się parę perełek, które zdobyły moje serce. 
Pod uwagę biorę oczywiście tylko książki wydane w 2018 roku.




1. "A ja żem jej powiedziała..." Katarzyna Nosowska, Wielka Litera. 


Katarzynę Nosowską zawsze lubiłam i szanowałam. Gdy zobaczyłam jej książkę, nie wahałam się ani chwili, aby ją kupić. Nosowska jest szczerą, dojrzałą i oryginalną obserwatorką rzeczywistości, z dużym dystansem do samej siebie. Ani przez chwilę nikogo nie udaje. Pisze o kompleksach, o toksycznych związkach, o poszukiwaniu szczęścia. Szczera, ironiczna, błyskotliwa, z humorem. Książka-pocieszycielka, książka-przeganiaczka nudy, książka-towarzyszka podróży.  


2."TOPR. Żeby inni mogli przeżyć" Beata Sabała-Zielińska, Prószyński i S-ka.


Moja perełka przeczytana na koniec roku. Opowieść o mężczyznach na miarę czasów. Trzymają się oni prostej zasady, że w górach to natura dyktuje warunki. Są świetnie przeszkoleni, wytrzymali, z żelazną kondycja. Kochają i respektują góry, bo one są silniejsze. Walczą o życie każdego człowieka. Chylą czoła przed śmiercią. Mają świadomość, że być może z którejś akcji nie wrócą. Niestety tak elitarny zawód jest niedoceniany przez państwo. Kompromitujące zarobki i świadczenia są plamą na honorze wszelkich kolejnych rządów. Wstrząsające, ale prawdziwe. Jak każdy zawód, który jest służbą. Toprowiec, policjant, nauczyciel...

3. "Korespondencja" Guseppe Tornatore, Rebis.

Giuseppe Tornatore w przepiękny sposób opowiedział tu o miłości. O miłości dojrzałej i spełnionej. Takiej, która pokonuje wszelkie przeszkody, wszelkie prawa fizyki. To kunsztowna historia o związku na odległość, zarazem bardzo delikatna i subtelna. Nie ma tu zbędnych opisów i ckliwych wyznań. Każde słowo ma tu znaczenie i tylko potęguje siłę uczucia między Amy i Edem. Bardzo polecam, króciutka książeczka, a poruszająca, wzruszająca i przywracająca wiarę w nieskończoną miłość. „Ludzki umysł nie jest stworzony tak, aby zrozumieć nieskończoność, tak jak nie potrafi zrozumieć miłości”. 



4. "Wielka samotność" Kristin Hannah, Świat Książki.

Alaska ponoć nie kształtuje charakteru - ona go obnaża. Opowieść o tym, jak pionierska społeczność zderzała się ze współczesnością. Historia o tym, w jaki sposób funkcjonuje mała społeczność, która musi liczyć na siebie, bo wpływ państwa jest niemal nieodczuwalny. Opowieść o bezinteresowności i empatii wobec innych, gdzie dzika przyroda, czyste powietrze i woda dopełniają tej idylli. Powieść o walce o przetrwanie, o szukaniu swojej ścieżki, o walce z demonami z przeszłości. Oprócz tego przecudna historia wielkiej i trwałej miłości, tak ogromnej jak przestrzenie na Alasce i niezmierne morze, które ją otacza. 

5. "Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości" Michał Rusinek, Joanna Rusinek, Znak emotikon.

Niech żyje niepodległość! O polskości, ojczyźnie, wolności każdy może mówić własnym głosem. Książka Michała i Joanny Rusinków jest swobodną i współczesną interpretacją wiersza Władysława Bełzy pt. "Katechizm polskiego dziecka", zaczynającego się od słów: "Kto ty jesteś? Polak mały". Dziecięce wierszyki łatwo zapadają w pamięć. Łatwiej je też cytować niż Konstytucję, a często zawierają te same prawdy, tylko zapisane w inny sposób. Genialny pomysł!

6. "Najszczęśliwsze dzieci na świecie, czyli wychowanie po holendersku” Rina Mae Acosta, Michele Hutchison, Świat Książki.

Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. Pozwala na świeże i szalenie przydatne podejście do wychowania. Nie trzeba się jednak z tymi metodami zgadzać lub ślepo naśladować. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku.  Książka nie zmieni myślenia o polskim wychowaniu i metodach kształcenia (mamy inne zwyczaje i inny model rodziny), ale pewne pomysły można przejąć (przemyśleć) lub chociaż pewne rzeczy dzieciom odpuścić. 


7. "Testament" Remigiusz Mróz, Czwarta Strona.


Swoją przygodę z Chyłką zaczęłam na początku roku. Przeczytałam wszystkie 8 części. Moje wrażenia czytelnicze były dość skrajne, od entuzjazmu i zachwytu, po zobojętnienie i sceptycyzm. Nie każdy z tomów jest bowiem na takim samym poziome, szczególnie  "Kontatyp". Tutaj autor jawie zakpił sobie z czytelników i przekroczył granice absurdu. Niemniej jednak, chylę czoła przed pisarzem. Wykreował świetną parę prawników. I choć inspiracje czerpał z innych książek i seriali prawniczych (teksty ze "Suits"), to całość czyta się z zapartym tchem. A "Testament" to akurat jedna z lepszych części. 


8. "Policjanci.Ulica" Katarzyna Puzyńska, Prószyński i S-ka.

