poniedziałek, 10 lutego 2020

„Poryw” Kinga Wójcik

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 21 stycznia 2020r.
oprawa: miękka
liczba stron: 496





   
Ostra jak brzytwa policjantka z Łodzi. Błyskotliwa śledcza dostaje pod swoje skrzydła młodego sierżanta. Ich relacja, już od pierwszej chwili, jest mocno skomplikowana, a sprawa, przy której muszą współpracować tylko z pozoru wygląda banalnie. Tak zapowiada się początek serii o Lenie Rudnickiej. Para detektywów rozwiązuje zagadkę morderstwa księgowego, czyli standardowo przesłuchuje świadków, a ci świadkowie kłamią, mylą tropy. Taki klasyczny schemat powieści kryminalnej. Niestety niczym niezaskakujący, a wręcz przewidywalny. Już w połowie książki można się domyślić, kto jest sprawcą.

Jednak to nie jedyny minus. Zastanawia mnie bardzo kreacja głównej bohaterki. Nie tylko w tej powieści, ale ogólnie ostatnio w wielu książkach o podobnej tematyce. Policjantka lub prawniczka musi być kobietą bezkompromisową, o twardym charakterze, inteligentną (żeby nie powiedzieć wyniosła), no i oczywiście na każdym kroku musi demonstrować swoją wyższość i pouczać innych, rzucając przy okazji ciekawostkami . Dodatkowo owa kobieta nie mówi czystą i kwiecistą polszczyzną, a raczej nie ma skrupułów, aby używać wulgaryzmów. Poza tym uwielbia poniżać innych ludzi i udowadniać im, że jest od nich mądrzejsza. Czy naprawdę taki model bohaterki jest w Polsce pożądany? Czy kobiety chcą być wulgarne, wyniosłe i pozbawione wszelkich hamulców moralnych? Ja mam wrażenie, że polscy pisarze serwują czytelnikom tylko taki model. Dlaczego polska policjantka nie może być kimś w stylu detektyw Jane Rizzoli z bostońskiego wydziału zabójstw z powieści Tess Gerritsen? Jane jest ostra i żywiołowa, ale nie jest przy tym wyniosła ani wulgarna. U nas wręcz przeciwnie w wielu powieściach wciąż dominuje utarty schemat takiej policjantki, co książka, to kolejna kalka. 

Plus dla autorki należy się z pewnością za przedstawienie miejsca fabuły. Dobrze, że dzieje się w Łodzi, miło było poczytać o tamtejszych miejscowych lokalach. Biorąc pod uwagę, że autorka jest młodą osobą, to mam nadzieję, że dopracuje warsztat pisarki, a przede wszystkim pogłębi rys psychologiczny postaci. I mam nadzieję, że główna bohaterka przejdzie jakąś przemianę. 



za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka

środa, 29 stycznia 2020

„Sejf. Trylogia” Tomasz Sekielski


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.01.2020r.
oprawa: broszurowa klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 1056


Tomasza Sekielskiego nikomu zbytnio nie trzeba przedstawiać. Reporter, dziennikarz śledczy, dokumentalista, reżyser i pisarz. Współtworzył i prowadził wiele popularnych programów telewizyjnych w TVN, TVN24, TVP1, m.in. Fakty, Prześwietlenie, Teraz my!, Czarno na białym i Po prostu. Jest też twórcą filmów dokumentalnych, ostatnio głośnego Tylko nie mów nikomu, poświęconego wykorzystywaniu seksualnemu nieletnich w Kościele. Dziennikarz otrzymał również wiele nagród i wyróżnień. Jako autor thrillerów debiutował w Domu Wydawniczym REBIS w roku 2012 książką „Sejf”, potem powstała kontynuacja „Sejf. Obraz kontrolny” i „Sejf. Gniazdo Kruka”. Teraz wszystkie trzy części zostały wydane w trylogii. 

Ponad 1000 stron czyta się szybko. Akcja jest wartka, choć opiera się głównie na dialogach. Szczerze mówiąc - to dość słabego kalibru. Niemniej jednak fabuła wciąga. Wszystko zaczyna się w klimatach skandynawskiego kryminału. W małej wiosce na Podlasiu zostają wyłowione zwłoki bez twarzy. Było to dość niezwykłe odkrycie. Bowiem na co dzień policja zajmowała się tam drobnymi wykroczeniami. Drobni złodzieje, awantury domowe oraz okolicznościowe festyny, kończyły się w najgorszym wypadku na mordobiciu - tym parali się tam policjanci. Morderstwo należało więc tu do rzadkości. Dlatego inspektora Waldemara Darskiego początkowo nie zdziwił fakt, że śledztwem od razu zajęła się Agencja Wywiadu.

W między czasie poznajemy inne wątki. Zdegradowany dziennikarz Artur Solski dostaje zlecenie od szefa na zrobienie na Podlasiu reportażu o szpetuchach. Zbieg okoliczności sprawia, że Solski wraz z operatorem są świadkami wyławiania właśnie zwłok przez policję, a to już przecież lepszy temat, niż stare wiedźmy. Kilka rozdziałów wcześniej dowiadujemy się o tragicznej śmierci jednego z saperów, stacjonujących w Iraku - kapitana Roberta Kaliskiego. W kraju została jego żona-Anna oraz rodzice. Przyjaciel męża przywozi Annie tajemnicze pudełeczko z rodzinną pamiątką, kartą ze zdjęciami oraz zadedykowanym wierszem. To daje Annie do myślenia, bo jej mąż nigdy nie czytał poezji. Domyśla się zatem, że przesyłką mąż chciał jej coś przekazać. Jednak to dopiero początek serii morderstw i dziwnych wydarzeń, które sięgać będą szczytów władzy. Wkrótce wszystkie te wątki zaczynają się układać w jedną całość. Na jaw wyjdzie tajemniczy spisek, w który zamieszani będą pracownicy Agencji Wywiadu. A tu już się ocieramy o sprawy związane z bezpieczeństwem państwa.

Mnie najbardziej podobał się wątek dotyczący etyki dziennikarskiej. Widać, że pan Sekielski zna świetnie środowisko i nie są obce mu dylematy, z jakimi muszą się zmierzyć dziennikarze - z jednej strony chcą schlebiać najniższym gustom odbiorców, a z drugiej mają poczucie misji i robienia rzeczy bardziej ambitnych, ważnych. Coraz częściej niestety zwycięża właśnie tania sensacja i emocje, a nie rzetelnie dziennikarstwo. I nie zawsze dziennikarz może przekazać taką prawdę, do jakiej dotrze. Ponieważ naciski z góry sprawiają, że w mediach podaje się często informacje, takie jakie ludzie pragną usłyszeć. Szacunek zatem dla autora na zwrócenie uwagi na ten problem. 

