wtorek, 17 września 2019

„Obsesja Eve: Jutra nie ma” Luke Jennings

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 sierpnia 2019r. 
tytuł oryginalny: Killing Eve. No Tomorrow, tom 2
przekład: Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 262



Psychopatka, która praktycznie w życiu nie ma empatii, nie ma emocji. Ale jest coś, czego pragnie najbardziej na świecie: czuć. Zabijanie przynosi jej rozkosz, ale tylko chwilową. Jest w tym dobra, zabija z łatwością, więc doznania są coraz słabsze. Musi zatem szukać czegoś, co potęguje podniecenie. Co sprawi, że jej spryt, jej kunszt, a także groza jej uczynków będą należycie docenione. Tak ocenia swoją rywalkę Eve Polastri, kobieta, która tropi seryjną morderczynię. Gra toczy się o najwyższą stawkę, rosyjska wyszkolona zabójczyni kontra brytyjska agentka. 

W pierwszej części książki „Obsesja Eve: Kryptonim Villanelle” został zapoczątkowany szpiegowski wyścig obu kobiet dookoła świata. Dlatego warto zacząć od pierwszego tomu. Villanelle jest z pewnością narcystyczną socjopatką i za pomocą pasywno-agresywnej prowokacji próbuje osłabić przeciwniczkę. Lubi kontrolować sytuację, potrafi zakraść się do mieszkania Eve, tylko po to, aby dać jej coś w prezencie. Robi to tylko w jednym celu, aby zyskać psychologiczną przewagę. Eve obserwuje ją od dłuższego czasu i próbuje rozszyfrować jej kolejny krok. Zauważa, że Villanelle zaczyna coraz bardziej ryzykować, a to daje jej szansę na schwytanie jej. Ale czy możliwie jest zwycięstwo którejkolwiek z kobiet o tak silnych charakterach?

Luke Jennings znowu na koniec zostawia otwartą furtkę, wiele spraw jeszcze nie zostało dopiętych. To właśnie sprawia, że powieść czyta się w szybkim tempie, a czytelnik ciągle się zastanawia, która z kobiet wyciągnie teraz asa z rękawa. Eve depcze Villanelle prawie po piętach, ale zawsze coś ponowie jej przeszkadza. Bardzo lubię powieści, w których kobiety mają silną osobowość. I choć uważam, że postać Villanelle jest trochę przerysowana, to wcale mi to nie przeszkadzało. Momentami budzi ona sympatię, podziw i współczucie. 

Podobał mi się jeszcze jeden fragment, który może być przesłaniem, nie tylko w tej książce, ale i w życiu. To moment, kiedy Eve jest w Wenecji i zatrzymuje się chwilę oczarowana pięknym widokiem. Kobieta ma na sobie sukienkę-mgiełkę od Laury Fracci i bransoletkę z różowego złota. Jej włosy upięte są w najmodniejszy francuski kok. Spogląda właśnie na kopułę bazyliki Santa Maria della Salute, wzniesioną u dalekiego wylotu laguny. „Niemal zbyt wiele piękna, by to znieść, myśli wzruszona. I wszystko to pomału umiera. Jak my wszyscy, dodaje cichy głos w jej umyśle. Dlatego jutra nie ma, jest tylko dziś”.   

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


„Requiem dla wilka” Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania:  3 sierpnia 2019r.
oprawa:  twarda
liczba stron:  400





„Każdy nosi w sercu wiele wilków, miłość, przyjaźń, nienawiść, gniew. Przeżyją tylko te, które nakarmisz”. To fragment przypowieści fińskiej, której motyw wykorzystała Maria Nurowska tworząc oś fabuły w kontynuacji książki „Nakarmić wilki”.

Akcja powieści dzieje się w Bieszczadach. Tam pojawia się reżyserka, Joanna, której marzeniem jest spotkanie ze słynnym reżyserem, Jerzym Glinickim. Młoda kobieta  chce nakręcić o nim film. Glinicki, zmęczony światowym i wytwornym życiem, porzucił swój dom w Kalifornii i zamieszkał w lesie niedaleko Łupkowa i Komańczy wraz ze swoim starym, chorym psem, który jest jego jedynym przyjacielem i rodziną. Pierwsze spotkanie Joanny i reżysera nie wypada pomyślnie, Glinicki nie zgadza się na pomysł, aby nakręcić o nim dokument. Reżyserka, przemierzając bieszczadzką głuszę, przypadkowo dowiaduje się o tragicznej śmierci młodej doktorantki SGGW, Katarzyny, która pisała pracę o wilkach. Sprawa bardzo ją porusza. Joanna decyduje się nakręcić film o losach tej kobiety, która, jak się okazuje, miała niepokorną duszę wilka. Reżyserka chcąc wczuć się w rolę Katarzyny zamieszkuje w chatce na Harchajce, niedaleko domu Glinickiego. Chatka pozbawiona jest prądu i bieżącej wody, ale to nie odstrasza Joanny. Zaczyna czytać dziennik Katarzyny, wędruje po lesie jej śladami, aż w końcu spotyka wilki na swojej drodze. Wkrótce pojawiają się również dawni znajomi Katarzyny, a Joanna odnajduje w sobie podobieństwo do zmarłej doktorantki. 

