środa, 30 marca 2011

Gdy zapłonął nagle świat...

Dziś chciałabym zachęcić do trochę innej pozycji. To ośmiotomowy dodatek do "Rzeczpospolitej"                                  
"Żołnierze Wyklęci 1943 -1963. Historia antykomunistycznego podziemia niepodległościowego"


Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" był w tym roku po raz pierwszy – z inicjatywy śp. prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego – oficjalnie obchodzony w Polsce. Wiedza o tych bohaterskich żołnierzach, do końca wiernych Rzeczypospolitej, jest jednak nadal zbyt mała i nazbyt wypaczona.

Pamięć o żołnierzach Rzeczpospolitej, którzy w 1944 roku podjęli walkę z komunistyczną okupacją, wymaga nie tyle utrwalenia, ile najpierw rzeczywistego zakorzenienia w Polakach. Przez wiele lat ich pamięć tliła się jedynie wśród  rodzin i przyjaciół.

Cykl składa się  z 8 tomów, które będą okazywać co  środę. 
Dziś pierwszy odcinek "Kresy w ogniu Sowietów". Następne

2. Cena Polski Lubelskiej
3. Bić  się czy nie bić?
4. Bohaterowie ostatniego powstania
5. Obóz narodowy w walce
6. Poakowskie szeregi
7. Ostatni leśni
8. Młodzi niepokorni 

Historycy z Instytutu Pamięci Narodowej - Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski i Jan Żaryn – dokonują w dzisiejszym dodatku rzetelnego i sugestywnego przybliżenia dziejów, celów i metod walki oraz wybitnych postaci podziemia niepodległościowego. Poza tym zamieszczone są piękne reprodukcje zdjęć oraz komiks Krzysztofa Wyrzykowskiego i Sławomira Zajączkowskiego o działaniach "Żelaznego".



Żołnierze Wyklęci - Zapomniani Bohaterowie.  GORĄCO POLECAM!
I na koniec, kto ma ochotę, niech posłucha. Nie wiem co bardziej poruszające - tekst? czy wykonanie?



wtorek, 29 marca 2011

"Fantastyczne samobójstwo zbiorowe" Arto Paasilinna


Książkę otrzymałam od  Wydawnictwa Kojro
za co bardzo dziękuję.

Tłumaczenie: Bożena Kojro
Rok wydania: Październik 2007
ISBN: 978-8-391645-85-7
Liczba stron: 254

Tytuł, na pierwszy rzut oka, odstraszający i zniechęcający. Przynajmniej dla mnie. Ciarki mi przechodzą po plecach jak słyszę słowo 'samobójstwo', a tu jeszcze 'zbiorowe'. Ale ten przewrotny tytuł, to celowy zabieg autora.

Dyrektor Onni Rellonen i pułkownik Hermanni Kemppainen przypadkowo wchodzą do tej samej stodoły, by popełnić samobójstwo. Jednak postanawiają je odłożyć, zamieszczają ogłoszenie w gazecie i zbierają grupę osób, podobnie jak oni zniechęconych do życia. W końcu wyruszają autokarem w zwariowaną podróż po Europie, chcąc znaleźć odpowiednie miejsce na zrealizowanie ponurego zamiaru. W grupie planującej popełnić samobójstwo są przedstawiciele wszystkich warstw społecznych: wicedyrektorka szkoły, kelner, nauczycielka, kierowca autobusu, hodowca reniferów, monter-zagorzały stalinista, urzędniczka bankowa, urzędnik kolejowy, dyrektor cyrku, diler samochodów. Wszystkich łączy tylko jedno - brak sensu życia. Jednak już od pierwszych stron książki uwidacznia się ironia autora, żeby nie powiedzieć sarkazm, do tego typu praktyk. 
 
Arto Paasilinna, delikatne mówiąc, wyśmiewa się i ubolewa ze sposobu bycia Finów.  Twierdzi, że najgorszym ich wrogiem "jest przygnębienie, smutny nastrój, bezdenna apatia. (...) Macki smutku mają ogromną siłę i wielu Finów uważa, że jedynie śmierć może ich wyrwać z przygnębienia". W Finlandii popełnia się co roku około tysiąc pięćset samobójstw, a dziesięciokrotnie większa liczba osób planuje odebranie sobie życia "dwa bataliony mężczyzn się zabijają, a brygada planuje samobójstwo". Przerażająca liczba!

