poniedziałek, 14 sierpnia 2017

„Zapisane w gwiazdach” Lucie Di Angeli-Ilovan

Wydawnictwo: ZYSK i S-KA 
data wydania: 26 czerwca 2017
oprawa: miękka
format: 155 x 235
liczba stron: 584





„Zapisane w gwiazdach” to prequel „Żniw gniewu”, książki napisanej przez Polkę, mieszkającą w Stanach. I tak jak napisałam o pierwszej jej książce, że jest to wielki ukłon w stronę tysięcy kobiet, które przeżyły wojnę, okupację i "wyzwolenie", to o drugiej książce można napisać to samo. 

Lucy Di Angeli-Ilovan wraca do losów rodziny Góreckich na Kresach Wschodnich, opisując wcześniejsze dzieje sióstr, Kaszmiry i Maruszki oraz ich młodszego brata Józefa. Choć autorka bazuje na wspomnieniach rodzinnych, to większość wydarzeń jest wymysłem jej wyobraźni. Poznajemy dzieciństwo dwóch sióstr, sióstr o bardzo odmiennych charakterach. Maruszka była pilną uczennicą, Kaszmira - łobuzem. Maruszka czytała żywoty świętych i chciała iść do klasztoru, Kaszmira nigdy nie potrafiła odnaleźć swojego miejsca. Niemniej jednak los potraktował je okrutnie. I dzieciństwo, choć skromne i ubogie, jest niczym tragicznym do tego, co spotkało je później. Ich matka Paulina za okrutny los jaki spotkał najpierw ją samą, a potem jej córki, obwiniała zawsze przeznaczenie. Często powtarzała „to było zapisane w gwiazdach” i tak już musi być. W ten prosty sposób usprawiedliwiała wszystkie własne wady i słabości oraz to, że z losem trzeba się pogodzić. Trudno się z nią zgodzić. Zresztą jej córki nie do końca podzielały filozofię życiową matki. Szczególnie Kaszmira, która wbrew woli rodziny wyjeżdża do Wilna, chcąc sama walczyć o lepsze życie, powodzenie i szczęście. 

Dalsze losy sióstr ukazują właśnie, że warto walczyć o lepsze jutro i nie poddawać się przeciwnościom losu. Że mimo tragedii, trzeba próbować stawiać czoło problemom. I nie warto biernie czekać na sprzyjający układ planet czy gwiazd, tylko należy kreować swoje życie samemu. Jeżeli ktoś uważa, że gwiazdy determinują jego osobowość i jego przyszłość, to tym samym rezygnuje ze swej wolnej woli. A Kaszmirze i Maruszce na pewno nie można zarzucić tego, że zabrakło im siły w pokonywaniu trudności i determinacji.

Piękna była to opowieść o Kresach. Lucy Di Angeli-Ilovan po raz kolejny przenosi czytelnika do miejsca, gdzie pachnie wspaniałą wschodnią kuchnią. Poznajemy pierwsze wybory miłosne dziewczyn, ich rozczarowania, nadzieje i marzenia. A potem ich traumatyczną tułaczkę i wywózki na Sybir. Jedną tylko rzecz można zarzucić pisarce. Tak jak w przypadku pierwszej powieści, treść przesłania tu formę. Dlatego można autorce wybaczyć niedociągnięcia stylistyczne. Warsztat pisarki nie jest tu na najwyższym poziomie. Lucy Di Angeli-Ilovan spisała po prostu wspomnienia tak, jak je kiedyś usłyszała, zatem czyta się to wszystko, jakby ktoś nam opowiadał historię do poduszki. Niemniej jednak usłyszana historia jest warta wysłuchania. 


 Za egzemplarz recenzencki dziękuję  Wydawnictwu  Zysk i S-KA 

czwartek, 20 lipca 2017

„Idealna żona” Katherine Scholes

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 5 lipiec 2017r.
tytuł oryginału: The Perfect Wife
tłumaczenie: Małgorzata Żbikowska
oprawa: miękka
liczba stron: 496 




Pani Katherine Scholes to australijska pisarka, urodzona w Tanzanii. Tam spędziła większość swojego dzieciństwa, w pamięci zachowując wspomnienia długich podróży Land Roverem do najdalszych zakątków regionu Dodoma, gdzie jej ojciec był misjonarzem-doktorem. Potem jej rodzina przeprowadziła się do Anglii następnie osiadła w Tasmanii, gdzie pisarka mieszka do dziś z mężem i dwoma synami. Ma to znaczenie, gdyż autorka akcję swojej powieści przenosi właśnie do Tanzanii. 

Książka została zainspirowana projektem brytyjskiego rządu obsadzenia orzeszkami ziemnymi ogromnej połaci kraju w Tanganice (terytorium mandatowe Wielkiej Brytanii w kontynentalnej części Tanzanii w latach 1947-1951). Akcja powieści dzieje się fikcyjnym miasteczku Kongara. To główne centrum nosi jednak ślady podobieństw do Kongwy. To właśnie tu przylatuje Kitty Hamilton, aby wspierać męża Theo. Mąż Kitty jest dyrektorem administracyjnym projektu orzeszkowego, czyli drugim zarządcą, zaraz po dyrektorze głównym. Theo podczas II wojny światowej był oficerem brytyjskiego lotnictwa i brał udział w atakach bombowych. Skutek - zdiagnozowany zespół stresu pourazowego, gdyż cała jego załoga zginęła w wyniku bombardowań. Kitty natomiast całą wojnę spędziła w domku letniskowym z rodzicami Theo oraz pobierając lekcje malarstwa u charyzmatycznego rosyjskiego arystokraty Yuriego. Książę Yuri musiał uciekać z Rosji na skutek rewolucji i tak trafił do Londynu. Kitty również - dzięki spadkowi od babki - mogła opuścić rodziną farmę w Australii i wyjechać do stolicy. Tam chciała się realizować artystycznie. Drogi Kitty i rosyjskiego malarza skrzyżowały się. Jednak zaraz po wojnie wybucha skandal obyczajowy z ich udziałem. Dlatego Theo musiał opuścić ukochaną Anglię, wyjechać do Afryki, aby niestosowne plotki nieco przycichły. Kitty jak oddana i pokorna żona podążyła zatem za nim.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Fascynująca sceneria Afryki oraz dzika przyroda ujmuje od początku. Przenosiły się do egotyczne otoczenie i można zapomnieć o realnym świecie. Poza tym widać, że autorka włożyła w pisanie bardzo dużo pracy i serca. Opisywane miejsca są bardzo realne. Z pewnością pani Scholes pomogły wspomnienia i opowieści rodzinne. Z każdej kartki czuć fascynację autorki zarówno Tanzanią, jak i Australią. 