Akcja snuje się tutaj leniwie, nie pędzi jak w powieściach sensacyjnych, wszystko toczy się swoim tempem. Przyznaję, że nie czytałam pierwszej części, ale wydarzenia, o których wspominają bohaterowie, były na mnie jasne. Podobał mi się motyw oderwania od świata, wyciszenia i zamieszkania w głuszy, po to, aby obcować z naturą. Wydaje mi się jednak, że na ten wątek autorka powinna postawić większy nacisk. Tymczasem z biegiem akcji, fabuła skupia się bardziej na uczuciach Joanny i jej miłosnych wyborach. Szkoda, bo apetyt został pobudzony, a potem gwałtownie stłumiony. Za mało było klimatu Bieszczad i samych wilków. 

Niemniej jednak jest to powieść warta uwagi, jest w niej dużo o pasji, poświęceniu i trudnych wyborach. Prostota formy tu ujmuje, niektóre wypowiedzi bohaterów są bardzo wartościowe. Jest to również opowieść, a raczej przestroga, o tym, że warto w życiu wyznaczać sobie pewne granice, których przekraczać nie wolno. W przyrodzie niczego nie da się przewidzieć, nie można być zbyt pewnym siebie i uważać, że wszystko można okiełznać. Niestety, czasem za to się płaci. I to tragicznie. 



 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 

wtorek, 3 września 2019

„Miasto dziewcząt” Elizabeth Gilbert

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 3 września 2019 r. PREMIERA 
tytuł oryginałuCity of Girls
tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528



„Tamtego lata wyprawiałyśmy się obie polować na kłopoty w miejskiej dżungli - i uzbrojone w niewidzialne meczety i strzelby znajdowałyśmy je bez trudu. Bo to łatwe, jeśli jesteś piękną, kobietą. A gdy są was dwie, obie piękne i młode, to kłopoty atakują na każdym rogu - czyli dokładnie tak, jak tego chciałyśmy. Celia i ja z niemal histerycznym oddaniem szukałyśmy rozrywek. Byłyśmy nienasycone - stale łaknęłyśmy nie tylko młodszych i starszych mężczyzn, ale także jedzenia, koktajli, dzikich tańców i muzyki na żywo, takiej, która sprawia, że wypalasz mnóstwo papierosów i zaśmiewasz się z głową odchyloną do tyłu”.  

To fragment najnowszej książki Elizabeth Gilbert „Miasto dziewcząt”, powieści przesyconej młodością, szaleństwem i seksem. „Tamte lato…” to rok 1940. Na świecie szalała wtedy II Wojna Światowa, tymczasem w Stanach Zjednoczonych nikt jej jeszcze nie odczuwał. Do Nowego Jorku przyjeżdża młoda dziewczyna. Vivian Morris ma 19 lat i właśnie oblała egzaminy po pierwszym roku w prestiżowym collegu. Rodzice postanowili wysłać ją do ciotki Peg, która prowadziła mały teatr w Nowym Jorku. Vivian od razu zachłysnęła się wielkomiejską atmosferą, było to zupełnie coś innego niż doświadczenia z rodzinnego miasta. „Lily Playhouse” (bo tak nazywał się teatr) ani trochę nie przypominał żadnego z tych światów, które wcześniej znała. „To był film animowany o blaskach i cieniach teatru rewiowego, o ciągłym chaosie i  zabawie - o świecie pełnych dorosłych zachowujących się jak dzieci”. 

I ten sposób zaczął się dla Vivian nowojorski szał - showgirls, frywolne tancerki, seksowni amanci, muzycy, reżyserzy i gangsterzy. To był teraz świat Vivian. A z racji tego, że nasza bohaterka posiadała umiejętności krawieckie i potrafiła szyć na maszynie, to została dyżurnym kostiumologiem w podupadającym teatrze rewiowym swojej ciotki. Korzysta z życia, baluje po nocach, chodzi do barów, spotyka się z różnymi mężczyznami, a potem wraca, aby pomóc w przygotowaniach widowiska dla publiczności. I tak codziennie. Pewnej nocy, w chwili słabości, popełnia błąd, a w jej środowisku wybucha skandal. Awantura po nim jest tak ogromna, że Vivian musi zniknąć z Nowego Jorku. 

Elizabeth Gilbert w świetny sposób przedstawiała obraz społeczeństwa amerykańskiego w latach czterdziestych XX wieku. Społeczeństwa pełnego obaw i niepokojów, jak i nasyconego wolnością, szaleństwem oraz pozbawionego wszelkich zahamowań. Cała plejada postaci drugoplanowych też jest świetnie zarysowana. Brat Vivian, Walter - ochotnik i żołnierz marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, Olive - wieloletnia przyjaciółka i towarzyszka ciotki Peg, Billy Buell - mąż ciotki Peg i wielki amant, Celia - wyzwolona showgirl, Frank - weteran wojny i żołnierz z Pearl Harbor. Każda z tych postaci tworzy odrębną historię, która składa się na rys amerykańskiego społeczeństwa.

I na koniec jeszcze najważniejsze - jest to powieść o miłości, o miłości każdego rodzaju. O tym dlaczego ludzie się zakochują i dlaczego są ze sobą, o tym, że można kogoś kochać, a ani razu go nie dotknąć i o tym, że  wcale nie trzeba być grzeczną dziewczynką, aby stać się dobrym człowiekiem. Chylę czoła na pani Gilbert - świetnie napisana książka, niezwykle barwna, tętniąca energią i ciekawą historią życia młodej dziewczyny spragnionej wielkich uciech, ale i wielkiej miłości. Polecam gorąco!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuje. 


