wtorek, 19 listopada 2019

„Na krawędzi otchłani” Bernard Minier

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 12 listopada 2019r.
przekład: Monika Szewc-Osiecka
tytuł oryginalny: M, le bord de l'abime
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 448




„Świat, w którym każdy non stop znajduje się pod obserwacją innych, za każde swoje zachowanie jest sądzony przez armię małych cenzorów, prokuratorów i dyktatorów przypiętych do komputerów. Świat, w którym za każdą niepoprawną opinię narażasz się na hejt i dostajesz śmiertelne pogróżki. Świat, w którym ludzie nienawidzą się za jedno wypowiedziane słowo, gdzie tłumy wciąż potrzebują kozłów ofiarnych, do których mógłby odczuwać nienawiść i które mógłby spalić na stosie. Gdzie dzieci w sieciach społecznościowych popychają inne dzieci do samobójstwa, podczas gdy ich rodzice w tych samych sieciach nawołują do mordu, nienawiści i zniszczenia”.  Nie jest to opis świata za ileś tam lat, nie jest to opis świata reality show, to opis rzeczywistości, w której wszyscy żyjemy, tu i teraz. 

W najnowszej swojej powieści Bernard Minier pragnie ostrzec przed nowymi technologiami, które stają się coraz bardziej niebezpieczne. Fakt, że ułatwiają życie, ale właśnie na tym polega pułapka. Dają ludziom tak dużo, iż nie potrafią oni bez nich funkcjonować. „Mark Zuckerberg wie o 2,5 mld użytkowników Facebooka więcej, niż Stalin z całą swoją tajną policją wiedział o obywatelach ZSRR. (...) Google i Facebook to w gruncie rzeczy organizacje antydemokratyczne. Nikt ich nie kontroluje, nikt na nie nie głosuje. A są silniejsze niż państwa i rządy. Decydują o naszych losach” - mówi Minier w wywiadzie dla „Zwierciadła” 12 (2078). 

„Na krawędzi otchłani” opowiada historię młodej Francuzki, która przyjeżdża do Hongkongu, aby pracować dla wielkiej chińskiej firmy, giganta Internetu z ogromnym wpływem na ludzi i na ich życie. Moïra prowadzi badania w dziedzinie sztucznej inteligencji. Firma pracuje nad prototypem wirtualnego opiekuna ludzi o nazwie Deus. Moïra ma nadać opiekunowi więcej osobowości, tchnąć w niego duszę, tożsamość. Odpowiadać za emocje, a konkretnie - ma je tworzyć. Młoda kobieta dość szybko się orientuje, że projekt, jak i cała firma, kryje mnóstwo sekretów. Każdy pracownik dostaje specjalną opaskę na rękę, która monitoruje jego funkcje życiowe, samopoczucie, a nawet poziom doznań podczas seksu. Dodatkowo Moïra ma firmowego laptopa i telefon, ale każde połączenie, każda rozmowa i każde zapytanie wpisywane w wyszukiwarkę jest monitorowane przez pracodawcę. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, ale ogranicza swobodę. Wkrótce wśród pracowników dochodzi do samobójstw i dziwnych wypadków, a sam Hongkong zaczyna przytłaczać i przerażać Moïrę. 

„Stragany, podświetlone szyldy, drapacze chmur, sklepy z elektroniką, z podróbkami, z sukniami ślubnymi, z kadzidełkami, z fałszywymi i prawdziwymi antykami, galerie handlowe, krawcy, jubilerzy, lombardy, sale gry w madżonga. Kantory, restauracje, uliczne kramiki z jedzeniem, bary, sex-shopy, salony masażu, nielegalni handlarze, prostytutki. Kolulun nocą. Ocean betonu, ludzi, dźwięków. Jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na Ziemi”. Poza tym ponad 7800 wieżowców mieszkalnych, 300 budynków o wysokości przekraczającej 150 metrów: równowartość 40 pięter, ulice głębokie jak wąwozy, babiloński labirynt skrzyżowań. „Jak człowiek ma wierzyć, że jego mizerny żywot ma tutaj jakiekolwiek znaczenie?”. Tak zastanawia się jeden z bohaterów. Samo miasto może fascynować, ale i przerażać. Ponoć Hongkong nie ma litości. Ten ul z betonu, asfaltu, szkła, stali ogłusza i jednocześnie wciąga. 

„Wszyscy kłamią” – tak twierdzi jeden z najsłynniejszych serialowych lekarzy. Bernard Minier idzie o krok dalej i twierdzi, że „wszyscy wiedzą, że ludzie okłamują swoje otoczenie”. Okłamujemy współmałżonka, przyjaciół, szefa, a nawet psychologa, ale kiedy przeciętny użytkownik Internetu wchodzi do wyszukiwarki i szuka tego, co potrzebuje, to wszelkie maski zostają zrzucone. Jest sobą, ze swoimi problemami i myślami. Wtedy wychodzą na jaw wszelkie frustracje, urazy i uprzedzenia. Niestety ci, którzy korzystają z Google, zostawiają tam swój ślad, który ktoś widzi, ponieważ jesteśmy śledzeni przez wyszukiwarkę. Zawsze wtedy, kiedy ktoś myśli, że nikt nie wie, co robi w Internecie, to Google go widzi. Wie o nim wszystko. Gromadzi dane na potężnych serwerach. Zna prawdziwą naturę ludzi, choć oni nie są tego świadomi. Żyją w przeświadczeniu, że Internet ich łączy, a to iluzja. W gruncie rzeczy są oderwani od kontaktu z ludźmi, nigdy nie są tu i teraz, razem. Smutna prawda niestety. Daje do myślenia. 

