czwartek, 13 kwietnia 2017

„13 powodów” Jay Asher

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30.03.2017r.
przekład: Aleksandra Górska
tytuł oryginalny: Thirteen Reasons Why
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 272




Ku przestrodze... dla rodziców.
Mam nadzieję, że te 2,5 miliona egzemplarzy, które sprzedano w Stanach Zjednoczonych trafiło właśnie do rąk rodziców, a nie dzieci. Książka bowiem na pewien sposób promuje samobójstwo. Ostatnimi czasy nastała „dziwna” moda na takie motywy. I tylko czekać jak ziści się samospełniająca się przepowiednia.

Akcja powieści dzieje się w pewnym amerykańskim miasteczku, gdzie mamy okazję poznać grupę nastolatków. Zepsutych nastolatków. I porównując ich choćby do bohaterów z kultowego niegdyś serialu „Beverly Hills 90210”, gdzie można było śledzić rozterki miłosne „typowej amerykańskiej młodzieży”, bohaterowie „13 powodów” mają zupełnie inne priorytety w życiu. Najważniejsze dla nich są dwie rzeczy: wizerunek i uznanie. Całe zatem życie kręci się wokół takich spraw: jak wyglądam, czy ktoś mnie zauważył, czy wyraził uznanie, czy polajkował moje zdjęcia, ile mam przyjaciół, czy jestem na szczycie rankingu. Tak, tak ranking to ważna sprawa dla amerykańskich nastolatków. Tworzone są sztucznie w szkole i nie mają nic wspólnego z wynikami w nauce, czy sukcesami w sporcie. Rankingi w stylu „najlepsza dziewczyna (używam eufemizmu) w szkole”, „najseksowniejsza dziewczyna”, „najtrudniejsza do zdobycia” i tak dalej. Oczywiście priorytetem jest znaleźć się na szczycie zestawienia.

Bohaterem książki jest Clay Jensen, który wraca do domu ze szkoły i przed drzwiami znajduje dziwną paczkę. W środku jest kilka taśm magnetofonowych nagranych przez Hannah, koleżankę z klasy (bohaterka główna w powieści), która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. Dziewczyna wyjaśnia, że istnieje trzynaście powodów, dla których zdecydowała się odebrać sobie życie. Clay jest jednym z nich i jeśli wysłucha nagrania, dowie się dlaczego. Chłopak przez całą noc chodzi po mieście, a za przewodnika służy mu głos Hannah. Staje się świadkiem jej bólu i osamotnienia, a przy okazji poznaje prawdę o sobie i otaczających go ludziach, której nigdy nie chciał stawić czoła. I co? Nic tylko brać przykład, gdyż spektakularne samobójstwo z pewnością będzie zauważone. Nie, oczywiście, że nie. Mam nadzieję, że wszyscy zadają sobie z tego sprawę, a takie myślenie jest złudne. A Hannah żadnych powodów nie miała, najważniejsze było dla niej to, żeby wszyscy dowiedzieli jak się czuje i to, że żeby wszyscy poznali osoby, które ją ignorowały. Przecież można to zrobić na szereg innych sposobów.

Książka nie jest łatwa w odbiorze, można powiedzieć, że męczy. Wszystkie te wywody są bardzo infantylne. Innym przerażającym motywem jest tu komplety brak zainteresowania ze strony rodziców. Wszyscy występujący bohaterowie mają przecież rodziny, matki, ojców, ale oni są nieobecni w ich życiu. Do tego stopnia, że matka nie zauważa zmiany fryzury w córki - dokładnie obcięcia długich włosów na bardzo krótkie. I wystarczyć powiedzieć rodzicom, że ma się zrobić projekt do szkoły i trzeba nocować u kolegi bądź koleżanki. A wtedy już droga otwarta do całonocnych imprez, okrapianych dużą ilością alkoholu, narkotyków, przypadkowych kontaktów seksualnych i rozbijania się po mieście samochodami, gdyż nastolatkowie nawet do przyjeżdżają do szkoły drogimi autami, a co dopiero na imprezę. Zero kontroli, zero zainteresowania, zero sprawdzania ocen w szkole, zero najmniejszych rozmów. Nieletni bohaterowie mogą robić co chcą i kiedy tylko mają ochotę.

Podsumować można tylko w jeden sposób. O temora! O mores! Przerażające jeszcze jest to, że na podstawie książki powstaje serial. I znowu będzie pożywka dla masochistycznych nastolatek, które może w podobny sposób chciałby „zaistnieć. Zatem mam nadzieję, że Polsce książkę przeczytają rodzice. Może niektórym da to coś do myślenia. Choć śmiem twierdzić, że u nas w kraju, taki typ rodziców, jak w Stanach, jest rzadkością.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

sobota, 1 kwietnia 2017

„Dwoje do pary” Andy Jones

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: luty 2017
tytuł oryginału: The Two of Us
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 326






Książka pana Jonesa zbiera dość dobre recenzje. Mnie niestety rozczarowała i to z kilku powodów. Po pierwsze - nie gustuję w takiej literaturze, choć zdarza mi się czytać podobne pozycje i wśród nich znajduję perełki. Ta perełką nie jest. Po drugie - sam tytuł - według mnie - jest nietrafiony. „Dwoje do pary” sugeruje, że będzie to opowieść o miłości dwojga ludzi. Tymczasem są to wywody i refleksje jednego z bohaterów. Fakt, że opowiada on o swoim związku, ale nijak ma się to do tytułu. I po trzecie - sama fabuła. Brak tu jakiejkolwiek konstrukcji, bo coś najważniejszego dzieje się  na ostatnich 10 kartkach książki, a wszystko wcześniejsze było jakby wprowadzeniem, a potem cała historia się kończy. Ale może po kolei.

Fisher (główny bohater i narrator zarazem) zajmuje się produkcją filmową, reżyseruje reklamy telewizyjne. Poznajemy go w momencie, kiedy to zabiera swoją nową dziewczynę Ivy w odwiedziny do rodziny. Praktycznie sam nic o niej nie wie. Znają się od niedawna, ale Fisher czuje, że jest to ta jedyna. Parę dni później okazuje się, że Ivy jest w ciąży. I oczywiście poczucie obowiązku, może i również wewnętrzne przeczucie, każe Fisherowi związać się z Ivy na stałe. Cała fabuła skupia się więc na okolicznościach ciążowych, czyli na tym, jak to mężczyzna musi przerwać te 9 miesięcy. Fisher ma różne dylematy i wysuwa przeróżne refleksje, raz jest w pełni szczęśliwy, a raz zdruzgotany. Fakt, że z tych wywodów można wywnioskować, że Fisher jest spoko gościem, takim, co ze świecą szukać, ale poznajemy to z punktu widzenia jego samego. Niemniej jednak poza rozterkami głównego bohatera żaden inny wątek nie jest wyostrzony.