Uwagi mam jedynie do zakończenia i portretów psychologicznych bohaterów. Sama końcówka jest niestety przewidywalna i zbyt cukierkowa. Główna bohaterka miała różne dylematy, musiała zaakceptować fakt, że mąż jej wybaczył i wymaga od niej teraz pełnego oddania. Kitty potrzeby swojego serca schowała głęboko i stłumiła w sobie gorące uczucia. Ale jakoś wszystko na koniec pięknie się jej ułożyło, tylko się zachwycić tak nieskazitelnym charakterem młodej kobiety. Wszelkie problemy i przeszkody Kitty zostały usunięte. Tak po prostu. Takie to trochę mało życiowe. Pozostali bohaterowie też są zbyt płytcy i raczej czarno-biali. Tacy stereotypowi. 

Jednak mimo pewnych niedociągnięć książka z pewnością warta jest polecenia. Idealna na wakacyjny relaks. Można przenieść się do egzotycznej Tanzanii i poczytać o afrykańskich klimatach. Tam wszystko wydaje się prostsze, wyciszone i idealne. Przynajmniej taki obraz wyłania się z kart powieści. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.



wtorek, 11 lipca 2017

„Piękne życie” Shauna Niequist

podtytuł: Jak nauczyłam się mówić nie, przestałam być idealna i odnalazłam spokój.
wydawnictwo: Znak
data wydania: 5 lipca 2017r.
tłumaczenie: Matylda Biernacka
tytuł oryginału: Present over Perfect
liczba stron: 240





„Chcę przedstawić przyczyny swojego zmęczenia. Chcę zaprezentować listę, częściowo dlatego, żebyście to poczuli, żebyście poczuli się równie zmęczeni, oszołomieni i zagubieni jak ja”. Shauna Niequist to amerykańska pisarka, autorka czterech książek. „Piękne życie" to jej najnowsza pozycja. I już została uznana za bestseller „New York Timesa”, „Publishers Weekly” i Amazona. Szczerze mówiąc ja mam mieszanie uczucia i do końca jeszcze nie wiem, czy mi się podobała.

Shauna Niequist już w pierwszych rozdziałach książki pisze, że chciałaby się podzielić z czytelnikami tym, że pewnego dnia zrozumiała, jakie błędy popełniała do tej pory. Nie jest to zatem poradnik jak pięknie żyć, a jedynie wspomnienia i dygresje pewnej kobiety. Autorka opowiada o przemianie jaka w niej zaszła, o przemęczeniu, o ciągłej gonitwie, o zapracowaniu, o braku czasu. Na początku dobrze mi się to czytało. Pani Shauna ma lekki i swobodny styl, nie pisze rozwlekłych historii, tylko opowiada o urywkach z życia. Cały czas mówi o znalezieniu równowagi, o tym, aby na chwilę zwolnić tempo, zatrzymać się, zachwycić się przyrodą i czasami odmówić znajomym przysług. Wszystko pięknie, też się z tym zgadzam, tylko że autorka mierzy życie swoją miarą. I udziela potem porad innym kobietom, że one też tak mogą. Ale chyba jednak nie do końca.

Shauna Niequist prowadzi idylliczne życie. Po pierwsze ma możliwość pracy w domu, gdyż jest pisarką. Wakacje spędza z rodziną na Hawajach, Boże Narodzenie i Nowy Rok na plaży, weekendy w domku letniskowym nad jeziorem, a zwykły dzień zaczyna od kawy na werandzie. W między czasie lata samolotem do Londynu na spotkania autorskie. Poza tym kochający mąż ma podobną pracę do niej. Przy takim trybie życia bardzo prosto znaleźć równowagę, docenić to, co się ma, cieszyć się z małych rzeczy i relaksować się na łonie przyrody. Większość kobiet żyje jednak do wypłaty do wypłaty, martwi się o niezapłacone rachunki, o zorganizowanie czasu dzieciom, kiedy wracają z pracy. Nie jeżdżą też co weekend nad jezioro, nie latają do Londynu z koleżankami, a nawet nie piją rano kawy na werandzie, bo po prostu nie mają tej werandy. Dlatego ta książka momentami wydawała mi się lekko samolubna i wyniosła. Choć autorka raczej nie dostrzega tej swojej wyniosłości.

Kolejny mój zarzut to podejście do spraw religii. Shauna i je mąż deklarują, że są praktykującymi chrześcijanami. Autorka cytuje Pismo Święte, odwołuje się do przykazań i pisze, że trzeba żyć zgodnie z Ewangelią. O tym jak odnaleźć w sobie Jezusa. I znowu wszystko pięknie, gdyby to miało pokrycie w czynach. Bo co innego radzić, a co innego do tego się stosować. Na stronie internetowej Aarona Niequist (męża Shauny) można odnaleźć informację, że jest on „worship leader”. W wolnym tłumaczeniu oznacza to „przywódca kultu”. Shauna jest natomiast w dziale kierowniczym. Oznacza to, że działają oni w stowarzyszonych grupach i przenoszą się z kościoła do kościoła głosząc Słowo Boże. Trochę zatem mi się to gryzie.

