niedziela, 5 maja 2019

„Odwróceni” Piotr Pytlakowski, Artur Kowalewski

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 23 kwietnia 2019 r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 448




Książka powstała na bazie scenariusza emitowanego w jednej ze stacji telewizyjnych.  Takie pozycje mają swoich zwolenników i przeciwników.  Ci pierwsi to albo są fanami serii, albo nie lubią oglądać seriali.  Przeciwnicy natomiast uważają, że szkoda papieru na takie książki, ponieważ i tak niczego nowego nie wnoszą, a jakoś językowa - nie oszukujmy się - dość przeciętna, bo opierająca się jedynie na dialogach.

Aktualnie widzowie mogą obejrzeć kolejną część historii policjanta Sikory i gangstera Blachy. Akcja „Odwróconych” rozgrywa się zarówno w Polsce, jak i za granicą. Głównym miejscem ścierania się tych dwóch światów jest jednak Warszawa. Miasto staje się swoistym polem bitwy, świadkiem walki policji z mafią.

Głównymi bohaterami „Odwróconych” są Paweł Sikora, doświadczony policjant z Centralnego Biura Śledczego oraz Jan Blachowski „Blacha", gangster z najmocniejszej grupy przestępczej w Polsce. Osią serialu jest skomplikowana i niezwykle ryzykowna gra, jaka toczy się między jednym a drugim. Policjant próbuje przeciągnąć gangstera na stronę prawa. Gangster chce skorumpować policjanta. Ci dwaj mężczyźni stoją po przeciwnych stronach barykady, ale wiele ich łączy. To, czym się zajmują, niszczy ich rodziny. Obaj mają wspaniałe żony i obaj bardzo kochają swoje dzieci. Ich życie dalekie jest jednak od ideału. W pojedynkę muszą zmagać się z niechęcią swoich środowisk i własną słabością. Obaj są rozdarci. Blacha pomiędzy miłością i troską o rodzinę, a lojalnością wobec grupy, z której się wywodzi. Sikora z kolei między pracą a domem, dla którego ma zawsze za mało czasu. Desperacko próbuje być jednocześnie dobrym mężem i ojcem oraz dobrym policjantem. Sikora i Blacha mają swoje zasady, których – wydaje się – nigdy nie złamią. Kto lubi takie klimaty, ten się nie zawiedzie. Poza tym można wiele się dowiedzieć na tematów światka gangsterskiego i policyjnych metod. 

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuje. 

wtorek, 26 lutego 2019

„Pocałunek kata” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 26 lutego 2019 r. PREMIERA 
tytuł oryginałuBödelskyssen
tłumaczenie:  Anna Krochmal, Robert Kędzierski
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 352





„Pocałunek kata” to jedenasta powieść o komisarz policji Malin Fors i druga część nowego cyklu inspirowanego ludzkimi zmysłami. („Zapach diabła” - cz.1).

Malin Fors powraca do Linköping po kilku miesiącach, jakie spędziła jako oficer łącznikowy policji przy ambasadzie w Bangkoku. Przeszła terapię. Udało jej się zachować trzeźwość, ale jest niespokojna i potrzebuje skomplikowanego przypadku, aby trzymać się z dala od alkoholu. Okazja nadarza się dość szybko. Na lotnisku pewien mężczyzna porywa samolot i grozi wysadzeniem go granatami. Groźba jest realna, gdyż porywacz to bardzo sfrustrowany i doświadczony tragediami człowiek. Parę miesięcy temu jego nastoletnia córka popełniła samobójstwo na skutek hejtu w Internecie. Teraz on, ojciec, pragnie zemsty na oprawcach jego jedynego dziecka. Żąda, aby policja wydała mu winnych za upokorzenie córki. Malin szybko kojarzy fakty, odkrywa powiązania i zaczyna sobie przypominać dlaczego kocha być policjantką. Niestety akcja odbicia zakładników nie powodzi się i ginie wiele osób, w tym porywacz. Malin znów musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia i demonami nierozwiązanej sprawy, która nawiedza ją w snach. Wkrótce dochodzi do kolejnych zbrodni. Okrutnie zostaje zamordowana jedna z dziewczyn, która przyczynia się do samobójstwa swojej koleżanki. Malin znowu zauważa powiązania i zaczyna prowadzić śledztwo, a raczej wyścig z czasem, aby uratować inne młode osoby.

Mons Kallentoft porusza tu kilka wątków. Jednym z nich jest polityka ogromnych firm farmaceutycznych, które nie bacząc na skutki przeprowadzają nielegalne badania i testują nowe leki. Lekarze bawiąc się ludzkim życiem jednym podają lekarstwa, a innym placebo. Kto ma prawo decydować o życiu i śmierci? Przypadek? Człowiek? Czy to jest sprawiedliwe, zabić nielicznych, aby ratować wielu? I czy zemsta przynosi ukojenie?

Innym problemem poruszanym przez Kallentofta jest siła oddziaływania mediów społecznościowych i to, jakie konsekwencje może mieć jedno opublikowane zdjęcie, które ktoś zamieścił dla zabawy. Ukazuje również bezduszność ówczesnych nastolatków i ich nieświadomych rodziców. Świat, w którym grupa młodych osób bezkarnie może upokarzać innych. Świat, w którym rodzice nie mają pojęcia w jaki sposób ich dzieci spędzają czas wolny i co zamieszczają na portalach społecznościowych. Czyli żaden science fiction, witamy w realu.