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

„Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury’ego” Matt Richards i Mark Langthorne

Wydawnictwo:Zysk i S-ka
data wydania: 30 lipca 2019r.                      
tłumaczenie: Robert Filipowski
tytuł oryginału: Somebody to Love: The Life, Death and Legacy of Freddie Mercury
okładka: twarda            
format: 145 x 205 mm
liczba stron: 496  




Był niezwykle utalentowanym i wszechstronnym wokalistą oraz kompozytorem. Nikt inny w historii muzyki popularnej nie połączył tak rocka z operą, musicalu z metalem, teatralności z wodewilem. Z wielką przyjemnością przeczytałam tę książkę. Bardzo lubię utwory „Queen”, a Freddiego szanuję i podziwiam jako muzyka. 

„Somebody to love...” to niezwykła biografia. Autorzy: Matt (producent telewizyjny i reżyser) i Mark (pracownik przemysłu muzycznego i prezes domu mody) umieścili tylko wybrane elementy działalności zespołu „Queen”, szczególnie te dotyczące Mercury'ego. Ze względu na ogrom dokonań Freddiego nie da się przedstawić każdego aspektu historycznego i muzycznego, jakie złożyły się na jego długą karierę. W niniejszej książce załączona jest duża ilość różnych opinii, zarówno krytyków piszących dla brukowców, żyjących członków „Quenn”, domowników Freddiego, jego lekarzy, dziennikarzy muzycznych, członków ekipy, oddanych fanów, krytyków, jego nielicznych wywiadów, homoseksualnych aktywistów, jak i homofobów. Wszystko to daje rzetelny i „nieupudrowany” obraz artysty wszech czasów. Bo te wszelkie opinie sprowadzają się i tak do wspólnego mianownika. Geniuszu lidera zespołu „Quenn”. Magnetyzm Freddiego Mercury’ego do dziś przyciąga fanów na całym świecie. Podziwiają oni talent jednej z najbardziej ekstrawaganckich gwiazd rocka, zasłuchując się w jego muzyce i zachwycają się występami na stadionach, zapominając jednocześnie o katastrofalnych danych.

Tak naprawdę pod płaszczem charyzmatycznego kompozytora i wokalisty krył się samotny człowiek, który wciąż poszukiwał miłości, stabilizacji i bezpieczeństwa. „Chciałbym zjeść ciastko i mieć ciastko - przyznawał. - Chcę poczucia bezpieczeństwa, ale też wolności”. Nie jest tajemnicą, że Freddie był stałym bywalcem lokalów dla homoseksualistów i miał setki partnerów. Sam Freddie przyznawał, że swoją rozwiązłością próbował zagłuszyć poczucie samotności albo wyleczyć blizny po wcześniejszych związkach. Dlatego zamiłowanie do szybkiego seksu bez żadnych zobowiązań traktował jako swoiste antidotum. Poza tym od zawsze miał problemy ze swoją seksualnością i często czuł się zagubiony, a na pewno ograniczony. Freddie nigdy nie zamierzał ujawniać swojej orientacji. Przez większość życia mieszkał ze swoją przyjaciółką Mary Austin, a jego heteroseksualni przyjaciele z zespołu stanowili naturalną zasłonę dymną, dzięki której kwestia jego seksualności pozostawała niejasna. Mógł zatem zyskiwać międzynarodową reputację imprezowego zwierzęcia, legendarnego pana rozpusty i boga seksu. Nawet jego koledzy z zespołu do końca nie byli świadomi tego, co działo się nocami po koncertach.

Przez większość życia Mercury szukał podniet i emocji, co, oczywiście miało swoją cenę. Zdawał sobie sprawę, że jeśli dużo wyjawi na swój temat, ludzie poczują się „zawiedzeni”. Sam był sobą zawiedziony. Na scenie mógł tworzyć pozy. Mógł się kreować. Lubił się popisywać, miał wyjątkowy głos, kochał się przebierać, upodobał sobie teatralność i uwielbiał musical „Kabaret”. Talent to niebanalnych piosenek i jego intuicja stała się kluczem do sukcesu „Quenn”. „Rozpusta jest częścią mojej osobowości. Nuda jest jak choroba. Potrzebuję ryzyka i emocji. Nie mogę siedzieć w domu przed telewizorem”. 

Ta książka porusza jeszcze jeden ważny problem. Autorzy na podstawie ówczesnych licznych badań i statystyk ukazują przyczyny rozpowszechnienia się AIDS. Zresztą książka jest poświęcona tym, którzy żyją i zmarli na AIDS. Bowiem już w latach siedemdziesiątych choroba ta panoszyła się na świecie, zbierała śmiertelne żniwo, a wszyscy żyli w nieświadomości. Nikt nie wiedział, że zaczyna się ona od wirusa przenoszonego drogą płciową. Mało kto wie również, że choroba zrodziła się już na początku XX wieku, a wszystko zaczęło się o pewnego myśliwego i zarażonego szympansa. To rzetelna i tragiczna opowieść o rozpowszechnieniu się tej potwornej choroby. 

To niesamowita historia Farrokha Bulsary, który, uciekając przed wojną domową, przybył z rodzicami do Anglii w 1964 roku, gdzie udał się do college'u, a potem rozpoczął karierę wokalisty, kompozytora i wykonawcy, docierając na szczyty list przebojów. Spełnił swoje marzenia to z pewnością, a co najważniejsze, że zostawił po sobie spuściznę, która do tej pory zachwyca. Polecam gorąco.  