Zatem jeśli ktoś lubi opowieści w stylu – „codzienne życie z męskiego puntu widzenia”, to książka może się spodobać. Fisher ma zdrowe podejście po pewnych spraw, zatem co niektórzy mogliby brać przykład. Mnie całość niestety nie poruszyła ani nie wzruszyła. Ale może ja jestem już nieczuła.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

niedziela, 19 marca 2017

„Problem trzech ciał” Cixin Liu

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.03.2017r.
tłumaczenie: Andrzej Jankowski
tytuł oryginału: The Three-Body Problem
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 456



Książka, którą czytał prezydent Barack Obama z pewnością przyciąga uwagę. Tym bardziej, że nie brakuje innych wybitnych nazwisk i czasopism, które ową książkę polecają. Najpierw jednak parę słów o autorze, ponieważ sam pisarz również wydaje się interesujący

Cixin Liu (zgodnie z chińskimi zasadami najpierw podaje się nazwisko) urodził się w 1963 roku w Yangquan w prowincji Shanxi w Chinach. Opublikował ponad 20 powieści i antologii z gatunku hard science fiction. Otrzymał 9 nagród Yinhe, najbardziej prestiżowego wyróżnienia dla chińskojęzycznych twórców fantastyki naukowej.

Akcja powieści zaczyna się w roku 1967. W tym czasie, w Chinach, trwa rewolucja kulturalna. Poznajemy młodą dziewczynę, Ye Wenjie, córkę wybitnego fizyka, którego zamordowali czerwonogwardziści. Wenije pracuje przy wycince drzew. Pewnego dnia zostaje przyłapana na czytaniu książki, z której „wzięła broń intelektualną, której mogła użyć do ataku na socjalizm”. Całą historia z książką jest oczywiście wynikiem donosu, jakiego dopuścił się jej kolega z pracy. Ye Wenjie zostaje aresztowana, osądzona i wysłana na kurs ideologiczny. Ratunkiem dla dziewczyny okazuje się jej wykształcenie. Dzięki niemu dostaje drugą szansę. Zostaje włączona do tajnego projektu wojskowego "Czerwony Brzeg". Cała jego misja polega na wysyłaniu sygnałów w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Ye Wenjie ma spełnić tylko jeden warunek - musi w nim pozostać do końca swojego życia.

38 lat później pewien ekspert od nanomateriałow, Wang Miao, dostaje propozycję zbadania przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków pracujących przy akceleratorach cząstek w „Czerwonym Brzegu”. Podczas prac natyka się na bardzo tajemniczą, wirtualną grę „Trzy Ciała”. Grając w nią doświadcza dziwnych i niewyjaśnionych zjawisk. Na każdym poziomie gry Wang Miao spotyka się z przeróżnymi teoriami i hipotezami. Jednak przejście do kolejnego etapu wymaga ogromnej wiedzy naukowej. Okazuje się, że „Trzy ciała” to nie tylko druga rzeczywistość, a sama gra stanowi ważną część normalnego życia. Fizyka nie istnieje i nigdy nie istniała. Wszelkie prawa w przyrodzie leżą w gruzach. Teoria trzech słońc zaczyna zagrażać. Era stabilizacji przechodzi w erę chaosu. Na świecie przetrwał tylko zarodek cywilizacji. Zakiełkuje ona ponownie w innym wymiarze. Wystarczy jednie się zalogować… Zalogować się w przyszłość. 

Książka Cixin Liu to istotnie hard science fiction. Czytając ją trzeba mieć minimalne pojęcie o fizyce i rządzących nią prawach. Choć autor najważniejsze teorie wyjaśnia w przypisach na dole. Co jest bardzo pomoce, szczególnie dla humanistów. Tytułowemu problemowi autor poświęca sporo miejsca, w drugiej części książki. Tym samym jest ona najobszerniejsza. Mnie bardziej podobała się część I i II, gdzie obserwujemy życie Ye Wenjie. Świetnym wątkiem był kontakt z cywilizacją pozaziemską Trisolaris. „Ten świat otrzymał wysłaną przez was wiadomość. (…) Jeśli odpowiecie, od razu zostaniecie zlokalizowani. Wasza planeta stanie się celem inwazji. Wasz świat zostanie podbity! Nie odpowiadajcie! Nie odpowiadajcie! Nie odpowiadajcie!!!”.

Która cywilizacja okaże się na wyższym poziomie? Co ma do zaoferowania kultura triosolariańska? Czy postęp technologiczny na Ziemi zostanie zahamowany? Oczywiście te pytania pozostawiam bez odpowiedzi. „Problem trzech ciał" to wyjątkowe połączenie spekulacji naukowych i filozoficznych oraz kosmicznych teorii spiskowych. A tak jak napisał Barack Obama: „Imponująca rozmachem ucieczka od rzeczywistości. Dała mi odpowiednią perspektywę w zmaganiach z Kongresem – nie musiałem się przejmować, wszak kosmici mieli najechać na Ziemię!”. Nic dodać, nic ująć. Przy czytaniu rzeczywiście wszelkie przyziemne, codzienne problemy schodzą na drugi plan, ponieważ Nasza Planeta jest tylko maleńkim punkcikiem na mapie Wszechświata, który można zlikwidować w jednej sekundzie jednym przyciskiem. „Teraz cel jest taki: Kierujcie się ku gwiazdom, znajdziecie nowy dom. Zapraszamy cię do ponownego zalogowania”. Polecam gorąco. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 12 marca 2017

„Sztorm” Frode Granhus

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 28 września 2016
tytuł oryginału: Stormen
tłumaczenie: Katarzyna Tunkiel
okładka: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 320 



Reine to mała wioska rybacka położona na wyspie Moskenesøya w norweskim archipelagu Lofotów. Tutaj majestatycznie szczyty gór kontrastują z malutkimi zabudowaniami, a wysokie, spienione fale morza rozbiją się o liczne klify i fiordy. Bez wątpienia to malownicze, piękne, ale przede wszystkim, dzikie miejsce, gdyż przyroda nie zna tu litości. Pogoda też bywa okrutna, a morze przez lata dawało... i zabierało. Do częstych sztormów oraz huraganów mieszkańcy przywykli i wiedzieli, jak mają się wtedy zachowywać. 

W takiej scenerii dzieje się akcja powieści „Sztorm” norweskiego pisarza Frode Granhusa. To drugi tom cyklu, ale spokojnie można czytać część drugą, ponieważ całość łączy jedynie postać śledczego Rinego Carlsena. Mamy zatem kolejnego policjanta, który będzie wykorzystywał wszystkie swoje atuty, aby podołać zadaniu. Posada na idyllicznych Lofotach wydawała się Rinemu nowym rozdziałem w życiu. Niestety już w pierwszych dniach pracy miał ręce pełne roboty. Pod skałami, które osunęły się podczas deszczu, znaleziono szkielet z małymi kośćmi palców. Analiza szczątków dowiedzie, że kości noszą znamiona maltretowania. A samo dochodzenie wykaże, że niedawno ciężko poparzony mężczyzna, który uległ wypadkowi w garażu, ma coś wspólnego ze szczątkami chłopca. Kolejny trop prowadzi to pewnej sztormowej nocy, podczas której wydarzył się okrutny wypadek. Śledczy Rino musi zatem poskładać wszystkie elementy układanki. Autor porusza również tu problem zła i przemocy w małych miejscowościach. Gdzie wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt nie reaguje. Ludzie udają, że nie widzą tragedii i zajmują się swoimi sprawami. Nikt nie reaguje na maltretowanie dzieci, na problemy sąsiadów.

