niedziela, 21 października 2018

„Pogrzeb na zamówienie” Anthony Horowitz

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 16 października 2018 r.
tytuł oryginału: The Word is Murder
tłumaczenie:  Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 344





To piąta powieść Anthony'ego Horowitza, którą miałam okazję przeczytać. Autor wyrobił sobie już styl, ma nietuzinkowe pomysły na fabułę i konstrukcję historii. Zagadka goni zagadkę, morderstwa się ze sobą przeplatają, bohaterowie są powiązani, a motywy zbrodni różne. A zakończenie zawsze zaskakuje.

„Zazwyczaj, gdy mam pomysł na nową książkę, noszę go w głowie co najmniej przez rok, zanim rozpocznę pisanie. Jeśli to ma być powieść detektywistyczna, punktem wyjścia będzie morderstwo. Ktoś kogoś zabija - oczywiście nie bez powodu. I to jest sedno sprawy. Tworzę postacie, a potem stopniowo rozbudowuję świat wokół nich, szkicując związki między podejrzanymi, zaopatrując każdego z nich w życiorys, rozpracowując wzajemne relacje. Myślę o nich wszystkich, gdy spaceruję, gdy leżę w łóżku, gdy siedzę w kąpieli - i nie zaczynam pisać, póki moja historia nie nabierze konkretnego kształtu”.

Tym razem jednak pomysł dostał na tacy i wcale nie musiał niczego wymyślać. Można powiedzieć, że pomysł sam do niego przyszedł. Dosłownie. Bowiem w najnowszej powieści Horowitz opisuje siebie jako bohatera. Pojawia się w niego Daniel Hawthorne - detektyw współpracujący z londyńską policją i proponuje mu napisanie książki sprawie, którą właśnie rozwiązuje. Horowitz, początkowo niechętny i lekko uprzedzony do detektywa, nie ma ochoty na pisanie takiej historii. Zmienia jednak zdanie, gdy sprawa nabiera rumieńców, a on staje się również jej bohaterem. Przesłuchują razem świadków, są na miejscu zbrodni, badają ślady, śledzą podejrzanych. Sam detektyw Hawthorne wydaje się bardzo ciekawą postacią. Zresztą Horowitz planuje serię o krnąbrnym byłym policjancie. Ale może trochę o samej zbrodni.

Diana Cowper, ponad sześćdziesięcioletnia kobieta, zostaje uduszona we własnym domu. Nutkę niezwykłości temu morderstwu dodał fakt, że kobieta zaledwie sześć godzin wcześniej, bardzo starannie zaaranżowała swój pogrzeb. Jednak wychodząc z domu pogrzebowego nie sądziła, że tak szybko do niego dojdzie. Wkrótce zostaje zamordowany syn owej kobiety, a to już wcale nie wygląda na przypadek. Dlatego detektyw Hawthorne  oraz  pisarz, Horowitz, który ma spisywać wszelkie działania detektywa, starają się rozwiązać sprawę.

I jak to u Horowitza bywa intryga jest bardzo dobrze skonstruowana, tak, że czytelnik nie domyśla się zakończenia. Osobiście bardzo podobała mi się postać Hawthorne'a, która była mistrzowsko dopracowana. Autor pozostawił tu otwartą kartę. I mimo że wcześniejsze książki Horowitza podobały mi się bardziej, to bardzo urzekła mnie postać detektywa, dlatego nie mogę doczekać się kolejnych jego losów.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

piątek, 10 sierpnia 2018

„Bez przeszłości” Keith Donohue

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 lipca 2018r,
tytuł oryginału: The Motion of Puppets
tłumaczenie: Jan Hensel
oprawa: miękka
liczba stron:  406




„Ludzie zawsze uganiają się za chimerami, próbują sprawić, żeby znowu było tak jak kiedyś, ale wyjawię wam pewną tajemnicę: to robota głupiego. Przeszłości nie ma, nigdy jej nie było. Nie było jej takiej, jak ją pamiętamy, jak przerabiamy ją przez lata za sprawą wyobraźni” . 
Z jednej strony bardzo trudna sprawa: zapomnieć o przeszłości, o swoim dawnym życiu, o znajomych, bliskich, z drugiej strony to jednak szansa na nowe życie, nowe znajomości, na zapomnienie o dotychczasowych relacjach. Marzenie wielu - zapomnieć o przeszłości i zacząć od nowa. Problem pojawia się wtedy, kiedy w tym dawnym żuciu został ktoś, komu bardzo zależało na osobie, która właśnie chce o przeszłości zapomnieć. 

Kay i Theo są świeżo upieczonym małżeństwem. Kay spędza letnie wakacje, pracując w cyrku jako akrobatka, podczas gdy jej mąż, Theo, tłumaczy biografię pioniera fotografii − Eadwearda Muybridge’a. W Quebecu czas płynie im spokojnie i monotonie. Theo zajmuje się tłumaczeniem, a Kay chodzi na próby, występuje w przestawieniach, wieczory natomiast spędzają razem, chodząc na długie spacery. Podczas jednej z takich przechadzek Kay zakochuje się w lalce na wystawie Quatre Mains, zamkniętego sklepiku ze starymi zabawkami. Siedząca drewniana lalka nie daje jej spokoju. Pewnej nocy, gdy Kay wraca do domu, ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Kiedy widzi, że w jej ulubionym sklepiku pali się światło a drzwi są otwarte, postanawia znaleźć schronienie w jego wnętrzu. Nazajutrz Theo odkrywa, że żona zaginęła.