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa ZYSK i S-KA

środa, 7 sierpnia 2019

„Skryba ze Sieny” Melodie Winawer

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30 lipca 2019 r.

tytuł oryginalny: The Scribe of Siena
przekład: Agnieszka Jacewicz
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528





Melodie Winawer jest profesorem neurologii na Uniwersytecie Columbia, autorką licznych artykułów naukowych i rozdziałów specjalistycznych książek. Biegle włada hiszpańskim i francuskim, dobrze zna łacinę i znośnie posługuje się włoskim. Mieszka wraz z rodziną w nowojorskim Brooklynie. Ta wiedza i umiejętności z pewnością pomogły jej w napisaniu debiutu, powieści historycznej.

Poznajemy Beatrice Trovato. Kobieta jest neurochirurgiem i pracuje w nowojorskim szpitalu. Cały swój czas poświęca pracy i nie ma życia prywatnego. Jest wyprana z emocji i trochę nudnawa. Taka nijaka bohaterka. Na szczęście akcja nabiera tempa, kiedy umiera brat Beatrice, Ben. Był on historykiem i mieszkał w Sienie. W tym włoskim mieście posiadał dom i badał sprawę spisku, który rozegrał się w XIV wieku, tuż przed wybuchem epidemii, która pochłonęła ponad połowę ówczesnych mieszkańców. Beatrice bierze urlop i przenosi się do Sieny. Bowiem w testamencie Ben powierzył jej misję dokończenia jego badań. Wśród dokumentów brata Beatrice znajduje dziennik pewnego malarza z XIV wieku. Przyglądając się freskom Gabriele’a kobieta dostrzega własny wizerunek na tynkach. Wkrótce dziwnym trafem przenosi się do średniowiecznej Sieny.

Kobieta trafia do roku 1347, na parę miesięcy przed wybuchem epidemii dżumy. Szczęśliwy traf sprawia, że Beatrice zamieszkuje w Ospadale. Dziś to słowo oznacza szpital, jednak w średniowieczu było to miejsce, gdzie przyjmowano wędrowców, strudzonych pielgrzymów i oczywiście chorych. Beatrice dostaje posadę skryby i wkrótce będzie nie tylko przepisywała księgi, ale również protokoły z obrad rady miejskiej. Natomiast za freski na murach Ospadale odpowiada malarz Gabriele Accorsi. Kobieta odkrywa, że jest to malarz z tajemniczego dziennika. I w tym momencie Beatrice już wie, że znalazła się na właściwym miejscu i o dziwo, we właściwym czasie. Tutaj po raz pierwszy poczuła się spełniona i zakochana. Jednak świadomość tego, co ma się wydarzyć oraz rosnące wątpliwości czy zdoła opuścić wiek XIV przed nadejściem dżumy, sprawiły, że Beatrice poczuła nieodpartą potrzebę poczynienia jakiś działań, które - być może - zapobiegłyby epidemii. Zostaje przez to uwikłana w skomplikowaną intrygę, która może kosztować ją życie, a wszystko rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych, związanych z odwiecznym konfliktem między Sieną i Florencją. 

„Skryba ze Sieny” to dobra powieść, choć autorka miała kilka potknięć. Przede wszystkim fabuła z biegiem wydarzeń nieco się rozmywa i jest niespójna. Narracja jest prowadzona wielotorowo, ale tu nie jest to trafny zabieg. Miałam wrażenie, że autorka posłużyła się tym, bo chciała za wszelką cenę wszystko wyjaśnić. Nie podobał mi się również wątek wiodący, czyli miłosny. Skoro główna bohaterka tak się poświęca, z własnej woli (tak, drugi raz jest z własnej woli!) przenosi się do średniowiecza, to mogłaby wykształcać więcej namiętnych uczuć, bo przecież robi do głównie z miłości. Jej ukochany też raczej, jak na amanta, to słabo trochę wyrażał swoje pragnienia. Ogromny plus należy się jednak za przedstawienie średniowiecznej Sieny, jej mieszkańców, obyczajów i codziennego życia. Postacie drugoplanowe są tu o wiele ciekawsze niż główna bohaterka. A z racji tego, że bliżej mi do historii niż do romansów, to uważam powieść za godną polecenia. Można przełknąć drobne niedociągnięcia w fabule i poczytać sobie o życiu w średniowiecznych miastach. Ta część była naprawdę dobrze dopracowana, zresztą autorka sam przyznała, że przeczytała mnóstwo prac badawczych na temat konfliktu między Sieną a Florencją. Duży plus też za pomysł - wymyślona fabuła na tle prawdziwych wydarzeń i miejsca. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 29 lipca 2019

„Obsesja Eve: Kryptonim Villanelle” Luke Jennings

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30 lipca 2019r. PRZEDPREMIEROWO
tytuł oryginalny: Killing Eve. Codename Villanelle
przekład: Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 232





Villanelle jeszcze trzy lata temu była studentką filologii francuskiej oraz lingwistyki na Uniwersytecie Permskim, w środkowej części Rosji. Nazywała się wtedy Oksana Woroncowa. Do końca egzaminów dzieliło ją sześć miesięcy. W momencie, kiedy pojawił się u niej tajemniczy mężczyzna i złożył jej pewną propozycję, nie wahała się długo. Przyjęła ją i zerwała z całym swoim dotychczasowym życiem. Nie uśmiechała się jej bowiem perspektywa dożywotniego rosyjskiego więzienia. Zostałaby oskarżona o potrójne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Zatem dwudziestotrzyletnia studentka Oksana stała się Villanelle, kobietą, której nie można było już zidentyfikować, gdyż Oksana oficjancie popełniła samobójstwo. 