Jednak, żeby nie było samych negatywów, to teraz trochę posłodzę. Książka ma parę rozdziałów, które urzekają i dają do myślenia. Bardzo podobała mi się część o odchodzeniu od idei doskonałości. O tym, że nie trzeba być ciągle idealną matką, żoną, gospodynią. „Ludzie nazywali mnie twardzielą. Z dużymi możliwościami. I mówili, że jestem kimś, na kogo można liczyć. To wszystko miłe określenia. W pewnym sensie. Jednak nie tak miłe jak kochająca, dobra czy radosna. Taka nie byłam. Wierzyłam, że praca mnie wybawi, uszczęśliwi, rozwiąże problemy. Że jeśli wyczerpię się do cna, po drugiej stronie tej harówki będzie na mnie czekał błogostan. Niestety nie czekał”.    

Podobało mi się również jak autorka opowiada o podejściu do modlitwy. Porównuje ją do buteleczki z octem i oliwą. „Nie spróbujesz oliwy, dopóki nie wylejesz octu”. W piękny sposób pisze tu o wyzbyciu się uprzedzeń, żali i dawnych urazów.  
  
I na koniec kolejny plus, ale ten jest niezależny od autorki. Chodzi o wydanie. Cudna okłada, bardzo subtelna i urzekająca. Ponadto Wydawnictwo Znak dołączyło do książki drugą okładkę do samodzielnego pokolorowania. Pokolorowania swojego życia. W dowolne barwy. I już sama taka drobnostka sprawiała, że przyjemnością to przeczytałam. Polecam!  

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak



wtorek, 4 lipca 2017

„Współcześni kochankowie” Emma Straub

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 4 lipca 2017 PREMIERA 
tytuł oryginału: Modern Lovers
oprawa:zintegrowana
liczba stron: 480




Emma Straub jest autorką książek, które znalazły się na liście bestsellerów „New York Timesa”: „Lato na Majorce” (wydanej przez REBIS w 2016 r.) oraz „Laura Lamont’s Life in Pictures”; należy do zespołu redakcyjnego „Rookie”, publikuje teksty literackie i nieliterackie w różnych czasopismach. Mieszka w Nowym Jorku. Zatem w Stanach robi karierę, a jej książki się podobają. Nie oznacza to jednak, że to, co podoba się Amerykanom, zachwyci też Polaków, ale przekonajmy się.

Na samym początku poznajemy bohaterów: Elizabeth, Andrew i Zoe. Wszyscy znają się od czasów studenckich, teraz zbliżają się do pięćdziesiątki, mieszkają w samym sercu Brooklynu. Elizabeth i Andrew są małżeństwem i mają dorastającego syna  Henry'ego. Natomiast Zoe ma również nastoletnią córkę Ruby i żonę. Tak, żonę, gdyż Zoe funkcjonuje w legalnie zalegalizowanym związku lesbijskim. I po kilkunastu latach pożycia jej związek przechodzi kryzys zagrożony rozwodem. Elizabeth stara się wpierać przyjaciółkę, ale sama zaczyna mieć problemy. Po pierwsze jej mąż - dotąd spokojny domator - zaczął uczęszczać na spotkania tajemniczego klubu EWOLUtorium, gdzie uprawia jogę, poddaje się relaksującym masażom i tańczy w transowych układach. Po drugie pewne osoby chcą kupić prawa autorskie, do jej piosenki, stworzonej na studiach. No i po trzecie wychodzi na jaw, że jej syn Harry spotyka się z Ruby i uwielbia oddawać się rozkoszom cielesnym w miejscach publicznych.

Mamy zatem wycinek z życia typowego amerykańskiego społeczeństwa. Niespełniony zespół rockowy, nastolatki obściskujące się bez skrupułów na korytarzach szkolnych, wyzwolone związki, przypadkowe kontakty seksualne, poszukiwanie nowych doznań - takie doświadczenia mają bohaterowie. Czytając o tym trochę się uśmiechałam pod nosem, gdyż amerykańskie problemy trochę nie przystają do polskich realiów. Na szczęście. I na szczęście autorka porusza jeszcze inne wątki.

Przede wszystkim to opowieść o ludziach dojrzałych, którzy mają swoje wzloty i upadki za sobą. Są w takim momencie życia, że zaczynają się powoli zastanawiać, czy to, co już przeżyli w pełni ich satysfakcjonuje, czy pragną przeżyć jeszcze coś nowego. To również historia przyjaźni. Zarówno przyjaźni partnersko-małżeńskiej, jak i relacji między dwiema kobietami. Elizabeth i Zoe bardzo różnią się od siebie, mają odmienne poglądy na wychowywanie dzieci, odmienny styl życia. Jednak więź, która jej łączy jest silniejsza niż wszystko. Kolejny motyw to przypadkowe znajomości, które pojawiają się w życiu kobiet. Skąd wiedzieć, czy dana relacja jest chwilową ekscytacją, czy głębokim uczuciem? Czym różni się zakochanie od miłości? Z tymi dylematami będą mierzyć się bohaterki i bohater, czyli Andrew. Kolejny ciekawy wątek to wpływ na wybór drogi życiowej nastoletnich dzieci? Czy rodzice mają prawo decydować na swoje pociechy, czy pozostawić im dowolność w podejmowaniu decyzji, choćby w wyborze szkoły. Innym drażliwym tematem poruszanym w książce jest problem zalegalizowania związków partnerskich z prawem do dziedziczenia i adopcji dzieci. Czy to jest nowoczesne? modne? czy demoralizujące? To też powieść o zamiłowaniu do gotowania i muzyki. I o tym jak wspólne pasje mogą połączyć na całe życie.