Lubię książki Miniera. Autor mocnych thrillerów po raz kolejny udowodnił, że ma doskonały warsztat pisarski oraz talent to tworzenia mrocznych historii. Poza tym jego bohaterowie to postacie świetnie wykreowane pod względem psychologicznym. Są prawdziwi, bo mają swoje słabości, obsesje i popełniają błędy. Podobało mi się również zakończenie. Tak jakby autor dostrzegał nadzieję na zahamowanie rozwoju nowych technologii. Być może będzie to jedyne rozwiązanie na najczarniejsze scenariusze, które może spowodować postęp i potęga technologii oraz sztucznej inteligencji. Polecam gorąco. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

wtorek, 12 listopada 2019

„Osada” Camilla Sten

Wydawnictwo: Zysk i S-kA
data wydania: 22 października 2019
tłumacz: Maciej Muszalski
tytuł oryginału: Staden
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 400



Silvertjän to małe górnicze miasteczko położone w Szwecji. Sześćdziesiąt lat temu prawie dziewięciuset jego mieszkańców zniknęło bez śladu. Do tej pory nikomu nie udało się wyjaśnić, co się z nimi stało. Nikt nie wie, czy zachorowali, popełnili samobójstwo, czy opuścili miasteczko dobrowolnie. Znaleziono tylko noworodka zamkniętego w gabinecie pielęgniarki oraz zwłoki młodej dziewczyny, która została ukamienowana na środku rynku. Policja podejrzewała nagły kataklizm, ale nie było na to naukowych dowodów. 

Sprawą na nowo zainteresowała się młoda dokumentalista Alice, która od dzieciństwa słyszała opowieści swojej babci o Silvertjän. Jej babcia wyjechała z miasteczka na krótko przed tajemniczym zniknięciem mieszkańców. Alice zafascynowana tymi wydarzeniami postanawia na własną rękę rozwiązać zagadkę opuszczonej osady. Wraz z niewielką ekipą postanawia spędzić pięć dni w odizolowanym i opuszczonym miasteczku, kręcąc dokument o jego tajemnicach. Na  miejscu okazuje się, że miasteczko jest jeszcze bardziej przerażające niż im się wydawało. Przeszłość nadal rzuca tutaj swój złowieszczy cień, a poszukiwania prawdy szybko przeradzają się w walkę o przetrwanie. Młodzi ludzie zostają odcięci od świata i muszą zmierzyć się z demonami tkwiącymi w miasteczku.

Dość szybko się to czytało. Fabuła wciągnęła, a dawka adrenaliny podnosiła się z kartki na kartkę. Narracja jest prowadzona dwutorowo, mamy relację Alice z obecnych wydarzeń oraz listy siostry jej babci. Młodsza siostra Aina zdawała jej relację z bieżących spraw, które działy się w miasteczku. W ten sposób cała historia staje się spójna. Zakończenie zaskakuje, choć jest bardzo realistyczne. A jak na horror to trochę słabe rozwiązanie. Pomysł na fabułę z pewnością oryginalny, jednak wydaje mi się, że w natłoku skandynawskich thrillerów i horrorów to raczej przejdzie niezauważony. 





wtorek, 17 września 2019

„Obsesja Eve: Jutra nie ma” Luke Jennings

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 sierpnia 2019r. 
tytuł oryginalny: Killing Eve. No Tomorrow, tom 2
przekład: Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 262



Psychopatka, która praktycznie w życiu nie ma empatii, nie ma emocji. Ale jest coś, czego pragnie najbardziej na świecie: czuć. Zabijanie przynosi jej rozkosz, ale tylko chwilową. Jest w tym dobra, zabija z łatwością, więc doznania są coraz słabsze. Musi zatem szukać czegoś, co potęguje podniecenie. Co sprawi, że jej spryt, jej kunszt, a także groza jej uczynków będą należycie docenione. Tak ocenia swoją rywalkę Eve Polastri, kobieta, która tropi seryjną morderczynię. Gra toczy się o najwyższą stawkę, rosyjska wyszkolona zabójczyni kontra brytyjska agentka. 

W pierwszej części książki „Obsesja Eve: Kryptonim Villanelle” został zapoczątkowany szpiegowski wyścig obu kobiet dookoła świata. Dlatego warto zacząć od pierwszego tomu. Villanelle jest z pewnością narcystyczną socjopatką i za pomocą pasywno-agresywnej prowokacji próbuje osłabić przeciwniczkę. Lubi kontrolować sytuację, potrafi zakraść się do mieszkania Eve, tylko po to, aby dać jej coś w prezencie. Robi to tylko w jednym celu, aby zyskać psychologiczną przewagę. Eve obserwuje ją od dłuższego czasu i próbuje rozszyfrować jej kolejny krok. Zauważa, że Villanelle zaczyna coraz bardziej ryzykować, a to daje jej szansę na schwytanie jej. Ale czy możliwie jest zwycięstwo którejkolwiek z kobiet o tak silnych charakterach?

Luke Jennings znowu na koniec zostawia otwartą furtkę, wiele spraw jeszcze nie zostało dopiętych. To właśnie sprawia, że powieść czyta się w szybkim tempie, a czytelnik ciągle się zastanawia, która z kobiet wyciągnie teraz asa z rękawa. Eve depcze Villanelle prawie po piętach, ale zawsze coś ponowie jej przeszkadza. Bardzo lubię powieści, w których kobiety mają silną osobowość. I choć uważam, że postać Villanelle jest trochę przerysowana, to wcale mi to nie przeszkadzało. Momentami budzi ona sympatię, podziw i współczucie. 

Podobał mi się jeszcze jeden fragment, który może być przesłaniem, nie tylko w tej książce, ale i w życiu. To moment, kiedy Eve jest w Wenecji i zatrzymuje się chwilę oczarowana pięknym widokiem. Kobieta ma na sobie sukienkę-mgiełkę od Laury Fracci i bransoletkę z różowego złota. Jej włosy upięte są w najmodniejszy francuski kok. Spogląda właśnie na kopułę bazyliki Santa Maria della Salute, wzniesioną u dalekiego wylotu laguny. „Niemal zbyt wiele piękna, by to znieść, myśli wzruszona. I wszystko to pomału umiera. Jak my wszyscy, dodaje cichy głos w jej umyśle. Dlatego jutra nie ma, jest tylko dziś”.   