Przerażający jest natomiast sposób w jaki autor przedstawił kobiety. Poza jedną Anną Kaliską, wdową po saperze z Iraku, nie ma bohaterki, która nie byłaby podległa mężczyznom. Premier, prezydent, ministrowie, szefowie działów, wszyscy mają kochanki lub kochanków. I oczywiście po koleżeńsku nimi się wymieniają. Płatny seks, narkotyzujące się dziewczyny, zdolne się sprzedać za zwykłą działkę narkotyków. Ja rozumiem, że pan Sekielski pisał o specyficznym środowisku, zepsutym, wyuzdanym i łapówkarskim, ale serio?? Jedynie takie relacje wchodzą tam w grę. Nawet pani premier, która pojawia się w ostatniej części swoją pozycję dostała wyłącznie przez łóżko. I naprawdę tak nisko ceni autor inteligencję kobiet, że podczas meczu piłkarskiego kobieta ubrana w ekskluzywne ciuchy może jedynie zadać swojemu "misiaczkowi" pytanie: A którzy to nasi? Zatem według pana Sekielskiego w świecie dziennikarsko-politycznym kobieta jeśli nie jest prostytutką, to jest przykładną żoną, która toleruje zdrady męża i dogadza mu gotując wytrawne kolacje. Jedyna rola kobiety sprowadza się właśnie do dogadzania w łóżku lub w kuchni. Osobną sprawą jest temat tego jedzenia i gotowania. Bo to też jest warte zauważenia, żeby nie powiedzieć dosadniej, pewien rodzaj fetyszyzmu autora. Praktycznie co drugim rozdziale jacyś bohaterowie spotykają się w przeróżnych restauracjach, barach lub na kolacjach przyrządzonych przez posłuszne (usmłużne) żony. I tutaj autor serwuje czytelnikom dokładny opis, a nawet przepis na ekskluzywne dania obiadowe. Bohaterowie ciągle jedzą, jedzą, jedzą i jedzą, a w przerwach popijają, popijają, popijają (chleją) trunki, też ekskluzywne. Bo o rodzajach whisky czy brandy autor również się rozpisuje. 

Najgorszym jednak mankamentem całej trylogii jest brak głównego bohatera. Bohatera, który pociągnąłby akcję i nadał jej spójności. Po pierwszej części Artur Solski miał predyspozycje do takiej roli. Mimo że autor trochę wyidealizował tę postać. Ale w końcu bohater był dziennikarzem, czyli nieskazitelnym człowiekiem, który jako jedyny kieruje się szlachetnymi pobudkami, ma kryształowo czyste sumienie, niesplamione żadnymi łapówkami, a cała reszta wiadomo - korupcja, żądza władzy i poczucie bezkarności. Niestety ten rzetelny dziennikarz potem został pominięty i zdegradowany. I nie wiadomo kto jest głównym bohaterem. Bo jeśli o chodzi o śmiertelność, to postacie umierają tam mniej więcej co piątą kartkę. 
I jeszcze jeden minusik dotyczący języka. Po pierwsze bohaterowie na prawo i lewo rzucają cytatami z literatury bądź cytują znane postacie. I tak, jak w przypadku komendanta Darskiego powiedzenia Napoleona pasują do jego osobowości i współgrają z postacią, to tak, w pozostałych przypadkach brzmią sztucznie, bo chyba nikt nie prowadzi zwykłych rozmów w takim stylu: Miał rację Honore de Balzac, mówiąc... albo Niczym Raskolnikow, bohater… Poza tym kolokwialność języka, wulgaryzmy, prostota, a raczej prostactwo dominują w wypowiedziach reszty bohaterów. Rozumem, że jak premier spotyka się ze swoim ministrem, to nie mówią kwiecistą i wyszukaną polszczyzną, ale też nie wysławiają się w rynsztokowy sposób. 

Mam jedynie nadzieję, że cała fabuła jest istotnie wytworem wyobraźni autora. Że nie wszyscy ludzie, szczególnie ci na najwyższym szczeblu władzy, są tacy bezwzględni i cyniczni, że oprócz własnych interesów myślą też czasami o innych. A jeśli ktoś uważa inaczej, jeśli ktoś uważa, że wszyscy wpływowi politycy czują się bogami w poczuciu bezkarności, to polecam trylogię. Zresztą sam autor streścił całą książkę w dwóch zdaniach. Podsłuchy, nagrania, inwigilacja - wszystko w imię bezpiecznego państwa. I am the King. [s.267] 




czwartek, 9 stycznia 2020

„Bezwład” Jessica Barry

Wydawnictwo: Rebis
data premiery: 28.01.2020r. PRZEDPREMIEROWO
tytuł oryginalny: Freefall
przekład: Maria Smulewska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 416





Amerykanie zawsze uwielbiali historie o superbohaterach. I nieważne czy był to szarmancki i kulturalny Kapitan Ameryka, czy pozbawiony granic i egoistyczny Ironman, czy też nieśmiały, ale za to odważny Superman. Istotne było, że ratował świat i niewinnych ludzi. Nic zatem dziwnego, że prawie każdy marzył o tym, aby posiadać cechy superbohatera. Być wytrzymałym, pomysłowym, odważnym i inteligentnym. Szczególnie wytrzymałość stała się ostatnio na topie. A wizerunek superbohatera nieco ewoluował. Ludzie uwielbiają rywalizację i testowanie swoich umiejętności. Dlatego mamy teraz "wysyp" survivalowych kursów, seriali, filmów, które ukazują sposoby na przetrwanie w ekstremalnych warunkach. A stąd już prosta droga, aby stać się superbohaterem i zdobyć uznanie. 

Jaki jest plan? Przeżyć!
Brnąć przez góry, śniegi (lub upały) przez wiele dni i nocy bez snu. Samemu zdobywać pożywienie. Do tego mieć ogromną wiedzę z botaniki i zoologii, wszak trzeba wiedzieć, co jeść. Umieć rozpalić ognisko i wspinać się po drzewach. Podobno w tak zwanej piramidzie przetrwania podstawę survivalu stanowi wola przeżycia. A człowiek pomysłowy i mający wolę przetrwania wymyśli, jak obyć się bez sprzętu albo zrobi go sam z dostępnych materiałów. Do tego trzeba być czujnym i umieć przewidzieć wszelkie zagrożenia. Ot, taka jedna z miar superbohatera, a przy okazji można ponieść sobie ego. 