Policja nie daje wiary jego zeznaniom, a Theo staje się pierwszym podejrzanym. Całe otoczenie stawia na morderstwo i ukrycie ciała, ale Theo czuje, że jego żona żyje. Zrozpaczony, obsesyjnie zaczyna przemierzać ulice Quebecu. Tymczasem Kay, przemieniona w lalkę, tkwi uwięziona na zapleczu Quatre Mains, gdzie towarzyszy jej gromadka kukiełek z różnych zakątków świata, które ożywają jedynie na noc. Kay można ożywić, jeśli ktoś przyjdzie po nią po północy i ją rozpozna. Na dodatek musi zaufać jej na tyle, że podczas ucieczki nie obejrzy się za siebie, by sprawdzić czy biegnie. Tak rozpoczyna się podwójna odyseja: męża wytrwale szukającego zaginionej żony - i kobiety uwięzionej w magicznym świecie, gdzie jej życie należy do kogoś innego. Tak współczesna wersja mitu o Orfeuszu i Eurydyce.

Keith Donohue lubi w swoich powieściach powtarzać motyw miłości, zaufania, bólu utraty i nadziei. Tak było między innymi w "Aniołach zniszczenia". Pisarz tworzy nastrojowe historie inspirowane mitami, legendami i dramatami wystawianymi na scenie. Innym ciekawym wątkiem jest tu biografia Muybridge’a. Tłumacząc jego życiorys Theo zaczyna żyć podobnie jak fotograf. Bardzo emocjonalnie podchodzi do epizodów z życia pioniera fotografii, stara się go zrozumieć, a tym samym szuka lekarstwa na ukojenie bólu po stracie żony.   

Polecam, choć nie jest to lektura łatwa w odbiorze, raczej na wyrafinowanych czytelników. Żeby dobrze ją zrozumieć trzeba mieć również minimalną wiedzę z dziedziny teatru i sztuk Szekspira. A wtedy to już uczta czytelnicza. Keith Donohue zaprasza do świata demonicznych lalek i marionetek, gdzie świat jest teatrem, a kukiełkami są ludzie, sterowani przez kogoś(?). I na koniec coś z przymrożeniem oka, ale ku przestrodze - nigdy nie można wchodzić do sklepu z zabawkami po północy!


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 
  

piątek, 3 sierpnia 2018

„Wielka samotność” Kristin Hannah

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 23 maja 2018r.
tytuł oryginału: The Great Alone
tłumaczenie:  Anna Zielińska
liczba stron: 512




„Potrzebuję miejsca, gdzie znowu będę mógł swobodnie oddychać. Czasem myślę, że niewiele brakuje, abym zupełnie się rozsypał. Tam skończy się to całe gówno, przestaną mnie dręczyć wspomnienia. Ja to wiem. Właśnie tego nam potrzeba. Wrócą dobre dni. To Wietnam zrobił ze mnie popaprańca”. Wielu weteranów wojennych myślało w podobny sposób. Po traumatycznych przeżyciach większość żołnierzy nie mogła sobie poradzić w codziennym życiu. Ernt Allbright jest ruiną człowieka. Męska duma nie pozwala mu ubiegać się o rentę inwalidzką, dlatego ima się różnych prac. Niestety problemy z alkoholem nie pomagają mu w stabilizacji. Najbardziej przez to cierpi żona Cora i 13-letnia córka Leni. Ernt ciągle traci pracę, a one muszą przenosić się z miasta do miasta. Okazja nadarza się kiedy Ernt odziedziczył dom na Alasce. Od razu podejmuje decyzję, że się tam przeniosą, bo to jedyna szansa dla niego na powrót do normalności. 

Na początku rodzina była zaskoczona malowniczymi krajobrazami. Sama już droga dawała iskierkę nadziei, że tam w magicznej przestrzeni, gdzie pokryte lodowcem góry o ostrych szczytach celują w bezchmurne niebieskie niebo, Ernt odzyska równowagę. Szybko się jednak okazuje, że ta romantyczna bajka, w którą wierzyli, to tylko twarda rzeczywistość. Zamieszkali na skrawku ziemi niedostępnym z wody podczas odpływu, na półwyspie, gdzie żyła garstka ludzi i setki dzikich zwierząt, w miejscu z bezwzględnym klimatem, który potrafił zabić. Tutaj w czerwcu była wiosna, w lipcu lato, w sierpniu jesień, a przez resztę miesięcy panowała zima. Słonce wstawało o dziesiątej, a zachodziło o 16.00. I tak przez 3/4 roku. Tu nie było prądu, bieżącej wody, posterunku policji, centrali telefonicznej, nikogo, kto usłyszałby wołanie o pomoc. 

Cora i Leni szybko przekonały się co oznacza ciężka praca. Ich dom wymagał kapitalnego remontu i trzeba było ciągle gromadzić żywność na zimę. Ale nie to okazało się dla nich największym problemem. Z nadejściem zimy i ciemnościami obejmującymi Alaskę zaczynał pogarszać się stan psychiczny Ernta. Wszelkie inne niebezpieczeństwa, nawet ataki dzikich zwierząt, stały się niczym, w porównaniu z jego napadami agresji. I tak w małej chatce, przykrytej śniegiem, przez osiemnaście godzin nocy, Cora i Leni odkrywają brutalną rzeczywistość alaskańskich nocy. 

Leni stała się zakładniczką klimatu, braku pieniędzy, a przede wszystkim chorej, toksycznej miłości łączącej jej rodziców. Ponadto ojciec ciągle wpajał jej lęk przed światem i utwierdzał ją w przekonaniu, że świat kapitalistyczny jest zły i skorumpowany. Nie zgadzał się na żadne udogodnienia, począwszy od doprowadzenia prądu, trzymaniu zapasów w lodówce, po przebudowę nabrzeża, aby móc zarabiać na turystach. Leni szybko nauczyła się polować, rozpalać ogień za pomocą krzemienia, potrafiła z zawiązanymi oczami złożyć broń i zawsze pod ręką miała plecak przerwania na wypadek wybuchu wojny. Mimo tego surowego wychowania, Lenia pokochała to bezkompromisowe piękno i klimat Alaski. Lekarstwem na jej wielką samotność stała się pasja do fotografii. Za pomocą swojego polaroidu uwieczniała majestatyczne krajobrazy i ludzi z wioski. Innym antidotum okazała się przyjaźń z rówieśnikiem mieszkającym po sąsiedzku. Spędzali ze sobą wieczory, czytali te same książki, rozmawiali o swoich pragnieniach.

