niedziela, 10 maja 2020

„Inteligencja emocjonalna w działaniu” Justin Bariso

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 19 maja 2020 r.
tytuł oryginalny: EQ Applied: The Real-World Guide to Emotional Intelligence
przekład: Aleksander Gomola
oprawa: broszurowa klejona
liczba stron: 216



W roku 1995 Daniel Goleman, psycholog i dziennikarz naukowy, opublikował książkę, w której przedstawił światu nowe pojęcie inteligencji emocjonalnej. Koncepcja, że zdolność do zrozumienia własnych emocji i panowania nad nimi ma kolosalny wpływ na nasze życiowe sukcesy, z miejsca zyskała popularność i odcisnęła mocne piętno na tym, jak ludzie postrzegają własne emocje i zachowanie. Od tego czasu  ponad 20 lat, a nasz świat uległ, a inteligencja emocjonalna jest nam potrzebna jak nigdy przedtem. 

„Wszechobecność smartfonów i innych urządzeń mobilnych zastąpiła krótkie chwile obserwacji i autorefleksji bezustannym gapieniem się w ekran i odpowiadaniem na wiadomości, sprawdzaniem zaktualizowanych statusów w serwisach społecznościowych lub po prostu bezmyślnym przeglądaniem stron internetowych - czyli działaniami wyrastającymi z poczucia lęku, nudy i obawy, że coś przegapimy. Możliwość komunikowania się praktycznie z każdym i o każdej porze pobudza do dzielenia się wzruszającymi momentami z własnego życia i ujawniania wrażliwych informacji o sobie, czego później żałujemy”. 

Zatem podniesienie poziomu własnej inteligencji emocjonalnej może rozpoznawać i zwalczać wszelkie pokusy. Poza tym umiejętność zamiany najsilniejszych emocji z niszczycielskiego żywiołu na dobroczynną moc może uzdrowić relacje z ludźmi. Autor książki ma jasny cel: chce pomóc innym, aby emocje działały na naszą korzyść, a nie przeciw nam. Wykorzystując przykłady prosto z życia, pokazuje jak stosować inteligencję emocjonalną w codziennych sytuacjach w pracy oraz w domu i dlaczego jest to tak ważne, jak nigdy przedtem. 

Od teorii do praktyki
Ludzie, oprócz szerokiego wachlarza zdolności intelektualnych, mają do dyspozycji również szeroki wachlarz umiejętności emocjonalnych wpływających głęboko na ich myślenie i działanie. Aby lepiej zrozumieć pojęcie inteligencji emocjonalnej podzielono ją na cztery główne zdolności: samoświadomość, panowanie nad sobą, świadomość społeczna, kierowanie reakcjami. Owe zdolności są ze sobą powiązane i wzajemnie się dopełniają, nie zawsze jednak zależą od siebie. W miarę tej lektury poznajemy lepiej różne aspekty każdej z czterech zdolności składających się na inteligencję emocjonalną i dowiadujemy się, jak zastosować je do siebie. Wszystko zaczyna się od rozpoznania w pierwszej kolejności własnych naturalnych zdolności, skłonności, atutów i słabości. Oznacza zrozumienie własnych cech, zapanowanie nad nimi oraz maksymalne ich wykorzystanie po to, by trafnie spostrzegać, jak nasze emocje wpływają na nasze myśli, słowa, działania oraz jak te słowa i działania wpływają na innych.

Pod kontrolą
„Teraz po tym wszystkim często wydaje mi się, że całe moje życie aż do dnia wypadku przygotowało mnie do tego, by w tamtej konkretnej chwili stanąć na wysokości zadania”. Takie słowa wypowiedział kapitan Chesley Sullenberger po pewnym niezwykłym lądowaniu. "Sully" był kapitanem samolotu, który 15 stycznia 2009 roku miał odbyć lot z Nowego Jorku do Karoliny Północnej. Parę minut po starcie stado dzikich gęsi zderzyło się z samolotem, pozbawiając go obu silników. Sullenberger, w oparciu o swoje wieloletnie doświadczenie, uznał, że największe szanse ocalenia życia 155 osób znajdujących się na pokładzie będzie wylądowanie na rzece Hudson. Stawiając wszystko na jedną kartę, raptem 218 sekund po tym, gdy oba silniki odmówiły posłuszeństwa, Sullenberger odważnie i pewną ręką posadził samolot na rzece. Ocaleli wszyscy. „Całkiem możliwe, że nigdy nie znajdziesz się w takich opałach jak kapitan Sullenberger, na pewno jednak prędzej czy później zmierzysz się z sytuacjami burzącymi ustalony porządek rzeczy. To, jakie podejmiesz wówczas decyzje, będzie zależeć w dużym stopniu od twojej samoświadomości i zdolności do panowania nad sobą”. Lata ćwiczeń i praktyki nad tymi zdolnościami pozwolą na to, aby skupić myśli i zachować pełną kontrolę nad emocjami. 

Budowanie mostów
„Przeprosiny nie zawsze muszą znaczyć, że druga osoba ma słuszność, a ty jesteś w błędzie. Znaczą natomiast, że relacja z tą osobą jest dla ciebie ważniejsza niż własne ego". Każda złożona przez ciebie obietnica, każdy okazany dowód pokory, każda wyrażona szczerze pochwała, każdy podjęty wysiłek, by okazać empatię, wszystko to przyczynia się budowania głębokich relacji z ludźmi opartych na zaufaniu. Koncentrując się na czymś dobrym, dzieląc się umiejętnie własnym doświadczeniem lub po prostu przypominając innym, że każdy z nas ma czasami zły dzień, nie tylko wykorzystujemy jak najlepiej złą sytuację, ale też zdobywamy zaufanie ludzi i inspirujemy ich to tego, aby stali się lepszą wersją samych siebie. 

To tylko opis trzech rozdziałów z książki, wszystkich jest dziewięć plus dodatek - dekalog inteligencji emocjonalnej. Autor Justin Bariso jest mówcą motywacyjnym i jednym z najpopularniejszych felietonistów Inc.com, prowadzi także własną agencję consultingową współpracującą z wieloma klientami. Bariso w bardzo prowokuje do myślenia oraz pokazuje, jak stać się lepszym przywódcą i lepszym człowiekiem. Jak nauczyć się życia w harmonii z podstawowymi prawdami, aby emocje działały na naszą korzyść. 
  
Emocje mają wpływ na praktycznie każdy aspekt naszego życia. To one decydują, czy podoba nam się film, piosenka lub dzieło sztuki. To one podpowiadają nam, jaką drogę zawodową obrać lub o jaką pracę się ubiegać. Wpływają na nasze decyzje dotyczące tego, gdzie i jak długo będziemy mieszkać. Pomagają też zdecydować, z kim spędzamy czas, z kim umawiamy się na randki, w kim zakochujemy się i kogo poślubiamy, a także z kim się rozstajemy. Emocje mogą sprawić, że w ułamku sekundy podejmujemy decyzję, której konsekwencje będziemy ponosić do końca życia. Czasami sprawiają, że tkwimy w ciemnym dole, a czasami mogą być światełkiem w tunelu.