Książka-wywiad. Duży plus za pomysł! Za poświęcenie książki tej grupie zawodowej. Policjanci są ciągle krytykowani, szykanowani, niedoceniani. A tak naprawdę praca w policji, to nie sama praca, lecz służba. Wiedzą o tym ci, którzy do tej służby przystępują i po prostu służą ludziom, a nie pracują. Pani Katarzyna, jako psycholog, rzetelnie podeszła do tematu i jawi się tu jako bardzo dobrze przygotowana rozmówczyni. Wie, jakie pytania zadawać, trzyma emocje na wodzy, nie komentuje wypowiedzi i nie udziela porad. 



9. "Kirke" Madeline Miller, Albatros.

Wielki plus za okładkę. To chyba okładka roku! :) Piękna, subtelna, urzekająca. Takie małe dzieło sztuki. A sama historia...? Też urzeka, tyle że magią. Bogini i wiedźma. Kreatorka i niszczycielka. Potwór i wyrzutek. Kobieta, matka, kochanka. Te słowa oddają, kim i jaka była Kirke, córka boga słońca Heliosa i nimfy morskiej Perseidy, zesłana na wyspę Ajaja. Choć cała opowieść nieco odbiega od klasycznej kreacji postaci znanej z mitologii greckiej, to i tak warta przeczytania. 




10. "Planer taki jak Ty od Gabrieli Gargaś" Gabriela Gargaś, Czwarta Strona.

Mój prezent pod choinkę. Budzi zachwyt od pierwszego zobaczenia. Oprawa, wykonanie, pastelowa kolorystyka, treści. Jest praktyczny, zaczyna się od miesięcznego harmonogramu, w którym możemy wypisać ważne wydarzenia. Następnie zaczynamy plan tygodniowy, z miejscem na listę zakupów, menu oraz oczywiście pilnymi rzeczami do zrobienia. A co mnie najbardziej urzekło? To że nie jest przeładowany jakimiś błahymi poradami czy cytatami w stylu: "Bądź sobą, uwierz w siebie!". Może dzięki niemu stanę się bardziej zorganizowana ;)

niedziela, 21 października 2018

„Pogrzeb na zamówienie” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 16 października 2018 r.
tytuł oryginału: The Word is Murder
tłumaczenie:  Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 344





To piąta powieść Anthony'ego Horowitza, którą miałam okazję przeczytać. Autor wyrobił sobie już styl, ma nietuzinkowe pomysły na fabułę i konstrukcję historii. Zagadka goni zagadkę, morderstwa się ze sobą przeplatają, bohaterowie są powiązani, a motywy zbrodni różne. A zakończenie zawsze zaskakuje.

„Zazwyczaj, gdy mam pomysł na nową książkę, noszę go w głowie co najmniej przez rok, zanim rozpocznę pisanie. Jeśli to ma być powieść detektywistyczna, punktem wyjścia będzie morderstwo. Ktoś kogoś zabija - oczywiście nie bez powodu. I to jest sedno sprawy. Tworzę postacie, a potem stopniowo rozbudowuję świat wokół nich, szkicując związki między podejrzanymi, zaopatrując każdego z nich w życiorys, rozpracowując wzajemne relacje. Myślę o nich wszystkich, gdy spaceruję, gdy leżę w łóżku, gdy siedzę w kąpieli - i nie zaczynam pisać, póki moja historia nie nabierze konkretnego kształtu”.

Tym razem jednak pomysł dostał na tacy i wcale nie musiał niczego wymyślać. Można powiedzieć, że pomysł sam do niego przyszedł. Dosłownie. Bowiem w najnowszej powieści Horowitz opisuje siebie jako bohatera. Pojawia się w niego Daniel Hawthorne - detektyw współpracujący z londyńską policją i proponuje mu napisanie książki sprawie, którą właśnie rozwiązuje. Horowitz, początkowo niechętny i lekko uprzedzony do detektywa, nie ma ochoty na pisanie takiej historii. Zmienia jednak zdanie, gdy sprawa nabiera rumieńców, a on staje się również jej bohaterem. Przesłuchują razem świadków, są na miejscu zbrodni, badają ślady, śledzą podejrzanych. Sam detektyw Hawthorne wydaje się bardzo ciekawą postacią. Zresztą Horowitz planuje serię o krnąbrnym byłym policjancie. Ale może trochę o samej zbrodni.

Diana Cowper, ponad sześćdziesięcioletnia kobieta, zostaje uduszona we własnym domu. Nutkę niezwykłości temu morderstwu dodał fakt, że kobieta zaledwie sześć godzin wcześniej, bardzo starannie zaaranżowała swój pogrzeb. Jednak wychodząc z domu pogrzebowego nie sądziła, że tak szybko do niego dojdzie. Wkrótce zostaje zamordowany syn owej kobiety, a to już wcale nie wygląda na przypadek. Dlatego detektyw Hawthorne  oraz  pisarz, Horowitz, który ma spisywać wszelkie działania detektywa, starają się rozwiązać sprawę.

I jak to u Horowitza bywa intryga jest bardzo dobrze skonstruowana, tak, że czytelnik nie domyśla się zakończenia. Osobiście bardzo podobała mi się postać Hawthorne'a, która była mistrzowsko dopracowana. Autor pozostawił tu otwartą kartę. I mimo że wcześniejsze książki Horowitza podobały mi się bardziej, to bardzo urzekła mnie postać detektywa, dlatego nie mogę doczekać się kolejnych jego losów.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.