Villanelle otrzymała stosowne szkolenie. Determinacja pomagała jej przetrwać. Kursy strzeleckie, poligony snajperskie, treningi wytrzymałościowe, nauki walki, ekstremalne warunki - mróz, upał, brak jedzenia, snu, wody. Wszystko po to, aby Villanelle stała się bezwzględną i bezlitosną zabójczynią. Bez sumienia. Bez poczucia winy. Bez słabości. Z pełną kontrolą sytuacji. Zabójczyni doskonała.

Równolegle poznajemy inną kobietę. Eve Polastri jest żoną polskiego matematyka i pracownicą MI5. To ona ma za zadanie wytropienie płatnego mordercy, który realizuje zlecenia na terenie całego globu. I to ona pierwsza dochodzi do wniosku, że tym mordercą może być kobieta. Uważa, że w Europie działa dobrze wyszkolona zabójczyni, która zabija wpływowe osoby. Eve studiowała psychologię kryminalną i zawsze fascynowało ją to, co czyni kobietę zdolną do popełniania morderstw. Poza tym jest skrupulatna, ambitna i trafnie wyciąga wnioski. Czy będzie w stanie rozpracować metody działania Villanelle?

„Obsesja Eve” to dobra i nietuzinkowa sensacja. Z ogromu propozycji pojawiających się teraz na rynku z pewnością warta jest zauważenia. Ciekawa konstrukcja i szybie tempo akcji. Ale to coś dla fanów sensacji o mocnych i stalowych nerwach. Bardzo dobrze zarysowane są portrety psychologiczne obu kobiet. Kreacja kobiety bez sumienia i słabości wydaje mi się fascynująca, choć uważam, że nie do końca możliwa. Na pewno odrobinę przekoloryzowana. Bardziej urzekła mnie Eve. Uwielbiam kobiety, które oddają się swojej pasji, kobiety, które mają dystans do siebie i nie są na tyle mściwe i zawistne, aby odgrywać się za każde słowa krytyki. Polecam. Aktualnie oglądam serial na podstawie książki. Postać Eve zagrała tu w genialny sposób Sandra Oh. Tak jak sobie ją wyobrażam. I choć serial odbiega nieco od fabuły książki, to rola głównej bohaterki zasługuje na ogromne uznanie. Zresztą za tę rolę Sandra Oh zdobyła Złoty Glob oraz nominację do nagrody Emmy. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


czwartek, 11 lipca 2019

„Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”

Wydawnictwo: Rebis 
data wydania: 2 lipca 2019r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 464



76 lat temu...
11 lipca 1943 roku na Wołyniu dokonała się jedna z najokrutniejszych rzezi w historii. Była wtedy niedziela, większość ludzi brała udział w mszach świętych. Zakończonych niestety krwawo. „Krwawa niedziela” - bo tak nazwany został później ten dzień. Czy musiał on się tak skończyć?

Piotr Zychowicz w ostatnich kilkunastu latach przeczytał olbrzymią liczbę relacji złożonych przez ocalałych Polaków. Z wieloma ludźmi rozmawiał osobiście. Słuchał „upiornych opowieści o nabijanych na pal niemowlakach, matkach, którym wypruwano z brzuchów płody, i starcach topionych w studniach”. [s.260]

O ludobójstwie na Wołyniu świat i niektórzy Polacy dowiedzieli się stosunkowo niedawno. Wielu ludzi wyobraża sobie, że mordy na Wołyniu były jakimś wielkim chaotycznym pogromem. Czy też serią pogromów dokonanych przez pijaną tłuszczę. Tymczasem doszło tam do precyzyjnej egzekucji, zorganizowanej na zimno przez czołowych działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zrealizowała wszystko Ukraińska Powstańcza Armia. Szalę goryczy przepełnia fakt, że tej tragedii można by było uniknąć. Zachowane dokumenty archiwalne nie pozostawiają żadnych złudzeń i wątpliwości - Komenda Główna AK i kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego były na bieżąco informowane, o tym, co dzieje się na Wołyniu. Już od roku 1942 do Warszawy napływały liczne ostrzeżenia i alarmujące raporty na temat rosnącego banderowskiego zagrożenia i wręcz błagania o ratunek. Dowództwo AK pozostawało jednak bierne, a ta straszliwa gehenna naszych rodaków rozgrywała się pod nosem skłóconych ze sobą przywódców. 

Gdzie było Polskie Państwo Podziemne w lipcu 1943 roku, gdy na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści wyrzynali naszych rodaków?
Skoro Armia Krajowa była tak potężna, to jak mogła dopuścić do tego ludobójstwa?
Dlaczego pozwolono na to, aby luźne watahy uzbrojonych w cepy i siekiery oprawców przez wiele miesięcy całkowicie bezkarnie wycinały w pień polskie wioski?
Dlaczego nikt nie przybył na odsiecz Wołyniowi?
Gdzie byli ci wszyscy malowani chłopcy z AK o dziarskich, groźnie brzmiących pseudonimach? Gdzie były te wszystkie „Wilki”, „Błyskawice” i „Gromy”? 
Dlaczego wielka wojskowa organizacja dowodzona przez zawodowych oficerów, generałów, pułkowników i majorów, pompowana przez brytyjskiego sojusznika dolarami, sprzętem i bronią, w lipcu 1943 roku nie podjęła żadnych poważnych działań wymierzonych w morderców z UPA?
Dlaczego Wołyniacy umierali w osamotnieniu? 