Nie ma sensu streszczać dalszej fabuły, ale przepiękna to była opowieść. Jestem nią oczarowana, nie spodziewałam się, że wyzwoli ona we mnie takie emocje. To również historia o tym, w jaki sposób funkcjonuje mała społeczność, która musi liczyć na siebie, bo wpływ państwa jest niemal nieodczuwalny. Opowieść o tym jak pionierska społeczność zderzała się ze współczesnością. Opowieść o bezinteresowności i empatii wobec innych, gdzie dzika przyroda, czyste powietrze i woda dopełniają tej idylli. Ale też o tym, że tak nieokiełznana przyroda może zabić na 100 sposobów, a większość ludzi nie wytrzymuje pierwszej zimy. Alaska ponoć nie kształtuje charakteru - ona go obnaża. Tak było z Erntem, ciemność, mróź, izolacja miała na niego fatalny wpływ. Zatem to też powieść o walce o przetrwanie, szukaniu swojej ścieżki, o walce z demonami z przeszłości. I tylko nieliczni potrafią taką walkę wygrać. Oprócz tego to przecudna opowieść o wielkiej i trwałej miłości, tak ogromnej jak przestrzenie na Alasce i niezmierne morze, które ją otacza. Polecam gorąco! 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

„Powrót na Paros” Vanessa Greene

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 20 czerwca 2018r.
tytuł oryginału: The Beachside Guest House
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
liczba stron: 288






Po greckich wojażach zapragnęłam dalej poczuć się jak wakacjach i przedłużyć sobie śródziemnomorski klimat. Dlatego sięgnęłam po lekką opowieść o kobiecej przyjaźni. Po lekturze Cząstki ciebie i mnie wiedziałam czego spodziewać się po stylu pisania pani Vanessy, a takiego klimatu trzeba mi było po urlopie. 

Fabuła jest tu dość prosta. Trzy brytyjskie przyjaciółki, Bee, Rosa i Iona, postanawiają po latach powrócić na grecką wyspę Paros. Jako osiemnastolatki przyjechały tu na wakacje i spędziły upojny urlop. Z rozrzewnieniem zawsze wspominały beztroski czas spędzony na plaży, nocne kąpiele  w morzu i drinki z wódki popijane z arbuza. Chcąc uciec od problemów na wyspach i trochę niespełnionych oczekiwaniach otwierają nowy rozdział w życiu. Rosa kupuje pensjonat, w którym kiedyś mieszkały, a Bee bierze do pomocy przy odświeżaniu. Wkrótce dołącza do nich Iona. Na miejscu okazuje się, że ich urokliwy pensjonat wcale nie jest już tak uroczy jak 11 lat temu. Popadł w ruinę. Dziewczyny są jednak dobrej myśli i postanawiają przywrócić mu dawną świetność.

Powrót na Paros” to typowo kobieca i lekka lektura. Do przeczytania w dwa wieczory. Sięgając po tego typu książkę nie należy spodziewać się rozbudowanych wątków, pogłębionego rysu psychologicznego postaci, czy też zwrotów akcji. Czyta się szybko, gdyż przeważają tu dialogi. Szczerze, to bywają one trochę infantylne i irytujące, i to zamiłowanie Brytyjczyków do pica herbaty. 
-Napijecie się herbaty, a może coś zjecie? Pewnie miałyście długą podróż.
-Filiżanka herbaty byłaby cudowna.

Takie dialogi przeważają, ale Brytyjki ponoć tak mają. „Powrót na Paros” to lektura na dwa wieczory albo długie leniwe letnie popołudnie. Dobra odskocznia, ale ja już prawie zapomniałam od czym była. I jeszcze mało klimatu greckiego było w tej opowieści, choć wszystko dzieje się przecież w śródziemnomorskim klimacie. 


 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


piątek, 27 lipca 2018

„Policjanci. Ulica” Katarzyna Puzyńska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 19 czerwca  2018r.
oprawa: twarda
liczba stron:  344





„..ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia. Wykonując powierzone mi zadania, ślubuję pilnie przestrzegać prawa, dochować wierności konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej, przestrzegać dyscypliny służbowej oraz wykonywać rozkazy i polecenia przełożonych. Ślubuję strzec tajemnic związanych ze służbą, honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej”. Przed podjęciem służby policjant składa takie własnie ślubowanie według następującej roty.

Od razu na wstępie pragnę zaznaczyć, że gratuluję pomysłu pani Katarzynie za poświęcenie książki tej grupie zawodowej. Policjanci są ciągle krytykowani, szykanowani, niedoceniani. A tak naprawdę praca w policji to nie sama praca, a służba. Wiedzą o tym ci, którzy do tej służby przystępują i po prostu służą ludziom, a nie pracują. 