Allison Carpenter przeżywa katastrofę lotniczą w Górach Skalistych. Kobieta zna pilnie strzeżoną tajemnicę, a wpływowi ludzie gotowi są ją zabić, by ukryć szokującą prawdę. Jeśli dowiedzą się, że przetrwała, ruszą za nią w pogoń. Allison przemierza zatem góry, aby dotrzeć do najbliższego miasteczka i wezwać pomoc. Determinacja pcha ją do przodu. Niestraszny jej ból, ciężar torby, krew, która cieknie jej z przedramion. Jęczy z bólu, ale wstaje i biegnie dalej, nie ogląda się za siebie, nie przystaje. Spożywa batoniki proteinowe, orzeszki i przypomina sobie rady ojca o sposobach przetrwania w lesie.

Równolegle poznajemy Maggie Carpenter, matkę Allison. Maggie wciąż ma nadzieję, że jej córka żyje, ponieważ nie odnaleziono przecież jej ciała. Matka także skrywa tajemnicę – w gruncie rzeczy nic nie wie o swojej córce, gdyż obie kobiety nie miały ze sobą kontaktu od ponad dwóch lat. Teraz Maggie na nowo poznaje swoją córkę, wyszukując o niej różne informacje. Okazuje się, że jej skromna córeczka, wcale nie była tak spokojna, jak się jej wydawało. Była związana z bardzo bogatym człowiekiem, właścicielem dużej firmy farmaceutycznej i opływała w luksusach.

Taka fabuła, mało oryginalna, bo survivalowe przygody są dość popularnym motywem zarówno w literaturze, jak i w filmie. Na uwagę zasługuje jednak konstrukcja powieści. Z relacji córki i matki wyłania się całościowy obraz ich wzajemnych stosunków. Czas teraźniejszy przeplata się ze wspomnieniami, wyrzutami sumienia, refleksjami kobiet.  Jak na debiutantkę, to całkiem przyzwoicie napisana książka. Czyta się szybko, takie tempo akcji wciąga. Miły sposób na spędzenie jednego długiego wieczoru lub dwóch krótkich. Niemniej jednak po dwóch dniach się o niej zapomina. 




czwartek, 2 stycznia 2020

Czytelnicze podsumowanie roku 2019. Top 10.

Moje subiektywne zestawienie książek przeczytanych w roku 2019. 

Nie przeczytałam rekordowej ilości książek, ale wróciłam do audiobooków. 

Przeczytałam również trochę zaległej klasyki i raczej delektowałam się samym procesem czytania. Tak bez presji, bez pośpiechu.

W czytelniczym podsumowaniu roku 2019 biorę pod uwagę książki wydane tylko w tym roku. 

















1. "Miasto dziewcząt" Elizabeth Gilbert, Wydawnictwo Rebis.
Świetny obraz społeczeństwa amerykańskiego w latach czterdziestych XX wieku. Społeczeństwa pełnego obaw i niepokojów, jak i nasyconego wolnością, szaleństwem oraz pozbawionego wszelkich zahamowań. Z wielką przyjemnością się to czytało. Powieść o miłości, o miłości każdego rodzaju. O tym dlaczego ludzie się zakochują i dlaczego są ze sobą oraz tym, że można kogoś kochać, a ani razu go nie dotknąć i o tym, że  wcale nie trzeba być grzeczną dziewczynką, aby stać się dobrym człowiekiem. więcej

2. „Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury’ego” Matt Richards i Mark Langthorne, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
Uwielbiam Freddiego i bardzo cenię sobie jego utwory. Był niezwykle utalentowanym i wszechstronnym wokalistą oraz kompozytorem. Nikt inny w historii muzyki popularnej nie połączył tak rocka z operą, musicalu z metalem, teatralności z wodewilem. Z relacji Matta (producenta telewizyjnego i reżysera) oraz Marka (pracownika przemysłu muzycznego i prezesa domu mody) wyłania się obraz genialnego twórcy i „nieupudrowanego” artysty wszech czasów. Magnetyzm Freddiego Mercury’ego do dziś przyciąga fanów na całym świecie. Podziwiają oni talent jednej z najbardziej ekstrawaganckich gwiazd rocka, wsłuchując się w jego muzykę i zachwycając się występami na stadionach. więcej

3. "Wołyń zdradzony" Piotr Zychowicz,  Wydawnictwo Rebis.
Z pewnością jedna z głośniejszych książek roku i jedna z lepszych pana Zychowicza. Jednak nie do końca podobała mi się frustracja autora związana z wycofaniem książki z konkursu. Szczególnie, że pan Zychowicz postawił kontrowersyjną tezę, pod którą następnie chciał dopasować fakty, ale pominął (lub przemilczał) inne. Zgadzam się natomiast z autorem, że błędy i porażki historii nie powinny być zamiatane pod dywan, że celem nauczania historii nie  jest podtrzymywanie ducha poprzez pudrowanie i szminkowanie przeszłości. Najważniejsza jest prawda. A błędy przeszłości należy opisywać i analizować. Nawet, jeśli ta prawda boli. więcej 

4. "Obsesja Eve. Kryptonim Villanelle" Luke Jennings, Wydawnictwo Rebis.
Książka warta zauważenia, zarówno pierwsza jak i druga część. Ciekawa konstrukcja i szybkie tempo akcji. To coś dla fanów sensacji o mocnych i stalowych nerwach. Bardzo dobrze zarysowane są portrety psychologiczne obu kobiet. Kreacja kobiety bez sumienia i słabości wydaje mi się fascynująca, choć uważam, że nie do końca możliwa. Na pewno odrobinę przekoloryzowana. Mnie bardziej urzekła Eve. Uwielbiam kobiety, które oddają się swojej pasji, kobiety, które mają dystans do siebie i nie są na tyle mściwe i zawistne, aby odgrywać się za każde słowa krytyki. Polecam. Również serial, Sandra Oh w roli Eve - mistrzostwo! więcej 

5. "Nieistotne wizerunki" Paolo Sorrentino, Wydawnictwo Rebis.
Świetny i oryginalny pomysł na książkę. Paolo Sorrentino wziął za punkt wyjścia znalezione fotografie-portrety autorstwa Jacopa Benassiego i do owych zdjęć wyobraził sobie historie uwiecznionych na nich osób. Nie wiedział kim są ani co robili. Stworzył fikcyjne życiorysy zupełnie obcych sobie ludzi. Jestem pod wrażeniem umiejętności i dojrzałości warsztatu pisarskiego reżysera. Sorrentino odmalowuje wszystko z niezwykłą precyzją słowną i jakimś instynktownym wyczuciem. Przy minimum środków potrafi dać czytelnikowi maksimum efektu. Zdania są krótkie, często podszyte ironią. Wszystko to sprawia, że książka jest niezwykle minimalistyczna, ale tym samym bardzo głęboka i prawdziwa. więcej 

6. „Ciało. Instrukcja dla użytkownika” Bill Bryson, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
„Uroda ma tylko grubość skóry, brzydota tki w głębi” - to jeden z licznych cytatów z książki, który bardzo mi się spodobał. Bill Bryson oprowadza po zakamarkach ludzkiego ciała – wyjaśnia, jak ono funkcjonuje, podkreśla jego niebywałe zdolności do samoleczenia i sygnalizuje sytuacje, w jakich może nas ono (niestety) zawieść. To pełna niezwykłych faktów (np. od momentu, kiedy zacząłeś to czytać, twój organizm zdołał już wyprodukować kolejny milion czerwonych krwinek), jak i nieodzownych anegdot będących znakiem firmowym Billa Brysona.