„New York Times” tak napisał o tej książce: „Błyskotliwa i zabawna powieść o tym, co to znaczy nareszcie wydorośleć wiele lat po osiągnięciu dojrzałości”. Wypada mi się z tym zgodzić. Cieszę się jednak, że nie mieszkam w Stanach i moje problemy są mniej wyzwolone.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.
                                  

sobota, 1 lipca 2017

„Leon” Mons Kallentoft, Markus Lutteman

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 13.06.2017r.
przekład: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
tytuł oryginału:  Leon
Cykl: Zack Herry
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 340





Szwecja już od dawna nie kojarzy się z klimatem beztroskiej Pippi Langstrump, czy dzieci z Bullerbyn. Tutaj okrucieństwo prześciga bestialstwo, a brutalni mordercy - bezwzględnych gwałcicieli. Dodajmy do tego jeszcze bezlitosnych oprawców, sadystyczne skłonności, przemoc seksualną i fanatyzm religijny - taki to obraz wyłania się ze szwedzkich kryminałów.

„Leon” jest niezależną kontynuacją powieści „Na imię mi Zack”, książki otwierającej nowy cykl szwedzkiego duetu pisarskiego Monsa Kallentofta i Markusa Luttemana. 
Zack jest świetnym policjantem śledczym, ma już wyrobioną opinię w Jednostce Specjalnej Policji w Sztokholmie. Bystry, błyskotliwy, nieustraszony, ale balansuje na granicy prawa. W nocy zmaga się z koszmarami z dzieciństwa i strzępami wspomnień o zamordowanej matce, też policjantce. Ma obsesję rozwiązania tej sprawy. Na poranne odprawy przychodzi nieprzytomny po zarywaniu nocy. Sam czuje, że się stacza. Działa w duecie ze swoją koleżanką Deniz, która niejednokrotnie kryje go przed przełożonymi.

Tymczasem w mroźnym Sztokholmie zostaje znaleziony martwy chłopiec Ismail. Jest przywiązany do komina w opuszczonym budynku. Zabójca chciał, aby ciało zostało znalezione. Wkrótce w Internecie pojawia się film ukazujący ostatnie chwile życia Ismaila. Sprawca - w przebraniu lwa, z długimi pazurami - przetrzymywał chłopca w klatce i znęcał się na mim. Zabił go na filmie, a nagranie wysłał policji. Niebawem znika kolejny chłopiec, a policja dostaje link do relacji na żywo. Widać tam przerażonego nieznajomego chłopca uwięzionego w klatce w jakimś pomieszczeniu pod ziemią. W tle, pod bezlitośnie odliczającym czas zegarem, porusza się porywacz. Zaczyna się wyścig z czasem, aby zdążać odnaleźć dziecko, zanim podzieli los Ismaila. Zack musi rzucić na szalę własne życie i narazić na niebezpieczeństwo swojego przyjaciela.

Cała tragedia dzieje się na oczach czytelnika, gdyż Mons (tak jak w poprzednich swoich książkach) prowadzi narrację w czasie teraźniejszym. Wszystko rozgrywa się tu i teraz. „Wszyscy bohaterowie zrodzili się z tragedii” - istotnie tak jest. Autorzy bardzo starannie dopracowują portrety psychologiczne. Można współodczuwać emocje bohaterów. Akcja gna tu do przodu i nie ma miejsca na przystanki. Wszystko wiruje i zapętla się, tak jak w narkotycznych wizjach Zacka. Zresztą te rozpamiętywanie uczuć, traumy z dzieciństwa i wspomnienia bohatera to najlepsze momenty w powieści. 

Poza tym autorzy, przy okazji rozwiązywania zagadki morderstwa, poruszają kilka innych problemów społecznych. Szwecja jawi się tu jako kraj w rozsypce. Opieka społeczna nie jest właściwa, jej pracownicy myślą raczej o swoich potrzebach niż o zapewnieniu właściwej pomocy potrzebującym. Ośrodki dla uchodźców są przepełnione i brakuje ludzi do pracy w nich. Często pozostawianie są bez nadzoru. Nic dziwnego, że brak kontroli powoduje nadużycia. Kwietnie handel dziećmi i wykorzystywanie seksualne. Autorzy wyraźnie stoją po stronie uchodźców i jawnie oskarżają szwedzki system. 

Pojawia się również motyw rosyjskiej ruletki, ostatnio bardzo popularny w skandynawskich klimatach, choćby w trzecim sezonie „Mostu nad Sundem”. Tylko końcówka jest dość przewidywalna niestety i mam wrażenie, że pisarzom kończą się powoli pomysły. Okrucieństwo w powieści najłatwiej osiągnąć wplatając w fabułę właśnie morderstwo dzieci. To się z pewnością autorom udało. Brutalność na standardowym skandynawskim poziomie osiągnięta. Tylko szczerze mówiąc, to ja mam lekki przesyt takim klimatem. Jeśli chodzi o szwedzkie klimaty, to wolałabym nadal mieć skojarzenia z beztroską Pippi, czy Emilem ze Smalandii. Ale niestety na to już za późno. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.





sobota, 24 czerwca 2017

„Lektor” Bernhard Schlink

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: wydanie III, 23.05.2017r.
Seria: Salamandra
Tytuł oryginalny: Der Vorleser
Przekład: Karolina Niedenthal
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 216





„No i czego teraz chcesz? Całego życia w jedną godzinę?”
Akcja toczy się w powojennych Niemczech. Hanna udziela pomocy Michaelowi Bergowi, który zasłabł na ulicy, wracając ze szkoły. W ten sposób krzyżują się losy 15-letniego ucznia i pięknej, choć starszej od niego kobiety, którą jest zafascynowany od pierwszej chwili. To przypadkowe spotkanie staje się początkiem namiętnego romansu, zakończonego nagłym i tajemniczym zniknięciem Hanny. Mija osiem lat. Michael jest studentem prawa i śledzi procesy nazistowskich zbrodniarzy. W tych właśnie, jakże odmiennych, okolicznościach spotyka ponowie swoją dawną kochankę. Hanna siedzi na ławie oskarżonych, a przeciwko niej toczy się proces zbrodni dokonanych przez strażniczki w obozie koncentracyjnym. 