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


„Requiem dla wilka” Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania:  3 sierpnia 2019r.
oprawa:  twarda
liczba stron:  400





„Każdy nosi w sercu wiele wilków, miłość, przyjaźń, nienawiść, gniew. Przeżyją tylko te, które nakarmisz”. To fragment przypowieści fińskiej, której motyw wykorzystała Maria Nurowska tworząc oś fabuły w kontynuacji książki „Nakarmić wilki”.

Akcja powieści dzieje się w Bieszczadach. Tam pojawia się reżyserka, Joanna, której marzeniem jest spotkanie ze słynnym reżyserem, Jerzym Glinickim. Młoda kobieta  chce nakręcić o nim film. Glinicki, zmęczony światowym i wytwornym życiem, porzucił swój dom w Kalifornii i zamieszkał w lesie niedaleko Łupkowa i Komańczy wraz ze swoim starym, chorym psem, który jest jego jedynym przyjacielem i rodziną. Pierwsze spotkanie Joanny i reżysera nie wypada pomyślnie, Glinicki nie zgadza się na pomysł, aby nakręcić o nim dokument. Reżyserka, przemierzając bieszczadzką głuszę, przypadkowo dowiaduje się o tragicznej śmierci młodej doktorantki SGGW, Katarzyny, która pisała pracę o wilkach. Sprawa bardzo ją porusza. Joanna decyduje się nakręcić film o losach tej kobiety, która, jak się okazuje, miała niepokorną duszę wilka. Reżyserka chcąc wczuć się w rolę Katarzyny zamieszkuje w chatce na Harchajce, niedaleko domu Glinickiego. Chatka pozbawiona jest prądu i bieżącej wody, ale to nie odstrasza Joanny. Zaczyna czytać dziennik Katarzyny, wędruje po lesie jej śladami, aż w końcu spotyka wilki na swojej drodze. Wkrótce pojawiają się również dawni znajomi Katarzyny, a Joanna odnajduje w sobie podobieństwo do zmarłej doktorantki. 

Akcja snuje się tutaj leniwie, nie pędzi jak w powieściach sensacyjnych, wszystko toczy się swoim tempem. Przyznaję, że nie czytałam pierwszej części, ale wydarzenia, o których wspominają bohaterowie, były na mnie jasne. Podobał mi się motyw oderwania od świata, wyciszenia i zamieszkania w głuszy, po to, aby obcować z naturą. Wydaje mi się jednak, że na ten wątek autorka powinna postawić większy nacisk. Tymczasem z biegiem akcji, fabuła skupia się bardziej na uczuciach Joanny i jej miłosnych wyborach. Szkoda, bo apetyt został pobudzony, a potem gwałtownie stłumiony. Za mało było klimatu Bieszczad i samych wilków. 

Niemniej jednak jest to powieść warta uwagi, jest w niej dużo o pasji, poświęceniu i trudnych wyborach. Prostota formy tu ujmuje, niektóre wypowiedzi bohaterów są bardzo wartościowe. Jest to również opowieść, a raczej przestroga, o tym, że warto w życiu wyznaczać sobie pewne granice, których przekraczać nie wolno. W przyrodzie niczego nie da się przewidzieć, nie można być zbyt pewnym siebie i uważać, że wszystko można okiełznać. Niestety, czasem za to się płaci. I to tragicznie. 



 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 

wtorek, 3 września 2019

„Miasto dziewcząt” Elizabeth Gilbert

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 3 września 2019 r. PREMIERA 
tytuł oryginałuCity of Girls
tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528



„Tamtego lata wyprawiałyśmy się obie polować na kłopoty w miejskiej dżungli - i uzbrojone w niewidzialne meczety i strzelby znajdowałyśmy je bez trudu. Bo to łatwe, jeśli jesteś piękną, kobietą. A gdy są was dwie, obie piękne i młode, to kłopoty atakują na każdym rogu - czyli dokładnie tak, jak tego chciałyśmy. Celia i ja z niemal histerycznym oddaniem szukałyśmy rozrywek. Byłyśmy nienasycone - stale łaknęłyśmy nie tylko młodszych i starszych mężczyzn, ale także jedzenia, koktajli, dzikich tańców i muzyki na żywo, takiej, która sprawia, że wypalasz mnóstwo papierosów i zaśmiewasz się z głową odchyloną do tyłu”.  

To fragment najnowszej książki Elizabeth Gilbert „Miasto dziewcząt”, powieści przesyconej młodością, szaleństwem i seksem. „Tamte lato…” to rok 1940. Na świecie szalała wtedy II Wojna Światowa, tymczasem w Stanach Zjednoczonych nikt jej jeszcze nie odczuwał. Do Nowego Jorku przyjeżdża młoda dziewczyna. Vivian Morris ma 19 lat i właśnie oblała egzaminy po pierwszym roku w prestiżowym collegu. Rodzice postanowili wysłać ją do ciotki Peg, która prowadziła mały teatr w Nowym Jorku. Vivian od razu zachłysnęła się wielkomiejską atmosferą, było to zupełnie coś innego niż doświadczenia z rodzinnego miasta. „Lily Playhouse” (bo tak nazywał się teatr) ani trochę nie przypominał żadnego z tych światów, które wcześniej znała. „To był film animowany o blaskach i cieniach teatru rewiowego, o ciągłym chaosie i  zabawie - o świecie pełnych dorosłych zachowujących się jak dzieci”. 