7. „Labirynt fauna” Cornelia Funke, Guillermo del Toro, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
Cudna okładka i ilustracje. Magiczna i mroczna historia. Świat rozdarty wojną, egoistyczna matka, ojczym-tyran, nieuczciwe fauny, zawzięci żołnierze i odważna dziewczynka, miłośniczka książek. Lektura niepokojąca, emocjonalna i przejmująca. 

8. Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki” Michał Rusinek, Wydawnictwo Agora 
Drugi rok z rzędu książka pana Rusinka pojawia się w moim rankingu (2018). „Niedorajda...” nie jest tak dobra jak „Pypcie na języku” ani tak ujmująca jak „Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości”, ale doceniam warsztat pisarski i pomysł. Sam Michał Rusinek tak o niej pisze: „...nie jest ekshibicjonistyczną deklaracją autora. Nie jest także, co mogłyby sugerować tytuły rozdziałów, językowym poradnikiem. Jest natomiast próbą przyjrzenia się takiemu rodzajowi języka, który stwierdza, nie pyta i nie zaprzecza, ale usiłuje nas do czegoś nakłonić”. I ponoć najczęściej kupujemy książki, które zaczynają się od słowa "jak" i najczęściej wpisujemy do wyszukiwarek zdania rozpoczynające się od tego słowa. Jak być mężczyzną? Jak się leczyć? Jak zostać pisarzem? - zatem, takie analizy językowe na wesoło.

9. „Na krawędzi otchłani” Bernard Minier, Wydawnictwo Rebis.
W najnowszej powieści Bernard Minier pragnie ostrzec przed nowymi technologiami, które stają się coraz bardziej niebezpieczne. Sztuczna inteligencja, potężne serwery danych, usługi lokalizacji, monitoringu, skanowania odcisków palców - oto rzeczywistość XXI wieku.  Autor mocnych thrillerów po raz kolejny udowodnił, że ma doskonały warsztat pisarski oraz talent do tworzenia mrocznych historii. Poza tym jego bohaterowie to postacie świetnie wykreowane pod względem psychologicznym. Są prawdziwi, bo mają swoje słabości, obsesje i popełniają błędy. więcej 

10. „Hiob: Komedia sprawiedliwości” Robert A. Heinlein, Wydawnictwo Rebis.
Rzadko sięgam po książki z gatunku science fiction. Musi mnie zaciekawić fabułą. A tutaj autor przedstawia współczesną wersją dziejów biblijnego Hioba w satyryczny sposób. Mamy wyraz poglądów Heinleina na chrześcijaństwo, ale nie krytykę religii, nie jest to również ateistyczny manifest, tylko raczej pokraczna próba wejścia w teologiczny spór z amerykańskimi protestantami z pozycji agnostyka. Zadaje też mnóstwo pytań natury teologicznej, czy etycznej. Tym samym prowokuje dyskusję. I świetna kreacja głównego bohatera.


***


Nie są to audiobooki z tego roku.
Te jednak mnie zauroczyły, ujęły i pozostały nadal w pamięci.

Jestem pod wrażeniem przeczytania. Ogromne uznanie dla lektorów.
Była to uczta dla ducha. Przyjemnie spędzony czas z dala od świecącego ekranu laptopa i telefonu komórkowego.

Wszystkie audiobooki dostępne na EmpikGo.




wtorek, 19 listopada 2019

„Na krawędzi otchłani” Bernard Minier

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 12 listopada 2019r.
przekład: Monika Szewc-Osiecka
tytuł oryginalny: M, le bord de l'abime
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 448




„Świat, w którym każdy non stop znajduje się pod obserwacją innych, za każde swoje zachowanie jest sądzony przez armię małych cenzorów, prokuratorów i dyktatorów przypiętych do komputerów. Świat, w którym za każdą niepoprawną opinię narażasz się na hejt i dostajesz śmiertelne pogróżki. Świat, w którym ludzie nienawidzą się za jedno wypowiedziane słowo, gdzie tłumy wciąż potrzebują kozłów ofiarnych, do których mógłby odczuwać nienawiść i które mógłby spalić na stosie. Gdzie dzieci w sieciach społecznościowych popychają inne dzieci do samobójstwa, podczas gdy ich rodzice w tych samych sieciach nawołują do mordu, nienawiści i zniszczenia”.  Nie jest to opis świata za ileś tam lat, nie jest to opis świata reality show, to opis rzeczywistości, w której wszyscy żyjemy, tu i teraz. 

W najnowszej swojej powieści Bernard Minier pragnie ostrzec przed nowymi technologiami, które stają się coraz bardziej niebezpieczne. Fakt, że ułatwiają życie, ale właśnie na tym polega pułapka. Dają ludziom tak dużo, iż nie potrafią oni bez nich funkcjonować. „Mark Zuckerberg wie o 2,5 mld użytkowników Facebooka więcej, niż Stalin z całą swoją tajną policją wiedział o obywatelach ZSRR. (...) Google i Facebook to w gruncie rzeczy organizacje antydemokratyczne. Nikt ich nie kontroluje, nikt na nie nie głosuje. A są silniejsze niż państwa i rządy. Decydują o naszych losach” - mówi Minier w wywiadzie dla „Zwierciadła” 12 (2078). 

„Na krawędzi otchłani” opowiada historię młodej Francuzki, która przyjeżdża do Hongkongu, aby pracować dla wielkiej chińskiej firmy, giganta Internetu z ogromnym wpływem na ludzi i na ich życie. Moïra prowadzi badania w dziedzinie sztucznej inteligencji. Firma pracuje nad prototypem wirtualnego opiekuna ludzi o nazwie Deus. Moïra ma nadać opiekunowi więcej osobowości, tchnąć w niego duszę, tożsamość. Odpowiadać za emocje, a konkretnie - ma je tworzyć. Młoda kobieta dość szybko się orientuje, że projekt, jak i cała firma, kryje mnóstwo sekretów. Każdy pracownik dostaje specjalną opaskę na rękę, która monitoruje jego funkcje życiowe, samopoczucie, a nawet poziom doznań podczas seksu. Dodatkowo Moïra ma firmowego laptopa i telefon, ale każde połączenie, każda rozmowa i każde zapytanie wpisywane w wyszukiwarkę jest monitorowane przez pracodawcę. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, ale ogranicza swobodę. Wkrótce wśród pracowników dochodzi do samobójstw i dziwnych wypadków, a sam Hongkong zaczyna przytłaczać i przerażać Moïrę. 