Michael zgromadził w pamięci obrazy dawnej kochanki. I tak naprawę tych obrazów szukał w swoich późniejszych związkach. „Zgromadziłem je wszystkie w pamięci i mogę rzucić na mój wewnętrzny ekran, a później oglądać, niezmienione i nienaruszone przez czas. Niekiedy myślę, że więcej po nie nie sięgnę. Ale powracają same i zdarza się, że muszę je potem jeszcze wiele, wiele razy wyświetlać, oglądać wciąż od nowa”. Hanna dodała Michaelowi pewności siebie. Ich potajemne spotkania zawsze wyglądały podobnie - wspólna kąpiel, kochanie się i czytanie na głos książek. Tej czułej bliskości Michael będzie szukał potem u innych kobiet, ale u żadnej tego nie znajdzie.   

Bernhard Schlink w tej której opowieści porusza wiele wątków. Konieczność wyboru pomiędzy dwoma obowiązkami, z których każdy wymaga naszego zaangażowania. Rozliczanie historii, rozliczanie sprawców zbrodni. Prawo człowieka do wolności i godności. Problem analfabetyzmu powojennym społeczeństwie. Konsekwencje trudnych wyborów. Samotność. Etyka w świetle sprawiedliwości. To również powieść o pierwszej, inspirującej, ale i toksycznej miłości. Miłości, która nadawała życiu sens, a jednocześnie bezlitośnie go odbierała. 

Poruszająca była to historia, z gorzkim i okrutnym zakończeniem. Są książki, które po przeczytaniu się zapomina. Ulatują wątki, postacie, wydarzenia. Tak taka nie jest. Choć minęło już parę dni odkąd skończyłam ją czytać, nadal pozostała w mojej głowie. I pozostanie pewnie na długo. Takich opowieści się nie zapomina. I powtórzę to, co napisałam o innej książce Schlinka „Letnie kłamstwa”. Bernhard Schlink tworzy świetne sylwetki psychologiczne swoich bohaterów, nie ocenia ich jednak, a raczej chłodnym obiektywizmem sprawia, że te historie nas dotykają, skłaniają nas do zastanowienia się, do refleksji.




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.



niedziela, 18 czerwca 2017

„Kartagina” Joyce Carol Oates

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 23.05.2017r
seria: Salamandra
tytuł oryginalny: Carthage
przekład: Katarzyna Karłowska
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 552




„A gdyby panu kazali wybierać, jakim chciałby pan być: bosko pięknym, oszałamiająco mądrym, czy też anielsko dobrym?” - o to zapytała Anna Shirley Mateusza przy ich pierwszym spotkaniu. Odpowiedź wcale nie jest łatwa, bo wybór dość trudny. Bohaterce najnowszej powieści Joyce Oates nie pozostawiono wyboru. Cressida była „tą mądrą”, inteligentniejszą z rodzeństwa. Etykietka „pięknej” przypadała starszej siostrze - Juliet. W sumie trudno stwierdzić, czy to dobrze, czy źle. Czy lepiej jest być pięknym, czy mądrym? Wielu sobie zadawało takie pytanie, ale tak naprawdę odpowiedź zależy od charakteru człowieka oraz od tego, co dla niego liczy się w życiu.

Cressida Mayfield miała trudny charakter. Zresztą, wszyscy naokoło tylko ją w tym utwierdzali. Bardziej niespokojna, niecierpliwa, kłopotliwa, bystrzejsza, bardziej skłonna do śmichu i łez. Ta zamknięta, ta z problemami. Niełatwo było również wychowywać się w domu bogatych rodziców. W domu byłego burmistrza Kartaginy - malowniczego amerykańskiego miasteczka. Niełatwo było być ciągle w cieniu starszej siostry, tej piękniejszej, tej bardziej towarzyskiej. Juliet miała powodzenie, była ładna, miła, troskliwa, potrafiła zawsze stosownie się odezwać i coś odpowiedzieć. 

Jednak pewnego dnia znika właśnie Cressida. Ginie w niewyjaśnionych okolicznościach na terenie rezerwatu leśnego Nautauga, w okolicach jeziora Ontario, gdzie nurt wody jest bardzo rwący. Zniknięcie młodej dziewczyny porusza lokalną społeczność. Wszyscy mieszkańcy włączają się w poszukiwania. Policja szybko wpada na trop, a podejrzenia spadają na kaprala Bretta Kincaida, byłego narzeczonego Juliet, bohatera wojennego, okaleczonego fizycznie i psychicznie podczas służby dla kraju w Iraku. Obserwujemy zatem cierpienie rodziców, kształtowanie się ich wzajemnych relacji oraz ich umiejętności radzenia bądź nieradzenia sobie ze stratą ukochanej osoby. Na Juliet zaginięcie siostry też odcisnęło piętno. Boleśnie to przeżywa, próbując tym samym żyć normalnie. 

Cała fabuła, na początku, przypomina trochę te seriale kryminale, gdzie ginie młoda dziewczyna, a cała społeczność i rodzina skupia się na jej odnalezieniu. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pisarki, ale muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie. Autorka porusza tu wiele wątków, wręcz dylematów moralnych. Słuszność skazywania na karę śmierci, służba” dla kraju i odbywanie misji w krajach ogarniętych wojną lub konfliktami, motyw odkupienia winy i przebaczenia. Joyce Oates dużo miejsca poświęca właśnie przebaczeniu. Przyglądamy się dwóm skrajnym postawom rodziców - jedno nie może się pogodzić ze stratą, drugie twierdzi, że tylko wybaczenie jest w stanie ukoić ból. Bardzo dobrze zostały przedstawione tu psychologiczne charaktery bohaterów. Na uwagę zasługuje również kreacja weterana wojennego Bertta - jego psychika, majaki, traumy, mierzenie się z rzeczywistością po okrucieństwach doświadczeń wojennych. „Nie czuję się już młody. Chyba w głębi serca się postarzałem”. Majstersztyk!