Piotr Zychowicz w swojej książce udziela na te pytania odpowiedzi. Są to jednak odpowiedzi bardzo okrutne, gorzkie, drażniące polską wrażliwość i obalające mit o całkowitym bezkrytycznym kulcie Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Zresztą ten mit pan Zychowicz obalił już w książce „Obłęd '44”, gdzie obwinił dowództwo za przeprowadzenie akcji „Burza”. W „Wołyniu...” historyk dokłada pewnym przywódcom przewinienia (mówiąc oczywiście łagodnie).  

Bardzo ciekawe i szokujące są również rozdziały: „Opcja niemiecka” i „Opcja sowiecka”. Historyk udowadnia, że niemieckie władze zrobiły dla mordowanych przez banderowców Polaków więcej niż Polskie Państwo Podziemne. Że nasi rodacy mogli bardziej liczyć na wroga i okupanta niż na własny rząd i własną armię. Po prostu w niektórych częściach ziem wołyńskich Polacy chwytali się brzytwy niemieckiej, w innych - brzytwy sowieckiej. Przystępowali do komunistów albo do armii Berlinga. „Odpowiedzialność za to spada na kierownictwo polskiej konspiracji”. [303]

Tak jak w innych swoich książkach - również tu - pan Zychowicz od razu uprzedza fakty. Jest pewien, że pewnie stanie w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, tutaj nazwani „brązownikami historii”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę i po latach wyciąga wnioski. Jednak na poparcie swoich tez historyk przytacza zawsze opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie. I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi polityków, żołnierzy, zwykłych obywateli, którzy wtedy alarmowali o zagrożeniach. Te wypowiedzi i ostrzeżenia nie zostały wysłuchane. Piotr Zychowicz korzysta ze wspomnień tych ludzi, powołuje się również na współczesne publikacje, szczególnie na prace historyków Ewy i Władysława Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”. Często przywołuje sceny z filmu Wojtka Smarzowskiego „Wołyń”. Broni tu pewnych obrazów, które znalazły się też w ogniu krytyki recenzentów filmowych i historyków. 

Zgadzam się również z autorem, że błędy i porażki historii nie powinny być zamiatane pod dywan, że celem nauczania historii nie jest podtrzymywanie ducha poprzez pudrowanie i szminkowanie przeszłości. Najważniejsza jest prawda.
A błędy przeszłości należy opisywać i analizować. Nawet jak ta prawda i błędy bolą. 


[*]
Dziś w rocznicę krwawej niedzieli na Wołyniu

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju.
Amen
[*]


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


środa, 26 czerwca 2019

„Miałeś tam nie wracać” Wojciech Wójcik

Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
data wydania:13 maja 2019
oprawa: miękka
liczba stron: 632





Zaczyna się od pogrzebu...., a kończy na pewnym weselu. 

Podlasie to jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju, w którym natura narzuca rytm życia. Zielone krajobrazy, pełne dziewiczych lasów i łąk, meandrujące rzeki, bagna i rozlewiska. Do tego dochodzą malownicze miasta i urokliwe wioski z drewnianymi chatynkami i kolorowymi cerkwiami. Podlasie bowiem to miejscami żywy skansen, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, a zabudowa przypomina nam minione wieki. Taki opis wyłania się z wszelkich przewodników i opisów tego województwa. Właśnie tu dzieje się akcja powieści Wojciecha Wójcika. Autor dotychczas był mi nieznany. I muszę przyznać, że od książka wciąga od samego początku, ma swój klimat.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Adam. To młody mężczyzna mieszkający w Warszawie. Przyjeżdża on na Podlasie na pogrzeb swojego kolegi ze szkoły średniej. W rodzinnej miejscowości, Hajnówce, nie był od 13 lat i raczej nie tęsknił za tym regionem. Teraz na pogrzebie przyjaciela ożywia się w nim patriotyzm regionalny i zaczyna odczuwać ogromny sentyment do dawnych miejsc i ludzi. Szczególnie wtedy, gdy ze zdziwieniem odkrywa, że tuż przed śmiercią Krzysiek, jego przyjaciel, próbował się do niego dodzwonić, i to kilkanaście razy. Czego mógł chcieć? Czasy, gdy przyjaźnili się w liceum, dawno minęły. Po skończeniu szkoły Adam wyjechał do Warszawy i już tu nie wracał. Aż do teraz… 
Przeglądając rzeczy po zmarłym, Adam trafia na zdjęcie Kasi. Dawnej miłości Krzyśka, która zaraz po maturze popełniła samobójstwo. Problem polega na tym, że na fotografii Kasia wcale nie wygląda na licealistkę. Zdjęcie przedstawia kobietę po trzydziestce. A to rodzi kolejne dziwne pytania. Adam odkrywa w sobie uśpioną duszę detektywa i za wszelką cenę chce rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci przyjaciela. Kogo przed śmiercią chciał odnaleźć Krzysiek? Kim naprawdę była Kasia? I dlaczego najbliżsi Adama błagają go, by natychmiast wyjechał z Hajnówki?

Akcja kręci się zatem wolno. Główny bohater odwiedza różne miejsca, rozmawia z byłymi znajomymi. Wszystko toczy się wokół śmierci Krzyśka, choć z biegiem zdarzeń wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Okazuje się, że prawie każda osoba coś ukrywa, a parafrazując słowa pewnego słynnego serialowego doktora „wszyscy kłamią” albo przynajmniej nie mówią całej prawdy.