Cała historia jest ekscytująca od samego początku. Język jest ostry i bezpośredni, bez dodatkowych opisów. I jak to u Monsa już bywa - słyszymy także myśli i zamiary sprawcy. Większość recenzentów wskazuje również na to, że Mons Kallentoft jest mistrzem cliffhangerów (ang. „zawieszenie na krawędzi klifu”), zabiegu, który polega na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia, w której główni bohaterowie znajdują się w trudnej sytuacji, nawet zagrożenia życia. A to wszystko sprawia, że nie mogę się doczekać kolejnej części z komisarz Malin Fors w roli głównej. Polecam.

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


sobota, 23 lutego 2019

„Wszystko oprócz prawdy” Gillian McAllister

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 15 stycznia 2019
tytuł oryginału: Everything but the Trutht
tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
oprawa:  miękka
liczba stron:  400





„Wciągająca, intrygująca, po prostu wyjątkowa!”. 
Taki nagłówek widnieje na okładce książki. No cóż...

Poznajemy Rachel. Kobieta, była lekarka, już na samym początku nie wzbudza sympatii. Mojej przynajmniej. Rach w środku nocy, niby przypadkiem, sprawdza telefon swojego partnera. Czyta mejla, który dopiero przyszedł. I to zdarzenie staje się przyczyną śledztwa, jakie ma zamiar przeprowadzić. W związku z tym, że wiadomość była niepokojąca, kobieta chce sprawdzić co jej ukochany przed nią ukrywa. Jest w trochę niekorzystnej sytuacji, gdyż z Jackiem zna się krótko. Spodziewa się jednak dziecka, zatem chce zbadać, czy przypadkiem partner jej nie okłamuje. I tak Rachel tworzy w głowie milion teorii spiskowych. Szuka innych dowodów, aby dopasować je do stworzonej w głowie historii.

Dalsza fabuła skupia się na tym jak kobieta węszy, sprawdza i prowokuje Jacka, aby ten przyznał się do kłamstwa. Rachel jest przewrażliwiona na tym punkcie, ponieważ jej matka zdradzała jej ojca. I nikt o tym nie widział, cała prawda o tym wyszła dopiero po śmierci mamy. Z powodu ciągłych podejrzeń rozpadł się też wcześniejszy związek Rachel. Ale teraz nieustannie porównuje Jacka z byłym, wyszukuje między nimi różnych podobieństw.

I tak się rozwija związek Rachel i Jacka. Ciągle kłamstwa, kłamstewka, niedomówienia. Bo Rachel też musi mijać się z prawdą, żeby odkryć prawdę. Taki paradoks, a raczej hipokryzja. Oczywiście to jest jej punkt myślenia. Okazuje się również, że Rachel ma też sporo do ukrycia.

Podsumowując, spodziewałam się wciągającego i intrygującego thrilleru, a dostałam nudny romans. Płytkie postacie, irytująca kobieta, irytująca fabuła i nijaki mężczyzna. Bez charyzmy, bez odwagi, uciekający od odpowiedzialności. Jedyny powód, aby przeczytać tę książkę to, aby nigdy nie stać się taką kobietą jak Rachel. 





czwartek, 21 lutego 2019

„Klawo, jadziem!” Stanisław Grzesiuk

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 29 stycznia 2019r.
oprawa: twarda
liczba stron: 274





Stanisław Grzesiuk (1918-1963) to pisarz, pieśniarz, zwany bardem Czerniakowa. Urodził się w Małkowie koło Chełma. Od drugiego roku życia mieszkał jednak w Warszawie, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. W trakcie okupacji został aresztowany i wysłany na roboty przymusowe do Niemiec, następnie do obozów koncentracyjnych. W lipcu 1945 roku wrócił do kraju; leczył się na gruźlicę płuc, która była konsekwencją pobytu w obozie. Jest autorem autobiograficznej trylogii: „Boso, ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu”, „Na marginesie życia”. Pochowany został na cmentarzu wojskowym na Powązkach. Zaliczany jest do grona najbardziej zasłużonych twórców kultury warszawskiej ulicy.

„Klawo, jadziem!” to zbiór nieznanych dotąd czytelnikom utworów. Książkę podzielona jest na cztery rozdziały. Pierwszy z nich zawiera sześć opowiadań. Są one przesiąknięte smutkiem oraz bezradnością Jest tu o o śmierci, zdradzie małżeńskiej o urazie do niemieckiej mowy, a także o ludziach, którzy na różne sposoby próbują sobie radzić w powojennej rzeczywistości. W części drugiej znajdziemy pięć felietonów, które Grzesiuk publikował na łamach tygodnika „Stolica”. Pierwsze cztery to wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Grzesiuk opisuje jak przed wojną wyglądał jego ukochany Czerniaków, w jaki sposób spędzał  wolny czas. Znajdziemy tu również mnóstwo zabawnych anegdot. W ostatnim felietonie pisarz przyznaje, że sam nie może znaleźć sobie miejsca w powojennej rzeczywistości. Wszystko nie jest już takie jak bywało kiedyś. Tęskni za dawną stolicą i za dawną atmosferą. Natomiast w części trzeciej znajduje się przemówienie Grzesiuka na temat walki z alkoholizmem i kilkanaście tekstów piosenek, które autor wykonywał przy każdej możliwej okazji.