W inteligencji emocjonalnej nie chodzi o to, by zrozumieć każde uczucie, którego doświadczamy i rozkładać na czynniki pierwsze każde wydarzenie. Inteligencja emocjonalna to zdolność do poszukiwania głębszego znaczenia, gdy warto to robić, i zdolność do cieszenia się chwilą, gdy nie warto. Polecam gorąco.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

piątek, 10 kwietnia 2020

„Furia wikingów” Daniel Komorowski


Wydawnictwo: Repika
data wydania: 11 luty 2020 r.
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 480



„Nie znają jednak siły wikińskich mieczy i toporów! Nie znają potęgi naszego muru tarcz. Nie znają naszej furii! Niech ją poznają i zginą co do jednego. Walczymy ku chwale Odyna Wszechojca, abyśmy mogli godnie świętować razem z nim przy stole Valhalli!”

Tak to fakt, nikt nie znał siły i potęgi wikingów, nikt nie znał takiego okrucieństwa. Nie znali go z pewnością mnisi z klasztoru Lindisfarne, kiedy to statki Ragnara dobiły do brzegów wyspy. Tak według historyków zaczęła się umowa era wikingów. Od tego czasu Skandynawowie organizowali łupieżcze najazdy na prawie całą Europę, która zresztą właśnie wtedy powstawała. Ci najeźdźcy z surowej Północy nadciągali w swych drakkarach, niosąc śmierć i pożogę. Przybywali, żeby palić, grabić i gwałcić, ale przede wszystkim, żeby okryć się wiekopomną chwałą zdobywców i zapewnić sobie miejsce w Valhalli.

Nic zatem dziwnego, że przerażają i fascynują oni nadal wielu ludzi. Bo oprócz właśnie postrachu, który ze sobą nieśli, wikingowie byli bardzo dobrze zorganizowanym społeczeństwem. Posiadali bogatą sferę duchową, a całe ich życie było zależne od sposobu utrzymywania relacji ze światem bogów i innych istot nadprzyrodzonych. Oszałamiają tu nie tylko praktyki religijne, ale też struktury społeczne, ich hierarchia, ekonomia, sztuka, kontakty ze światem zewnętrznym oraz taktyka wojenna. A o tym można pisać obszerne prace, o drakkarach, o broni ręcznej, w końcu o samych sposobach prowadzenia walk i pojedynków. 

To wszystko zafascynowało również młodego grafika Daniela Komorowskiego. „Furia wikingów” jest owocem jego zainteresowań i pasji. A jak wiadomo z pasji rodzą się rzeczy najbardziej wartościowe. I mimo że przeczytałam już wiele o wikingach, oglądałam filmy i serial, to z przyjemnością przeczytałam coś jeszcze. Autor pisząc powieść bazował na faktach historycznych, nie jest to jednak wierna i chronologiczna próba ich odtworzenia. Co zresztą pisarz w posłowiu wyjaśnia. Jest to zabieg świadomy stworzony na potrzeby powieści. To przyczyniło się do uatrakcyjnienia fabuły.

Bardzo podobała mi się kreacja bohaterów. Zarówno Ragnar, jak i jego synowie są przedstawieni bardzo realistycznie. A ich emocje i furie bardzo się udzielają czytelnikowi. Poza tym na uwagę zasługują sceny batalistyczne. Nie są za długie i opisane bardzo plastycznie, w tym sensie, że idealnie oddają ducha pola walki. Jestem pełna uznania również dla stylu pisania, całość wydaje się przemyślana i doszlifowana, a jak na początkującego pisarza jest to spora zaleta. I najważniejsze - czuć tu pasję autora, która się bardzo udziela. Nie mogę się zatem doczekać kolejnych części. Polecam. Wikingowie nadciągają!



wtorek, 31 marca 2020

„Krzyk do nieba” Mons Kallentoft


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 11 luty 2020 r.
tytuł oryginału:  Himmelskriket
tłumaczenie: Natalia Kołaczek  
oprawa: całopapierowa 
liczba stron: 320


Bardzo lubię książki Monsa Kallentofta. Tworzy on cykle kryminałów inspirowanych porami roku, żywiołami, zmysłami. „Krzyk do nieba” to dwunasta powieść o komisarz Malin Fors i trzecia z cyklu poświęconego zmysłom („Zapach diabła”, „Pocałunek kata”). Mons Kallentoft umiejętnie posługuje się metaforami i obrazami poetyckimi. Pięknie i efektownie pisze o codziennych tragediach, o rozterkach duszy. Cała narracja jest prowadzona w czasie teraźniejszym, co sprawia, że czytelnik bardziej identyfikuje się z postaciami. Przez to jesteśmy włączeni w tempo pościgu, w wyścig z czasem, tu i teraz przenikamy do myśli bohaterów. Lubię Kallentofta właśnie za sposób ujęcia tematu. W natłoku pojawiających się kryminałów, gdzie autorzy prześcigają się w okrucieństwach, Mons Kallentoft wydaje się bardzo subtelny. 

W mieście Linkopinng w przerażających okolicznościach na parkingu zostaje znaleziony martwy kilkuletni chłopiec. Pozostał w nagrzanym samochodzie na parę godzin. Kiedy na miejsce dociera komisarz Malin Fors, jego matka siedzi pod drzewem, trzymając synka w objęciach. Wszystko wskazuje na to, że zapomniała o chłopcu śpiącym w samochodzie. Kobieta przeszła niedawno załamanie nerwowe i nie może polegać na swoich zmysłach ani pamięci. Śledztwo szybko zostaje zamknięte, bo wszystko wskazuje na zaniedbanie rodzicielskie i nieszczęśliwy wypadek. 

Tutaj autor porusza bardzo ważną kwestię społeczną - skutki hejtu w Internecie. Jak można się domyślić, na matkę dziecka spadł ogrom potępiających komentarzy. Anonimowi użytkownicy bardzo szybko ocenili matkę i wyzywali od najgorszych, grożąc jej śmiercią. Łatwo i szybko społeczeństwo wydało wyrok, zanim tak naprawdę sprawa się zakończyła. Dwa miesiące później dochodzi do morderstwa, a na jaw wychodzą fakty, które rzucają nowe światło na sprawę chłopca pozostawionego w samochodzie. I jak się okazuje fala hejtu wylanego na matkę była bezzasadna. 