„Stragany, podświetlone szyldy, drapacze chmur, sklepy z elektroniką, z podróbkami, z sukniami ślubnymi, z kadzidełkami, z fałszywymi i prawdziwymi antykami, galerie handlowe, krawcy, jubilerzy, lombardy, sale gry w madżonga. Kantory, restauracje, uliczne kramiki z jedzeniem, bary, sex-shopy, salony masażu, nielegalni handlarze, prostytutki. Kolulun nocą. Ocean betonu, ludzi, dźwięków. Jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na Ziemi”. Poza tym ponad 7800 wieżowców mieszkalnych, 300 budynków o wysokości przekraczającej 150 metrów: równowartość 40 pięter, ulice głębokie jak wąwozy, babiloński labirynt skrzyżowań. „Jak człowiek ma wierzyć, że jego mizerny żywot ma tutaj jakiekolwiek znaczenie?”. Tak zastanawia się jeden z bohaterów. Samo miasto może fascynować, ale i przerażać. Ponoć Hongkong nie ma litości. Ten ul z betonu, asfaltu, szkła, stali ogłusza i jednocześnie wciąga. 

„Wszyscy kłamią” – tak twierdzi jeden z najsłynniejszych serialowych lekarzy. Bernard Minier idzie o krok dalej i twierdzi, że „wszyscy wiedzą, że ludzie okłamują swoje otoczenie”. Okłamujemy współmałżonka, przyjaciół, szefa, a nawet psychologa, ale kiedy przeciętny użytkownik Internetu wchodzi do wyszukiwarki i szuka tego, co potrzebuje, to wszelkie maski zostają zrzucone. Jest sobą, ze swoimi problemami i myślami. Wtedy wychodzą na jaw wszelkie frustracje, urazy i uprzedzenia. Niestety ci, którzy korzystają z Google, zostawiają tam swój ślad, który ktoś widzi, ponieważ jesteśmy śledzeni przez wyszukiwarkę. Zawsze wtedy, kiedy ktoś myśli, że nikt nie wie, co robi w Internecie, to Google go widzi. Wie o nim wszystko. Gromadzi dane na potężnych serwerach. Zna prawdziwą naturę ludzi, choć oni nie są tego świadomi. Żyją w przeświadczeniu, że Internet ich łączy, a to iluzja. W gruncie rzeczy są oderwani od kontaktu z ludźmi, nigdy nie są tu i teraz, razem. Smutna prawda niestety. Daje do myślenia. 

Lubię książki Miniera. Autor mocnych thrillerów po raz kolejny udowodnił, że ma doskonały warsztat pisarski oraz talent to tworzenia mrocznych historii. Poza tym jego bohaterowie to postacie świetnie wykreowane pod względem psychologicznym. Są prawdziwi, bo mają swoje słabości, obsesje i popełniają błędy. Podobało mi się również zakończenie. Tak jakby autor dostrzegał nadzieję na zahamowanie rozwoju nowych technologii. Być może będzie to jedyne rozwiązanie na najczarniejsze scenariusze, które może spowodować postęp i potęga technologii oraz sztucznej inteligencji. Polecam gorąco. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

wtorek, 12 listopada 2019

„Osada” Camilla Sten

Wydawnictwo: Zysk i S-kA
data wydania: 22 października 2019
tłumacz: Maciej Muszalski
tytuł oryginału: Staden
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 400



Silvertjän to małe górnicze miasteczko położone w Szwecji. Sześćdziesiąt lat temu prawie dziewięciuset jego mieszkańców zniknęło bez śladu. Do tej pory nikomu nie udało się wyjaśnić, co się z nimi stało. Nikt nie wie, czy zachorowali, popełnili samobójstwo, czy opuścili miasteczko dobrowolnie. Znaleziono tylko noworodka zamkniętego w gabinecie pielęgniarki oraz zwłoki młodej dziewczyny, która została ukamienowana na środku rynku. Policja podejrzewała nagły kataklizm, ale nie było na to naukowych dowodów. 

Sprawą na nowo zainteresowała się młoda dokumentalista Alice, która od dzieciństwa słyszała opowieści swojej babci o Silvertjän. Jej babcia wyjechała z miasteczka na krótko przed tajemniczym zniknięciem mieszkańców. Alice zafascynowana tymi wydarzeniami postanawia na własną rękę rozwiązać zagadkę opuszczonej osady. Wraz z niewielką ekipą postanawia spędzić pięć dni w odizolowanym i opuszczonym miasteczku, kręcąc dokument o jego tajemnicach. Na  miejscu okazuje się, że miasteczko jest jeszcze bardziej przerażające niż im się wydawało. Przeszłość nadal rzuca tutaj swój złowieszczy cień, a poszukiwania prawdy szybko przeradzają się w walkę o przetrwanie. Młodzi ludzie zostają odcięci od świata i muszą zmierzyć się z demonami tkwiącymi w miasteczku.

Dość szybko się to czytało. Fabuła wciągnęła, a dawka adrenaliny podnosiła się z kartki na kartkę. Narracja jest prowadzona dwutorowo, mamy relację Alice z obecnych wydarzeń oraz listy siostry jej babci. Młodsza siostra Aina zdawała jej relację z bieżących spraw, które działy się w miasteczku. W ten sposób cała historia staje się spójna. Zakończenie zaskakuje, choć jest bardzo realistyczne. A jak na horror to trochę słabe rozwiązanie. Pomysł na fabułę z pewnością oryginalny, jednak wydaje mi się, że w natłoku skandynawskich thrillerów i horrorów to raczej przejdzie niezauważony. 





wtorek, 17 września 2019

„Obsesja Eve: Jutra nie ma” Luke Jennings

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 sierpnia 2019r. 
tytuł oryginalny: Killing Eve. No Tomorrow, tom 2
przekład: Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 262



Psychopatka, która praktycznie w życiu nie ma empatii, nie ma emocji. Ale jest coś, czego pragnie najbardziej na świecie: czuć. Zabijanie przynosi jej rozkosz, ale tylko chwilową. Jest w tym dobra, zabija z łatwością, więc doznania są coraz słabsze. Musi zatem szukać czegoś, co potęguje podniecenie. Co sprawi, że jej spryt, jej kunszt, a także groza jej uczynków będą należycie docenione. Tak ocenia swoją rywalkę Eve Polastri, kobieta, która tropi seryjną morderczynię. Gra toczy się o najwyższą stawkę, rosyjska wyszkolona zabójczyni kontra brytyjska agentka. 