Poruszająca, przenikliwa, dająca do myślenia i wyzwalająca wiele emocji to książka. Polecam gorąco. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


niedziela, 4 czerwca 2017

„Lśnij, morze Edenu” Andrés Ibáñez

Wydawnictwo:Rebis
data wydania: 9 maja 2017r.
seria: Salamandra
tytuł oryginału: Brilla, Mar del Edén
tłumaczenie: Barbara Jaroszczuk
oprawa: miękka
liczba stron: 816





„Jakby to miejsce nie było miejscem z naszego świata, tylko czymś pośrednim, rodzajem nawiasu”
Temat dość popularny - bezludna wyspa i garstka ludzi, którzy pragną przetrwać. „Przypadki Robinsona Crusoe”, „Tajemnicza wyspa”, „Zagubieni”, „Burza”, „Władcy much”. Można wymienić tu jeszcze kilka innych tytułów, zarówno literackich, jak i filmowych, gdzie taki motyw się pojawia. 

Andrés Ibáñez, pisarz hiszpański, sam mówi w wywiadzie, że  jego wyspa jest podobna i inna od serialowej. A czytelnik dostaje ponad osiemset stron wypełnionych emocjami i masą odniesień do świetnej, światowej literatury. I istotnie. Już po pierwszych stronach powieści ma się wrażenie, że to nietuzinkowe dzieło. Zachwyca tu przede wszystkim język i styl pisania. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się od katastrofy samolotu, który rozbija się na pozornie bezludnej wyspie. Tylko czy to na pewno jest to wyspa? Może to sen, jakaś iluzja albo inny wymiar, równoległy do naszego świata. Z biegiem akcji czytelnik sam nie wie za bardzo gdzie jest i staje się bohaterem książki, wędruje przez labirynt zagadek i niedopowiedzeń, rozkoszuje się intensywnością przeżyć i smaków, jest przerażony, ale i zaciekawiony. Sam narrator zauważa, że panowała tu od początku dziwna atmosfera „mieszanina otępienia, strachu i wakacyjnego rozluźnienia”. A narratorem jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Ocalały z katastrofy oczywiście. Pisze on wszystko z dystansem czasowym, zna zakończenie całej historii, zna losy innych bohaterów, ale tego nie zdradza. „Jak już wiecie, wasz Juan Barbarín, stary kocur o czułym sercu, niemal każdą kobietę uważa za nieodparcie pociągającą”. Wspomina swoje życie, swoje sukcesy i porażki, a postacie z życia „przed katastrofą” pojawiają się w jego iluzjach, po części też w snach i halucynacjach.

Liczba bohaterów jest tu ogromna. Każda postać ma swoją historię. Nie sposób zapamiętać i streścić każdej, ale nie to ma tu znaczenie. To zbiór opowieści, w którym zawierają się wszystkie problemy społeczne, religijne, gospodarcze, obyczajowe. Mamy tu istny miks narodowości - okrutnie bogaty Szwajcar, który chce naprawiać świat przez moralizatorstwo, Japończyk, który opatentował niesamowity wynalazek, młoda Meksykanka, po brutalnych przejściach, ponętna Rosana, która na wyspie codziennie maluje usta na czerwono, Wade - mechanik samochodowy, który poprawiał teksty sławnym pisarzom. Postać Wade'a jest podwójnie ciekawa - po pierwsze odgrywa on znaczącą rolę w powieści, a po drugie -  ma on swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Andrés Ibáñez przeczytał kiedyś artykuł o amerykańskim mechaniku, który znał się bardzo dobrze na literaturze, do tego stopnia, że odwiedzali go znani pisarze, a on poprawiał im wątki albo wymyślał nowe. 

Zatem każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zakłócenia elektromagnetyczne, niebieskie olbrzymy, ludzie powracający zza grobów, uzbrojeni po zęby partyzanci, kapłanki, okrutne tortury, porwania, podziemne tunele oraz Łąka, która pojawia się i znika. Cała wyspa jest metaforą ludzkiego życia. Wszyscy są na niej zagubieniu, ale każdy na inny sposób. Autor stawia pytania o źródło wartości i cywilizacji. To wizja społeczeństwa w kryzysie, właśnie w kryzysie wartości. Pojawia się również motyw narodzin od nowa. Rozbitkowie przybyli na wyspę, aby się narodzić ponowie. Tak jak w symbolicznym śnie o  żółwicy. 

„Moim zdaniem książki nie są po to, żeby kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Służą do tego, by czegoś doświadczyć, coś przeżyć. W życiu chodzi o to, by czuć, że żyjemy. Ja to czuję, gdy piszę”. Tak mówi autor w wywiadzie. Nic dodać, nic ująć.

Polecam gorąco. Ja czytałam ją dość długo, ale po prostu nie chciałam, aby się skończyła. Wielowątkowa i zręcznie napisana. I na koniec parę słów o okładce. Jest na niej wszystko, co w książce istotne. Autor ilustracji bardzo dobrze zrozumiał treść i przesłanie w powieści. Zatem kolejny plus do całości. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

czwartek, 13 kwietnia 2017

„13 powodów” Jay Asher

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30.03.2017r.
przekład: Aleksandra Górska
tytuł oryginalny: Thirteen Reasons Why
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 272




Ku przestrodze... dla rodziców.
Mam nadzieję, że te 2,5 miliona egzemplarzy, które sprzedano w Stanach Zjednoczonych trafiło właśnie do rąk rodziców, a nie dzieci. Książka bowiem na pewien sposób promuje samobójstwo. Ostatnimi czasy nastała „dziwna” moda na takie motywy. I tylko czekać jak ziści się samospełniająca się przepowiednia.