Pani Katarzyna środowisko policyjne akurat zna bardzo dobrze i jest jej one bliskie, ponieważ wielokrotnie współpracowała z policją podczas pisania swoich kryminalnych książek o Lipowie. Książka to zbiór siedmiu wywiadów, sześciu mężczyzn i jedna kobieta odpowiada na pytania i szczerze mówi o swojej pracy. Nie ma tu ubarwiania, pozorowania czy kozactwa, za to emocji nie brakuje. Rozmówcy znacznie przybliżają pracę w policji, mówią o problemach,  testach, nocnych dyżurach, śmiertelnych wypadkach, interwencjach domowych, ale też o sukcesach i satysfakcji. Są to osoby o różnym stażu i charakterach z ogniw patrolowo-interwencyjnych, ruchu drogowego oraz oddziałów prewencji. Inaczej podchodzą również do swoich obowiązków, ale łączy ich MUNDUR i podobne doświadczenia. Policjanci są pierwsi na miejscu zbrodni i nieustająco ją zwalczającą. Przez to często spotykają się ze śmiercią. I jak nietrudno się domyślić różnie się z nią oswajają. Jedni podchodzą bardzo emocjonalnie, inni potrafią powstrzymać emocje, a jeszcze inni są obojętni. Właśnie to zobojętnienie na śmierć jest bardzo częste. Mówią o tym prawie wszyscy rozmówcy, jest to dla niech przerażające, zadają siebie z tego sprawę, ale z drugiej strony jest to jakaś recepta na dalsze funkcjonowanie. 

Pani Katarzyna, jako psycholog, rzetelnie podeszła do tematu i jawi się tu jako bardzo dobrze przygotowana rozmówczyni. Wie, jakie pytania zadawać, trzyma emocje na wodzy, nie komentuje wypowiedzi i nie udziela porad. Mam nadzieję, że książka zmieni nieco podejście do pracy policjantów. Podzielam opinię pani Katarzyny, że to praca niełatwa, niedoceniania i zasługująca na szacunek. Oczywiście zadaję sobie sprawę, że nie wszyscy są tak kryształowi, że przekraczają swoje uprawnienia i traktują wszystko zbyt służbowo. Ale takich ludzi można znaleźć w każdej grupie zawodowej. Mam nadzieję, że książka spowoduje lepsze postrzeganie zawodu policjanta w społeczeństwie. To jedna z grup zawodowych, razem z nauczycielami, która jest najczęściej krytykowania. W mediach aż roi się od artykułów, które wytykają przywileje (wcześniejsza emerytura u policjantów, czy dłuższe wakacje u nauczycieli) oraz lasowane są antyprzykłady, a to rzuca obraz na całą grupę zawodową. Bo najprościej jest skrytykować i wytykać błędy, trudniej jest docenić i zrozumieć. Cieszę się, że powstała taka książka, mam nadzieję, że znajdzie rzeszę czytelników. 

A na koniec, pani Kasiu, może powstałaby cała seria książek o zawodach, następna z serii nosiłaby tytuł „Nauczyciele. Szkoła”, ale to pewnie byłby już horror ;)


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 



niedziela, 15 lipca 2018

„Będziesz na to patrzył” Magda Rem

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 3 lipca 2018r.
oprawa: miękka
format: 125 mm x 195 mm
liczba stron: 408




Początkiem koszmaru jest anonimowy list: "Będziesz na to patrzył!”. Większość ludzi zignorowałaby taki przekaz. Kto zwraca uwagę na zadrukowaną amatorsko karteczkę w czerwonej kopercie. Tak też zrobił główny bohater książki – Marek Barcz, szanowany kardiolog, a prywatnie mąż i ojciec 14-letniej Marty.  Niemniej jednak nutka niepewności została zasiana.  Marek zaczyna się zastanawiać, czy to był jakoś głupi żart, pomyłka, czy też ktoś wziął siebie jego za cel. Szybko jednak skupia się na codziennych sprawach do momentu, gdy z domu znika kot. Po kilkunastu godzinach Baltazar zostaje podrzucony do ogrodu. Jego ciało jest zmasakrowane, a w brzuchu ktoś zaszył kolejną wiadomość: "Będziesz na to patrzył!”. I tak zaczyna się nierówna gra, gdzie stawką może być życie bliskich Markowi osób. Jego szczęśliwa i bezpieczna codzienność zamienia się w koszmar. Skąd pojawiło się zagrożenie? Kto go nęka? Jak daleko się posunie? Marek zaczyna analizować swoje życie. Wyszukuje osoby, które - według niego - mógł skrzywdzić. Byłe kochanki, ich mężów, kolegów ze szkoły, rozczarowanych pacjentów... i choć jego lista początkowo jest długa, Marek powoli wyklucza z niej większość osób. Tymczasem sadystyczny prześladowca posuwa się do bardziej okrutniejszych metod niż zabicie kota.  

Jestem zaskoczona powieścią. Motyw niby oklepany - sporo filmów i książek taką tematykę podejmuje. O psychopatach, którzy dręczą swoje ofiary. Tutaj jednak mamy polskich bohaterów, co pozwala na lepsze wyobrażenie sobie realiów. Czyta się to wszystko bardzo szybko, historia pochłania. Czytelnik kibicuje bohaterowi, ale autorka nie szczędzi scen krwawych i traumatycznych. Można by przyczepić się pewnych niedociągnięć - zbyt oczywistego i płytkiego zakończenia lub braku wyraźnego punktu kulminacyjnego, ale...  Jestem pod wrażeniem stylu i sposobu, w jaki pisarka potrafiła zbudować napięcie.   

Thriller Magdy Rem to bardzo miłe zaskoczenie w zalewie kryminałów i powieści z dreszczykiem, które potrafią intrygować tylko we fragmentach. Poza tym książka jest swoistą przestrogą. Myślę, że po jej lekturze niektórzy czytelnicy zrobią sobie rachunek sumienia. Być może przypomną sobie dawne znajomości, nielubianych kolegów, relacje koleżeńskie. I może ktoś stwierdzi, że znalazłby się osoby, którym kiedyś wyrządziliśmy świadomie (lub nieświadomie) krzywdę. To ostanie ciężko będzie stwierdzić. Trudno mieć świadomość takich sytuacji, które dla kogoś mógłby stać się kamyczkiem, który poruszy lawinę nieszczęśliwych wydarzeń.  