W pierwszej części książki „Obsesja Eve: Kryptonim Villanelle” został zapoczątkowany szpiegowski wyścig obu kobiet dookoła świata. Dlatego warto zacząć od pierwszego tomu. Villanelle jest z pewnością narcystyczną socjopatką i za pomocą pasywno-agresywnej prowokacji próbuje osłabić przeciwniczkę. Lubi kontrolować sytuację, potrafi zakraść się do mieszkania Eve, tylko po to, aby dać jej coś w prezencie. Robi to tylko w jednym celu, aby zyskać psychologiczną przewagę. Eve obserwuje ją od dłuższego czasu i próbuje rozszyfrować jej kolejny krok. Zauważa, że Villanelle zaczyna coraz bardziej ryzykować, a to daje jej szansę na schwytanie jej. Ale czy możliwie jest zwycięstwo którejkolwiek z kobiet o tak silnych charakterach?

Luke Jennings znowu na koniec zostawia otwartą furtkę, wiele spraw jeszcze nie zostało dopiętych. To właśnie sprawia, że powieść czyta się w szybkim tempie, a czytelnik ciągle się zastanawia, która z kobiet wyciągnie teraz asa z rękawa. Eve depcze Villanelle prawie po piętach, ale zawsze coś ponowie jej przeszkadza. Bardzo lubię powieści, w których kobiety mają silną osobowość. I choć uważam, że postać Villanelle jest trochę przerysowana, to wcale mi to nie przeszkadzało. Momentami budzi ona sympatię, podziw i współczucie. 

Podobał mi się jeszcze jeden fragment, który może być przesłaniem, nie tylko w tej książce, ale i w życiu. To moment, kiedy Eve jest w Wenecji i zatrzymuje się chwilę oczarowana pięknym widokiem. Kobieta ma na sobie sukienkę-mgiełkę od Laury Fracci i bransoletkę z różowego złota. Jej włosy upięte są w najmodniejszy francuski kok. Spogląda właśnie na kopułę bazyliki Santa Maria della Salute, wzniesioną u dalekiego wylotu laguny. „Niemal zbyt wiele piękna, by to znieść, myśli wzruszona. I wszystko to pomału umiera. Jak my wszyscy, dodaje cichy głos w jej umyśle. Dlatego jutra nie ma, jest tylko dziś”.   

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


„Requiem dla wilka” Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania:  3 sierpnia 2019r.
oprawa:  twarda
liczba stron:  400





„Każdy nosi w sercu wiele wilków, miłość, przyjaźń, nienawiść, gniew. Przeżyją tylko te, które nakarmisz”. To fragment przypowieści fińskiej, której motyw wykorzystała Maria Nurowska tworząc oś fabuły w kontynuacji książki „Nakarmić wilki”.

Akcja powieści dzieje się w Bieszczadach. Tam pojawia się reżyserka, Joanna, której marzeniem jest spotkanie ze słynnym reżyserem, Jerzym Glinickim. Młoda kobieta  chce nakręcić o nim film. Glinicki, zmęczony światowym i wytwornym życiem, porzucił swój dom w Kalifornii i zamieszkał w lesie niedaleko Łupkowa i Komańczy wraz ze swoim starym, chorym psem, który jest jego jedynym przyjacielem i rodziną. Pierwsze spotkanie Joanny i reżysera nie wypada pomyślnie, Glinicki nie zgadza się na pomysł, aby nakręcić o nim dokument. Reżyserka, przemierzając bieszczadzką głuszę, przypadkowo dowiaduje się o tragicznej śmierci młodej doktorantki SGGW, Katarzyny, która pisała pracę o wilkach. Sprawa bardzo ją porusza. Joanna decyduje się nakręcić film o losach tej kobiety, która, jak się okazuje, miała niepokorną duszę wilka. Reżyserka chcąc wczuć się w rolę Katarzyny zamieszkuje w chatce na Harchajce, niedaleko domu Glinickiego. Chatka pozbawiona jest prądu i bieżącej wody, ale to nie odstrasza Joanny. Zaczyna czytać dziennik Katarzyny, wędruje po lesie jej śladami, aż w końcu spotyka wilki na swojej drodze. Wkrótce pojawiają się również dawni znajomi Katarzyny, a Joanna odnajduje w sobie podobieństwo do zmarłej doktorantki. 

Akcja snuje się tutaj leniwie, nie pędzi jak w powieściach sensacyjnych, wszystko toczy się swoim tempem. Przyznaję, że nie czytałam pierwszej części, ale wydarzenia, o których wspominają bohaterowie, były na mnie jasne. Podobał mi się motyw oderwania od świata, wyciszenia i zamieszkania w głuszy, po to, aby obcować z naturą. Wydaje mi się jednak, że na ten wątek autorka powinna postawić większy nacisk. Tymczasem z biegiem akcji, fabuła skupia się bardziej na uczuciach Joanny i jej miłosnych wyborach. Szkoda, bo apetyt został pobudzony, a potem gwałtownie stłumiony. Za mało było klimatu Bieszczad i samych wilków. 

Niemniej jednak jest to powieść warta uwagi, jest w niej dużo o pasji, poświęceniu i trudnych wyborach. Prostota formy tu ujmuje, niektóre wypowiedzi bohaterów są bardzo wartościowe. Jest to również opowieść, a raczej przestroga, o tym, że warto w życiu wyznaczać sobie pewne granice, których przekraczać nie wolno. W przyrodzie niczego nie da się przewidzieć, nie można być zbyt pewnym siebie i uważać, że wszystko można okiełznać. Niestety, czasem za to się płaci. I to tragicznie. 



 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję. 

wtorek, 3 września 2019

„Miasto dziewcząt” Elizabeth Gilbert

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 3 września 2019 r. PREMIERA 
tytuł oryginałuCity of Girls
tłumaczenie: Katarzyna Karłowska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528



„Tamtego lata wyprawiałyśmy się obie polować na kłopoty w miejskiej dżungli - i uzbrojone w niewidzialne meczety i strzelby znajdowałyśmy je bez trudu. Bo to łatwe, jeśli jesteś piękną, kobietą. A gdy są was dwie, obie piękne i młode, to kłopoty atakują na każdym rogu - czyli dokładnie tak, jak tego chciałyśmy. Celia i ja z niemal histerycznym oddaniem szukałyśmy rozrywek. Byłyśmy nienasycone - stale łaknęłyśmy nie tylko młodszych i starszych mężczyzn, ale także jedzenia, koktajli, dzikich tańców i muzyki na żywo, takiej, która sprawia, że wypalasz mnóstwo papierosów i zaśmiewasz się z głową odchyloną do tyłu”.  