Dużym plusem książki jest piękne wydanie. Okraszone jest ilością materiałów pochodzących z archiwum rodziny Grzesiuka. Mamy możliwość zobaczenia nigdy wcześniej niepublikowanych zdjęć, rękopisów, listów i umów wydawniczych. Przy każdym opowiadaniu znajdują się ręczne notatki pisarza, skreślenia jakich dokonywał i poprawki w treści. Perełka. Polecam. 


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 



niedziela, 10 lutego 2019

„Ten jeden dzień” Kaira Rouda

Wydawnictwo: W.A.B. Foksal Grupa Wydawnicza
data wydania: 30 stycznia 2019r.
tytuł oryginału: Best Day Ever
tłumaczenie: Agnieszka Walulik
oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
liczba stron:  352




Tytułowy jeden dzień to wyjazd pewnego małżeństwa na romantyczny weekend do domu nad jezioro. Cały wypad zapanował Paul. Wraz z żoną wiedzie on idealne życie. Ogromy dom na przedmieściach, praca w agencji reklamowej, wspaniali synowie, drewniany domek za miastem na rodzinne wyprawy. Czegoż chcieć więcej?  Dodatkowo Paul ma poczucie, że jest w oczach żony dobrym, troskliwym i kochającym mężem. Zapewnia żonie i synom wszystko czego potrzebują. Mia też nie ma powodów do narzekań. Kocha męża, wychowuje synów, którzy chodzą do elitarnej szkoły, zajmuje się domem i ogródkiem. Wszystko wydaje się dokładnie tak, jak powinno być. A ukoronowaniem szczęścia mają być wyjazdy nad jezioro.

Jednak już podczas podróży zaczyna narastać napięcie między małżonkami. Paul, który jest jednocześnie narratorem w powieści, chce, aby wyjazd był taki, jaki sobie zaplanował. Wyczuwa delikatne podenerwowanie żony, ale nie daje tego po sobie poznać. Zaczyna się zastanawiać, czy Mia nie rozszyfruje jego planów. Z biegiem akcji okazuje się, że Paul ma wiele do ukrycia, jego zamiary nie są kryształowe i wcale nie jest takim idealnym małżonkiem na jakiego wygląda. Narasta w nim poczucie irytacji i zniecierpliwienia, ale stara się zachować pokerową twarz. Bardzo szybko jednak objawia się prawdziwa natura Paula. To klasyczny przypadek napastliwej osobowości narcystycznej, wręcz psychopatycznej. Wiąże się to oczywiście z niewyleczonymi kompleksami z dzieciństwa. Taki typ nie ma sumienia, odczuwa patologiczną potrzebę kontroli wszystkich i wszystkiego. Chce żyć tak, aby czuć się dobrze z samym sobą, a tego doświadcza tylko wtedy, gdy spotyka się z uznaniem, pochwałą czy aprobatą ze strony ważnych i znaczących osób. Uważa się za pępek świata, a przebywanie w jego towarzystwie sprawia, że świat innych ludzi staje się lepszy i piękniejszy. Tak przynajmniej sądzi. Wiedzie pozorowane życie i uśmiecha się do ludzi. 

„Ten jeden dzień” to dobrze napisana charakterologia postaci z problemami osobowościowymi. Wnioski, jakie wyciąga Paul na postawie zachowań innych są zaskakujące, czasami śmieszne, a czasami przerażające. Taki typ człowieka musi się bardzo męczyć i na każdym kroku wytężać umysł. W jakimkolwiek zachowaniu, nawet w wypowiedzianych słowach, doszukuje się teorii spiskowych. Bardziej jednak przerażające jest to, że taki typ nie jest tylko wymysłem literackim. Niestety w świecie realnym też istnieją mężczyźni o takich osobowościach. 

Książkę czyta się błyskawicznie. Napięcie odpowiednio narasta. Rozczarował mnie tylko punkt kulminacyjny w książce, bo spodziewałam się bardziej wartkiej akcji, czegoś co mnie zaskoczy, zaszokuje, a tu kończy się trochę banalnie i harlequinowo. Żona nakrywa jego kłamstwa, a później nadciąga koniec książki i wyjaśnia wszystko zbyt dosadnie. Bez żadnej otwartej furtki, szkoda trochę.

Niemniej jednak to lektura godna uwagi, choćby z tego powodu, aby przypomnieć sobie, że na świecie jest sporo takich Paulów, którzy w bardzo prosty i szybki sposób potrafią omotać i wywrzeć na kimś wpływ. Taka książka, z cyklu, ku przestrodze. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa W. A. B. za co bardzo dziękuję.

wtorek, 15 stycznia 2019

„Nieistotne wizerunki” Paolo Sorrentino

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 15 stycznia 2019r. PREMIERA
tytuł oryginału: Gli aspetti irrilevanti
Seria: Bel Paese. Mistrzowie współczesnej literatury włoskiej
tłumaczenie:  Alicja Bruś
oprawa: twarda
liczba stron:  326





Paolo Sorrentino to włoski reżyser, scenarzysta i pisarz. Wyreżyserował kilkanaście filmów, kilkakrotnie brał udział w konkursie głównym festiwalu w Cannes. Zdobył Oscara i Złoty Glob za film „Wielkie piękno” z 2013 roku. W roku 2015 wydał swoją pierwszą książkę - zbeletryzowany scenariusz na podstawie filmu „Młodość”. Tym razem wziął za punkt wyjścia portrety-fotografie autorstwa Jacopa Benassiego i do owych zdjęć wyobraził sobie historie uwiecznionych na nich osób. Nie wiedział kim są ani co robili. Stworzył fikcyjne życiorysy zupełnie obcych sobie ludzi. 