I ten sposób zaczął się dla Vivian nowojorski szał - showgirls, frywolne tancerki, seksowni amanci, muzycy, reżyserzy i gangsterzy. To był teraz świat Vivian. A z racji tego, że nasza bohaterka posiadała umiejętności krawieckie i potrafiła szyć na maszynie, to została dyżurnym kostiumologiem w podupadającym teatrze rewiowym swojej ciotki. Korzysta z życia, baluje po nocach, chodzi do barów, spotyka się z różnymi mężczyznami, a potem wraca, aby pomóc w przygotowaniach widowiska dla publiczności. I tak codziennie. Pewnej nocy, w chwili słabości, popełnia błąd, a w jej środowisku wybucha skandal. Awantura po nim jest tak ogromna, że Vivian musi zniknąć z Nowego Jorku. 

Elizabeth Gilbert w świetny sposób przedstawiała obraz społeczeństwa amerykańskiego w latach czterdziestych XX wieku. Społeczeństwa pełnego obaw i niepokojów, jak i nasyconego wolnością, szaleństwem oraz pozbawionego wszelkich zahamowań. Cała plejada postaci drugoplanowych też jest świetnie zarysowana. Brat Vivian, Walter - ochotnik i żołnierz marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, Olive - wieloletnia przyjaciółka i towarzyszka ciotki Peg, Billy Buell - mąż ciotki Peg i wielki amant, Celia - wyzwolona showgirl, Frank - weteran wojny i żołnierz z Pearl Harbor. Każda z tych postaci tworzy odrębną historię, która składa się na rys amerykańskiego społeczeństwa.

I na koniec jeszcze najważniejsze - jest to powieść o miłości, o miłości każdego rodzaju. O tym dlaczego ludzie się zakochują i dlaczego są ze sobą, o tym, że można kogoś kochać, a ani razu go nie dotknąć i o tym, że  wcale nie trzeba być grzeczną dziewczynką, aby stać się dobrym człowiekiem. Chylę czoła na pani Gilbert - świetnie napisana książka, niezwykle barwna, tętniąca energią i ciekawą historią życia młodej dziewczyny spragnionej wielkich uciech, ale i wielkiej miłości. Polecam gorąco!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuje. 


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

„Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury’ego” Matt Richards i Mark Langthorne

Wydawnictwo:Zysk i S-ka
data wydania: 30 lipca 2019r.                      
tłumaczenie: Robert Filipowski
tytuł oryginału: Somebody to Love: The Life, Death and Legacy of Freddie Mercury
okładka: twarda            
format: 145 x 205 mm
liczba stron: 496  




Był niezwykle utalentowanym i wszechstronnym wokalistą oraz kompozytorem. Nikt inny w historii muzyki popularnej nie połączył tak rocka z operą, musicalu z metalem, teatralności z wodewilem. Z wielką przyjemnością przeczytałam tę książkę. Bardzo lubię utwory „Queen”, a Freddiego szanuję i podziwiam jako muzyka. 

„Somebody to love...” to niezwykła biografia. Autorzy: Matt (producent telewizyjny i reżyser) i Mark (pracownik przemysłu muzycznego i prezes domu mody) umieścili tylko wybrane elementy działalności zespołu „Queen”, szczególnie te dotyczące Mercury'ego. Ze względu na ogrom dokonań Freddiego nie da się przedstawić każdego aspektu historycznego i muzycznego, jakie złożyły się na jego długą karierę. W niniejszej książce załączona jest duża ilość różnych opinii, zarówno krytyków piszących dla brukowców, żyjących członków „Quenn”, domowników Freddiego, jego lekarzy, dziennikarzy muzycznych, członków ekipy, oddanych fanów, krytyków, jego nielicznych wywiadów, homoseksualnych aktywistów, jak i homofobów. Wszystko to daje rzetelny i „nieupudrowany” obraz artysty wszech czasów. Bo te wszelkie opinie sprowadzają się i tak do wspólnego mianownika. Geniuszu lidera zespołu „Quenn”. Magnetyzm Freddiego Mercury’ego do dziś przyciąga fanów na całym świecie. Podziwiają oni talent jednej z najbardziej ekstrawaganckich gwiazd rocka, zasłuchując się w jego muzyce i zachwycają się występami na stadionach, zapominając jednocześnie o katastrofalnych danych.

Tak naprawdę pod płaszczem charyzmatycznego kompozytora i wokalisty krył się samotny człowiek, który wciąż poszukiwał miłości, stabilizacji i bezpieczeństwa. „Chciałbym zjeść ciastko i mieć ciastko - przyznawał. - Chcę poczucia bezpieczeństwa, ale też wolności”. Nie jest tajemnicą, że Freddie był stałym bywalcem lokalów dla homoseksualistów i miał setki partnerów. Sam Freddie przyznawał, że swoją rozwiązłością próbował zagłuszyć poczucie samotności albo wyleczyć blizny po wcześniejszych związkach. Dlatego zamiłowanie do szybkiego seksu bez żadnych zobowiązań traktował jako swoiste antidotum. Poza tym od zawsze miał problemy ze swoją seksualnością i często czuł się zagubiony, a na pewno ograniczony. Freddie nigdy nie zamierzał ujawniać swojej orientacji. Przez większość życia mieszkał ze swoją przyjaciółką Mary Austin, a jego heteroseksualni przyjaciele z zespołu stanowili naturalną zasłonę dymną, dzięki której kwestia jego seksualności pozostawała niejasna. Mógł zatem zyskiwać międzynarodową reputację imprezowego zwierzęcia, legendarnego pana rozpusty i boga seksu. Nawet jego koledzy z zespołu do końca nie byli świadomi tego, co działo się nocami po koncertach.