To fragment najnowszej książki Elizabeth Gilbert „Miasto dziewcząt”, powieści przesyconej młodością, szaleństwem i seksem. „Tamte lato…” to rok 1940. Na świecie szalała wtedy II Wojna Światowa, tymczasem w Stanach Zjednoczonych nikt jej jeszcze nie odczuwał. Do Nowego Jorku przyjeżdża młoda dziewczyna. Vivian Morris ma 19 lat i właśnie oblała egzaminy po pierwszym roku w prestiżowym collegu. Rodzice postanowili wysłać ją do ciotki Peg, która prowadziła mały teatr w Nowym Jorku. Vivian od razu zachłysnęła się wielkomiejską atmosferą, było to zupełnie coś innego niż doświadczenia z rodzinnego miasta. „Lily Playhouse” (bo tak nazywał się teatr) ani trochę nie przypominał żadnego z tych światów, które wcześniej znała. „To był film animowany o blaskach i cieniach teatru rewiowego, o ciągłym chaosie i  zabawie - o świecie pełnych dorosłych zachowujących się jak dzieci”. 

I ten sposób zaczął się dla Vivian nowojorski szał - showgirls, frywolne tancerki, seksowni amanci, muzycy, reżyserzy i gangsterzy. To był teraz świat Vivian. A z racji tego, że nasza bohaterka posiadała umiejętności krawieckie i potrafiła szyć na maszynie, to została dyżurnym kostiumologiem w podupadającym teatrze rewiowym swojej ciotki. Korzysta z życia, baluje po nocach, chodzi do barów, spotyka się z różnymi mężczyznami, a potem wraca, aby pomóc w przygotowaniach widowiska dla publiczności. I tak codziennie. Pewnej nocy, w chwili słabości, popełnia błąd, a w jej środowisku wybucha skandal. Awantura po nim jest tak ogromna, że Vivian musi zniknąć z Nowego Jorku. 

Elizabeth Gilbert w świetny sposób przedstawiała obraz społeczeństwa amerykańskiego w latach czterdziestych XX wieku. Społeczeństwa pełnego obaw i niepokojów, jak i nasyconego wolnością, szaleństwem oraz pozbawionego wszelkich zahamowań. Cała plejada postaci drugoplanowych też jest świetnie zarysowana. Brat Vivian, Walter - ochotnik i żołnierz marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, Olive - wieloletnia przyjaciółka i towarzyszka ciotki Peg, Billy Buell - mąż ciotki Peg i wielki amant, Celia - wyzwolona showgirl, Frank - weteran wojny i żołnierz z Pearl Harbor. Każda z tych postaci tworzy odrębną historię, która składa się na rys amerykańskiego społeczeństwa.

I na koniec jeszcze najważniejsze - jest to powieść o miłości, o miłości każdego rodzaju. O tym dlaczego ludzie się zakochują i dlaczego są ze sobą, o tym, że można kogoś kochać, a ani razu go nie dotknąć i o tym, że  wcale nie trzeba być grzeczną dziewczynką, aby stać się dobrym człowiekiem. Chylę czoła na pani Gilbert - świetnie napisana książka, niezwykle barwna, tętniąca energią i ciekawą historią życia młodej dziewczyny spragnionej wielkich uciech, ale i wielkiej miłości. Polecam gorąco!

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuje. 


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

„Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury’ego” Matt Richards i Mark Langthorne

Wydawnictwo:Zysk i S-ka
data wydania: 30 lipca 2019r.                      
tłumaczenie: Robert Filipowski
tytuł oryginału: Somebody to Love: The Life, Death and Legacy of Freddie Mercury
okładka: twarda            
format: 145 x 205 mm
liczba stron: 496  




Był niezwykle utalentowanym i wszechstronnym wokalistą oraz kompozytorem. Nikt inny w historii muzyki popularnej nie połączył tak rocka z operą, musicalu z metalem, teatralności z wodewilem. Z wielką przyjemnością przeczytałam tę książkę. Bardzo lubię utwory „Queen”, a Freddiego szanuję i podziwiam jako muzyka. 

„Somebody to love...” to niezwykła biografia. Autorzy: Matt (producent telewizyjny i reżyser) oraz Mark (pracownik przemysłu muzycznego i prezes domu mody) umieścili tylko wybrane elementy działalności zespołu „Queen”, szczególnie te dotyczące Mercury'ego. Ze względu na ogrom dokonań Freddiego nie da się przedstawić każdego aspektu historycznego i muzycznego, jakie złożyły się na jego długą karierę. W niniejszej książce załączona jest duża ilość różnych opinii, zarówno krytyków piszących dla brukowców, żyjących członków „Quenn”, domowników Freddiego, jego lekarzy, dziennikarzy muzycznych, członków ekipy, oddanych fanów, krytyków, jego nielicznych wywiadów, homoseksualnych aktywistów, jak i homofobów. Wszystko to daje rzetelny i „nieupudrowany” obraz artysty wszech czasów. Bo te wszelkie opinie sprowadzają się i tak do wspólnego mianownika. Geniuszu lidera zespołu „Quenn”. Magnetyzm Freddiego Mercury’ego do dziś przyciąga fanów na całym świecie. Podziwiają oni talent jednej z najbardziej ekstrawaganckich gwiazd rocka, zasłuchując się w jego muzyce i zachwycając się występami na stadionach, zapominając jednocześnie o katastrofalnych danych.

Tak naprawdę pod płaszczem charyzmatycznego kompozytora i wokalisty krył się samotny człowiek, który wciąż poszukiwał miłości, stabilizacji i bezpieczeństwa. „Chciałbym zjeść ciastko i mieć ciastko - przyznawał. - Chcę poczucia bezpieczeństwa, ale też wolności”. Nie jest tajemnicą, że Freddie był stałym bywalcem lokalów dla homoseksualistów i miał setki partnerów. Sam Freddie przyznawał, że swoją rozwiązłością próbował zagłuszyć poczucie samotności albo wyleczyć blizny po wcześniejszych związkach. Dlatego zamiłowanie do szybkiego seksu bez żadnych zobowiązań traktował jako swoiste antidotum. Poza tym od zawsze miał problemy ze swoją seksualnością i często czuł się zagubiony, a na pewno ograniczony. Freddie nigdy nie zamierzał ujawniać swojej orientacji. Przez większość życia mieszkał ze swoją przyjaciółką Mary Austin, a jego heteroseksualni przyjaciele z zespołu stanowili naturalną zasłonę dymną, dzięki której kwestia jego seksualności pozostawała niejasna. Mógł zatem zyskiwać międzynarodową reputację imprezowego zwierzęcia, legendarnego pana rozpusty i boga seksu. Nawet jego koledzy z zespołu do końca nie byli świadomi tego, co działo się nocami po koncertach.