Jednak najlepszym motywem w książce jest sam sztorm. Nadciąga nad Lofoty powoli, ale czuć zbliżające się niebezpieczeństwo. Potem osiąga punkt kulminacyjny, gdzie do swojego wiru wciąga wszystko i każdego, aby na koniec pozostawić wyspy w spokoju.

Kiedy zbliża się sztorm, ludzie przeżywają niepokój. Rozdrażnieni mogą kwestionować porządek świata i sensowność wszelkich działań. Kiedy wreszcie nadchodzi, chowają się do domów i czekają aż minie. Obawiają się jego niszczycielskiej siły. Grzmotów, wycia wiatru, huku wody. Koniec świata wydaje się wtedy bliski. Lecz kiedy sztorm odchodzi, świat jest jak nowy. Błyszczący, słoneczny, czysty i pełen nadziei. Morze niektóre rzeczy zabiera ze sobą, inne wyrzuca na brzeg. Dzięki niemu umiemy spojrzeć na stare sprawy nowymi oczami. Zaakceptować jedne zmiany, odważyć się zrobić nowe rzeczy. Problemy sprzed burzy nabierają właściwych i nowych znaczeń, a niektóre przestają po prostu istnieć.

I tak po części dzieje się z fabułą w książce. W wir sztormu wpadają bohaterowie kryminału. I kiedy będzie już po wszystkim, niektóre sprawy zostaną zmyte z powierzchni, niektóre nabiorą innej perspektywy, a inne po prostu dadzą nadzieję na alternatywne rozwiązanie.

„Sztorm” to przyzwoicie napisany kryminał. Fabuła skonstruowana jest misternie, zagadka wcale nie okazuje się taka oczywista, a zakończenie zaskakuje. Jednak trudno będzie norweskiemu pisarzowi przebić się przez takie nazwiska, jak choćby Stieg Larsson, Camilla Läckberg, czy Mons Kallentof. Bo na tle książek tych autorów, kryminał pana Frode Granhusa wypada dość słabo. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


środa, 8 marca 2017

„Cząstka ciebie i mnie” Vanessa Greene

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 02.03.2017r.
tytuł oryginału: The Little Pieces of You and Me
tłumaczenie: Grażyna Woźniak 
oprawa: okładka miękka
liczba stron: 288

                    
Zostać lekarzem.
Wystąpić na Broadwayu.
Ukończyć triatlon.
Obejrzeć zorzę polarną.
Nauczyć się robić czekoladę w Paryżu. 
Obejrzeć zachód i wschód słońca jednej nocy 
Nauczyć się akrobacji na traperze. 
Uszyć kołdrę ze skrawków. 
Nauczyć się tańczyć tango.


Każdy człowiek ma marzenia i cele. Szczególnie, gdy się jest młodym i jeszcze o nic nie trzeba się martwić. Listę takich celów zrobiły sobie dwie bohaterki książki Vanessy Greene – Isla i Sophie. Z biegiem czasu zapomina się o zamierzeniach, które chce się osiągnąć. Te młode kobiety jednak nie zapominały. I choć każdej życie ułożyło się na inny sposób, gdzieś tam na dnie serca zostało wspomnienie niezrealizowanych marzeń.

Isla – wyjechała do Amsterdamu i realizowała się jako aktorka, występowała na scenie i miała stałą grupę przyjaciół. Natomiast Sophie została w Anglii. Wyszła za mąż za swojego wykładowcę ze studiów. Liam był sporo straszy od niej i aby się z nią związać musiał najpierw rozwieść się ze swoją pierwszą żoną. Dlatego rodzina Sophie odsunęła się od niej, potępiając jej decyzję. Jednak Sophie czuła się spełniona i świetnie realizowała się jako żona. Do pełni szczęścia brakowało jej tylko rad przyjaciółki i wspólnych spontanicznych wypadów.

Takie spokojne życie nie trwa niestety wiecznie i pewnego dnia życie obu kobiet zmienia się zupełnie niespodziewanie. Isla zakochuje się ze wzajemnością, a sztuka, w której gra, ma być wystawiona na Broadwayu. Isla nie posiada się z radości, jednak parę dni później lekarze diagnozują u niej stwardnienie rozsiane. Choroba niestety niweczy jej plany, zarówno zawodowe, jak i miłosne. Kobieta, szukając wsparcia, wraca do Anglii, do matki i Sophie. Tymczasem w małżeństwie Sophie zaczynają sypać się fundamenty. Okazuje się, że Liam jest mężczyzną, który stereotypowo chce sobie zrekompensować „kryzys wieku średniego”.

Islę i Sophie czeka wiele trudnych decyzji i niepewna przyszłość. Wprawdzie mogą liczyć na siebie, ale czy sama przyjaźń wystarczy? Czy kobiety są w stanie zrealizować swoje marzenia i plany ze studiów? „Cząstka ciebie i mnie” to typowo kobieca i lekka lektura. Do przeczytania w dwa wieczory. Sięgając po tego typu książkę nie należy spodziewać się rozbudowanych wątków, pogłębionego rysu psychologicznego postaci, czy też zwrotów akcji. Czyta się szybko, gdyż przeważają tu dialogi. Szczerze, to bywają one trochę infantylne i irytujące, bo dwie trzydziestoletnie kobiety rozmawiają ze sobą jak gimnazjalistki. Dzwonią do siebie i opowiadają o wrażeniach po pocałunku z mężczyzną. Albo najpierw Sophie rozmawia z mężem na dany temat, a potem rozmowę z mężem streszcza swojej przyjaciółce, bądź odwrotnie – opowiada mężowi o wcześniejszej konwersacji z Islą. Ale być może tak się pisze tego rodzaju powieści, ja nie czytam dużo literatury typowo kobiecej, zatem może się nie znam. Niestety autorka nie skupiła się bardziej na problemie choroby, jej skutkach, na codziennym funkcjonowaniu, bo z pewnością jest to temat bardzo poruszający. I chyba tego tu zabrakło. Pisarka natomiast skupia się głownie na wątku przyjaźni między kobietami, na ich wzajemnej relacji. Trochę szkoda.

Niemniej jednak „Cząstka ciebie i mnie” to dość przyjemna lektura. Nie żal tych dwóch wieczorów, choć ja za takimi książkami nie przepadam. Czasem warto zrobić sobie „odskocznię” i przeczytać coś mniej wyszukanego stylistycznie. Z pewnością plus należy się też za okładkę. Jest uroczo-kojąca. I tak - jak zapowiada rekomendacja na tylnej stronie okładki – podnosząca na duchu powieść o starych przyjaźniach i nowych początkach.    