W związku z tymi licznymi dialogami książka momentami jest przegadana i nudnawa. Nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji ani dreszczyka emocji, a ponoć to thriller. Całość ma swój klimat owszem, szczególnie kreacje pewnych mieszkańców Podlasia. Choć wydaje mi się, że te postacie są nieco ubarwione i przerysowanie. Nigdy nie byłam na Podlasiu, więc nie mogę się obiektywie wypowiedzieć, ale szeptuchy mieszkające gdzieś jeszcze w szałasach w lesie.... Serio? Nie chcę się tu nikomu narazić, ale wydaje mi się, że są one już bardziej ucywilizowane, a na pewno świadome tego co robią.  I zakończenie z lekka naciągane, ale ogólnie warto przeczytać. Zatem polecam.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa ZYSK i S-KA

niedziela, 2 czerwca 2019

„Olga” Bernhard Schlink

Wydawnictwo: Rebis
data wydania:  21.05.2019r.
Seria: Salamandra
Tytuł oryginalny: Olga
Przekład: Ryszard Wojnakowski
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 272




Świat literacki Bernhard Schlink podbił „Lektorem”, wydanym w 1995 roku. Książka znalazła się na szczycie listy bestsellerów „New York Timesa”, a w 2008 została sfilmowana. Kate Winslet i David Kross zagrali tam główne role. Winslet za rolę byłej strażniczki obozu koncentracyjnego Hanny Schmitz dostała m.in. Złotego Globa  i Oscara. 

Nowa powieść Schlinka „Olga” - na swój sposób przypomina trochę „Lektora”, ponieważ opowiada o skomplikowanej, intensywnej relacji młodszego mężczyzny i starszej kobiety oraz ich podejściu do  historii Niemiec. Choć zanim Ferdinand - ten młodszy mężczyzna pojawi się w życiu Olgi wiele się jeszcze wydarzy. 

Olga Rinke wcześnie straciła rodziców. Z Wrocławia zabrała ją babcia i wywiozła na drugi koniec Polski. Tam, w małej wsi na Pomorzu, wszystkie dzieci musiały pomagać w polu i w ogrodzie. Olga lubiła czytać i chciała od życia czegoś więcej. To właśnie dzięki własnemu uporowi i ambicji Olga zostaje nauczycielką. Choć wymagało to wielu wyrzeczeń i wsparcia innych osób. Takiego wsparcia, aby osiągnąć wymarzone cele, nie potrzebował Herbert Schröder - syn bogatego właściciela ziemskiego. On i jego siostra Viktoria nauczani byli przez prywatnych nauczycieli. Status materialny, lepsze ubrania, wyuczone maniery sprawiły, że rodzeństwo zniechęciło się do zwykłych ludzi. Pomimo tego między Herbertem a Olgą rodzi się gorące uczucie. Herbert opętany jest jednak ogromnymi aspiracjami, chęcią zdobywania i szerzenia zdobytej wiedzy. Jego rodzice oczywiście potępiają związek z Olgą, grożąc mu wydziedziczeniem. W roku 1913 Herbert, niejako uciekając przez tymi trudnymi wyborami, wyrusza eksplorować świat. Wszelki ślad po nim urywa się na Ziemi Północno-Wschodniej, podczas spóźnionej i źle przygotowanej wyprawy w rejon bieguna północnego. 

Olga nigdy nie była bezkrytyczna wobec postawy Herberta, miała do niego różne żale, choć emocjonalnie była skrajnie rozchwiana. Miała pretensje, a potem przepraszała. Do końca życia pisała do Herberta niewysłane listy i do końca zatrzymała go myślach. To właśnie z epistolarnego archiwum wyłaniają się szczegóły, a z nich układa się cała historia Olgi i Herberta. Owe listy odnajduje wiele lat później Ferdinand, chłopiec, u którego w domu pracowała Olga. W całej tej korespondencji rozprawia się ona nie tylko z niemiecką duszą, ale i polityką, i rozważa centralne pytanie swego życia: Dlaczego Niemcy myślą w zbyt wielkich kategoriach? Zawsze i wciąż?

"Uważała, że nieszczęście zaczęło się od Bismarcka. Odkąd wsadził Rzeszę na zbyt dużego konia, na którym nie umiał jeździć, Niemcy chcieli mieć wszystko w o wiele większym rozmiarze". 

Konieczność wyboru pomiędzy dwoma obowiązkami, rozliczanie historii, prawo człowieka do wolności i godności, problem analfabetyzmu powojennym społeczeństwie, konsekwencje trudnych wyborów, samotność, etyka w świetle sprawiedliwości, ludzkie słabości - takie motywy lubi poruszać Bernhard Schlink. Nie inaczej jest i tym razem 

Składnia też jest typowa dla Schlinka: zdania są zwięzłe, proste, emocjonalne. Psychologię winy autor również precyzyjne dopracował, jak i dramaturgię napięcia. Polecam. To powieść o tym, jak z wyboistego szczęścia można spać na niziny, powieść o dumnej i silnej kobiecie, powieść o czasach pokoju i czasach wojny, w końcu powieść o marzeniach. I o tym, że marzenia nie zawsze muszą się spełnić. Bo wcale nie jest to oznaką szczęścia. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

niedziela, 5 maja 2019

„Odwróceni” Piotr Pytlakowski, Artur Kowalewski

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 23 kwietnia 2019 r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 448




Książka powstała na bazie scenariusza emitowanego w jednej ze stacji telewizyjnych.  Takie pozycje mają swoich zwolenników i przeciwników.  Ci pierwsi to albo są fanami serii, albo nie lubią oglądać seriali.  Przeciwnicy natomiast uważają, że szkoda papieru na takie książki, ponieważ i tak niczego nowego nie wnoszą, a jakoś językowa - nie oszukujmy się - dość przeciętna, bo opierająca się jedynie na dialogach.