Przez większość życia Mercury szukał podniet i emocji, co, oczywiście miało swoją cenę. Zdawał sobie sprawę, że jeśli dużo wyjawi na swój temat, ludzie poczują się „zawiedzeni”. Sam był sobą zawiedziony. Na scenie mógł tworzyć pozy. Mógł się kreować. Lubił się popisywać, miał wyjątkowy głos, kochał się przebierać, upodobał sobie teatralność i uwielbiał musical „Kabaret”. Talent to niebanalnych piosenek i jego intuicja stała się kluczem do sukcesu „Quenn”. „Rozpusta jest częścią mojej osobowości. Nuda jest jak choroba. Potrzebuję ryzyka i emocji. Nie mogę siedzieć w domu przed telewizorem”. 

Ta książka porusza jeszcze jeden ważny problem. Autorzy na podstawie ówczesnych licznych badań i statystyk ukazują przyczyny rozpowszechnienia się AIDS. Zresztą książka jest poświęcona tym, którzy żyją i zmarli na AIDS. Bowiem już w latach siedemdziesiątych choroba ta panoszyła się na świecie, zbierała śmiertelne żniwo, a wszyscy żyli w nieświadomości. Nikt nie wiedział, że zaczyna się ona od wirusa przenoszonego drogą płciową. Mało kto wie również, że choroba zrodziła się już na początku XX wieku, a wszystko zaczęło się o pewnego myśliwego i zarażonego szympansa. To rzetelna i tragiczna opowieść o rozpowszechnieniu się tej potwornej choroby. 

To niesamowita historia Farrokha Bulsary, który, uciekając przed wojną domową, przybył z rodzicami do Anglii w 1964 roku, gdzie udał się do college'u, a potem rozpoczął karierę wokalisty, kompozytora i wykonawcy, docierając na szczyty list przebojów. Spełnił swoje marzenia to z pewnością, a co najważniejsze, że zostawił po sobie spuściznę, która do tej pory zachwyca. Polecam gorąco.  


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa ZYSK i S-KA

środa, 7 sierpnia 2019

„Skryba ze Sieny” Melodie Winawer

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30 lipca 2019 r.

tytuł oryginalny: The Scribe of Siena
przekład: Agnieszka Jacewicz
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528





Melodie Winawer jest profesorem neurologii na Uniwersytecie Columbia, autorką licznych artykułów naukowych i rozdziałów specjalistycznych książek. Biegle włada hiszpańskim i francuskim, dobrze zna łacinę i znośnie posługuje się włoskim. Mieszka wraz z rodziną w nowojorskim Brooklynie. Ta wiedza i umiejętności z pewnością pomogły jej w napisaniu debiutu, powieści historycznej.

Poznajemy Beatrice Trovato. Kobieta jest neurochirurgiem i pracuje w nowojorskim szpitalu. Cały swój czas poświęca pracy i nie ma życia prywatnego. Jest wyprana z emocji i trochę nudnawa. Taka nijaka bohaterka. Na szczęście akcja nabiera tempa, kiedy umiera brat Beatrice, Ben. Był on historykiem i mieszkał w Sienie. W tym włoskim mieście posiadał dom i badał sprawę spisku, który rozegrał się w XIV wieku, tuż przed wybuchem epidemii, która pochłonęła ponad połowę ówczesnych mieszkańców. Beatrice bierze urlop i przenosi się do Sieny. Bowiem w testamencie Ben powierzył jej misję dokończenia jego badań. Wśród dokumentów brata Beatrice znajduje dziennik pewnego malarza z XIV wieku. Przyglądając się freskom Gabriele’a kobieta dostrzega własny wizerunek na tynkach. Wkrótce dziwnym trafem przenosi się do średniowiecznej Sieny.

Kobieta trafia do roku 1347, na parę miesięcy przed wybuchem epidemii dżumy. Szczęśliwy traf sprawia, że Beatrice zamieszkuje w Ospadale. Dziś to słowo oznacza szpital, jednak w średniowieczu było to miejsce, gdzie przyjmowano wędrowców, strudzonych pielgrzymów i oczywiście chorych. Beatrice dostaje posadę skryby i wkrótce będzie nie tylko przepisywała księgi, ale również protokoły z obrad rady miejskiej. Natomiast za freski na murach Ospadale odpowiada malarz Gabriele Accorsi. Kobieta odkrywa, że jest to malarz z tajemniczego dziennika. I w tym momencie Beatrice już wie, że znalazła się na właściwym miejscu i o dziwo, we właściwym czasie. Tutaj po raz pierwszy poczuła się spełniona i zakochana. Jednak świadomość tego, co ma się wydarzyć oraz rosnące wątpliwości czy zdoła opuścić wiek XIV przed nadejściem dżumy, sprawiły, że Beatrice poczuła nieodpartą potrzebę poczynienia jakiś działań, które - być może - zapobiegłyby epidemii. Zostaje przez to uwikłana w skomplikowaną intrygę, która może kosztować ją życie, a wszystko rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych, związanych z odwiecznym konfliktem między Sieną i Florencją. 

„Skryba ze Sieny” to dobra powieść, choć autorka miała kilka potknięć. Przede wszystkim fabuła z biegiem wydarzeń nieco się rozmywa i jest niespójna. Narracja jest prowadzona wielotorowo, ale tu nie jest to trafny zabieg. Miałam wrażenie, że autorka posłużyła się tym, bo chciała za wszelką cenę wszystko wyjaśnić. Nie podobał mi się również wątek wiodący, czyli miłosny. Skoro główna bohaterka tak się poświęca, z własnej woli (tak, drugi raz jest z własnej woli!) przenosi się do średniowiecza, to mogłaby wykształcać więcej namiętnych uczuć, bo przecież robi do głównie z miłości. Jej ukochany też raczej, jak na amanta, to słabo trochę wyrażał swoje pragnienia. Ogromny plus należy się jednak za przedstawienie średniowiecznej Sieny, jej mieszkańców, obyczajów i codziennego życia. Postacie drugoplanowe są tu o wiele ciekawsze niż główna bohaterka. A z racji tego, że bliżej mi do historii niż do romansów, to uważam powieść za godną polecenia. Można przełknąć drobne niedociągnięcia w fabule i poczytać sobie o życiu w średniowiecznych miastach. Ta część była naprawdę dobrze dopracowana, zresztą autorka sam przyznała, że przeczytała mnóstwo prac badawczych na temat konfliktu między Sieną a Florencją. Duży plus też za pomysł - wymyślona fabuła na tle prawdziwych wydarzeń i miejsca. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 29 lipca 2019