Akcja powieści dzieje się w pewnym amerykańskim miasteczku, gdzie mamy okazję poznać grupę nastolatków. Zepsutych nastolatków. I porównując ich choćby do bohaterów z kultowego niegdyś serialu „Beverly Hills 90210”, gdzie można było śledzić rozterki miłosne „typowej amerykańskiej młodzieży”, bohaterowie „13 powodów” mają zupełnie inne priorytety w życiu. Najważniejsze dla nich są dwie rzeczy: wizerunek i uznanie. Całe zatem życie kręci się wokół takich spraw: jak wyglądam, czy ktoś mnie zauważył, czy wyraził uznanie, czy polajkował moje zdjęcia, ile mam przyjaciół, czy jestem na szczycie rankingu. Tak, tak ranking to ważna sprawa dla amerykańskich nastolatków. Tworzone są sztucznie w szkole i nie mają nic wspólnego z wynikami w nauce, czy sukcesami w sporcie. Rankingi w stylu „najlepsza dziewczyna (używam eufemizmu) w szkole”, „najseksowniejsza dziewczyna”, „najtrudniejsza do zdobycia” i tak dalej. Oczywiście priorytetem jest znaleźć się na szczycie zestawienia.

Bohaterem książki jest Clay Jensen, który wraca do domu ze szkoły i przed drzwiami znajduje dziwną paczkę. W środku jest kilka taśm magnetofonowych nagranych przez Hannah, koleżankę z klasy (bohaterka główna w powieści), która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. Dziewczyna wyjaśnia, że istnieje trzynaście powodów, dla których zdecydowała się odebrać sobie życie. Clay jest jednym z nich i jeśli wysłucha nagrania, dowie się dlaczego. Chłopak przez całą noc chodzi po mieście, a za przewodnika służy mu głos Hannah. Staje się świadkiem jej bólu i osamotnienia, a przy okazji poznaje prawdę o sobie i otaczających go ludziach, której nigdy nie chciał stawić czoła. I co? Nic tylko brać przykład, gdyż spektakularne samobójstwo z pewnością będzie zauważone. Nie, oczywiście, że nie. Mam nadzieję, że wszyscy zadają sobie z tego sprawę, a takie myślenie jest złudne. A Hannah żadnych powodów nie miała, najważniejsze było dla niej to, żeby wszyscy dowiedzieli jak się czuje i to, że żeby wszyscy poznali osoby, które ją ignorowały. Przecież można to zrobić na szereg innych sposobów.

Książka nie jest łatwa w odbiorze, można powiedzieć, że męczy. Wszystkie te wywody są bardzo infantylne. Innym przerażającym motywem jest tu komplety brak zainteresowania ze strony rodziców. Wszyscy występujący bohaterowie mają przecież rodziny, matki, ojców, ale oni są nieobecni w ich życiu. Do tego stopnia, że matka nie zauważa zmiany fryzury w córki - dokładnie obcięcia długich włosów na bardzo krótkie. I wystarczyć powiedzieć rodzicom, że ma się zrobić projekt do szkoły i trzeba nocować u kolegi bądź koleżanki. A wtedy już droga otwarta do całonocnych imprez, okrapianych dużą ilością alkoholu, narkotyków, przypadkowych kontaktów seksualnych i rozbijania się po mieście samochodami, gdyż nastolatkowie nawet do przyjeżdżają do szkoły drogimi autami, a co dopiero na imprezę. Zero kontroli, zero zainteresowania, zero sprawdzania ocen w szkole, zero najmniejszych rozmów. Nieletni bohaterowie mogą robić co chcą i kiedy tylko mają ochotę.

Podsumować można tylko w jeden sposób. O temora! O mores! Przerażające jeszcze jest to, że na podstawie książki powstaje serial. I znowu będzie pożywka dla masochistycznych nastolatek, które może w podobny sposób chciałby „zaistnieć. Zatem mam nadzieję, że Polsce książkę przeczytają rodzice. Może niektórym da to coś do myślenia. Choć śmiem twierdzić, że u nas w kraju, taki typ rodziców, jak w Stanach, jest rzadkością.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

sobota, 1 kwietnia 2017

„Dwoje do pary” Andy Jones

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: luty 2017
tytuł oryginału: The Two of Us
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 326






Książka pana Jonesa zbiera dość dobre recenzje. Mnie niestety rozczarowała i to z kilku powodów. Po pierwsze - nie gustuję w takiej literaturze, choć zdarza mi się czytać podobne pozycje i wśród nich znajduję perełki. Ta perełką nie jest. Po drugie - sam tytuł - według mnie - jest nietrafiony. „Dwoje do pary” sugeruje, że będzie to opowieść o miłości dwojga ludzi. Tymczasem są to wywody i refleksje jednego z bohaterów. Fakt, że opowiada on o swoim związku, ale nijak ma się to do tytułu. I po trzecie - sama fabuła. Brak tu jakiejkolwiek konstrukcji, bo coś najważniejszego dzieje się  na ostatnich 10 kartkach książki, a wszystko wcześniejsze było jakby wprowadzeniem, a potem cała historia się kończy. Ale może po kolei.

Fisher (główny bohater i narrator zarazem) zajmuje się produkcją filmową, reżyseruje reklamy telewizyjne. Poznajemy go w momencie, kiedy to zabiera swoją nową dziewczynę Ivy w odwiedziny do rodziny. Praktycznie sam nic o niej nie wie. Znają się od niedawna, ale Fisher czuje, że jest to ta jedyna. Parę dni później okazuje się, że Ivy jest w ciąży. I oczywiście poczucie obowiązku, może i również wewnętrzne przeczucie, każe Fisherowi związać się z Ivy na stałe. Cała fabuła skupia się więc na okolicznościach ciążowych, czyli na tym, jak to mężczyzna musi przerwać te 9 miesięcy. Fisher ma różne dylematy i wysuwa przeróżne refleksje, raz jest w pełni szczęśliwy, a raz zdruzgotany. Fakt, że z tych wywodów można wywnioskować, że Fisher jest spoko gościem, takim, co ze świecą szukać, ale poznajemy to z punktu widzenia jego samego. Niemniej jednak poza rozterkami głównego bohatera żaden inny wątek nie jest wyostrzony.