Aktualnie widzowie mogą obejrzeć kolejną część historii policjanta Sikory i gangstera Blachy. Akcja „Odwróconych” rozgrywa się zarówno w Polsce, jak i za granicą. Głównym miejscem ścierania się tych dwóch światów jest jednak Warszawa. Miasto staje się swoistym polem bitwy, świadkiem walki policji z mafią.

Głównymi bohaterami „Odwróconych” są Paweł Sikora, doświadczony policjant z Centralnego Biura Śledczego oraz Jan Blachowski „Blacha", gangster z najmocniejszej grupy przestępczej w Polsce. Osią serialu jest skomplikowana i niezwykle ryzykowna gra, jaka toczy się między jednym a drugim. Policjant próbuje przeciągnąć gangstera na stronę prawa. Gangster chce skorumpować policjanta. Ci dwaj mężczyźni stoją po przeciwnych stronach barykady, ale wiele ich łączy. To, czym się zajmują, niszczy ich rodziny. Obaj mają wspaniałe żony i obaj bardzo kochają swoje dzieci. Ich życie dalekie jest jednak od ideału. W pojedynkę muszą zmagać się z niechęcią swoich środowisk i własną słabością. Obaj są rozdarci. Blacha pomiędzy miłością i troską o rodzinę, a lojalnością wobec grupy, z której się wywodzi. Sikora z kolei między pracą a domem, dla którego ma zawsze za mało czasu. Desperacko próbuje być jednocześnie dobrym mężem i ojcem oraz dobrym policjantem. Sikora i Blacha mają swoje zasady, których – wydaje się – nigdy nie złamią. Kto lubi takie klimaty, ten się nie zawiedzie. Poza tym można wiele się dowiedzieć na tematów światka gangsterskiego i policyjnych metod. 

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuje. 

wtorek, 26 lutego 2019

„Pocałunek kata” Mons Kallentoft

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 26 lutego 2019 r. PREMIERA 
tytuł oryginałuBödelskyssen
tłumaczenie:  Anna Krochmal, Robert Kędzierski
oprawa: całopapierowa z obwolutą
liczba stron: 352





„Pocałunek kata” to jedenasta powieść o komisarz policji Malin Fors i druga część nowego cyklu inspirowanego ludzkimi zmysłami. („Zapach diabła” - cz.1).

Malin Fors powraca do Linköping po kilku miesiącach, jakie spędziła jako oficer łącznikowy policji przy ambasadzie w Bangkoku. Przeszła terapię. Udało jej się zachować trzeźwość, ale jest niespokojna i potrzebuje skomplikowanego przypadku, aby trzymać się z dala od alkoholu. Okazja nadarza się dość szybko. Na lotnisku pewien mężczyzna porywa samolot i grozi wysadzeniem go granatami. Groźba jest realna, gdyż porywacz to bardzo sfrustrowany i doświadczony tragediami człowiek. Parę miesięcy temu jego nastoletnia córka popełniła samobójstwo na skutek hejtu w Internecie. Teraz on, ojciec, pragnie zemsty na oprawcach jego jedynego dziecka. Żąda, aby policja wydała mu winnych za upokorzenie córki. Malin szybko kojarzy fakty, odkrywa powiązania i zaczyna sobie przypominać dlaczego kocha być policjantką. Niestety akcja odbicia zakładników nie powodzi się i ginie wiele osób, w tym porywacz. Malin znów musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia i demonami nierozwiązanej sprawy, która nawiedza ją w snach. Wkrótce dochodzi do kolejnych zbrodni. Okrutnie zostaje zamordowana jedna z dziewczyn, która przyczynia się do samobójstwa swojej koleżanki. Malin znowu zauważa powiązania i zaczyna prowadzić śledztwo, a raczej wyścig z czasem, aby uratować inne młode osoby.

Mons Kallentoft porusza tu kilka wątków. Jednym z nich jest polityka ogromnych firm farmaceutycznych, które nie bacząc na skutki przeprowadzają nielegalne badania i testują nowe leki. Lekarze bawiąc się ludzkim życiem jednym podają lekarstwa, a innym placebo. Kto ma prawo decydować o życiu i śmierci? Przypadek? Człowiek? Czy to jest sprawiedliwe, zabić nielicznych, aby ratować wielu? I czy zemsta przynosi ukojenie?

Innym problemem poruszanym przez Kallentofta jest siła oddziaływania mediów społecznościowych i to, jakie konsekwencje może mieć jedno opublikowane zdjęcie, które ktoś zamieścił dla zabawy. Ukazuje również bezduszność ówczesnych nastolatków i ich nieświadomych rodziców. Świat, w którym grupa młodych osób bezkarnie może upokarzać innych. Świat, w którym rodzice nie mają pojęcia w jaki sposób ich dzieci spędzają czas wolny i co zamieszczają na portalach społecznościowych. Czyli żaden science fiction, witamy w realu.

Cała historia jest ekscytująca od samego początku. Język jest ostry i bezpośredni, bez dodatkowych opisów. I jak to u Monsa już bywa - słyszymy także myśli i zamiary sprawcy. Większość recenzentów wskazuje również na to, że Mons Kallentoft jest mistrzem cliffhangerów (ang. „zawieszenie na krawędzi klifu”), zabiegu, który polega na nagłym zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia, w której główni bohaterowie znajdują się w trudnej sytuacji, nawet zagrożenia życia. A to wszystko sprawia, że nie mogę się doczekać kolejnej części z komisarz Malin Fors w roli głównej. Polecam.

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.