Kolejny problem poruszany przez Monsa Kallentofta to relacje rodzicielskie. Ukazane tu są zarówno zdrowe wspierające więzi, jak i patologiczne oraz obsesyjne. Mamy tu przykład toksycznej miłości matki do syna. Bardzo łatwo można przekroczyć granicę, łamiąc prawo, niszcząc innych ludzi, po to, aby ocalić rodzinę. 

„Krzyk do nieba” to zatem powieść bardziej obyczajowa niż kryminalna. Akcja nie pędzi tutaj do przodu. I choć zakończenie można przewidzieć, to nie samo rozwiązanie było tu istotne. Po przeczytaniu, czytelnik zostaje z refleksją na temat społecznych problemów. Natomiast główna bohaterka - Malin wyciszyła swoje emocje, chyba uporała się z demonami z przeszłości i próbuje wrócić do normalnego życia. Ciekawa jestem czwartego tomu z cyklu, w jaki sposób Mons wykreuje postać pani komisarz.  


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 10 lutego 2020

„Poryw” Kinga Wójcik

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 21 stycznia 2020r.
oprawa: miękka
liczba stron: 496





   
Ostra jak brzytwa policjantka z Łodzi. Błyskotliwa śledcza dostaje pod swoje skrzydła młodego sierżanta. Ich relacja, już od pierwszej chwili, jest mocno skomplikowana, a sprawa, przy której muszą współpracować tylko z pozoru wygląda banalnie. Tak zapowiada się początek serii o Lenie Rudnickiej. Para detektywów rozwiązuje zagadkę morderstwa księgowego, czyli standardowo przesłuchuje świadków, a ci świadkowie kłamią, mylą tropy. Taki klasyczny schemat powieści kryminalnej. Niestety niczym niezaskakujący, a wręcz przewidywalny. Już w połowie książki można się domyślić, kto jest sprawcą.

Jednak to nie jedyny minus. Zastanawia mnie bardzo kreacja głównej bohaterki. Nie tylko w tej powieści, ale ogólnie ostatnio w wielu książkach o podobnej tematyce. Policjantka lub prawniczka musi być kobietą bezkompromisową, o twardym charakterze, inteligentną (żeby nie powiedzieć wyniosła), no i oczywiście na każdym kroku musi demonstrować swoją wyższość i pouczać innych, rzucając przy okazji ciekawostkami . Dodatkowo owa kobieta nie mówi czystą i kwiecistą polszczyzną, a raczej nie ma skrupułów, aby używać wulgaryzmów. Poza tym uwielbia poniżać innych ludzi i udowadniać im, że jest od nich mądrzejsza. Czy naprawdę taki model bohaterki jest w Polsce pożądany? Czy kobiety chcą być wulgarne, wyniosłe i pozbawione wszelkich hamulców moralnych? Ja mam wrażenie, że polscy pisarze serwują czytelnikom tylko taki model. Dlaczego polska policjantka nie może być kimś w stylu detektyw Jane Rizzoli z bostońskiego wydziału zabójstw z powieści Tess Gerritsen? Jane jest ostra i żywiołowa, ale nie jest przy tym wyniosła ani wulgarna. U nas wręcz przeciwnie w wielu powieściach wciąż dominuje utarty schemat takiej policjantki, co książka, to kolejna kalka. 

Plus dla autorki należy się z pewnością za przedstawienie miejsca fabuły. Dobrze, że dzieje się w Łodzi, miło było poczytać o tamtejszych miejscowych lokalach. Biorąc pod uwagę, że autorka jest młodą osobą, to mam nadzieję, że dopracuje warsztat pisarki, a przede wszystkim pogłębi rys psychologiczny postaci. I mam nadzieję, że główna bohaterka przejdzie jakąś przemianę. 



za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka

środa, 29 stycznia 2020

„Sejf. Trylogia” Tomasz Sekielski


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 14.01.2020r.
oprawa: broszurowa klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 1056


Tomasza Sekielskiego nikomu zbytnio nie trzeba przedstawiać. Reporter, dziennikarz śledczy, dokumentalista, reżyser i pisarz. Współtworzył i prowadził wiele popularnych programów telewizyjnych w TVN, TVN24, TVP1, m.in. Fakty, Prześwietlenie, Teraz my!, Czarno na białym i Po prostu. Jest też twórcą filmów dokumentalnych, ostatnio głośnego Tylko nie mów nikomu, poświęconego wykorzystywaniu seksualnemu nieletnich w Kościele. Dziennikarz otrzymał również wiele nagród i wyróżnień. Jako autor thrillerów debiutował w Domu Wydawniczym REBIS w roku 2012 książką „Sejf”, potem powstała kontynuacja „Sejf. Obraz kontrolny” i „Sejf. Gniazdo Kruka”. Teraz wszystkie trzy części zostały wydane w trylogii. 

Ponad 1000 stron czyta się szybko. Akcja jest wartka, choć opiera się głównie na dialogach. Szczerze mówiąc - to dość słabego kalibru. Niemniej jednak fabuła wciąga. Wszystko zaczyna się w klimatach skandynawskiego kryminału. W małej wiosce na Podlasiu zostają wyłowione zwłoki bez twarzy. Było to dość niezwykłe odkrycie. Bowiem na co dzień policja zajmowała się tam drobnymi wykroczeniami. Drobni złodzieje, awantury domowe oraz okolicznościowe festyny, kończyły się w najgorszym wypadku na mordobiciu - tym parali się tam policjanci. Morderstwo należało więc tu do rzadkości. Dlatego inspektora Waldemara Darskiego początkowo nie zdziwił fakt, że śledztwem od razu zajęła się Agencja Wywiadu.

W między czasie poznajemy inne wątki. Zdegradowany dziennikarz Artur Solski dostaje zlecenie od szefa na zrobienie na Podlasiu reportażu o szpetuchach. Zbieg okoliczności sprawia, że Solski wraz z operatorem są świadkami wyławiania właśnie zwłok przez policję, a to już przecież lepszy temat, niż stare wiedźmy. Kilka rozdziałów wcześniej dowiadujemy się o tragicznej śmierci jednego z saperów, stacjonujących w Iraku - kapitana Roberta Kaliskiego. W kraju została jego żona-Anna oraz rodzice. Przyjaciel męża przywozi Annie tajemnicze pudełeczko z rodzinną pamiątką, kartą ze zdjęciami oraz zadedykowanym wierszem. To daje Annie do myślenia, bo jej mąż nigdy nie czytał poezji. Domyśla się zatem, że przesyłką mąż chciał jej coś przekazać. Jednak to dopiero początek serii morderstw i dziwnych wydarzeń, które sięgać będą szczytów władzy. Wkrótce wszystkie te wątki zaczynają się układać w jedną całość. Na jaw wyjdzie tajemniczy spisek, w który zamieszani będą pracownicy Agencji Wywiadu. A tu już się ocieramy o sprawy związane z bezpieczeństwem państwa.