„Obsesja Eve: Kryptonim Villanelle” Luke Jennings

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30 lipca 2019r. PRZEDPREMIEROWO
tytuł oryginalny: Killing Eve. Codename Villanelle
przekład: Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 232





Villanelle jeszcze trzy lata temu była studentką filologii francuskiej oraz lingwistyki na Uniwersytecie Permskim, w środkowej części Rosji. Nazywała się wtedy Oksana Woroncowa. Do końca egzaminów dzieliło ją sześć miesięcy. W momencie, kiedy pojawił się u niej tajemniczy mężczyzna i złożył jej pewną propozycję, nie wahała się długo. Przyjęła ją i zerwała z całym swoim dotychczasowym życiem. Nie uśmiechała się jej bowiem perspektywa dożywotniego rosyjskiego więzienia. Zostałaby oskarżona o potrójne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Zatem dwudziestotrzyletnia studentka Oksana stała się Villanelle, kobietą, której nie można było już zidentyfikować, gdyż Oksana oficjancie popełniła samobójstwo. 

Villanelle otrzymała stosowne szkolenie. Determinacja pomagała jej przetrwać. Kursy strzeleckie, poligony snajperskie, treningi wytrzymałościowe, nauki walki, ekstremalne warunki - mróz, upał, brak jedzenia, snu, wody. Wszystko po to, aby Villanelle stała się bezwzględną i bezlitosną zabójczynią. Bez sumienia. Bez poczucia winy. Bez słabości. Z pełną kontrolą sytuacji. Zabójczyni doskonała.

Równolegle poznajemy inną kobietę. Eve Polastri jest żoną polskiego matematyka i pracownicą MI5. To ona ma za zadanie wytropienie płatnego mordercy, który realizuje zlecenia na terenie całego globu. I to ona pierwsza dochodzi do wniosku, że tym mordercą może być kobieta. Uważa, że w Europie działa dobrze wyszkolona zabójczyni, która zabija wpływowe osoby. Eve studiowała psychologię kryminalną i zawsze fascynowało ją to, co czyni kobietę zdolną do popełniania morderstw. Poza tym jest skrupulatna, ambitna i trafnie wyciąga wnioski. Czy będzie w stanie rozpracować metody działania Villanelle?

„Obsesja Eve” to dobra i nietuzinkowa sensacja. Z ogromu propozycji pojawiających się teraz na rynku z pewnością warta jest zauważenia. Ciekawa konstrukcja i szybie tempo akcji. Ale to coś dla fanów sensacji o mocnych i stalowych nerwach. Bardzo dobrze zarysowane są portrety psychologiczne obu kobiet. Kreacja kobiety bez sumienia i słabości wydaje mi się fascynująca, choć uważam, że nie do końca możliwa. Na pewno odrobinę przekoloryzowana. Bardziej urzekła mnie Eve. Uwielbiam kobiety, które oddają się swojej pasji, kobiety, które mają dystans do siebie i nie są na tyle mściwe i zawistne, aby odgrywać się za każde słowa krytyki. Polecam. Aktualnie oglądam serial na podstawie książki. Postać Eve zagrała tu w genialny sposób Sandra Oh. Tak jak sobie ją wyobrażam. I choć serial odbiega nieco od fabuły książki, to rola głównej bohaterki zasługuje na ogromne uznanie. Zresztą za tę rolę Sandra Oh zdobyła Złoty Glob oraz nominację do nagrody Emmy. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


czwartek, 11 lipca 2019

„Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”

Wydawnictwo: Rebis 
data wydania: 2 lipca 2019r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 464



76 lat temu...
11 lipca 1943 roku na Wołyniu dokonała się jedna z najokrutniejszych rzezi w historii. Była wtedy niedziela, większość ludzi brała udział w mszach świętych. Zakończonych niestety krwawo. „Krwawa niedziela” - bo tak nazwany został później ten dzień. Czy musiał on się tak skończyć?

Piotr Zychowicz w ostatnich kilkunastu latach przeczytał olbrzymią liczbę relacji złożonych przez ocalałych Polaków. Z wieloma ludźmi rozmawiał osobiście. Słuchał „upiornych opowieści o nabijanych na pal niemowlakach, matkach, którym wypruwano z brzuchów płody, i starcach topionych w studniach”. [s.260]

O ludobójstwie na Wołyniu świat i niektórzy Polacy dowiedzieli się stosunkowo niedawno. Wielu ludzi wyobraża sobie, że mordy na Wołyniu były jakimś wielkim chaotycznym pogromem. Czy też serią pogromów dokonanych przez pijaną tłuszczę. Tymczasem doszło tam do precyzyjnej egzekucji, zorganizowanej na zimno przez czołowych działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zrealizowała wszystko Ukraińska Powstańcza Armia. Szalę goryczy przepełnia fakt, że tej tragedii można by było uniknąć. Zachowane dokumenty archiwalne nie pozostawiają żadnych złudzeń i wątpliwości - Komenda Główna AK i kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego były na bieżąco informowane, o tym, co dzieje się na Wołyniu. Już od roku 1942 do Warszawy napływały liczne ostrzeżenia i alarmujące raporty na temat rosnącego banderowskiego zagrożenia i wręcz błagania o ratunek. Dowództwo AK pozostawało jednak bierne, a ta straszliwa gehenna naszych rodaków rozgrywała się pod nosem skłóconych ze sobą przywódców. 