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

poniedziałek, 6 marca 2017

„Listy do pałacu” Jorge Díaz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.03.2017r.   przedpremierowo 
tytuł oryginału: Cartas a Palacio
tłumacz: Barbara Jaroszuk
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 480





„Kolor czarny oznacza, że poszukiwana osoba nie żyje. Biały, że została zlokalizowana i że trwają rozmowy mające na celu umożliwienie jej kontaktu z bliskimi. Czerwony, że na razie nic nie wiadomo”. Tak oznakowana była dokumentacja w Urzędzie do spraw Ochrony Jeńców. W urzędzie, który powstał z inicjatywy hiszpańskiego króla Alfonsa XIII podczas I wojny światowej. A wszystko zaczęło się od listu małej Francuzki, która prosiła hiszpańskiego monarchę o pomoc w odnalezieniu brata. O dziwo, bardzo szybko udało się odnaleźć młodego chłopca, a to spowodowało lawinę wydarzeń i powołanie sztabu ludzi, aby służył pomocą więźniom, uciekinierom i innym ofiarom wojny. 

Wprawdzie Hiszpania, jako państwo neutralne, nie brała czynnego udziału w wojnie ani też nie opowiedziała się formalnie za żadną ze stron, ale zobowiązana była do sprawdzania, czy warunki w obozach jenieckich obu stron konfliktu spełniają wymogi konwencji haskich, zgodnie z którymi jeńcom należy się dobre traktowanie. Zatem hiszpańskie ambasady organizowały wizytacje w obozach, a następnie przedstawiały odpowiednie raporty. 

Zanim jednak poznamy codzienność pracy w Urzędzie Ochrony Jeńców, Jorge Díaz przedstawia czytelnikom bohaterów. Mamy rok 1914. W Europie robi się niespokojnie. Wszyscy spodziewają się nieuniknionego konfliktu. W Sarajewie ginie arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg i konflikt wybucha, jest to powód do wypowiedzenia wojny. My jesteśmy jednak w Hiszpanii, gdzie życie toczy się w miarę normalnie. Blanka Alerces, córka bogatego markiza, w ostatniej chwili odwołuje swój ślub i zostawia pana młodego przed ołtarzem (ma dziewczyna odwagę, to trzeba przyznać). Gonzalo - brat najlepszej przyjaciółki Blanki - zostaje wyrzucony z domu przez ojca z racji swojej odmienności seksualnej. W innej części Madrytu młodzi anarchiści zaczynają spiskować przeciwko królowi, chcą obalenia monarchii, tyle że nie zgadzają się co do metod działania. Manuel – choć stawia na edukację, a nie na walkę zbrojną, to jasno wyraża swoje anarchistyczne poglądy. Tymczasem król Alfons XIII i jego najlepszy przyjaciel Alvaro Giner korzystają ze wszelkich rozrywek i uciech, jakie można w Madrycie odnaleźć. Natomiast gdzieś dalej ludzie odczuwają już skutki wojny. Doświadcza ich młoda Cyganka z Sewilli, Carmen, która w ciąży musi opuścić rodzinne miasto, gdyż jej mąż Francuz został powołany do wojska.

Losy Blanki, Manuela, Gonzala, Alvara, Carmen, jak i innych osób z ich otoczenia w pewnym momencie stykają się ze sobą. Każdy z bohaterów na swój sposób będzie musiał odczuć konsekwencje wojny. I choć historia każdego z nich potoczy się inaczej, to wszyscy będą musieli zmagać się z trudnościami życia w ciężkich czasach. Na początku powieść jest dość chaotyczna. Przez pierwsze 150 stron poznajemy codzienne życie bohaterów, ich emocje, dylematy, obawy. Niektóre postacie trochę się mieszają, a wątki są niespójne. Dlatego powieść może początkowo nużyć. Poza tym Jorge Díaz swoją narrację prowadzi w czasie teraźniejszym. I gdy w przypadku skandynawskich kryminałów taki zabieg jest jak najbardziej trafny, to tutaj wypada średnio. Dopiero w trakcie czytania wydarzenia się zazębiają i wszystko staje się jasne oraz klarowne. 

Ogromny plus dla autora za bardzo realistyczne przedstawienie życia społeczeństwa podczas zmagań wojennych. Wpływu tych zmagań na egzystencję zwyczajnych obywateli. Choć Hiszpanie nie musieli walczyć na frontach, nie ulega wątpliwości, że ich znajomi, bliscy (najczęściej mąż lub żona) przeżywali dramaty. Poza tym wojna ma również inne oblicze, które nie wyziera z oficjalnych raportów o stratach. Ile rodzin się rozpadło, choć nikt w nich nie zginął? Ile par się rozstało? Ile dzieci nie pozna swoich ojców, gdy wrócą po latach? Ilu mężczyzn zastanie w domu potomstwo, którego się nie spodziewa? 

Przyznaję, że nie wiedziałam o pewnych faktach z historii powszechnej. Mało kto chyba zdaje sobie sprawę z tego, że taki Urząd Ochrony Jeńców w ogólne istniał i tak prężnie prosperował. Król Alfons XIII jest tu przedstawiony jako bardzo empatyczna postać. Przejmuje się każdym przypadkiem zaginionego żołnierza i cieszy się niezmiernie, jeśli uda się kogoś odnaleźć. Sam nie stroi od wszelakich rozrywek, ale ma poczucie ogromnej odpowiedzialności za państwo i zwykłych obywateli. I choćby ze względu na taką postać, książkę warto przeczytać. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że większość wydarzeń to fikcja literacka, a sama kreacja króla jest nieco „ocieplona”, ale bardzo przyjemnie się to czytało. 

Polecam, idealna propozycja na weekend. Książka o trudnych i odważnych wyborach, o codziennym życiu zwykłych ludzi, w czasach, gdzie cały świat się zbroił i walczył oraz o poświęceniu w imię miłości. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


***



Jorge Díaz
urodził się w Alicante w 1962 roku. Jest pisarzem, dziennikarzem i scenarzystą telewizyjnym. Twórca i koordynator scenariusza serialu Hospital Central, jednego z największych hitów filmowych w Hiszpanii. Listy do Pałacu to jego trzecia powieść.



czwartek, 23 lutego 2017

„Sala balowa” Anna Hope

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 15 marca 2017r. przedpremierowo
tytuł oryginału: The Ballroom
tłumaczenie: Małgorzata Szubert
oprawa: miękka
liczba stron: 304





„Brytyjska wersja Lotu nad kukułczym gniazdem” - tak o książce Anny Hope napisał dziennik Times. I rzeczywiście tak jest. Tematyka jak najbardziej zbieżna, czyli opowiada o zniewoleniu oraz tęsknocie za wolnością.