Już na wstępnie zaznaczę, że bardzo spodobał mi się ten pomysł. Sorrentino pisze z niezwykłą lekkością, humorem, a przede wszystkim z ogromną fantazją, która sprawia, że każda z tej opowieści staje się fascynującą historią. Tutaj wszystko staje się możliwe, od różowych flamingów na rzymskim tarasie, przez wymuszone spotkania małżonków w więzieniu na widzeniach, po ukrywanie się w tirze przewożącym sery. Jest tu miejsce palącego młodego papieża, dla miliarderki z Monte Carlo, dla elektryka z Padwy, dla rzymskiego adwokata i dla wielokrotnego mordercy.

Z tych 23 historii wyłaniają się fascynujące portrety osobowości. Niesamowite tak, jak ludzie mogą być różni. Lubią różne rzeczy, mają odmienne pasje, cieszą się bądź smucą. Jedni mają depresję, inni czerpią z życia garściami. Paolo Sorrentino z humorem łączy różne rejestry i treści, w jednym zdaniu przechodząc od cierpienia do śmiechu, od wzruszenia do ironii, snując niesplecione ze sobą opowieści o miłości, samotności i przyjaźni, komedie, melodramaty, tragedie i farsy. Sorrentino pozwala nam poznać życie tych ludzi, ich słabostki i mocne strony, pozwala czytelnikowi wyciągnąć wnioski z cudzego życia, aby na końcu mieć wrażenie, że historie obcych osób charakteryzują i opisują nas. 

„Gdy Setttimo był mały, matka często zostawiała go samego w kinie. Być może tak narodziło się jego zainteresowanie kinem i samotnością”. Ponadto ma wyrobione zadanie zarówno na temat swoich krytyków, jak i zwolenników. „Pierwsi, według niego, padli ofiarą poważnych problemów natury seksualnej, drudzy - natury psychicznej”. Twierdzi, że życie własnym życiem jest nieprzyjemną sprawą, toteż pozostaje mu żyć życiem innych. Chciałby jednak opowiedzieć swoją własną, ale brakuje mu odwagi. Dlatego uwielbia opowiadać historie cudze i wymyślone, taką sztukę opanował do perfekcji. Śmiem twierdzić, że w ten sposób autor opisał tu siebie. 

Jestem pod wrażeniem umiejętności i dojrzałości warsztatu pisarskiego reżysera. Sorrentino odmalowuje wszystko z niezwykłą precyzją słowną i jakimś instynktownym wyczuciem. Przy minimum środków potrafi dać czytelnikowi maksimum efektu. Zdania są krótkie, często podszyte ironią. Wszystko to sprawia, że książka jest niezwykle minimalistyczna, ale tym samym bardzo głęboka i prawdziwa. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


niedziela, 30 grudnia 2018

Moje TOP10 2018 roku

Czytelnicze podsumowanie roku 2018 roku. 
Choć nie przeczytałam rekordowej ilości książek, to jednak znalazło się parę perełek, które zdobyły moje serce. 
Pod uwagę biorę oczywiście tylko książki wydane w 2018 roku.




1. "A ja żem jej powiedziała..." Katarzyna Nosowska, Wielka Litera. 


Katarzynę Nosowską zawsze lubiłam i szanowałam. Gdy zobaczyłam jej książkę, nie wahałam się ani chwili, aby ją kupić. Nosowska jest szczerą, dojrzałą i oryginalną obserwatorką rzeczywistości, z dużym dystansem do samej siebie. Ani przez chwilę nikogo nie udaje. Pisze o kompleksach, o toksycznych związkach, o poszukiwaniu szczęścia. Szczera, ironiczna, błyskotliwa, z humorem. Książka-pocieszycielka, książka-przeganiaczka nudy, książka-towarzyszka podróży.  


2."TOPR. Żeby inni mogli przeżyć" Beata Sabała-Zielińska, Prószyński i S-ka.


Moja perełka przeczytana na koniec roku. Opowieść o mężczyznach na miarę czasów. Trzymają się oni prostej zasady, że w górach to natura dyktuje warunki. Są świetnie przeszkoleni, wytrzymali, z żelazną kondycja. Kochają i respektują góry, bo one są silniejsze. Walczą o życie każdego człowieka. Chylą czoła przed śmiercią. Mają świadomość, że być może z którejś akcji nie wrócą. Niestety tak elitarny zawód jest niedoceniany przez państwo. Kompromitujące zarobki i świadczenia są plamą na honorze wszelkich kolejnych rządów. Wstrząsające, ale prawdziwe. Jak każdy zawód, który jest służbą. Toprowiec, policjant, nauczyciel...

3. "Korespondencja" Guseppe Tornatore, Rebis.