Mnie najbardziej podobał się wątek dotyczący etyki dziennikarskiej. Widać, że pan Sekielski zna świetnie środowisko i nie są obce mu dylematy, z jakimi muszą się zmierzyć dziennikarze - z jednej strony chcą schlebiać najniższym gustom odbiorców, a z drugiej mają poczucie misji i robienia rzeczy bardziej ambitnych, ważnych. Coraz częściej niestety zwycięża właśnie tania sensacja i emocje, a nie rzetelnie dziennikarstwo. I nie zawsze dziennikarz może przekazać taką prawdę, do jakiej dotrze. Ponieważ naciski z góry sprawiają, że w mediach podaje się często informacje, takie jakie ludzie pragną usłyszeć. Szacunek zatem dla autora na zwrócenie uwagi na ten problem. 

Przerażający jest natomiast sposób w jaki autor przedstawił kobiety. Poza jedną Anną Kaliską, wdową po saperze z Iraku, nie ma bohaterki, która nie byłaby podległa mężczyznom. Premier, prezydent, ministrowie, szefowie działów, wszyscy mają kochanki lub kochanków. I oczywiście po koleżeńsku nimi się wymieniają. Płatny seks, narkotyzujące się dziewczyny, zdolne się sprzedać za zwykłą działkę narkotyków. Ja rozumiem, że pan Sekielski pisał o specyficznym środowisku, zepsutym, wyuzdanym i łapówkarskim, ale serio?? Jedynie takie relacje wchodzą tam w grę. Nawet pani premier, która pojawia się w ostatniej części swoją pozycję dostała wyłącznie przez łóżko. I naprawdę tak nisko ceni autor inteligencję kobiet, że podczas meczu piłkarskiego kobieta ubrana w ekskluzywne ciuchy może jedynie zadać swojemu "misiaczkowi" pytanie: A którzy to nasi? Zatem według pana Sekielskiego w świecie dziennikarsko-politycznym kobieta jeśli nie jest prostytutką, to jest przykładną żoną, która toleruje zdrady męża i dogadza mu gotując wytrawne kolacje. Jedyna rola kobiety sprowadza się właśnie do dogadzania w łóżku lub w kuchni. Osobną sprawą jest temat tego jedzenia i gotowania. Bo to też jest warte zauważenia, żeby nie powiedzieć dosadniej, pewien rodzaj fetyszyzmu autora. Praktycznie co drugim rozdziale jacyś bohaterowie spotykają się w przeróżnych restauracjach, barach lub na kolacjach przyrządzonych przez posłuszne (usmłużne) żony. I tutaj autor serwuje czytelnikom dokładny opis, a nawet przepis na ekskluzywne dania obiadowe. Bohaterowie ciągle jedzą, jedzą, jedzą i jedzą, a w przerwach popijają, popijają, popijają (chleją) trunki, też ekskluzywne. Bo o rodzajach whisky czy brandy autor również się rozpisuje. 

Najgorszym jednak mankamentem całej trylogii jest brak głównego bohatera. Bohatera, który pociągnąłby akcję i nadał jej spójności. Po pierwszej części Artur Solski miał predyspozycje do takiej roli. Mimo że autor trochę wyidealizował tę postać. Ale w końcu bohater był dziennikarzem, czyli nieskazitelnym człowiekiem, który jako jedyny kieruje się szlachetnymi pobudkami, ma kryształowo czyste sumienie, niesplamione żadnymi łapówkami, a cała reszta wiadomo - korupcja, żądza władzy i poczucie bezkarności. Niestety ten rzetelny dziennikarz potem został pominięty i zdegradowany. I nie wiadomo kto jest głównym bohaterem. Bo jeśli o chodzi o śmiertelność, to postacie umierają tam mniej więcej co piątą kartkę. 
I jeszcze jeden minusik dotyczący języka. Po pierwsze bohaterowie na prawo i lewo rzucają cytatami z literatury bądź cytują znane postacie. I tak, jak w przypadku komendanta Darskiego powiedzenia Napoleona pasują do jego osobowości i współgrają z postacią, to tak, w pozostałych przypadkach brzmią sztucznie, bo chyba nikt nie prowadzi zwykłych rozmów w takim stylu: Miał rację Honore de Balzac, mówiąc... albo Niczym Raskolnikow, bohater… Poza tym kolokwialność języka, wulgaryzmy, prostota, a raczej prostactwo dominują w wypowiedziach reszty bohaterów. Rozumem, że jak premier spotyka się ze swoim ministrem, to nie mówią kwiecistą i wyszukaną polszczyzną, ale też nie wysławiają się w rynsztokowy sposób. 

Mam jedynie nadzieję, że cała fabuła jest istotnie wytworem wyobraźni autora. Że nie wszyscy ludzie, szczególnie ci na najwyższym szczeblu władzy, są tacy bezwzględni i cyniczni, że oprócz własnych interesów myślą też czasami o innych. A jeśli ktoś uważa inaczej, jeśli ktoś uważa, że wszyscy wpływowi politycy czują się bogami w poczuciu bezkarności, to polecam trylogię. Zresztą sam autor streścił całą książkę w dwóch zdaniach. Podsłuchy, nagrania, inwigilacja - wszystko w imię bezpiecznego państwa. I am the King. [s.267] 




czwartek, 9 stycznia 2020

„Bezwład” Jessica Barry

Wydawnictwo: Rebis
data premiery: 28.01.2020r. PRZEDPREMIEROWO
tytuł oryginalny: Freefall
przekład: Maria Smulewska
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 416





Amerykanie zawsze uwielbiali historie o superbohaterach. I nieważne czy był to szarmancki i kulturalny Kapitan Ameryka, czy pozbawiony granic i egoistyczny Ironman, czy też nieśmiały, ale za to odważny Superman. Istotne było, że ratował świat i niewinnych ludzi. Nic zatem dziwnego, że prawie każdy marzył o tym, aby posiadać cechy superbohatera. Być wytrzymałym, pomysłowym, odważnym i inteligentnym. Szczególnie wytrzymałość stała się ostatnio na topie. A wizerunek superbohatera nieco ewoluował. Ludzie uwielbiają rywalizację i testowanie swoich umiejętności. Dlatego mamy teraz "wysyp" survivalowych kursów, seriali, filmów, które ukazują sposoby na przetrwanie w ekstremalnych warunkach. A stąd już prosta droga, aby stać się superbohaterem i zdobyć uznanie. 