W brytyjskiej wersji jest to zakład dla obłąkanych Sharston, położony na skraju wrzosowisk w Yorkshire. Jest to miejsce fikcyjne, wymyślone na potrzeby fabuły książki. Jednakowoż autorka zainspirowała się innym rzeczywistym zakładem dla psychicznie chorych High Royds Hospital w miejscowości Menston. To właśnie tam przebywał na początku XX wieku pradziadek autorki - John Mullarkey, Irlandczyk z pochodzenia. To losy pradziadka Johna stały się dla Anny Hope kanwą do napisania powieści. 

Mamy zatem roku 1911. Od razu poznajemy trzech głównych bohaterów. Ella – to młoda kobieta, która została przyjęta do Sharston, gdyż w fabryce, gdzie pracowała jako prządka, wybiła szybę w pomieszczeniu. Chciała tylko zaczerpnąć świeżego powietrza. Niestety było to niezrozumiałe zachowanie dla pracodawcy zakładu i za jej „gwałtowne usposobienie” została skierowana na leczenie. Drugi bohater to John. Imigrant z Irlandii. Dobrze zbudowanego i umięśnionego mężczyznę przeniesiono tu z przytułku dla ubogich. Mamy jeszcze trzeciego bohatera doktora Charlesa, który w zakładzie pełni funkcję pierwszego asystenta doktora. 

Pensjonariusze zakładu sami pracują na swoje utrzymanie. Kobiety sprzątają, szorują podłogi, piorą, przygotowują posiłki, natomiast mężczyźni pracują w polu, kopią ziemię, sadzą drzewa i warzywa. Zgodnie z ideą zakładu, że pacjenci muszą być samowystarczalni. Jedzą wprawdzie świeże warzywa, ale sami muszą je najpierw wyprodukować. Zaś w piątkowe wieczory mieszkańcy zakładu mogą uczestniczyć w wieczorkach tanecznych i słuchać muzyki klasycznej. To zasługa doktora Charlesa, który umila czas pacjentom grając im na skrzypcach lub na fortepianie. Nie robi to niestety z dobroci serca. Te wieczory muzyczne odbywające się na sali balowej mają utwierdzić go w jednym przekonaniu. 

Jak nie trudno się domyślić między Ellą i Johnem rodzi się uczucie. I praktycznie cała fabuła skupia się wokół tego wątku. Cały ich związek oczywiście nie może wyjść na jaw, młodzi muszą się ukrywać i potajemnie spotykać. I szczerze - ja niespecjalnie lubię takie powieści obyczajowe, gdzie praktycznie nic się nie dzieje. A cała fabuła skupia się odczuciach bohaterów, ich tragicznej sytuacji życiowej i niesprawiedliwości losu. Bo się kochają, a nie mogą być razem. Takie to błahe, tandetne i mało oryginalne. Na szczęście autorka zadbała o jeszcze jeden wątek. Doktor Charles początkowo jest zwolennikiem teorii, iż ciężka praca, odpowiednia opieka medyczna i obcowanie z muzyką może sprawić, że ludzie stają się lepsi. Z biegiem czasu dochodzi do wniosku - patrząc właśnie na pacjentów zakładu - że degeneracja społeczeństwa przybiera większe rozmiary i pojawia się groźba, że unicestwi ona społeczeństwo. Należy zatem powstrzymać reprodukcję osobników, którzy żyją w ubóstwie. Inaczej mówiąc jest zwolennikiem sterylizacji i eugeniki. 

Zaskoczyła mnie ta informacja. Nie wiedziałam, że w Brytanii był obecny ruch eugeniczny. Entuzjastycznie do tego pomysłu podchodził nawet ówczesny minister spraw zagranicznych, Winston Churchill, a zwolenników sterylizacji było bardzo dużo, szczególnie w kręgach politycznych. Uchwalono nawet ustawę o upośledzonych umysłowo, która pozwalała, aby osoby słabe umysłowo” poddawane były segregacji

Podsumowując - jeśli ktoś lubi powieści z tragiczną miłością i kochankami, którzy nie mogą się połączyć, to „Sala balowa” jest idealną propozycją. Nie będą rozczarowani również fani książek obyczajowych oraz tacy, którzy lubią wątki o problemach społecznych. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


środa, 22 lutego 2017

„Istota zła” Luca D’Andrea

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
data wydania: 08.11.2016r.
lektor: Tomasz Sobczak
tłumacz: Stefan Kasprzysiak
tytuł oryginału: La sostanza del male
nośnik: audiobook CD - mp3
długość nagrania: 13 godz. 34 min






1400 metrów nad poziomem morza, dookoła lasy, piętrzące się góry i miasteczko wrośnięte w skałę. Pejzaż jak z widokówki. Piękny, dziewiczy krajobraz z dala od cywilizacji. Siebenhoch w Południowym Tyrolu. Do tego właśnie włoskiego miasteczka przyjechał, z żoną i 5-letnią córką, Jeremiasz Salinger (główny bohater). Zostawił za sobą Nowy Jork, miasto tętniące życiem, przepychem, bogactwem i rozrywką. To tutaj, w rodzinnej wiosce żony, miał znaleźć upragniony materiał do kolejnego filmu, tym razem prezentującego pracę ratowników górskich. Cała rodzina od początku zachwycona jest klimatem, krajobrazem, jak i gościnnością mieszkańców. Szczególnie, że ciepło przyjął ich teść Jeremiasza, który udostępnił im komfortowy dom z cudownym widokiem na góry. 

Jednak ten niezmącony spokój pewnego dnia zagłusza wypadek, w którym Jeremiasz o włos unika śmierci. Giną jego towarzysze-ratownicy górscy, a u Salingera lekarze stwierdzają zespół stresu pourazowego. Od tej pory, męczony przez ataki paniki i obsesje, stara się zająć czymś myśli i stłumić uczucia. Lekarstwem dla niego staje się sprawa sprzed trzydziestu lat, którą postanawia wyjaśnić. Bo jak sam twierdzi - chce jeszcze dowieść, odkryć, że może i potrafi coś odkrywać. W roku 1985, w wąwozie Bletterbach, doszło do okrutnej zbrodni. Znaleziono zmasakrowane ciała trzech młodych ludzi. Ludzi, którzy znali góry jak własną kieszeń. Zagadkę, tak wstrząsającego zabójstwa, nigdy nie rozwiązano. Czy to właśnie Salinger ma szansę ją rozwikłać? I czy zamiana jednej obsesji na inną może mu w czymkolwiek pomóc? I co z tym wszystkim ma wspólnego jaekelopterus rhenaniae - ogromny prehistoryczny potwór, skrzyżowanie pająka i skorpiona, największy stawonóg jaki istniał w naturze. A i nisza ekologiczna, czy ktoś wie co to jest?

Okazuje się, że wąwóz Bletterbach to miejsce przeklęte. Znikali tu pasterze, drwale opowiadali historyjki o dziwnym świetle, a dawno, dawno temu, zamiast wieszać na szubienicy czarownice, wrzucano jej żywcem do wąwozu. I nawet jeśli ktoś uważał to wszystko za wymysły i zabobony, to w najbardziej absurdalnej legendzie jest jednak jakieś źdźbło prawdy.