Gdzie było Polskie Państwo Podziemne w lipcu 1943 roku, gdy na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści wyrzynali naszych rodaków?
Skoro Armia Krajowa była tak potężna, to jak mogła dopuścić do tego ludobójstwa?
Dlaczego pozwolono na to, aby luźne watahy uzbrojonych w cepy i siekiery oprawców przez wiele miesięcy całkowicie bezkarnie wycinały w pień polskie wioski?
Dlaczego nikt nie przybył na odsiecz Wołyniowi?
Gdzie byli ci wszyscy malowani chłopcy z AK o dziarskich, groźnie brzmiących pseudonimach? Gdzie były te wszystkie „Wilki”, „Błyskawice” i „Gromy”? 
Dlaczego wielka wojskowa organizacja dowodzona przez zawodowych oficerów, generałów, pułkowników i majorów, pompowana przez brytyjskiego sojusznika dolarami, sprzętem i bronią, w lipcu 1943 roku nie podjęła żadnych poważnych działań wymierzonych w morderców z UPA?
Dlaczego Wołyniacy umierali w osamotnieniu? 

Piotr Zychowicz w swojej książce udziela na te pytania odpowiedzi. Są to jednak odpowiedzi bardzo okrutne, gorzkie, drażniące polską wrażliwość i obalające mit o całkowitym bezkrytycznym kulcie Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Zresztą ten mit pan Zychowicz obalił już w książce „Obłęd '44”, gdzie obwinił dowództwo za przeprowadzenie akcji „Burza”. W „Wołyniu...” historyk dokłada pewnym przywódcom przewinienia (mówiąc oczywiście łagodnie).  

Bardzo ciekawe i szokujące są również rozdziały: „Opcja niemiecka” i „Opcja sowiecka”. Historyk udowadnia, że niemieckie władze zrobiły dla mordowanych przez banderowców Polaków więcej niż Polskie Państwo Podziemne. Że nasi rodacy mogli bardziej liczyć na wroga i okupanta niż na własny rząd i własną armię. Po prostu w niektórych częściach ziem wołyńskich Polacy chwytali się brzytwy niemieckiej, w innych - brzytwy sowieckiej. Przystępowali do komunistów albo do armii Berlinga. „Odpowiedzialność za to spada na kierownictwo polskiej konspiracji”. [303]

Tak jak w innych swoich książkach - również tu - pan Zychowicz od razu uprzedza fakty. Jest pewien, że pewnie stanie w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, tutaj nazwani „brązownikami historii”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę i po latach wyciąga wnioski. Jednak na poparcie swoich tez historyk przytacza zawsze opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie. I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi polityków, żołnierzy, zwykłych obywateli, którzy wtedy alarmowali o zagrożeniach. Te wypowiedzi i ostrzeżenia nie zostały wysłuchane. Piotr Zychowicz korzysta ze wspomnień tych ludzi, powołuje się również na współczesne publikacje, szczególnie na prace historyków Ewy i Władysława Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”. Często przywołuje sceny z filmu Wojtka Smarzowskiego „Wołyń”. Broni tu pewnych obrazów, które znalazły się też w ogniu krytyki recenzentów filmowych i historyków. 

Zgadzam się również z autorem, że błędy i porażki historii nie powinny być zamiatane pod dywan, że celem nauczania historii nie jest podtrzymywanie ducha poprzez pudrowanie i szminkowanie przeszłości. Najważniejsza jest prawda.
A błędy przeszłości należy opisywać i analizować. Nawet, jeśli ta prawda boli.


[*]
Dziś w rocznicę krwawej niedzieli na Wołyniu

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju.
Amen
[*]


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


środa, 26 czerwca 2019

„Miałeś tam nie wracać” Wojciech Wójcik

Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
data wydania:13 maja 2019
oprawa: miękka
liczba stron: 632





Zaczyna się od pogrzebu...., a kończy na pewnym weselu. 

Podlasie to jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju, w którym natura narzuca rytm życia. Zielone krajobrazy, pełne dziewiczych lasów i łąk, meandrujące rzeki, bagna i rozlewiska. Do tego dochodzą malownicze miasta i urokliwe wioski z drewnianymi chatynkami i kolorowymi cerkwiami. Podlasie bowiem to miejscami żywy skansen, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, a zabudowa przypomina nam minione wieki. Taki opis wyłania się z wszelkich przewodników i opisów tego województwa. Właśnie tu dzieje się akcja powieści Wojciecha Wójcika. Autor dotychczas był mi nieznany. I muszę przyznać, że od książka wciąga od samego początku, ma swój klimat.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Adam. To młody mężczyzna mieszkający w Warszawie. Przyjeżdża on na Podlasie na pogrzeb swojego kolegi ze szkoły średniej. W rodzinnej miejscowości, Hajnówce, nie był od 13 lat i raczej nie tęsknił za tym regionem. Teraz na pogrzebie przyjaciela ożywia się w nim patriotyzm regionalny i zaczyna odczuwać ogromny sentyment do dawnych miejsc i ludzi. Szczególnie wtedy, gdy ze zdziwieniem odkrywa, że tuż przed śmiercią Krzysiek, jego przyjaciel, próbował się do niego dodzwonić, i to kilkanaście razy. Czego mógł chcieć? Czasy, gdy przyjaźnili się w liceum, dawno minęły. Po skończeniu szkoły Adam wyjechał do Warszawy i już tu nie wracał. Aż do teraz… 
Przeglądając rzeczy po zmarłym, Adam trafia na zdjęcie Kasi. Dawnej miłości Krzyśka, która zaraz po maturze popełniła samobójstwo. Problem polega na tym, że na fotografii Kasia wcale nie wygląda na licealistkę. Zdjęcie przedstawia kobietę po trzydziestce. A to rodzi kolejne dziwne pytania. Adam odkrywa w sobie uśpioną duszę detektywa i za wszelką cenę chce rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci przyjaciela. Kogo przed śmiercią chciał odnaleźć Krzysiek? Kim naprawdę była Kasia? I dlaczego najbliżsi Adama błagają go, by natychmiast wyjechał z Hajnówki?