Zatem jeśli ktoś lubi opowieści w stylu – „codzienne życie z męskiego puntu widzenia”, to książka może się spodobać. Fisher ma zdrowe podejście po pewnych spraw, zatem co niektórzy mogliby brać przykład. Mnie całość niestety nie poruszyła ani nie wzruszyła. Ale może ja jestem już nieczuła.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

niedziela, 19 marca 2017

„Problem trzech ciał” Cixin Liu

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.03.2017r.
tłumaczenie: Andrzej Jankowski
tytuł oryginału: The Three-Body Problem
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 456



Książka, którą czytał prezydent Barack Obama z pewnością przyciąga uwagę. Tym bardziej, że nie brakuje innych wybitnych nazwisk i czasopism, które ową książkę polecają. Najpierw jednak parę słów o autorze, ponieważ sam pisarz również wydaje się interesujący

Cixin Liu (zgodnie z chińskimi zasadami najpierw podaje się nazwisko) urodził się w 1963 roku w Yangquan w prowincji Shanxi w Chinach. Opublikował ponad 20 powieści i antologii z gatunku hard science fiction. Otrzymał 9 nagród Yinhe, najbardziej prestiżowego wyróżnienia dla chińskojęzycznych twórców fantastyki naukowej.

Akcja powieści zaczyna się w roku 1967. W tym czasie, w Chinach, trwa rewolucja kulturalna. Poznajemy młodą dziewczynę, Ye Wenjie, córkę wybitnego fizyka, którego zamordowali czerwonogwardziści. Wenije pracuje przy wycince drzew. Pewnego dnia zostaje przyłapana na czytaniu książki, z której „wzięła broń intelektualną, której mogła użyć do ataku na socjalizm”. Całą historia z książką jest oczywiście wynikiem donosu, jakiego dopuścił się jej kolega z pracy. Ye Wenjie zostaje aresztowana, osądzona i wysłana na kurs ideologiczny. Ratunkiem dla dziewczyny okazuje się jej wykształcenie. Dzięki niemu dostaje drugą szansę. Zostaje włączona do tajnego projektu wojskowego "Czerwony Brzeg". Cała jego misja polega na wysyłaniu sygnałów w kosmos w poszukiwaniu inteligentnego życia pozaziemskiego. Ye Wenjie ma spełnić tylko jeden warunek - musi w nim pozostać do końca swojego życia.

38 lat później pewien ekspert od nanomateriałow, Wang Miao, dostaje propozycję zbadania przyczyny serii samobójstw czołowych fizyków pracujących przy akceleratorach cząstek w „Czerwonym Brzegu”. Podczas prac natyka się na bardzo tajemniczą, wirtualną grę „Trzy Ciała”. Grając w nią doświadcza dziwnych i niewyjaśnionych zjawisk. Na każdym poziomie gry Wang Miao spotyka się z przeróżnymi teoriami i hipotezami. Jednak przejście do kolejnego etapu wymaga ogromnej wiedzy naukowej. Okazuje się, że „Trzy ciała” to nie tylko druga rzeczywistość, a sama gra stanowi ważną część normalnego życia. Fizyka nie istnieje i nigdy nie istniała. Wszelkie prawa w przyrodzie leżą w gruzach. Teoria trzech słońc zaczyna zagrażać. Era stabilizacji przechodzi w erę chaosu. Na świecie przetrwał tylko zarodek cywilizacji. Zakiełkuje ona ponownie w innym wymiarze. Wystarczy jednie się zalogować… Zalogować się w przyszłość. 

Książka Cixin Liu to istotnie hard science fiction. Czytając ją trzeba mieć minimalne pojęcie o fizyce i rządzących nią prawach. Choć autor najważniejsze teorie wyjaśnia w przypisach na dole. Co jest bardzo pomoce, szczególnie dla humanistów. Tytułowemu problemowi autor poświęca sporo miejsca, w drugiej części książki. Tym samym jest ona najobszerniejsza. Mnie bardziej podobała się część I i II, gdzie obserwujemy życie Ye Wenjie. Świetnym wątkiem był kontakt z cywilizacją pozaziemską Trisolaris. „Ten świat otrzymał wysłaną przez was wiadomość. (…) Jeśli odpowiecie, od razu zostaniecie zlokalizowani. Wasza planeta stanie się celem inwazji. Wasz świat zostanie podbity! Nie odpowiadajcie! Nie odpowiadajcie! Nie odpowiadajcie!!!”.

Która cywilizacja okaże się na wyższym poziomie? Co ma do zaoferowania kultura triosolariańska? Czy postęp technologiczny na Ziemi zostanie zahamowany? Oczywiście te pytania pozostawiam bez odpowiedzi. „Problem trzech ciał" to wyjątkowe połączenie spekulacji naukowych i filozoficznych oraz kosmicznych teorii spiskowych. A tak jak napisał Barack Obama: „Imponująca rozmachem ucieczka od rzeczywistości. Dała mi odpowiednią perspektywę w zmaganiach z Kongresem – nie musiałem się przejmować, wszak kosmici mieli najechać na Ziemię!”. Nic dodać, nic ująć. Przy czytaniu rzeczywiście wszelkie przyziemne, codzienne problemy schodzą na drugi plan, ponieważ Nasza Planeta jest tylko maleńkim punkcikiem na mapie Wszechświata, który można zlikwidować w jednej sekundzie jednym przyciskiem. „Teraz cel jest taki: Kierujcie się ku gwiazdom, znajdziecie nowy dom. Zapraszamy cię do ponownego zalogowania”. Polecam gorąco. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.