Zaskoczyła mnie ta powieść, zaskoczył mnie autor. Bo cóż tam Włosi wiedzą o kryminałach? A jednak. Chylę czoła przed pisarzem. Doczytałam trochę o jego życiorysie. Luca D’Andrea jest autorem fantasty dla młodzieży Wunderkind. Jednak popularność zdobył stworzeniem scenariusza do serialu obyczajowego Mountain Heroes, przybliżającego historię życia i akcji ratowników górskich w Dolomitach. Sukces serialu zainspirował młodego artystę do napisania „Istoty zła”, thrillera, który stał się hitem Targów Książki w Londynie. Przed premierą we Włoszech ponad 30 wydawców z całego świata wykupiło prawa do publikacji. Największe wytwórnie filmowe prowadzą rozmowy w sprawie ekranizacji powieści. Mimo wielkiego sukcesu D’Andrea nadal bardziej myśli o sobie jako o czytelniku, niż o pisarzu na pełnym etacie. Wśród ulubionych autorów wymienia: Stephena King, Jo Nesbo, Jeana-Christophe’a Grangé, Jefferya Deavera, Richarda Mathesona, Stiega Larssona, Cormaca McCarthy’ego, Giorgioa Falettiego, H.P. Lovecrafta. Istotnie - czytając (słuchając) powieść najbardziej widać tu wpływ Stiega Larssona i jego Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” oraz Stephena Kinga i Jefferya Deavera.

Nie jest to typowy kryminał, nie ma tu szybkiej akcji i walki z czasem. Jednak cała historia, zbrodnia mrozi krew w żyłach, jest na tyle przerażająca, że wdziera się do umysłów i... pożera, jak bestia. Cała zagadka intryguje, choć jest sporo momentów rozprężenia, poznajemy wtedy przeszłość Salingera oraz pozostałych bohaterów. Wszystko po to, aby kolejne elementy układanki złożyć na końcu w całość, gdyż czytelnik (słuchacz) nie domyśla się rozwiązania. Klasycznie, ale bardzo sprawie i zaskakująco. Znajdziemy tu więc elementy gatunkowe i kryminału, i horroru, i powieści psychologicznej. Postacie są znakomicie dopracowane, takie z krwi i kości, ze swoimi słabościami i obsesjami. Poza tym mroźna sceneria, skute lodem góry, osamotnienie, pustka, szaleństwo i głos bestii. Tylko do końca nie wiadomo kto jest bestią, czy prehistoryczny skorpion, czy okrutny morderca, czy sama natura, czy może wreszcie głos wewnętrzny każdego z nas. I czy przed taką bestią istnieje ucieczka?

Wreszcie na koniec parę słów o lektorze, gdyż ja miałam przyjemność wysłuchać wersji audio. I istotnie była to przyjemność dla ucha. Pan Tomasz Sobczak po raz kolejnym udowodnił, że jest profesjonalistą. Czytał momentami przerażająco, a momentami ujmująco. Wręcz wzruszająco, gdyż jest to również powieść o tacierzyńswie. W cudownym sposób pan Tomasz wczuł się w rolę ojca 5-letniej córeczki. To też powieść o rozterkach żonatego mężczyzny i o poczuciu jego odpowiedzialności. Polecam, to idealna powieść na zimowo-wiosenne wieczory, gdzie za oknem nocą deszcz i śnieg siecze o szyby, a rano przebijają się promyki słońca. Natomiast mroźne i skute lodem piętrzące się góry można sobie jedynie wyobrazić, bądź pooglądać zimowe widokówki. 


  Za egzemplarz dziękuję Bibliotece Akustycznej.


niedziela, 19 lutego 2017

„Łowcy ognia” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.02.2107r.
przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginalny: Eldjägarna
oprawa: całopapierowa z obwolutą
format: 135x215
liczba stron: 320



„Żywioły popychają do zła” - tak jest rekomendowana seria książek Monsa Kallentofta, okrzykniętego nowym królem skandynawskiej powieści kryminalnej. W cyklu ukazały się już „Wodne anioły”, „Duchy wiatru” i „Ziemna burza”. „Łowcy ognia” to czwarta niezależna część inspirowana właśnie czterema żywiołami. 

Według Władysława Kopalińskiego ogień symbolizuje wieczność, pierwiastek podstawowy, praprzyczynę, ciepło, miłość, oświecenie duchowe, piekło, karę, zło, diabelstwo, męczeństwo, ofiarę, prześladowanie, mowę, płodność, płciowość, zapał, zimę, ognisko domowe, ochronę, gościnność. Znaczeń zatem dużo i to dość rozbieżnych. W literaturze ogień jest również często pojawiającym się motywem. W Biblii kojarzony jest bezpośrednio z wyobrażeniami dotyczącymi piekieł i czyśćca, pojawia się w przypowieściach i Apokalipsie św. Jana. To ogień karzący, w którym płoną grzesznicy. W Mitologii greckiej związany jest z postacią Feniksa, odradzającego się przez samozniszczenie oraz z Prometeuszem, który wykrada go bogom i daje ludziom. Ten ogień daje ludziom ciepło i przetrwanie. 

W astrologii ogień to żywioł wybuchowy. Jeśli jednak właściwie będzie się z nimi obchodzić, może być bardzo korzystny. Właściwie wszystkie znaki żywiołu ognia powinny być trzymane pod kontrolą, żeby nikomu nie szkodzić. Mogą być emocjonalnie niestabilne, a jednocześnie bardzo namiętne. I to znaczenie wykorzystuje Mons Kallentoft w swojej najnowszej książce, gdyż prawie wszystkie wykreowane postacie są tu emocjonalnie niestabilne. 

Komisarz Malin Fors zmaga się z własnymi słabościami i obsesjami. Po nocach śnią się jej koszmary, w dzień rzetelnie wykonuje swoje obowiązki, choć z coraz większą ostrożnością. Boi się o bliskich. Ma do rozwikłania dwa morderstwa - młodej imigrantki z Manili, z Azji oraz dziewięcioletniego chłopca. Malin od początku przeczuwała, że dwa zabójstwa coś ze sobą łączy, choć na początku nic na to nie wskazuje. Zwęglone zwłoki kobiety znalezione w lesie i ciało chłopca ukryte w kontenerze. Nie było związku między tym sprawami. 

I tak jak w poprzednich książkach - Kallentoft oddaje głos swoim ofiarom. Mamy monolog chłopca - Lukasa, który stara się naprowadzić policjantów na trop, choć wie przecież, że nikt go nie słyszy. Uzupełnia go głos podpalonej kobiety Michelle, która zastanawia się dlaczego musiała umrzeć. 