Akcja kręci się zatem wolno. Główny bohater odwiedza różne miejsca, rozmawia z byłymi znajomymi. Wszystko toczy się wokół śmierci Krzyśka, choć z biegiem zdarzeń wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Okazuje się, że prawie każda osoba coś ukrywa, a parafrazując słowa pewnego słynnego serialowego doktora „wszyscy kłamią” albo przynajmniej nie mówią całej prawdy.

W związku z tymi licznymi dialogami książka momentami jest przegadana i nudnawa. Nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji ani dreszczyka emocji, a ponoć to thriller. Całość ma swój klimat owszem, szczególnie kreacje pewnych mieszkańców Podlasia. Choć wydaje mi się, że te postacie są nieco ubarwione i przerysowanie. Nigdy nie byłam na Podlasiu, więc nie mogę się obiektywie wypowiedzieć, ale szeptuchy mieszkające gdzieś jeszcze w szałasach w lesie.... Serio? Nie chcę się tu nikomu narazić, ale wydaje mi się, że są one już bardziej ucywilizowane, a na pewno świadome tego co robią.  I zakończenie z lekka naciągane, ale ogólnie warto przeczytać. Zatem polecam.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa ZYSK i S-KA

niedziela, 2 czerwca 2019

„Olga” Bernhard Schlink

Wydawnictwo: Rebis
data wydania:  21.05.2019r.
Seria: Salamandra
Tytuł oryginalny: Olga
Przekład: Ryszard Wojnakowski
Oprawa: zintegrowana
Liczba stron: 272




Świat literacki Bernhard Schlink podbił „Lektorem”, wydanym w 1995 roku. Książka znalazła się na szczycie listy bestsellerów „New York Timesa”, a w 2008 została sfilmowana. Kate Winslet i David Kross zagrali tam główne role. Winslet za rolę byłej strażniczki obozu koncentracyjnego Hanny Schmitz dostała m.in. Złotego Globa  i Oscara. 

Nowa powieść Schlinka „Olga” - na swój sposób przypomina trochę „Lektora”, ponieważ opowiada o skomplikowanej, intensywnej relacji młodszego mężczyzny i starszej kobiety oraz ich podejściu do  historii Niemiec. Choć zanim Ferdinand - ten młodszy mężczyzna pojawi się w życiu Olgi wiele się jeszcze wydarzy. 

Olga Rinke wcześnie straciła rodziców. Z Wrocławia zabrała ją babcia i wywiozła na drugi koniec Polski. Tam, w małej wsi na Pomorzu, wszystkie dzieci musiały pomagać w polu i w ogrodzie. Olga lubiła czytać i chciała od życia czegoś więcej. To właśnie dzięki własnemu uporowi i ambicji Olga zostaje nauczycielką. Choć wymagało to wielu wyrzeczeń i wsparcia innych osób. Takiego wsparcia, aby osiągnąć wymarzone cele, nie potrzebował Herbert Schröder - syn bogatego właściciela ziemskiego. On i jego siostra Viktoria nauczani byli przez prywatnych nauczycieli. Status materialny, lepsze ubrania, wyuczone maniery sprawiły, że rodzeństwo zniechęciło się do zwykłych ludzi. Pomimo tego między Herbertem a Olgą rodzi się gorące uczucie. Herbert opętany jest jednak ogromnymi aspiracjami, chęcią zdobywania i szerzenia zdobytej wiedzy. Jego rodzice oczywiście potępiają związek z Olgą, grożąc mu wydziedziczeniem. W roku 1913 Herbert, niejako uciekając przez tymi trudnymi wyborami, wyrusza eksplorować świat. Wszelki ślad po nim urywa się na Ziemi Północno-Wschodniej, podczas spóźnionej i źle przygotowanej wyprawy w rejon bieguna północnego. 

Olga nigdy nie była bezkrytyczna wobec postawy Herberta, miała do niego różne żale, choć emocjonalnie była skrajnie rozchwiana. Miała pretensje, a potem przepraszała. Do końca życia pisała do Herberta niewysłane listy i do końca zatrzymała go myślach. To właśnie z epistolarnego archiwum wyłaniają się szczegóły, a z nich układa się cała historia Olgi i Herberta. Owe listy odnajduje wiele lat później Ferdinand, chłopiec, u którego w domu pracowała Olga. W całej tej korespondencji rozprawia się ona nie tylko z niemiecką duszą, ale i polityką, i rozważa centralne pytanie swego życia: Dlaczego Niemcy myślą w zbyt wielkich kategoriach? Zawsze i wciąż?

"Uważała, że nieszczęście zaczęło się od Bismarcka. Odkąd wsadził Rzeszę na zbyt dużego konia, na którym nie umiał jeździć, Niemcy chcieli mieć wszystko w o wiele większym rozmiarze". 

Konieczność wyboru pomiędzy dwoma obowiązkami, rozliczanie historii, prawo człowieka do wolności i godności, problem analfabetyzmu powojennym społeczeństwie, konsekwencje trudnych wyborów, samotność, etyka w świetle sprawiedliwości, ludzkie słabości - takie motywy lubi poruszać Bernhard Schlink. Nie inaczej jest i tym razem 

Składnia też jest typowa dla Schlinka: zdania są zwięzłe, proste, emocjonalne. Psychologię winy autor również precyzyjne dopracował, jak i dramaturgię napięcia. Polecam. To powieść o tym, jak z wyboistego szczęścia można spać na niziny, powieść o dumnej i silnej kobiecie, powieść o czasach pokoju i czasach wojny, w końcu powieść o marzeniach. I o tym, że marzenia nie zawsze muszą się spełnić. Bo wcale nie jest to oznaką szczęścia. 


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.