Jaki jest plan? Przeżyć!
Brnąć przez góry, śniegi (lub upały) przez wiele dni i nocy bez snu. Samemu zdobywać pożywienie. Do tego mieć ogromną wiedzę z botaniki i zoologii, wszak trzeba wiedzieć, co jeść. Umieć rozpalić ognisko i wspinać się po drzewach. Podobno w tak zwanej piramidzie przetrwania podstawę survivalu stanowi wola przeżycia. A człowiek pomysłowy i mający wolę przetrwania wymyśli, jak obyć się bez sprzętu albo zrobi go sam z dostępnych materiałów. Do tego trzeba być czujnym i umieć przewidzieć wszelkie zagrożenia. Ot, taka jedna z miar superbohatera, a przy okazji można ponieść sobie ego. 

Allison Carpenter przeżywa katastrofę lotniczą w Górach Skalistych. Kobieta zna pilnie strzeżoną tajemnicę, a wpływowi ludzie gotowi są ją zabić, by ukryć szokującą prawdę. Jeśli dowiedzą się, że przetrwała, ruszą za nią w pogoń. Allison przemierza zatem góry, aby dotrzeć do najbliższego miasteczka i wezwać pomoc. Determinacja pcha ją do przodu. Niestraszny jej ból, ciężar torby, krew, która cieknie jej z przedramion. Jęczy z bólu, ale wstaje i biegnie dalej, nie ogląda się za siebie, nie przystaje. Spożywa batoniki proteinowe, orzeszki i przypomina sobie rady ojca o sposobach przetrwania w lesie.

Równolegle poznajemy Maggie Carpenter, matkę Allison. Maggie wciąż ma nadzieję, że jej córka żyje, ponieważ nie odnaleziono przecież jej ciała. Matka także skrywa tajemnicę – w gruncie rzeczy nic nie wie o swojej córce, gdyż obie kobiety nie miały ze sobą kontaktu od ponad dwóch lat. Teraz Maggie na nowo poznaje swoją córkę, wyszukując o niej różne informacje. Okazuje się, że jej skromna córeczka, wcale nie była tak spokojna, jak się jej wydawało. Była związana z bardzo bogatym człowiekiem, właścicielem dużej firmy farmaceutycznej i opływała w luksusach.

Taka fabuła, mało oryginalna, bo survivalowe przygody są dość popularnym motywem zarówno w literaturze, jak i w filmie. Na uwagę zasługuje jednak konstrukcja powieści. Z relacji córki i matki wyłania się całościowy obraz ich wzajemnych stosunków. Czas teraźniejszy przeplata się ze wspomnieniami, wyrzutami sumienia, refleksjami kobiet.  Jak na debiutantkę, to całkiem przyzwoicie napisana książka. Czyta się szybko, takie tempo akcji wciąga. Miły sposób na spędzenie jednego długiego wieczoru lub dwóch krótkich. Niemniej jednak po dwóch dniach się o niej zapomina. 




czwartek, 2 stycznia 2020

Czytelnicze podsumowanie roku 2019. Top 10.

Moje subiektywne zestawienie książek przeczytanych w roku 2019. 

Nie przeczytałam rekordowej ilości książek, ale wróciłam do audiobooków. 

Przeczytałam również trochę zaległej klasyki i raczej delektowałam się samym procesem czytania. Tak bez presji, bez pośpiechu.

W czytelniczym podsumowaniu roku 2019 biorę pod uwagę książki wydane tylko w tym roku. 

















1. "Miasto dziewcząt" Elizabeth Gilbert, Wydawnictwo Rebis.
Świetny obraz społeczeństwa amerykańskiego w latach czterdziestych XX wieku. Społeczeństwa pełnego obaw i niepokojów, jak i nasyconego wolnością, szaleństwem oraz pozbawionego wszelkich zahamowań. Z wielką przyjemnością się to czytało. Powieść o miłości, o miłości każdego rodzaju. O tym dlaczego ludzie się zakochują i dlaczego są ze sobą oraz tym, że można kogoś kochać, a ani razu go nie dotknąć i o tym, że  wcale nie trzeba być grzeczną dziewczynką, aby stać się dobrym człowiekiem. więcej

2. „Somebody to love. Życie, śmierć i spuścizna Freddiego Mercury’ego” Matt Richards i Mark Langthorne, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
Uwielbiam Freddiego i bardzo cenię sobie jego utwory. Był niezwykle utalentowanym i wszechstronnym wokalistą oraz kompozytorem. Nikt inny w historii muzyki popularnej nie połączył tak rocka z operą, musicalu z metalem, teatralności z wodewilem. Z relacji Matta (producenta telewizyjnego i reżysera) oraz Marka (pracownika przemysłu muzycznego i prezesa domu mody) wyłania się obraz genialnego twórcy i „nieupudrowanego” artysty wszech czasów. Magnetyzm Freddiego Mercury’ego do dziś przyciąga fanów na całym świecie. Podziwiają oni talent jednej z najbardziej ekstrawaganckich gwiazd rocka, wsłuchując się w jego muzykę i zachwycając się występami na stadionach. więcej

3. "Wołyń zdradzony" Piotr Zychowicz,  Wydawnictwo Rebis.
Z pewnością jedna z głośniejszych książek roku i jedna z lepszych pana Zychowicza. Jednak nie do końca podobała mi się frustracja autora związana z wycofaniem książki z konkursu. Szczególnie, że pan Zychowicz postawił kontrowersyjną tezę, pod którą następnie chciał dopasować fakty, ale pominął (lub przemilczał) inne. Zgadzam się natomiast z autorem, że błędy i porażki historii nie powinny być zamiatane pod dywan, że celem nauczania historii nie  jest podtrzymywanie ducha poprzez pudrowanie i szminkowanie przeszłości. Najważniejsza jest prawda. A błędy przeszłości należy opisywać i analizować. Nawet, jeśli ta prawda boli. więcej 

4. "Obsesja Eve. Kryptonim Villanelle" Luke Jennings, Wydawnictwo Rebis.
Książka warta zauważenia, zarówno pierwsza jak i druga część. Ciekawa konstrukcja i szybkie tempo akcji. To coś dla fanów sensacji o mocnych i stalowych nerwach. Bardzo dobrze zarysowane są portrety psychologiczne obu kobiet. Kreacja kobiety bez sumienia i słabości wydaje mi się fascynująca, choć uważam, że nie do końca możliwa. Na pewno odrobinę przekoloryzowana. Mnie bardziej urzekła Eve. Uwielbiam kobiety, które oddają się swojej pasji, kobiety, które mają dystans do siebie i nie są na tyle mściwe i zawistne, aby odgrywać się za każde słowa krytyki. Polecam. Również serial, Sandra Oh w roli Eve - mistrzostwo! więcej 