Autor, przy okazji rozwiązywania zagadki morderstw, porusza kilka innych problemów społecznych. Przede wszystkim Szwecja jawi się tu jako kraj w rozsypce. Opieka społeczna nie jest właściwa, jej pracownicy myślą raczej o swoich potrzebach niż o zapewnieniu właściwej pomocy potrzebującym, szczególnie dzieciom żyjącym w rodzinach alkoholików. „To wstyd, że społeczeństwo takie jak nasze nie potrafiło zadbać o takiego chłopca”. Inny problem - poruszany wprawdzie przez autora wcześniej - to drażliwy wątek imigrantów. Imigranci z Azji przestawieni są tu jako ludzie szukający lepszego życia. Chcą uczciwie pracować i uczciwie zarabiać. Mają swoje rodziny i dramaty. Są zdeterminowani, gdyż pragną polepszenia swojego bytu. I choć te dwa problemy są przytłaczające i niepokojące, istotne jest to, że ktoś je zauważa, że zauważa je Szwed, który funkcjonował w takim społeczeństwie. Nie brakuje tu również emocji. Każdy z bohaterów chce swoje uczucia wręcz wykrzyczeć. To, co go boli. 

Na końcu trudno też jest ocenić postawy bohaterów, szczególnie sprawców zbrodni. Okazuje się, że niektórzy mieli swoje powody, aby postępować tak, a nie inaczej. Dlatego zawsze trzeba być ostrożnym w wysuwaniu sądów i krytykowaniu postaw. Wydaje mi się, że jest to takie małe przesłanie autora, który chce powiedzieć: „Stop, przebudźcie się wreszcie, nie wzniecajcie niepotrzebnych pożarów”. Troska, wsparcie, bliskość ukochanych osób to powinien mieć zapewnione każdy człowiek - „żeby nie istniało nic oprócz tego ciepła”. Gorąco polecam! 


A tak jest reklamowana cała seria w Szwecji;

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 13 lutego 2017

„Najpierw mnie pocałuj” Lottie Moggach

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 29.02.2017r. przedpremierowo 
Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
tytuł oryginału: Kiss me first
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron:320





Tytuł książki mógłby sugerować, że będzie to powieść o jakiejś romantycznej historii lub melancholijny romans. Nic bardziej mylnego! Debiut Lottie Moggach jest thrillerem i śmiem twierdzić, że jednym z lepszych, jakie ukazały się ostatnio na rynku.  Elektryzująca, niepokojąco klaustrofobiczna i ogromnie poruszająca - tak pisała o książce zagraniczna prasa i w pełni się z tymi opiniami zgadzam.

Nieco o fabule. Leila to młoda dziewczyna, która po śmierci matki żyje we własnym, wyizolowanym świecie. Zawsze lubiła być sama. Zanim zachorowała jej mama, czuła się z tym doskonale. Spędzała wieczory i weekendy czytając książki lub grając na komputerze. Rzadko wychodziła z domu, choć mieszkała w tętniącym życiem Londynie. Nie miała wielu znajomych, gdyż po skończeniu szkoły, jedyny kontakt z ludźmi z roku miała na portalach społecznościowych. Jej aktywność w sieci wzrosła po śmierci mamy. Prawie wcale nie wychodziła na miasto, pracowała w domu testując programy komputerowe, w wolnym czasie grała w gry komputerowe i serfowała po necie. Bardzo mocno udziela się na forum Czerwona Pigułka, gdzie jej postawa została zauważona przez założyciela, Adriana. Czerwona Pigułka był to serwis, gdzie odbywały się racjonalne dyskusje na tematy filozoficzne, nikt nie wylewał z siebie tam przypadkowych rzeczy, jakie przychodziły mu do głowy. Po krótkim czasie została przyjęta do elitarnego grona, a tam już odbywały się dyskusje na wyższym poziomie intelektualnym.

Pewnego dnia dostaje od charyzmatycznego i nieprzeciętnie inteligentnego Adriana propozycję. Leila od razu czuje się wyróżniona i wzrasta jej samoocena. Misja ma polegać na wcielenie się na Facebooku w nieznaną sobie kobietę - Tess, która chce popełnić samobójstwo. Kobieta nie chce ranić bliskich sobie osób. Leila ma zatem udawać Tess, zamieszczać psoty, pisać mejle do znajomych, dzięki temu otoczenie Tess będzie wierzyć, że ona wciąż żyje. Leila nie waha się długo i szybko przyjmuje propozycję, gdyż uważa, że każdy człowiek jest panem samego siebie i dlatego ma prawo przejąć kontrolę nawet nad własną śmiercią.   

Do zadania przygotowuje się bardzo solidnie i fachowo. Najpierw przez miesiąc wymienia się z Tess wiadomościami dopytując ją o szczegóły życia. Ma dostęp również do jej starych mejli, wysłanych wiadomości, konta na Facebooku. Dzięki temu tworzy linię jej życia i wie kiedy z kim się spotykała, co mówiła, jak się zachowywała. Kobiety ustalają dzień „wymeldowania”, w którym to Leila ma całkowicie przejąć tożsamość Tess, logować się na jej konta, zamieszczać posty z dalekiej podróży, a tymczasem Tess na „zniknąć” ze świata.

Leila początkowa pochłonięta jest zadaniem, stara się  wykonać je profesjonalnie. Zmienia nawet styl pisania, wysyła do znajomych wiadomości w takim tonie, jakby pisała sama Tess. A z racji tego, że życie obu kobiet było kompletnie odrębne i inne, Leila powoli zatraca granicę osobowości, a jej równowaga psychiczna zostaje zatrata. Chłód emocjonalny, znikomy poziom współczucia i empatii wobec innych wraz z wysuwającą się niemal na pierwszy plan tendencją do uporczywego nieprzestrzegania obowiązującego porządku społeczno-obyczajowego tak określa się osoby dyssocjalne, antyspołecznie. Leilę z pewnością można określić takim typem osobowości. Jak się skończy taka gra i udawanie kogoś innego?

To nie jedyny problem jaki porusza książka. Całość jest wielopłaszczyznowa. Jest to powieść o zagubieniu i poszukiwaniu własnego „ja”. Jest to również thriller wkraczający na grząski grunt życia online. To dziś ogromy problem społeczny. Często ludzie uciekają w wirtualne znajomości i internetowy świat, gdzie pokazują fałszywe postawy. Portale społecznościowe pękają w szwach, pokazuje się więcej niż potrzeba. Można przecież napisać wszystko, gdzie się było, z kim się było, co zwiedzało, co się jadło, nawet w jakim się jest nastroju. A ilość laików pod zdjęciami jest wyznacznikiem prestiżu. Czy tak naprawdę warto, czy warto tak się uzewnętrzniać?

Jestem pod wrażeniem tematyki jaką poruszyła autorka. Książka ma oczywiście swoje słabsze strony, mniej więcej w połowie czytelnik zaczyna się trochę nużyć i irytować, ale całość to świetny rys psychologiczny młodego pokolenia, podszyty ogromnymi emocjami. Lottie Moggach pokazuje możliwości i granice życia przeżywanego online. Taka lektura ku przestrodze. Gorąco polecam.