 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 

poniedziałek, 9 lipca 2018

„Szczurołap” Jay Asher, Jessica Freeburg

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 26 czerwca 2018r. 
Tytuł oryginał: Piper 
Przekład: Agnieszka Jacewicz
seria: Literatura dziecięca i młodzieżowa
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 144




Hameln to miasto w północnych Niemczech, w Dolnej Saksonii. Jak każde miasto ma swoją legendę. Legenda ta głosi, że w XIII wieku spokój miasteczka zburzyła plaga szczurów. Wynajęty przez mieszkańców szczurołap obiecał zająć się nieproszonymi gośćmi, pod warunkiem, że za usługę otrzyma sowitą zapłatę. Oczywiście nikt w Hameln nie zgłosił sprzeciwu, więc mężczyzna zabrał się do pracy. Wziął piszczałkę i zaczął na niej grać, a szczury z całego miasta wyszły mu na spotkanie. Szczurołap, nie przestając grać, wyruszył w kierunku rzeki Wezery znajdującej się za bramą Hameln i wszedł do wody. To samo uczyniły szczury, nieświadome tego, że idą na pewną śmierć. Kiedy wszystkie gryzonie się utopiły, mężczyzna wrócił do miasta po obiecaną zapłatę. Mieszkańcy, uwolnieni od problemu szczurów, odmówili jednak wywiązania się z umowy. I wtedy zaczęło się najgorsze. Mężczyzna opuścił miasto, ale jakiś czas później powrócił. Zagrał jeszcze raz, ale tym razem za nim podążyły wszystkie dzieci w mieście (według legendy niemal sto trzydzieścioro). Najmłodsi mieszkańcy miasta poszli na dźwięk instrumentu, tak jak szczury. Mężczyzna wyprowadził dzieci poza bramy miasta, na wzgórze. Tam wszyscy, razem ze szczurołapem, rozpłynęli się w powietrzu.

Motyw tej legendy wykorzystał Jay Asher, autor „13 powodów”. Zaprosił do współpracy Jessicę Freeburg, autorkę powieści paranormalnych i specjalistkę do mrocznych klimatów. Pomógł im w tym jeszcze Jeff Stokely, genialny rysownik. W ten sposób powstała fascynująca powieść graficzna o samotności, miłości i zemście. Asher i Freeburg poszli jednak o krok dalej niż mówi sama legenda. Starali się dociec motywów postępowania szczurołapa. Skąd wiedział jaką melodię zagrać?! Kim był? Czy miał rodzinę? Czy podczas pobytu w Hameln dał się poznać mieszkańcom?

Dawno, dawno temu... pośrodku gęstego i mrocznego lasu było sobie małe miasteczko. Poznajemy najpierw jedną mieszkankę - Magdalenę. To młoda głucha dziewczyna. W Hamlen czuje się bardzo samotna. Tutejsi mieszkańcy śmieją się z niej i wyszydzają. Mimo to stara się przetrwać. Pomaga jej w tym ogromna wyobraźnia i empatia. Spotyka szczurołapa i nawiązuje się między nimi specyficzna więź. Podczas długich wieczornych rozmów młodzi ludzie poznają się bliżej, opowiadają o sobie i o nurtujących ich problemach. Oboje są samotni, odrzuceni i czują się niezrozumiani przez otoczenie. Jednak podejście do życia mają różne. Magdalena potrafi wybaczać i stara się dostrzec w każdym człowieku dobre strony, natomiast szczurołap twierdzi, że to naiwne myślenie, które może prowadzić do skrzywdzenia. Uważa, że za wyrządzone złe uczynki każdy musi ponieść karę. Pała żądzą zemsty. W przeciwieństwie do Magdaleny. Dziewczyna mimo wielu wyrządzonych jej krzywd, podchodzi do tego obojętnie i przy pomocy swojej wyobraźni podąża do przodu. Czy między taki skrajnymi poglądami będzie miejsce na uczucie....

Przepięknie ilustrowany „Szczurołap” wciąga od pierwszej strony. Wykreowany tutaj świat jest dziwny, mroczny i przerażający. Jednak uczucia, pragnienia ludzi są takie same jak dziś. Chciwość, żądza zemsty, samotność, odrzucenie... to przecież bolączki ludzi współczesnych. Jak sobie z tym poradzić? „Szczurołap” z niezwykłą szczerością odkrywa przed nami tajemnicę i wyjawia sens jednej z najstarszych legend. Autorzy oddają tu prawdziwe emocje i przenoszą czytelnika do miasteczka na skraju mrocznego lasu. A co najważniejsze - przemycają w tej opowieści uniwersalne wartości i dylematy, z którymi zmaga się każdy człowiek. Polecam.




niedziela, 6 maja 2018

„Nowe niebo” Hanna Cygler

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 18 kwietnia 2018r.
seria: Polska literatura współczesna
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 376






Hanna Cygler swoje bohaterki często stawia przed trudnymi wyborami. Z reguły muszą mierzyć się z przeciwnościami losu i na nowo odradzać się jak Feniks z popiołów. Ma to swój urok i niewątpliwie jest wyznacznikiem stylu autorki. Kobiety na kartach powieści pani Cygler są często zdeterminowane, muszą walczyć o lepsze życie, choć jego ścieżki są kręte i pełne wybojów.