Giuseppe Tornatore w przepiękny sposób opowiedział tu o miłości. O miłości dojrzałej i spełnionej. Takiej, która pokonuje wszelkie przeszkody, wszelkie prawa fizyki. To kunsztowna historia o związku na odległość, zarazem bardzo delikatna i subtelna. Nie ma tu zbędnych opisów i ckliwych wyznań. Każde słowo ma tu znaczenie i tylko potęguje siłę uczucia między Amy i Edem. Bardzo polecam, króciutka książeczka, a poruszająca, wzruszająca i przywracająca wiarę w nieskończoną miłość. „Ludzki umysł nie jest stworzony tak, aby zrozumieć nieskończoność, tak jak nie potrafi zrozumieć miłości”. 



4. "Wielka samotność" Kristin Hannah, Świat Książki.

Alaska ponoć nie kształtuje charakteru - ona go obnaża. Opowieść o tym, jak pionierska społeczność zderzała się ze współczesnością. Historia o tym, w jaki sposób funkcjonuje mała społeczność, która musi liczyć na siebie, bo wpływ państwa jest niemal nieodczuwalny. Opowieść o bezinteresowności i empatii wobec innych, gdzie dzika przyroda, czyste powietrze i woda dopełniają tej idylli. Powieść o walce o przetrwanie, o szukaniu swojej ścieżki, o walce z demonami z przeszłości. Oprócz tego przecudna historia wielkiej i trwałej miłości, tak ogromnej jak przestrzenie na Alasce i niezmierne morze, które ją otacza. 

5. "Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości" Michał Rusinek, Joanna Rusinek, Znak emotikon.

Niech żyje niepodległość! O polskości, ojczyźnie, wolności każdy może mówić własnym głosem. Książka Michała i Joanny Rusinków jest swobodną i współczesną interpretacją wiersza Władysława Bełzy pt. "Katechizm polskiego dziecka", zaczynającego się od słów: "Kto ty jesteś? Polak mały". Dziecięce wierszyki łatwo zapadają w pamięć. Łatwiej je też cytować niż Konstytucję, a często zawierają te same prawdy, tylko zapisane w inny sposób. Genialny pomysł!

6. "Najszczęśliwsze dzieci na świecie, czyli wychowanie po holendersku” Rina Mae Acosta, Michele Hutchison, Świat Książki.

Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. Pozwala na świeże i szalenie przydatne podejście do wychowania. Nie trzeba się jednak z tymi metodami zgadzać lub ślepo naśladować. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku.  Książka nie zmieni myślenia o polskim wychowaniu i metodach kształcenia (mamy inne zwyczaje i inny model rodziny), ale pewne pomysły można przejąć (przemyśleć) lub chociaż pewne rzeczy dzieciom odpuścić. 


7. "Testament" Remigiusz Mróz, Czwarta Strona.


Swoją przygodę z Chyłką zaczęłam na początku roku. Przeczytałam wszystkie 8 części. Moje wrażenia czytelnicze były dość skrajne, od entuzjazmu i zachwytu, po zobojętnienie i sceptycyzm. Nie każdy z tomów jest bowiem na takim samym poziome, szczególnie  "Kontatyp". Tutaj autor jawie zakpił sobie z czytelników i przekroczył granice absurdu. Niemniej jednak, chylę czoła przed pisarzem. Wykreował świetną parę prawników. I choć inspiracje czerpał z innych książek i seriali prawniczych (teksty ze "Suits"), to całość czyta się z zapartym tchem. A "Testament" to akurat jedna z lepszych części. 


8. "Policjanci.Ulica" Katarzyna Puzyńska, Prószyński i S-ka.

Książka-wywiad. Duży plus za pomysł! Za poświęcenie książki tej grupie zawodowej. Policjanci są ciągle krytykowani, szykanowani, niedoceniani. A tak naprawdę praca w policji, to nie sama praca, lecz służba. Wiedzą o tym ci, którzy do tej służby przystępują i po prostu służą ludziom, a nie pracują. Pani Katarzyna, jako psycholog, rzetelnie podeszła do tematu i jawi się tu jako bardzo dobrze przygotowana rozmówczyni. Wie, jakie pytania zadawać, trzyma emocje na wodzy, nie komentuje wypowiedzi i nie udziela porad. 



9. "Kirke" Madeline Miller, Albatros.

Wielki plus za okładkę. To chyba okładka roku! :) Piękna, subtelna, urzekająca. Takie małe dzieło sztuki. A sama historia...? Też urzeka, tyle że magią. Bogini i wiedźma. Kreatorka i niszczycielka. Potwór i wyrzutek. Kobieta, matka, kochanka. Te słowa oddają, kim i jaka była Kirke, córka boga słońca Heliosa i nimfy morskiej Perseidy, zesłana na wyspę Ajaja. Choć cała opowieść nieco odbiega od klasycznej kreacji postaci znanej z mitologii greckiej, to i tak warta przeczytania. 




10. "Planer taki jak Ty od Gabrieli Gargaś" Gabriela Gargaś, Czwarta Strona.