Chociaż książka opowiada o prawdziwych problemach, to wprawia w dobry humor i wywołuje uśmiech na twarzy. Bo jak się okazuje, problemy, które w Finlandii wydawały się ponad siły, podczas podróży, na drugim krańcu Europy, stały się dość banalne. Długa podróż zwiększyła tylko chęć do życia. Życie zaczęło im smakować. Przeszłość wydała się jaśniejsza.

"Fantastyczne samobójstwo zbiorowe" polecam wszystkim tym, którzy mają jakieś wątpliwości, co do sensu życia. Ale również tym, którzy są trochę zabiegani, przejęci własnymi problemami, że nie dostrzegają uczuć innych. A przecież czasami obok nas mogą dziać się prawdziwe tragedie. I wszystkim, którzy zapomnieli, że ŻYCIE JEST PIĘKNE!

A gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to przytoczę słowa Jana Pawła II z "Evangelium vitae"
"Życie zostaje powierzone człowiekowi jako skarb, którego nie wolno mu roztrwonić i jako talent do wykorzystania. Człowiek musi się z niego rozliczyć przed swoim Panem 
(por. Mt 25, 14-30; Łk 19, 12-27) 

'Upomnę się (...) u człowieka o życie człowieka'(Rdz 9, 5)
życie ludzkie jest święte i nienaruszalne". 

niedziela, 27 marca 2011

"Listy do Trynidadu" Annika Idstrom

Książkę otrzymałam od Wydawnictwo Kojro 
za co bardzo dziękuję

Tłumaczenie: Bożena Kojro
Rok wydania: Grudzień 2002
ISBN: 83-916458-0-0
Liczba stron: 144



Bohater książki to Seppo Siren. Jest urzędnikiem skarbowym w Helsinkach. Prowadzi bezpieczne i uporządkowane życie. Ale tylko z pozoru. W pracy jest miły dla współpracowników, ale w gruncie rzeczy czuje do nich odrazę i nimi pogardza. Uważa się za lepszego od innych i dlatego traktuje ludzi instrumentalnie. Nawiązuje romans z młodą pracownicą, ale tylko - jak twierdzi - z litości i na wyraźną jej prośbę. W końcu doprowadza dziewczynę do samobójstwa. 

Życie rodzinne Seppa też nie wygląda najlepiej. W prawdzie ma  żonę Elisabet i córkę Ursulę, ale już na ślubnym kobiercu zrozumiał, że jej nie kocha, a będzie szczęśliwy tylko wtedy, gdy zapewni sobie osobny pokój. Z córką też nie ma kontaktu, a wręcz ją lekceważy, wszystko dlatego, że uważa ją za upośledzoną. 

Wszystko się zmienia, gdy Seppo wraz z rodziną wyjeżdża na wycieczkę od Izraela, do Ziemi Świętej. Podróż ma być ratunkiem dla ich  małżeństwa. Tam wychodzą jednak na jaw tajemnice. Okazuje się, że żona od lat go też zdradzała, a teraz zaczęła robić to ostentacyjne. A Seppo jej na to pozwala, a nawet ułatwia spotkania z kochankiem.  Poza tym Elisabet od dawna tłumiła w sobie chorobę psychiczną, która teraz się ujawnia. Taka obojętność uczuć bohaterów, zarówno Seppa i Elisabeth, doprowadza do kolejnej tragedii.  A Ursula wcale nie jest upośledzona, tylko chora psychicznie matka i emocjonalnie chory ojciec uczynili z niej kalekę. Na ratunek jest niestety za późno...

Również miejsce - Ziemia Święta nie jet tu przypadkowa, staje się symbolem zagubienia i próby poszukiwania odpowiedzi. Ktoś będzie  musiał za to złożyć swoje niewinne życie w ofierze. Ale czy śmierć coś zmieni?

Nie jest to lektura łatwa, ale za to bardzo przejmująca, silnie naładowana emocjonalnie. A przede wszystkim może być przestrogą na zobojętnienie, znieczulicę, nawet marazm.  I czy musi zawsze dojść do tragedii, żeby coś się zmieniło, żeby przejrzeć na oczy, żeby dotrzeć uczucia innych?  POLECAM!


sobota, 26 marca 2011

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson

Szwecja. Skojarzenia? 
Beztroska Pippi Langstrump, szczęśliwe dzieci z Bullerbyn, funkcjonalność mebli Ikei, bezpieczeństwo Volvo, radosny wizerunek ABBY, państwo tolerancji, dobrobytu i socjalnego bezpieczeństwa.