5. "Nieistotne wizerunki" Paolo Sorrentino, Wydawnictwo Rebis.
Świetny i oryginalny pomysł na książkę. Paolo Sorrentino wziął za punkt wyjścia znalezione fotografie-portrety autorstwa Jacopa Benassiego i do owych zdjęć wyobraził sobie historie uwiecznionych na nich osób. Nie wiedział kim są ani co robili. Stworzył fikcyjne życiorysy zupełnie obcych sobie ludzi. Jestem pod wrażeniem umiejętności i dojrzałości warsztatu pisarskiego reżysera. Sorrentino odmalowuje wszystko z niezwykłą precyzją słowną i jakimś instynktownym wyczuciem. Przy minimum środków potrafi dać czytelnikowi maksimum efektu. Zdania są krótkie, często podszyte ironią. Wszystko to sprawia, że książka jest niezwykle minimalistyczna, ale tym samym bardzo głęboka i prawdziwa. więcej 

6. „Ciało. Instrukcja dla użytkownika” Bill Bryson, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
„Uroda ma tylko grubość skóry, brzydota tki w głębi” - to jeden z licznych cytatów z książki, który bardzo mi się spodobał. Bill Bryson oprowadza po zakamarkach ludzkiego ciała – wyjaśnia, jak ono funkcjonuje, podkreśla jego niebywałe zdolności do samoleczenia i sygnalizuje sytuacje, w jakich może nas ono (niestety) zawieść. To pełna niezwykłych faktów (np. od momentu, kiedy zacząłeś to czytać, twój organizm zdołał już wyprodukować kolejny milion czerwonych krwinek), jak i nieodzownych anegdot będących znakiem firmowym Billa Brysona.

7. „Labirynt fauna” Cornelia Funke, Guillermo del Toro, Wydawnictwo Zysk i S-ka.
Cudna okładka i ilustracje. Magiczna i mroczna historia. Świat rozdarty wojną, egoistyczna matka, ojczym-tyran, nieuczciwe fauny, zawzięci żołnierze i odważna dziewczynka, miłośniczka książek. Lektura niepokojąca, emocjonalna i przejmująca. 

8. Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki” Michał Rusinek, Wydawnictwo Agora 
Drugi rok z rzędu książka pana Rusinka pojawia się w moim rankingu (2018). „Niedorajda...” nie jest tak dobra jak „Pypcie na języku” ani tak ujmująca jak „Jaki znak twój? Wierszyki na dalsze 100 lat niepodległości”, ale doceniam warsztat pisarski i pomysł. Sam Michał Rusinek tak o niej pisze: „...nie jest ekshibicjonistyczną deklaracją autora. Nie jest także, co mogłyby sugerować tytuły rozdziałów, językowym poradnikiem. Jest natomiast próbą przyjrzenia się takiemu rodzajowi języka, który stwierdza, nie pyta i nie zaprzecza, ale usiłuje nas do czegoś nakłonić”. I ponoć najczęściej kupujemy książki, które zaczynają się od słowa "jak" i najczęściej wpisujemy do wyszukiwarek zdania rozpoczynające się od tego słowa. Jak być mężczyzną? Jak się leczyć? Jak zostać pisarzem? - zatem, takie analizy językowe na wesoło.

9. „Na krawędzi otchłani” Bernard Minier, Wydawnictwo Rebis.
W najnowszej powieści Bernard Minier pragnie ostrzec przed nowymi technologiami, które stają się coraz bardziej niebezpieczne. Sztuczna inteligencja, potężne serwery danych, usługi lokalizacji, monitoringu, skanowania odcisków palców - oto rzeczywistość XXI wieku.  Autor mocnych thrillerów po raz kolejny udowodnił, że ma doskonały warsztat pisarski oraz talent do tworzenia mrocznych historii. Poza tym jego bohaterowie to postacie świetnie wykreowane pod względem psychologicznym. Są prawdziwi, bo mają swoje słabości, obsesje i popełniają błędy. więcej 

10. „Hiob: Komedia sprawiedliwości” Robert A. Heinlein, Wydawnictwo Rebis.
Rzadko sięgam po książki z gatunku science fiction. Musi mnie zaciekawić fabułą. A tutaj autor przedstawia współczesną wersją dziejów biblijnego Hioba w satyryczny sposób. Mamy wyraz poglądów Heinleina na chrześcijaństwo, ale nie krytykę religii, nie jest to również ateistyczny manifest, tylko raczej pokraczna próba wejścia w teologiczny spór z amerykańskimi protestantami z pozycji agnostyka. Zadaje też mnóstwo pytań natury teologicznej, czy etycznej. Tym samym prowokuje dyskusję. I świetna kreacja głównego bohatera.


***


Nie są to audiobooki z tego roku.
Te jednak mnie zauroczyły, ujęły i pozostały nadal w pamięci.

Jestem pod wrażeniem przeczytania. Ogromne uznanie dla lektorów.
Była to uczta dla ducha. Przyjemnie spędzony czas z dala od świecącego ekranu laptopa i telefonu komórkowego.

Wszystkie audiobooki dostępne na EmpikGo.




wtorek, 19 listopada 2019

„Na krawędzi otchłani” Bernard Minier

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 12 listopada 2019r.
przekład: Monika Szewc-Osiecka
tytuł oryginalny: M, le bord de l'abime
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 448




„Świat, w którym każdy non stop znajduje się pod obserwacją innych, za każde swoje zachowanie jest sądzony przez armię małych cenzorów, prokuratorów i dyktatorów przypiętych do komputerów. Świat, w którym za każdą niepoprawną opinię narażasz się na hejt i dostajesz śmiertelne pogróżki. Świat, w którym ludzie nienawidzą się za jedno wypowiedziane słowo, gdzie tłumy wciąż potrzebują kozłów ofiarnych, do których mógłby odczuwać nienawiść i które mógłby spalić na stosie. Gdzie dzieci w sieciach społecznościowych popychają inne dzieci do samobójstwa, podczas gdy ich rodzice w tych samych sieciach nawołują do mordu, nienawiści i zniszczenia”.  Nie jest to opis świata za ileś tam lat, nie jest to opis świata reality show, to opis rzeczywistości, w której wszyscy żyjemy, tu i teraz. 

W najnowszej swojej powieści Bernard Minier pragnie ostrzec przed nowymi technologiami, które stają się coraz bardziej niebezpieczne. Fakt, że ułatwiają życie, ale właśnie na tym polega pułapka. Dają ludziom tak dużo, iż nie potrafią oni bez nich funkcjonować. „Mark Zuckerberg wie o 2,5 mld użytkowników Facebooka więcej, niż Stalin z całą swoją tajną policją wiedział o obywatelach ZSRR. (...) Google i Facebook to w gruncie rzeczy organizacje antydemokratyczne. Nikt ich nie kontroluje, nikt na nie nie głosuje. A są silniejsze niż państwa i rządy. Decydują o naszych losach” - mówi Minier w wywiadzie dla „Zwierciadła” 12 (2078). 