Mój prezent pod choinkę. Budzi zachwyt od pierwszego zobaczenia. Oprawa, wykonanie, pastelowa kolorystyka, treści. Jest praktyczny, zaczyna się od miesięcznego harmonogramu, w którym możemy wypisać ważne wydarzenia. Następnie zaczynamy plan tygodniowy, z miejscem na listę zakupów, menu oraz oczywiście pilnymi rzeczami do zrobienia. A co mnie najbardziej urzekło? To że nie jest przeładowany jakimiś błahymi poradami czy cytatami w stylu: "Bądź sobą, uwierz w siebie!". Może dzięki niemu stanę się bardziej zorganizowana ;)

niedziela, 21 października 2018

„Pogrzeb na zamówienie” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 16 października 2018 r.
tytuł oryginału: The Word is Murder
tłumaczenie:  Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 344





To piąta powieść Anthony'ego Horowitza, którą miałam okazję przeczytać. Autor wyrobił sobie już styl, ma nietuzinkowe pomysły na fabułę i konstrukcję historii. Zagadka goni zagadkę, morderstwa się ze sobą przeplatają, bohaterowie są powiązani, a motywy zbrodni różne. A zakończenie zawsze zaskakuje.

„Zazwyczaj, gdy mam pomysł na nową książkę, noszę go w głowie co najmniej przez rok, zanim rozpocznę pisanie. Jeśli to ma być powieść detektywistyczna, punktem wyjścia będzie morderstwo. Ktoś kogoś zabija - oczywiście nie bez powodu. I to jest sedno sprawy. Tworzę postacie, a potem stopniowo rozbudowuję świat wokół nich, szkicując związki między podejrzanymi, zaopatrując każdego z nich w życiorys, rozpracowując wzajemne relacje. Myślę o nich wszystkich, gdy spaceruję, gdy leżę w łóżku, gdy siedzę w kąpieli - i nie zaczynam pisać, póki moja historia nie nabierze konkretnego kształtu”.

Tym razem jednak pomysł dostał na tacy i wcale nie musiał niczego wymyślać. Można powiedzieć, że pomysł sam do niego przyszedł. Dosłownie. Bowiem w najnowszej powieści Horowitz opisuje siebie jako bohatera. Pojawia się w niego Daniel Hawthorne - detektyw współpracujący z londyńską policją i proponuje mu napisanie książki sprawie, którą właśnie rozwiązuje. Horowitz, początkowo niechętny i lekko uprzedzony do detektywa, nie ma ochoty na pisanie takiej historii. Zmienia jednak zdanie, gdy sprawa nabiera rumieńców, a on staje się również jej bohaterem. Przesłuchują razem świadków, są na miejscu zbrodni, badają ślady, śledzą podejrzanych. Sam detektyw Hawthorne wydaje się bardzo ciekawą postacią. Zresztą Horowitz planuje serię o krnąbrnym byłym policjancie. Ale może trochę o samej zbrodni.

Diana Cowper, ponad sześćdziesięcioletnia kobieta, zostaje uduszona we własnym domu. Nutkę niezwykłości temu morderstwu dodał fakt, że kobieta zaledwie sześć godzin wcześniej, bardzo starannie zaaranżowała swój pogrzeb. Jednak wychodząc z domu pogrzebowego nie sądziła, że tak szybko do niego dojdzie. Wkrótce zostaje zamordowany syn owej kobiety, a to już wcale nie wygląda na przypadek. Dlatego detektyw Hawthorne  oraz  pisarz, Horowitz, który ma spisywać wszelkie działania detektywa, starają się rozwiązać sprawę.

I jak to u Horowitza bywa intryga jest bardzo dobrze skonstruowana, tak, że czytelnik nie domyśla się zakończenia. Osobiście bardzo podobała mi się postać Hawthorne'a, która była mistrzowsko dopracowana. Autor pozostawił tu otwartą kartę. I mimo że wcześniejsze książki Horowitza podobały mi się bardziej, to bardzo urzekła mnie postać detektywa, dlatego nie mogę doczekać się kolejnych jego losów.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

piątek, 10 sierpnia 2018

„Bez przeszłości” Keith Donohue

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 lipca 2018r,
tytuł oryginału: The Motion of Puppets
tłumaczenie: Jan Hensel
oprawa: miękka
liczba stron:  406




„Ludzie zawsze uganiają się za chimerami, próbują sprawić, żeby znowu było tak jak kiedyś, ale wyjawię wam pewną tajemnicę: to robota głupiego. Przeszłości nie ma, nigdy jej nie było. Nie było jej takiej, jak ją pamiętamy, jak przerabiamy ją przez lata za sprawą wyobraźni” . 
Z jednej strony bardzo trudna sprawa: zapomnieć o przeszłości, o swoim dawnym życiu, o znajomych, bliskich, z drugiej strony to jednak szansa na nowe życie, nowe znajomości, na zapomnienie o dotychczasowych relacjach. Marzenie wielu - zapomnieć o przeszłości i zacząć od nowa. Problem pojawia się wtedy, kiedy w tym dawnym żuciu został ktoś, komu bardzo zależało na osobie, która właśnie chce o przeszłości zapomnieć. 

Kay i Theo są świeżo upieczonym małżeństwem. Kay spędza letnie wakacje, pracując w cyrku jako akrobatka, podczas gdy jej mąż, Theo, tłumaczy biografię pioniera fotografii − Eadwearda Muybridge’a. W Quebecu czas płynie im spokojnie i monotonie. Theo zajmuje się tłumaczeniem, a Kay chodzi na próby, występuje w przestawieniach, wieczory natomiast spędzają razem, chodząc na długie spacery. Podczas jednej z takich przechadzek Kay zakochuje się w lalce na wystawie Quatre Mains, zamkniętego sklepiku ze starymi zabawkami. Siedząca drewniana lalka nie daje jej spokoju. Pewnej nocy, gdy Kay wraca do domu, ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Kiedy widzi, że w jej ulubionym sklepiku pali się światło a drzwi są otwarte, postanawia znaleźć schronienie w jego wnętrzu. Nazajutrz Theo odkrywa, że żona zaginęła.