Nie inaczej jest i w tym przypadku. Na początku poznajemy trzy kobiety: Helenę, Felicję i ich ciotkę Matyldę. Mamy rok 1891 i jesteśmy w Ameryce w małym miasteczku Winona nad rzeką Missisipi. Kobiety przybyły tu z Kaszub w poszukiwaniu lepszego życia. Tytułowe nowe niebo ma być na nich szansą na egzystencję bez ubóstwa. Okazuje się jednak, że ten Nowy Świat wcale nie jest tak kolorowy, jak to sobie wyobrażały. Często muszą mierzyć się z biedą gorszą niż w polskim Sitnie. Los sióstr układa się różnie. Starsza Helena, bardziej zdeterminowana, żeby szybko ułożyć sobie życie, wychodzi za mąż za pierwszego lepszego kandydata. I choć pan jest bardzo majętny, przystojny i ułożony, to wybór trafny nie był. Helena dużo jednak będzie musiała przejść i przecierpieć, żeby to zrozumieć. A i tak życie różami usłane nie będzie.

Felicja ma trochę więcej odwagi i zamiast za głosem rozsądku, idzie za głosem serca. Ten wybór początkowo wydaje się trafny i młodzi rozpływają się w szczęściu. Jednak samą miłością i oddaniem długo nie da się wyżyć i Felicja dużo również wyleje wiele łez, zanim wszystko się ułoży. Jest jeszcze Matylda - ciotka, która zastępowała Heli i Felci matkę. Ona też ma swoją nieszczęśliwą historię wielkiej i oddanej miłości.

Kolejną bohaterką jest Ameryka. Ameryka jako kraj dopiero się rodzący, uwikłany jeszcze w walki o zimię, o tożsamość, o stabilność i poczucie bezpieczeństwa. Miejsce marzeń wielu ludzi, jednak już wtedy ten "american dream" wcale nie był tak demokratyczny, równy i wolny.  Poza tym autorka porusza tutaj wiele innych problemów, np. przemocy domowej, czy życia w skrajnym ubóstwie. 

Polecam, piękna opowieść o poszukiwaniu lepszego losu. I jestem pełna uznania dla autorki. Pamiętam jak w roku 2012 czytałam debiutancką książkę pani Cygler o perypetiach Zosi Knyszewskiej. Wtedy nie przypuszczałam, że twórczości pani Hanny tak się rozwinie, a jej powieści będą bestsellerami. 




Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 26 marca 2018

„Córki latarnika” Jean Pendziwol

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 31 stycznia 2018r.
tytuł oryginału: The Lightkeeper's Daughters
tłumaczenie: Jan Kraśko
liczba stron: 336






Życie mierzone minutami i godzinami podzielonymi na dyżury i czas wolny, pory zapalania, nakręcania maszynerii i sprawdzania poziomu paliwa. Tak wyglądało dzieciństwo Elizabeth i Emily, córek latarnika pracującego na Wyspie Porfirowej na północy Jeziora Górnego w Kanadzie. Bliźniaczki Elizabeth i Emily miały szczęśliwe dzieciństwo. Razem z dwójką starszych braci spędzały beztrosko czas na wulkanicznych brzegach wyspy. Rytm życia całej rodzinie wyznaczały pory roku. Przez całe lato i jesień robiono zapasy, bo wiadomo było, że zimą jezioro zamarza i nikt nie może przypłynąć. Tak mijały miesiące i lata. W sumie dziewczynki nie znały innego życia poza codziennością na wyspie. Poza tym Elizabeth czuła się odpowiedzialna za głuchoniemą Emily. Nie chciała zostawiać jaj ani na chwilę. Były nierozerwalne. Na wyspie nic im jednak nie groziło i czuły sią tam bezpieczne. Nawet jak starsi bracia wyjechali do miasta, aby się uczyć. znały każdy zakamarek wyspy. Pewnego dnia pojawił się jednak ktoś, kto na zawsze zmienił ich życie. 

Całą historię sióstr poznajemy u kresu życia Elizabeth. Mieszka sobie ona w domu spokojnej starości. Traci powoli wzrok i nie jest w stanie czytać książek ani podziwiać obrazów. Pustkę wypełnia muzyką i wspomnieniami. Niespodziewanie odnajdują się dzienniki jej zmarłego ojca, który spisywał wszystkie wydarzenia dziejące się na wyspie. Elizabeth chce odświeżyć sobie pamięć, ale też pragnie poznać pewną tajemnicę rodzinną, zagadkę, która spędzała jej sen z powiek przez wiele lat.  W czytaniu pomaga jej młoda dziewczyna – Morgan, która została przydzielona tu na prace społeczne. Morgan zamalowała płot kolorowym graffiti. W ramach kary musi pomalować płot i opracować swoje dyżury. Tak poznaje Elizabeth. I choć obie panie dzieli duża różnica wieku, szybko znajdują wspólny język. Wkrótce okazuje się, że mają podobne zainteresowania i pasje, a wyblakłe kartki z dzienników skrywają wspólną tajemnicę.

Zaskoczyła mnie ta książka. Nie spodziewałam się historii, która mnie pochłonie. Poza tym okoliczności przyrody, miejsce, w którym dzieje się akcja zafascynują od początku. Gdzieś, z dala o cywilizacji, na maleńkiej wyspie żyją sobie ludzie, a rytmem ich życia jest sprawdzanie poziomu paliwa i zapalanie latarni. I choć autorka nie do końca trzymała w napięciu, ponieważ pod koniec historia się "rozlewa", a cała tajemnica okazuje się banalna, to czytało się to świetnie. Niespokojna atmosfera jeziora, które dyktowało swoje prawa mieszkańcom udziela się czytelnikom. Polecam. 