Przez większość życia Mercury szukał podniet i emocji, co, oczywiście miało swoją cenę. Zdawał sobie sprawę, że jeśli dużo wyjawi na swój temat, ludzie poczują się „zawiedzeni”. Sam był sobą zawiedziony. Na scenie mógł tworzyć pozy. Mógł się kreować. Lubił się popisywać, miał wyjątkowy głos, kochał się przebierać, upodobał sobie teatralność i uwielbiał musical „Kabaret”. Talent to niebanalnych piosenek i jego intuicja stała się kluczem do sukcesu „Quenn”. „Rozpusta jest częścią mojej osobowości. Nuda jest jak choroba. Potrzebuję ryzyka i emocji. Nie mogę siedzieć w domu przed telewizorem”. 

Ta książka porusza jeszcze jeden ważny problem. Autorzy na podstawie ówczesnych licznych badań i statystyk ukazują przyczyny rozpowszechnienia się AIDS. Zresztą książka jest poświęcona tym, którzy żyją i zmarli na AIDS. Bowiem już w latach siedemdziesiątych choroba ta panoszyła się na świecie, zbierała śmiertelne żniwo, a wszyscy żyli w nieświadomości. Nikt nie wiedział, że zaczyna się ona od wirusa przenoszonego drogą płciową. Mało kto wie również, że choroba zrodziła się już na początku XX wieku, a wszystko zaczęło się o pewnego myśliwego i zarażonego szympansa. To rzetelna i tragiczna opowieść o rozpowszechnieniu się tej potwornej choroby. 

To niesamowita historia Farrokha Bulsary, który, uciekając przed wojną domową, przybył z rodzicami do Anglii w 1964 roku, gdzie udał się do college'u, a potem rozpoczął karierę wokalisty, kompozytora i wykonawcy, docierając na szczyty list przebojów. Spełnił swoje marzenia to z pewnością, a co najważniejsze, że zostawił po sobie spuściznę, która do tej pory zachwyca. Polecam gorąco.  


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa ZYSK i S-KA

środa, 7 sierpnia 2019

„Skryba ze Sieny” Melodie Winawer

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 30 lipca 2019 r.

tytuł oryginalny: The Scribe of Siena
przekład: Agnieszka Jacewicz
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 528





Melodie Winawer jest profesorem neurologii na Uniwersytecie Columbia, autorką licznych artykułów naukowych i rozdziałów specjalistycznych książek. Biegle włada hiszpańskim i francuskim, dobrze zna łacinę i znośnie posługuje się włoskim. Mieszka wraz z rodziną w nowojorskim Brooklynie. Ta wiedza i umiejętności z pewnością pomogły jej w napisaniu debiutu, powieści historycznej.

Poznajemy Beatrice Trovato. Kobieta jest neurochirurgiem i pracuje w nowojorskim szpitalu. Cały swój czas poświęca pracy i nie ma życia prywatnego. Jest wyprana z emocji i trochę nudnawa. Taka nijaka bohaterka. Na szczęście akcja nabiera tempa, kiedy umiera brat Beatrice, Ben. Był on historykiem i mieszkał w Sienie. W tym włoskim mieście posiadał dom i badał sprawę spisku, który rozegrał się w XIV wieku, tuż przed wybuchem epidemii, która pochłonęła ponad połowę ówczesnych mieszkańców. Beatrice bierze urlop i przenosi się do Sieny. Bowiem w testamencie Ben powierzył jej misję dokończenia jego badań. Wśród dokumentów brata Beatrice znajduje dziennik pewnego malarza z XIV wieku. Przyglądając się freskom Gabriele’a kobieta dostrzega własny wizerunek na tynkach. Wkrótce dziwnym trafem przenosi się do średniowiecznej Sieny.

Kobieta trafia do roku 1347, na parę miesięcy przed wybuchem epidemii dżumy. Szczęśliwy traf sprawia, że Beatrice zamieszkuje w Ospadale. Dziś to słowo oznacza szpital, jednak w średniowieczu było to miejsce, gdzie przyjmowano wędrowców, strudzonych pielgrzymów i oczywiście chorych. Beatrice dostaje posadę skryby i wkrótce będzie nie tylko przepisywała księgi, ale również protokoły z obrad rady miejskiej. Natomiast za freski na murach Ospadale odpowiada malarz Gabriele Accorsi. Kobieta odkrywa, że jest to malarz z tajemniczego dziennika. I w tym momencie Beatrice już wie, że znalazła się na właściwym miejscu i o dziwo, we właściwym czasie. Tutaj po raz pierwszy poczuła się spełniona i zakochana. Jednak świadomość tego, co ma się wydarzyć oraz rosnące wątpliwości czy zdoła opuścić wiek XIV przed nadejściem dżumy, sprawiły, że Beatrice poczuła nieodpartą potrzebę poczynienia jakiś działań, które - być może - zapobiegłyby epidemii. Zostaje przez to uwikłana w skomplikowaną intrygę, która może kosztować ją życie, a wszystko rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych, związanych z odwiecznym konfliktem między Sieną i Florencją. 

„Skryba ze Sieny” to dobra powieść, choć autorka miała kilka potknięć. Przede wszystkim fabuła z biegiem wydarzeń nieco się rozmywa i jest niespójna. Narracja jest prowadzona wielotorowo, ale tu nie jest to trafny zabieg. Miałam wrażenie, że autorka posłużyła się tym, bo chciała za wszelką cenę wszystko wyjaśnić. Nie podobał mi się również wątek wiodący, czyli miłosny. Skoro główna bohaterka tak się poświęca, z własnej woli (tak, drugi raz jest z własnej woli!) przenosi się do średniowiecza, to mogłaby wykształcać więcej namiętnych uczuć, bo przecież robi do głównie z miłości. Jej ukochany też raczej, jak na amanta, to słabo trochę wyrażał swoje pragnienia. Ogromny plus należy się jednak za przedstawienie średniowiecznej Sieny, jej mieszkańców, obyczajów i codziennego życia. Postacie drugoplanowe są tu o wiele ciekawsze niż główna bohaterka. A z racji tego, że bliżej mi do historii niż do romansów, to uważam powieść za godną polecenia. Można przełknąć drobne niedociągnięcia w fabule i poczytać sobie o życiu w średniowiecznych miastach. Ta część była naprawdę dobrze dopracowana, zresztą autorka sam przyznała, że przeczytała mnóstwo prac badawczych na temat konfliktu między Sieną a Florencją. Duży plus też za pomysł - wymyślona fabuła na tle prawdziwych wydarzeń i miejsca. Polecam. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.