Policja nie daje wiary jego zeznaniom, a Theo staje się pierwszym podejrzanym. Całe otoczenie stawia na morderstwo i ukrycie ciała, ale Theo czuje, że jego żona żyje. Zrozpaczony, obsesyjnie zaczyna przemierzać ulice Quebecu. Tymczasem Kay, przemieniona w lalkę, tkwi uwięziona na zapleczu Quatre Mains, gdzie towarzyszy jej gromadka kukiełek z różnych zakątków świata, które ożywają jedynie na noc. Kay można ożywić, jeśli ktoś przyjdzie po nią po północy i ją rozpozna. Na dodatek musi zaufać jej na tyle, że podczas ucieczki nie obejrzy się za siebie, by sprawdzić czy biegnie. Tak rozpoczyna się podwójna odyseja: męża wytrwale szukającego zaginionej żony - i kobiety uwięzionej w magicznym świecie, gdzie jej życie należy do kogoś innego. Tak współczesna wersja mitu o Orfeuszu i Eurydyce.

Keith Donohue lubi w swoich powieściach powtarzać motyw miłości, zaufania, bólu utraty i nadziei. Tak było między innymi w "Aniołach zniszczenia". Pisarz tworzy nastrojowe historie inspirowane mitami, legendami i dramatami wystawianymi na scenie. Innym ciekawym wątkiem jest tu biografia Muybridge’a. Tłumacząc jego życiorys Theo zaczyna żyć podobnie jak fotograf. Bardzo emocjonalnie podchodzi do epizodów z życia pioniera fotografii, stara się go zrozumieć, a tym samym szuka lekarstwa na ukojenie bólu po stracie żony.   

Polecam, choć nie jest to lektura łatwa w odbiorze, raczej na wyrafinowanych czytelników. Żeby dobrze ją zrozumieć trzeba mieć również minimalną wiedzę z dziedziny teatru i sztuk Szekspira. A wtedy to już uczta czytelnicza. Keith Donohue zaprasza do świata demonicznych lalek i marionetek, gdzie świat jest teatrem, a kukiełkami są ludzie, sterowani przez kogoś(?). I na koniec coś z przymrożeniem oka, ale ku przestrodze - nigdy nie można wchodzić do sklepu z zabawkami po północy!


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 
  

piątek, 3 sierpnia 2018

„Wielka samotność” Kristin Hannah

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 23 maja 2018r.
tytuł oryginału: The Great Alone
tłumaczenie:  Anna Zielińska
liczba stron: 512




„Potrzebuję miejsca, gdzie znowu będę mógł swobodnie oddychać. Czasem myślę, że niewiele brakuje, abym zupełnie się rozsypał. Tam skończy się to całe gówno, przestaną mnie dręczyć wspomnienia. Ja to wiem. Właśnie tego nam potrzeba. Wrócą dobre dni. To Wietnam zrobił ze mnie popaprańca”. Wielu weteranów wojennych myślało w podobny sposób. Po traumatycznych przeżyciach większość żołnierzy nie mogła sobie poradzić w codziennym życiu. Ernt Allbright jest ruiną człowieka. Męska duma nie pozwala mu ubiegać się o rentę inwalidzką, dlatego ima się różnych prac. Niestety problemy z alkoholem nie pomagają mu w stabilizacji. Najbardziej przez to cierpi żona Cora i 13-letnia córka Leni. Ernt ciągle traci pracę, a one muszą przenosić się z miasta do miasta. Okazja nadarza się kiedy Ernt odziedziczył dom na Alasce. Od razu podejmuje decyzję, że się tam przeniosą, bo to jedyna szansa dla niego na powrót do normalności. 

Na początku rodzina była zaskoczona malowniczymi krajobrazami. Sama już droga dawała iskierkę nadziei, że tam w magicznej przestrzeni, gdzie pokryte lodowcem góry o ostrych szczytach celują w bezchmurne niebieskie niebo, Ernt odzyska równowagę. Szybko się jednak okazuje, że ta romantyczna bajka, w którą wierzyli, to tylko twarda rzeczywistość. Zamieszkali na skrawku ziemi niedostępnym z wody podczas odpływu, na półwyspie, gdzie żyła garstka ludzi i setki dzikich zwierząt, w miejscu z bezwzględnym klimatem, który potrafił zabić. Tutaj w czerwcu była wiosna, w lipcu lato, w sierpniu jesień, a przez resztę miesięcy panowała zima. Słonce wstawało o dziesiątej, a zachodziło o 16.00. I tak przez 3/4 roku. Tu nie było prądu, bieżącej wody, posterunku policji, centrali telefonicznej, nikogo, kto usłyszałby wołanie o pomoc. 