„Na krawędzi otchłani” opowiada historię młodej Francuzki, która przyjeżdża do Hongkongu, aby pracować dla wielkiej chińskiej firmy, giganta Internetu z ogromnym wpływem na ludzi i na ich życie. Moïra prowadzi badania w dziedzinie sztucznej inteligencji. Firma pracuje nad prototypem wirtualnego opiekuna ludzi o nazwie Deus. Moïra ma nadać opiekunowi więcej osobowości, tchnąć w niego duszę, tożsamość. Odpowiadać za emocje, a konkretnie - ma je tworzyć. Młoda kobieta dość szybko się orientuje, że projekt, jak i cała firma, kryje mnóstwo sekretów. Każdy pracownik dostaje specjalną opaskę na rękę, która monitoruje jego funkcje życiowe, samopoczucie, a nawet poziom doznań podczas seksu. Dodatkowo Moïra ma firmowego laptopa i telefon, ale każde połączenie, każda rozmowa i każde zapytanie wpisywane w wyszukiwarkę jest monitorowane przez pracodawcę. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, ale ogranicza swobodę. Wkrótce wśród pracowników dochodzi do samobójstw i dziwnych wypadków, a sam Hongkong zaczyna przytłaczać i przerażać Moïrę. 

„Stragany, podświetlone szyldy, drapacze chmur, sklepy z elektroniką, z podróbkami, z sukniami ślubnymi, z kadzidełkami, z fałszywymi i prawdziwymi antykami, galerie handlowe, krawcy, jubilerzy, lombardy, sale gry w madżonga. Kantory, restauracje, uliczne kramiki z jedzeniem, bary, sex-shopy, salony masażu, nielegalni handlarze, prostytutki. Kolulun nocą. Ocean betonu, ludzi, dźwięków. Jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na Ziemi”. Poza tym ponad 7800 wieżowców mieszkalnych, 300 budynków o wysokości przekraczającej 150 metrów: równowartość 40 pięter, ulice głębokie jak wąwozy, babiloński labirynt skrzyżowań. „Jak człowiek ma wierzyć, że jego mizerny żywot ma tutaj jakiekolwiek znaczenie?”. Tak zastanawia się jeden z bohaterów. Samo miasto może fascynować, ale i przerażać. Ponoć Hongkong nie ma litości. Ten ul z betonu, asfaltu, szkła, stali ogłusza i jednocześnie wciąga. 

„Wszyscy kłamią” – tak twierdzi jeden z najsłynniejszych serialowych lekarzy. Bernard Minier idzie o krok dalej i twierdzi, że „wszyscy wiedzą, że ludzie okłamują swoje otoczenie”. Okłamujemy współmałżonka, przyjaciół, szefa, a nawet psychologa, ale kiedy przeciętny użytkownik Internetu wchodzi do wyszukiwarki i szuka tego, co potrzebuje, to wszelkie maski zostają zrzucone. Jest sobą, ze swoimi problemami i myślami. Wtedy wychodzą na jaw wszelkie frustracje, urazy i uprzedzenia. Niestety ci, którzy korzystają z Google, zostawiają tam swój ślad, który ktoś widzi, ponieważ jesteśmy śledzeni przez wyszukiwarkę. Zawsze wtedy, kiedy ktoś myśli, że nikt nie wie, co robi w Internecie, to Google go widzi. Wie o nim wszystko. Gromadzi dane na potężnych serwerach. Zna prawdziwą naturę ludzi, choć oni nie są tego świadomi. Żyją w przeświadczeniu, że Internet ich łączy, a to iluzja. W gruncie rzeczy są oderwani od kontaktu z ludźmi, nigdy nie są tu i teraz, razem. Smutna prawda niestety. Daje do myślenia. 

Lubię książki Miniera. Autor mocnych thrillerów po raz kolejny udowodnił, że ma doskonały warsztat pisarski oraz talent to tworzenia mrocznych historii. Poza tym jego bohaterowie to postacie świetnie wykreowane pod względem psychologicznym. Są prawdziwi, bo mają swoje słabości, obsesje i popełniają błędy. Podobało mi się również zakończenie. Tak jakby autor dostrzegał nadzieję na zahamowanie rozwoju nowych technologii. Być może będzie to jedyne rozwiązanie na najczarniejsze scenariusze, które może spowodować postęp i potęga technologii oraz sztucznej inteligencji. Polecam gorąco. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

wtorek, 12 listopada 2019

„Osada” Camilla Sten

Wydawnictwo: Zysk i S-kA
data wydania: 22 października 2019
tłumacz: Maciej Muszalski
tytuł oryginału: Staden
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 400



Silvertjän to małe górnicze miasteczko położone w Szwecji. Sześćdziesiąt lat temu prawie dziewięciuset jego mieszkańców zniknęło bez śladu. Do tej pory nikomu nie udało się wyjaśnić, co się z nimi stało. Nikt nie wie, czy zachorowali, popełnili samobójstwo, czy opuścili miasteczko dobrowolnie. Znaleziono tylko noworodka zamkniętego w gabinecie pielęgniarki oraz zwłoki młodej dziewczyny, która została ukamienowana na środku rynku. Policja podejrzewała nagły kataklizm, ale nie było na to naukowych dowodów. 

Sprawą na nowo zainteresowała się młoda dokumentalista Alice, która od dzieciństwa słyszała opowieści swojej babci o Silvertjän. Jej babcia wyjechała z miasteczka na krótko przed tajemniczym zniknięciem mieszkańców. Alice zafascynowana tymi wydarzeniami postanawia na własną rękę rozwiązać zagadkę opuszczonej osady. Wraz z niewielką ekipą postanawia spędzić pięć dni w odizolowanym i opuszczonym miasteczku, kręcąc dokument o jego tajemnicach. Na  miejscu okazuje się, że miasteczko jest jeszcze bardziej przerażające niż im się wydawało. Przeszłość nadal rzuca tutaj swój złowieszczy cień, a poszukiwania prawdy szybko przeradzają się w walkę o przetrwanie. Młodzi ludzie zostają odcięci od świata i muszą zmierzyć się z demonami tkwiącymi w miasteczku.