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


niedziela, 4 marca 2018

„Najszczęśliwsze dzieci na świecie, czyli wychowanie po holendersku” Rina Mae Acosta, Michele Hutchison

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 31 stycznia 2018r.
tytuł oryginału: The Happiest Kids in the World: Bringing Up Children the Dutch Way
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 320





Holandia ma opinię kraju liberalnego, w którym toleruje się różne używki i związki partnerskie. W rzeczywistości Holendrzy są narodem dość konserwatywnym, a w sercu holenderskiej kultury kryje się społeczeństwo domatorów, którzy stawiają rodzinę na pierwszym miejscu. Tak przynajmniej twierdzą autorki tej książki. Rina Acosta to Amerykanka o azjatyckich korzeniach, która wyszła za mąż za Holendra. I z San Francisco przeniosła się na niderlandzką wieś. Michele Hutchison to Brytyjka, która wychodząc za maż za Holendra, opuściła zimny Londyn i zamieszkała w Amsterdamie. Już po paru miesiącach pobytu w innym kraju obie panie stwierdziły zgodnie, że podejście do życia, mentalność oraz codzienne życie znacznie różni się od tego, którego doświadczyły w swoich rodzinnych krajach. I właśnie tymi spostrzeżeniami postanowiły się podzielić z czytelnikami.

Szok kulturowy był dla nich ogromny i bezlitosny. W Holandii jest wiecznie ciemno, deszczowo i pochmurnie. Gęstość zaludnienia też była przytłaczająca. Mimo tego przebywając tu już paręnaście lat są pełne podziwu dla holenderskiego sposobu wychowania dzieci.

Po pierwsze brytyjscy i amerykańscy rodzice czują się wiecznie sfrustrowani swoimi nierealnymi oczekiwaniami i opiniami innych. Święcie wierzą, że dzieci potrzebują całego czasu, pieniędzy i uwagi, jakiej rodzic może (nadludzkim wysiłkiem) im dać, by miały zapewniony lepszy start. Holendrzy natomiast rozumieją, że sukcesy dzieci nie muszą prowadzić do szczęścia, za to szczęście może sprzyjać sukcesom. Bycie najlepszym uczniem w klasie, świadectwo z czerwonym paskiem, granie na instrumentach, różnorodne zajęcia pozalekcyjne - taniec, basen, dodatkowe zajęcia językowe. Brzmi znajomo, prawda? To nie tylko amerykański i brytyjski sposób myślenia, ale też polski. Przykręcanie śruby własnemu dziecku (już od przedszkola), zachęcanie go do coraz większego wysiłku, bo to ma zapewnić bezpieczną i dostatnią przyszłość. Czyżby? Holendrzy natomiast trzymają na wodzy wszelkie niepokoje, stresy i oczekiwania, nadając nową definicję sukcesowi i dobremu samopoczuciu. Dla nich sukces zaczyna się od szczęścia - dzieci i rodziców.

Po drugie brytyjscy i amerykańscy rodzice w znacznie większym stopniu kontrolują życie swoich dzieci i poświęcają zbyt dużo czasu na wożenie ich wszędzie, gdzie tylko się da. Tym samym ci rodzice wpadają w błędne koło perfekcjonizmu. Natomiast holenderskich dzieci nikt do szkoły nie wozi, tu na lekcje dojeżdża się rowerami (i to bez kasku). Fakt, że w Holandii są bardzo rozbudowanie ścieżki rowerowe w miastach i wciąż wytaczane są nowe trasy. A to sprzyja takim praktykom. Ale żadnemu rodzicowi nie przyjdzie tu do głowy, żeby zawieźć dziecko do szkoły. Nawet, gdy pada deszcz i wieje wiatr. Dzieci wtedy mają specjalne płaszcze lub używają parasolek! Nie do pomyślenia w naszym kraju, wydaje się to okrutne i bezduszne. A jednak w Holandii działa. Poza tym dzieci w wieku przedszkolnym, już od 4 lat, mogą same bawić się na placach zabaw. Dla odmiany autorki podają przykłady amerykańskich realiów, gdzie sąsiad sąsiada pozywa od sądu o to, że ten zostawił siedmioletnie dziecko bez opieki na własnym ogrodzie. 

Holenderskim dzieciom sprzyja również system edukacji. Nie ma tu typowego i tak powszechnego „wyścigu szczurów”. Trzeba przecież dostać się do wymarzonej szkoły, a wcześniej zdać dobrze egzaminy. W kraju tulipanów dzieci też zdają egzaminy po szkole podstawowej, ale wyniki nie są przeliczane na punkty. Nie ma rankingów szkół! Egzamin ma na celu sprawdzenie umiejętności i predyspozycji, aby ukierunkować danego ucznia na dalszej drodze edukacji, czyli mówiąc prościej - do jakiej szkoły się nadaje. Czy do liceum teatralnego, czy technikum turystycznego, czy szkoły dla mechaników. Bardzo zdrowe podejście, gdyż dzieci nie stresują się wynikami egzaminów, nie są poddawane presji, a co za tym idzie - nie boją się źle wypaść na testach. 

Co zatem składa się na ten sukces Holendrów? Autorki podają tu mnóstwo innych przykładów, a raczej aspektów codziennego życia, które, według ich, są drogą do sukcesu. Czy zatem tajemnica tkwi w tym, że Holenderki rodzą w dzieci w domach, w przytulnym i znajomym otoczeniu. A może sekret leży w holenderskim śniadaniu i w czekoladowej posypce na kanapki hagelslag. A może w gezellig - odpowiedniku duńskiego hygge, czyli wywołaniu wrażenia przytulności, ciepła, przynależności, miłości, bezpieczeństwa, zadowolenia i wspólnoty. A może wszystko po trochu.

Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. Pozwala na świeże i szalenie przydatne podejście do wychowania. Nie trzeba się jednak z tymi metodami zgadzać lub ślepo naśladować. Wiadomo, że Polska nie stanie nagle się drugą Holandią i nie będzie się szczyciła tym, że ma najszczęśliwsze dzieci na świecie. My mamy inne zwyczaje i inny model rodziny. Jeżdżenie rowerami po naszych ulicach nadal wydaje się nierozsądnie i niebezpieczne. Polscy lekarze pierwsi będą się również sprzeciwiać porodom domowym, co w Holandii jest normą. Nasz system pracy nie jest też tak elastyczny, jak w Holandii, gdzie prawo pozwala na więcej wolnego, jeśli posada się dzieci. Polskim rodzicom nie mieści się też w głowach, że sześcio- lub siedmiolatek może nie znać jeszcze literek. Tymczasem Holendrzy stawiają nacisk najpierw na umiejętności społeczne, a nauka czytania i pisania ma przyjść naturalnie i w odpowiednim czasie. Ciekawe co na to polskie matki, które już swoje niemowlaki uczą czytania?! Ale to właśnie Holendrzy we wszystkich ogólnoświatowych testach osiągają lepsze wyniki. Radzą sobie również lepiej z liczeniem i czytaniem w dorosłym życiu. 

Śmiem twierdzić, że tak książka nie zmieni myślenia o polskim wychowaniu i metodach kształcenia, ale może pewne pomysły można przejąć (przemyśleć) lub chociaż pewne rzeczy dzieciom odpuścić. Póki co - jeśli chodzi o wychowanie - można tylko żałować, że nie mieszka się w Holandii. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

czwartek, 22 lutego 2018

„Miasto Świętych Mężów” Luis Montero Manglano

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 13 luty 2018r.
tytuł oryginału: La ciudad de los hombres santos
cykl: Poszukiwacze
tłumaczenie:  Katarzyna Okrasko, Agata Ostrowska
oprawa: zintegrowana 
liczba stron: 640




„Miasto Świętych Mężów” to ostatnia część trylogii „Poszukiwacze” („Stół króla Salomona”, „Łańcuch Proroka”). Wszystkie części łączą się ze sobą, zatem najlepiej znać poprzednie, gdyż fabuła staje się bardziej spójna. 

Tirso Alfaro jest teraz agentem Interpolu. Jednak tak średnio podoba mu się obecna praca i raczej nie wkłada do niej serca. Jego szefowa Lacombe, pragmatyczna i pozbawiona empatii Francuska też nie ułatwia mu oswojenia się z nową posadą. Dopadł go okropny kryzys tożsamości, ponieważ inaczej wyobrażał sobie swoje obecne życie. Tak naprawdę Tirso tęskni do swojej starej ekipy Poszukiwaczy. Szczęście mu jednak sprzyja, ponieważ po raz kolejny drogi agentów Interpolu i Narodowego Korpusu Poszukiwaczy się krzyżują. W Londynie zostaje skradziony wypożyczony średniowieczny rękopis napisany pismem wizygockim. Okazuje się, że to ten sam zwój pergaminu, który Tirso wyniósł z Jaskini Heraklesa i który był tajemniczym testamentem. Kolejny trop prowadzi do powiązań z firmą informatyczną Voynich i projektu Lilith - a to przecież starzy wrogowie naszych bohaterów.

I po raz kolejny jesteśmy świadkami wyścigu po drogocenne skarby. Skarby, które mogą dać władzę nad światem. Istnieje pewna legenda, według której grupka hiszpańskich mnichów, wobec nieuchronnej inwazji arabskiej, postanowiła zabezpieczyć największe skarby wizygockiego królestwa, wywożąc je z półwyspu. Podobno przepłynęli Atlantyk i dotarli do Ameryki. Tam, gdzieś w sercu amazońskiej dżungli, założyli Miasto Świętych Mężów i pilnie strzegli ukrytych skarbów. Było to zatem swoiste Eldorado, do którego wielu śmiałków próbowało dotrzeć. Wiadomo legenda trochę przycichła po odkryciu Ameryki przez Kolumba, bo nikomu nie chciało się wierzyć, że zwykłym hiszpańskim mnichom udało to się wcześniej. Śladem tej legendy podążają również nasi bohaterowie. Przenosimy się do Ameryki Południowej, do Republiki Valcabado. Tutaj, w dorzeczach Amazonki, zostaje odkopany chrześcijański kościół wybudowany 1300 lat temu. Zatem w legendzie o hiszpańskich mnichach musi być ziarenko prawdy. 

Tym samym czytelnik zostaje wciągnięty w oszałamiającą spiralę niebezpieczeństw, intryg oraz w gąszcz łamigłówek i zagadek. Autor trzyma poziom z poprzednich tomów i stawia na drodze bohaterów szereg przeszkód. Ponowie Tirso i spółka wychodzą z wszelkich kłopotów bez szwanku. Luis Montero musi chyba bardzo lubić swoje postacie. Świetnie to się czyta leżąc w domu pod kocykiem i mając świadomość, że amazońska dżungla leży hen daleko stąd. Bo mamy i mikroskopijne, niewidoczne pasożyty, które żywią się krwią ludzką, węże papugi, wandelie i wszelkie najdziwniejsze okazy fauny południowoamerykańskiej. Poza tym nasi bohaterowie schodzą do jaskiń, krętych korytarzy, przedzierają się przez podziemne labirynty. 

Tropienie skarbów, uciekanie przed tymi „złymi”, działanie w imieniu „dobra”, nieustraszone postacie, zagadki i łamigłówki, poszukiwanie rozwiązań - kto tego nie lubi. Przecież klimat w stylu „Indiany Jonesa”, czy „Szklanej pułapki” uwielbia chyba każdy. Emocjonujące przygody i bohaterowie, którzy cało wychodzą z wszelkich opresji. I choć te perypetie są nieco przerysowane, to i tak czyta do się wyśmienicie i z wypiekami na twarzy. Polecam gorąco!

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.