Cora i Leni szybko przekonały się co oznacza ciężka praca. Ich dom wymagał kapitalnego remontu i trzeba było ciągle gromadzić żywność na zimę. Ale nie to okazało się dla nich największym problemem. Z nadejściem zimy i ciemnościami obejmującymi Alaskę zaczynał pogarszać się stan psychiczny Ernta. Wszelkie inne niebezpieczeństwa, nawet ataki dzikich zwierząt, stały się niczym, w porównaniu z jego napadami agresji. I tak w małej chatce, przykrytej śniegiem, przez osiemnaście godzin nocy, Cora i Leni odkrywają brutalną rzeczywistość alaskańskich nocy. 

Leni stała się zakładniczką klimatu, braku pieniędzy, a przede wszystkim chorej, toksycznej miłości łączącej jej rodziców. Ponadto ojciec ciągle wpajał jej lęk przed światem i utwierdzał ją w przekonaniu, że świat kapitalistyczny jest zły i skorumpowany. Nie zgadzał się na żadne udogodnienia, począwszy od doprowadzenia prądu, trzymaniu zapasów w lodówce, po przebudowę nabrzeża, aby móc zarabiać na turystach. Leni szybko nauczyła się polować, rozpalać ogień za pomocą krzemienia, potrafiła z zawiązanymi oczami złożyć broń i zawsze pod ręką miała plecak przerwania na wypadek wybuchu wojny. Mimo tego surowego wychowania, Lenia pokochała to bezkompromisowe piękno i klimat Alaski. Lekarstwem na jej wielką samotność stała się pasja do fotografii. Za pomocą swojego polaroidu uwieczniała majestatyczne krajobrazy i ludzi z wioski. Innym antidotum okazała się przyjaźń z rówieśnikiem mieszkającym po sąsiedzku. Spędzali ze sobą wieczory, czytali te same książki, rozmawiali o swoich pragnieniach.

Nie ma sensu streszczać dalszej fabuły, ale przepiękna to była opowieść. Jestem nią oczarowana, nie spodziewałam się, że wyzwoli ona we mnie takie emocje. To również historia o tym, w jaki sposób funkcjonuje mała społeczność, która musi liczyć na siebie, bo wpływ państwa jest niemal nieodczuwalny. Opowieść o tym jak pionierska społeczność zderzała się ze współczesnością. Opowieść o bezinteresowności i empatii wobec innych, gdzie dzika przyroda, czyste powietrze i woda dopełniają tej idylli. Ale też o tym, że tak nieokiełznana przyroda może zabić na 100 sposobów, a większość ludzi nie wytrzymuje pierwszej zimy. Alaska ponoć nie kształtuje charakteru - ona go obnaża. Tak było z Erntem, ciemność, mróź, izolacja miała na niego fatalny wpływ. Zatem to też powieść o walce o przetrwanie, szukaniu swojej ścieżki, o walce z demonami z przeszłości. I tylko nieliczni potrafią taką walkę wygrać. Oprócz tego to przecudna opowieść o wielkiej i trwałej miłości, tak ogromnej jak przestrzenie na Alasce i niezmierne morze, które ją otacza. Polecam gorąco! 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

„Powrót na Paros” Vanessa Greene

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 20 czerwca 2018r.
tytuł oryginału: The Beachside Guest House
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
liczba stron: 288






Po greckich wojażach zapragnęłam dalej poczuć się jak wakacjach i przedłużyć sobie śródziemnomorski klimat. Dlatego sięgnęłam po lekką opowieść o kobiecej przyjaźni. Po lekturze Cząstki ciebie i mnie wiedziałam czego spodziewać się po stylu pisania pani Vanessy, a takiego klimatu trzeba mi było po urlopie. 

Fabuła jest tu dość prosta. Trzy brytyjskie przyjaciółki, Bee, Rosa i Iona, postanawiają po latach powrócić na grecką wyspę Paros. Jako osiemnastolatki przyjechały tu na wakacje i spędziły upojny urlop. Z rozrzewnieniem zawsze wspominały beztroski czas spędzony na plaży, nocne kąpiele  w morzu i drinki z wódki popijane z arbuza. Chcąc uciec od problemów na wyspach i trochę niespełnionych oczekiwaniach otwierają nowy rozdział w życiu. Rosa kupuje pensjonat, w którym kiedyś mieszkały, a Bee bierze do pomocy przy odświeżaniu. Wkrótce dołącza do nich Iona. Na miejscu okazuje się, że ich urokliwy pensjonat wcale nie jest już tak uroczy jak 11 lat temu. Popadł w ruinę. Dziewczyny są jednak dobrej myśli i postanawiają przywrócić mu dawną świetność.

Powrót na Paros” to typowo kobieca i lekka lektura. Do przeczytania w dwa wieczory. Sięgając po tego typu książkę nie należy spodziewać się rozbudowanych wątków, pogłębionego rysu psychologicznego postaci, czy też zwrotów akcji. Czyta się szybko, gdyż przeważają tu dialogi. Szczerze, to bywają one trochę infantylne i irytujące, i to zamiłowanie Brytyjczyków do pica herbaty. 
-Napijecie się herbaty, a może coś zjecie? Pewnie miałyście długą podróż.
-Filiżanka herbaty byłaby cudowna.

Takie dialogi przeważają, ale Brytyjki ponoć tak mają. „Powrót na Paros” to lektura na dwa wieczory albo długie leniwe letnie popołudnie. Dobra odskocznia, ale ja już prawie zapomniałam od czym była. I jeszcze mało klimatu greckiego było w tej opowieści, choć wszystko dzieje się przecież w śródziemnomorskim klimacie. 


 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.