Dość szybko się to czytało. Fabuła wciągnęła, a dawka adrenaliny podnosiła się z kartki na kartkę. Narracja jest prowadzona dwutorowo, mamy relację Alice z obecnych wydarzeń oraz listy siostry jej babci. Młodsza siostra Aina zdawała jej relację z bieżących spraw, które działy się w miasteczku. W ten sposób cała historia staje się spójna. Zakończenie zaskakuje, choć jest bardzo realistyczne. A jak na horror to trochę słabe rozwiązanie. Pomysł na fabułę z pewnością oryginalny, jednak wydaje mi się, że w natłoku skandynawskich thrillerów i horrorów to raczej przejdzie niezauważony. 





wtorek, 17 września 2019

„Obsesja Eve: Jutra nie ma” Luke Jennings

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 27 sierpnia 2019r. 
tytuł oryginalny: Killing Eve. No Tomorrow, tom 2
przekład: Maciej Szymański
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 262



Psychopatka, która praktycznie w życiu nie ma empatii, nie ma emocji. Ale jest coś, czego pragnie najbardziej na świecie: czuć. Zabijanie przynosi jej rozkosz, ale tylko chwilową. Jest w tym dobra, zabija z łatwością, więc doznania są coraz słabsze. Musi zatem szukać czegoś, co potęguje podniecenie. Co sprawi, że jej spryt, jej kunszt, a także groza jej uczynków będą należycie docenione. Tak ocenia swoją rywalkę Eve Polastri, kobieta, która tropi seryjną morderczynię. Gra toczy się o najwyższą stawkę, rosyjska wyszkolona zabójczyni kontra brytyjska agentka. 

W pierwszej części książki „Obsesja Eve: Kryptonim Villanelle” został zapoczątkowany szpiegowski wyścig obu kobiet dookoła świata. Dlatego warto zacząć od pierwszego tomu. Villanelle jest z pewnością narcystyczną socjopatką i za pomocą pasywno-agresywnej prowokacji próbuje osłabić przeciwniczkę. Lubi kontrolować sytuację, potrafi zakraść się do mieszkania Eve, tylko po to, aby dać jej coś w prezencie. Robi to tylko w jednym celu, aby zyskać psychologiczną przewagę. Eve obserwuje ją od dłuższego czasu i próbuje rozszyfrować jej kolejny krok. Zauważa, że Villanelle zaczyna coraz bardziej ryzykować, a to daje jej szansę na schwytanie jej. Ale czy możliwie jest zwycięstwo którejkolwiek z kobiet o tak silnych charakterach?

Luke Jennings znowu na koniec zostawia otwartą furtkę, wiele spraw jeszcze nie zostało dopiętych. To właśnie sprawia, że powieść czyta się w szybkim tempie, a czytelnik ciągle się zastanawia, która z kobiet wyciągnie teraz asa z rękawa. Eve depcze Villanelle prawie po piętach, ale zawsze coś ponowie jej przeszkadza. Bardzo lubię powieści, w których kobiety mają silną osobowość. I choć uważam, że postać Villanelle jest trochę przerysowana, to wcale mi to nie przeszkadzało. Momentami budzi ona sympatię, podziw i współczucie. 

Podobał mi się jeszcze jeden fragment, który może być przesłaniem, nie tylko w tej książce, ale i w życiu. To moment, kiedy Eve jest w Wenecji i zatrzymuje się chwilę oczarowana pięknym widokiem. Kobieta ma na sobie sukienkę-mgiełkę od Laury Fracci i bransoletkę z różowego złota. Jej włosy upięte są w najmodniejszy francuski kok. Spogląda właśnie na kopułę bazyliki Santa Maria della Salute, wzniesioną u dalekiego wylotu laguny. „Niemal zbyt wiele piękna, by to znieść, myśli wzruszona. I wszystko to pomału umiera. Jak my wszyscy, dodaje cichy głos w jej umyśle. Dlatego jutra nie ma, jest tylko dziś”.   

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


„Requiem dla wilka” Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania:  3 sierpnia 2019r.
oprawa:  twarda
liczba stron:  400





„Każdy nosi w sercu wiele wilków, miłość, przyjaźń, nienawiść, gniew. Przeżyją tylko te, które nakarmisz”. To fragment przypowieści fińskiej, której motyw wykorzystała Maria Nurowska tworząc oś fabuły w kontynuacji książki „Nakarmić wilki”.

Akcja powieści dzieje się w Bieszczadach. Tam pojawia się reżyserka, Joanna, której marzeniem jest spotkanie ze słynnym reżyserem, Jerzym Glinickim. Młoda kobieta  chce nakręcić o nim film. Glinicki, zmęczony światowym i wytwornym życiem, porzucił swój dom w Kalifornii i zamieszkał w lesie niedaleko Łupkowa i Komańczy wraz ze swoim starym, chorym psem, który jest jego jedynym przyjacielem i rodziną. Pierwsze spotkanie Joanny i reżysera nie wypada pomyślnie, Glinicki nie zgadza się na pomysł, aby nakręcić o nim dokument. Reżyserka, przemierzając bieszczadzką głuszę, przypadkowo dowiaduje się o tragicznej śmierci młodej doktorantki SGGW, Katarzyny, która pisała pracę o wilkach. Sprawa bardzo ją porusza. Joanna decyduje się nakręcić film o losach tej kobiety, która, jak się okazuje, miała niepokorną duszę wilka. Reżyserka chcąc wczuć się w rolę Katarzyny zamieszkuje w chatce na Harchajce, niedaleko domu Glinickiego. Chatka pozbawiona jest prądu i bieżącej wody, ale to nie odstrasza Joanny. Zaczyna czytać dziennik Katarzyny, wędruje po lesie jej śladami, aż w końcu spotyka wilki na swojej drodze. Wkrótce pojawiają się również dawni znajomi Katarzyny, a Joanna odnajduje w sobie podobieństwo do zmarłej doktorantki. 

Akcja snuje się tutaj leniwie, nie pędzi jak w powieściach sensacyjnych, wszystko toczy się swoim tempem. Przyznaję, że nie czytałam pierwszej części, ale wydarzenia, o których wspominają bohaterowie, były na mnie jasne. Podobał mi się motyw oderwania od świata, wyciszenia i zamieszkania w głuszy, po to, aby obcować z naturą. Wydaje mi się jednak, że na ten wątek autorka powinna postawić większy nacisk. Tymczasem z biegiem akcji, fabuła skupia się bardziej na uczuciach Joanny i jej miłosnych wyborach. Szkoda, bo apetyt został pobudzony, a potem gwałtownie stłumiony. Za mało było klimatu Bieszczad i samych wilków. 

Niemniej jednak jest to powieść warta uwagi, jest w niej dużo o pasji, poświęceniu i trudnych wyborach. Prostota formy tu ujmuje, niektóre wypowiedzi bohaterów są bardzo wartościowe. Jest to również opowieść, a raczej przestroga, o tym, że warto w życiu wyznaczać sobie pewne granice, których przekraczać nie wolno. W przyrodzie niczego nie da się przewidzieć, nie można być zbyt pewnym siebie i uważać, że wszystko można okiełznać. Niestety, czasem za to się płaci. I to tragicznie. 



 Książkę dostałam od Wydawnictwa Prószyński i S-ka za co bardzo dziękuję.