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


sobota, 11 lutego 2017

„Szamo” Krzysztof Stanowski, Grzegorz Szamotulski

kategoria: książka audio 
wstęp czyta: Grzegorz Szamotulski 
lektor: Tomasz Sobczak
data premiery: 04.06.2014 r.
nośnik: 1 CD
czas nagrania: 7 godz. 11 min




Na imię ma Grzegorz, na nazwisko Szamotulski i pochodzi z Gdańska. Ostatnio napisał książkę, oczywiście przy pomocy dziennikarza sportowego – Krzysztofa Stanowskiego, autora wspomnień Wojciecha Kowalczyka „Kowal” oraz Andrzeja Iwana „Spalony”.

„Teraz będę mówił, słuchać dzieciaki, dziadek siada w bujanym fotelu i zaczyna swoją opowieść”. I już sam wstęp, gdzie Szamotulski mówi o sobie, że ma nierówno pod sufitem i uchodzi za lekko pier...  może świadczyć o tym, że Szamo żadnych skrupułów nie ma i na pewno nie będzie dbał o „czystość języka”.

A kto to jest, ten tytułowy Szamo? To 13-krotny były piłkarz reprezentacji Polski, występujący m.in. w Legii Warszawa, Amice Wronki, Strumie Graz czy Dundee United. Grał w piłkę w siedmiu krajach, przywdziewał barwy osiemnastu klubów, a w czasie swojej kariery był pod opieką kilkudziesięciu trenerów. Jego kariera nie była pasmem sukcesów, ale trudno zaprzeczyć, że Szamotulski „swoje” widział i przeżył. „Będzie o życiu... futbolowym. Na wesoło. Będzie o tym, jak wygląda drużyna piłkarska naprawdę, co się dzieje w przerwach meczu i podczas zgrupowań, jak zachowują się ci wszyscy ludzie, których znacie z gazet i telewizji”. I jak powiedział we wstępie, tak potem napisał.

Nie jest to jednak typowa autobiografia, nie jest to również chronologiczny zapis wydarzeń, lecz masa luźnych scenek, których Szamotulski był świadkiem lub opowiadali mu o nich koledzy z boiska. Z tych scenek, często żartobliwych, miał wyłonić się obraz futbolu widzianego od środka, miały być opowieści o postaciach piłki od zupełnie innej strony. Sam nawet podtytuł to sugerował: „Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano”. Miały być…, ale czy autorowi zamierzenie wyszło, trzeba się samemu przekonać, choć moim zdaniem NIE.  

Trenerzy, Pseudotrenerzy, Piłkarze, Pieniądze, Mecze – to tytuły rozdziałów. W każdym z nich Szamo postanowił podzielić się z czytelnikami tym wszystkim, co podczas jego przygody z piłką działo się poza boiskiem. Opowiada więc wydarzenia prosto z szatni warszawskiej Legii, Śląska Wrocław, czy narodowej kadry. Opisuje zgrupowania kadry, co kadra robi przed meczem i po meczu. Charakteryzuje rodzimych trenerów i piłkarzy, a także inne wydarzenia, o których nikt inny zapewne nie odważyłby się wspomnieć. Poza tym Szamotulski nie należy do osób, które nie mówią o czymś, bo nie wypada, czy nie leży to w dobrym guście. Dlatego też bez skrupułów ujawnia swoje zarobki w kolejnych klubach, co daje kibicom pogląd na to, ile kiedyś mogli dostać za swoją grę zawodnicy oraz na jakie stawki mogą liczyć obecni piłkarze i działacze. Konstruktywna krytyka to raczej też nie jest. Dostaje się tu wszystkim. Również bez skrupułów Szamotulski opisuje przeróżne anegdoty związane z kolegami z boiska i trenerami. Podaje oczywiście konkretne nazwiska i sytuacje. Fakt, niektóre są zabawne (szczególnie te o Tomaszu Hajcie), ale ich nadmiar powoduje, że na koniec czytelnik już nie pamięta, który to z piłkarzy był w określonej sytuacji. Taki humor niskich lotów. Zresztą sam Szamo tak nazywa ten festiwal prostactwa, który „wylewa” się z szatni i boiska. Ale ponoć daje to wyobrażenie o ludziach znanych z transmisji telewizyjnych. Być może. Jeśli oczywiście wszelkie te anegdoty nie są ubarwione.

Wulgaryzmów tu też nie brakuje. Autor ma tendencję do używania przeróżnych „przerywników”, ale szczególnie uwielbia wiązankę takich „przerywników”. Przekleństwa są zatem podstawowym zasobem słów, zarówno piłkarzy, jak i trenerów. No i mnóstwo scenek o alkoholu. Czytając takie anegdoty czytelnik ma wrażenie, że chyba nie ma momentu w życiu piłkarza, podczas którego nie pije się alkoholu. Bo i przed meczem, po meczu, na zgrupowaniach, po zgrupowaniach, podczas meczu również. Alkohol z górnej półki oczywiście, tylko whisky, bo wszyscy są przecież panami piłkarzami.

Nie ma tu ani słowa o motywacji, dążeniu do celu, pokonywaniu trudności, czy o grze fair play. Czyli nie ma tego wszystkiego, co w sporcie jest ważnie. Mam wrażenie, że książka napisana została jedynie po to, aby „utrzeć nosa” (delikatnie mówiąc), czy też skompromitować niektórych zawodników i trenerów.

Jednakowoż nie jest to książka spisana na straty całkowicie. Podobało mi się, że Szamotulski ma dystans do siebie. Nie uważa się za szczególnie dobrego bramkarza, bo raczej gole puszczał. Poza tym otwarcie przyznaje, że zmarnował w życiu parę szans, na przykład kontrakt z AC Milanem, właśnie przez swoją „niewyparzoną gębę”. Poza tym, istotnie niezły z niego gawędziarz. Pewnie miło by się słuchało takich anegdot siedząc gdzieś w pubie przy małym piwku. Ale tylko tam. A najlepszą stroną książki są fragmenty poświęcone Adamowi Ledwoniowi – zawodnikowi, który przez lata występował w Austrii, a w 2008 roku popełnił samobójstwo. Nie wiedziałam o pewnych szczegółach. Szamotulski przybliża sylwetkę Ledwonia opowiadając o tym, jakim był człowiekiem.

I teraz najważniejsze – miałam okazję wysłuchać audiobooka. I śmiem twierdzić, że dzięki temu „przesłuchałam” książkę w całości. W wersji papierowej pewnie w połowie cisnęłabym ją w kąt. Wstęp do książki czyta sam Grzegorz Szamotulski, co samo w sobie daje większą siłę przekazu. Całość odtworzona przez lektora Tomasz Sobczaka to już festiwal profesjonalizmu. Pan Tomasz świetnie wczuł się w rolę Szamotulskiego, idealnie oddaje klimaty życia piłkarskiego, a to z szatni, a to z boiska. Zabawie, momentami rubasznie i poważnie przeczytane. Można się uśmiechnąć pod nosem, bo tacy ludzie jak Szamotulski (to trzeba uczciwie przyznać) zarażają pozytywną energią i nie można się z nimi nudzić. 

Za egzemplarz dziękuję Bibliotece Akustycznej.