Stieg Larsson łamie wszystkie te obrazy. Przedstawia nowe oblicze Szwecji. W jaki sposób łamie? Przede wszystkim przez postać Lisbeth Salander. To młoda, drobna, anorektycznie chuda, zamknięta w sobie, wyizolowana społecznie i ubezwłasnowolniona dziewczyna ze Sztokholmu. Jest pełna nienawiści do mężczyzn, nienawistna wobec  świata oraz zbuntowana przeciw wszelkim obyczajom i moralnym zakazom. Wszystko przez to, że sama jest ofiarą przemocy. Jako córka alkoholika i sadysty wcześnie zapoznała się w dzieciństwie z przemocą fizyczną, psychiczną i seksualną. Dlatego próbuje zabić ojca. To zadecydowało o jej społecznym wykluczeniu. Wyznaczony przez przez sąd opiekun dopuszcza się na niej okrutnego i sadystycznego gwałtu. Lisbeth manifestuje swój ból tatuażami i kolczykami w różnych częściach ciała.  Utrzymuje się jednak ze szpiegowania ludzi na zlecenie. Jest hakerką. I to bardzo dobrą.   

Jej towarzyszem jest starszy o 20 lat dziennikarz śledczy - Mikael Blomkvist - przyjaciel, partner kryminalnych dociekań i kochanek (to w sumie główny bohater powieści). Jako wydawca magazynu "Millenium" zostaje skazany w procesie o zniesławienie. Dostaje propozycję od wpływowego przedsiębiorcy Henrika Vangera. Ma napisać kronikę rodzinnę, ale przede wszystkim rozwiązać zagadkę zniknięcia  młodej Hariett, córki brata Henrika, która zaginęła 40 lat temu (to główny wątek powieści).

Akcja w powieści rozkręca się bardzo wolno. Larsson przeplata ją innymi wątkami dotyczącymi ekonomii, gospodarki, polityki i spraw socjalnych współczesnej Szwecji. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Powieść mogłaby istnieć  bez pewnych spostrzeżeń autora.  Spowalnia to trochę akcję. Właściwa opowieść oscyluje wokół przemocy mającej swoje źródło w faszystowskich korzeniach bohaterów, antysemickich fascynacjach, sadystycznych skłonnościach, fanatycznej religijności i seksualnej przemocy. Może jestem zbyt wrażliwa, ale czytanie o wszelakich kazirodczych związkach, sadystycznym seksie, bezwzględności oprawców, którzy swoim ofiarom fundują wszelkie możliwe tortury, mnie szokuje i zniesmacza. Tak jakby całym światem rządzili mężczyźni, których życiowym celem jest czerpanie satysfakcji z podporządkowania sobie kobiet. Nie ma miłości, ba! nie ma nawet normalnych związków. Układy lesbijskie, homoseksualne, "luźne" i niezobowiązujące związki damsko-męskie, są na porządku dziennym. Sam Mikael Blomkvist sypia w powieści z trzema  kobietami, z którymi nie łączy żadnych innych uczuć poza "przyjaźnią" i miłym spędzaniem czasu. Natomiast Lisbeth  "od piętnastego roku życia miała około pięćdziesięciu partnerów, co oznaczało miej więcej pięciu na rok, z czego była całkiem zadowolona". Mnie to nie fascynuje, wręcz zniesmacza. Nie jestem też wielką zwolenniczką kryminałów, a na pewno nie w takim  przekazie. Choć Larsson nie jest u mnie jeszcze skreślony. Przeczytam teraz jego biografię, żeby bardziej zrozumieć, co nim kierowało, że pisał powieści tak przesiąknięte brutalnością. 

Szwecja. Skojarzenia? 
Przemoc, patriarchat, nierówność wobec prawa, prawicowy ekstremizm, nazistowska spuścizna nienawiści, nieporadność państwa  w sprawowaniu funkcji opiekuńczej, korupcja, nagromadzenie okrucieństwa, socjopaci, sadyzm, gwałty,"tolerancja". 
Nie, ja dziękuję - "To cóż, że ze Szwecji".

piątek, 25 marca 2011

Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro

Ostanie badania czytelnictwa potwierdzają tezę, że Polacy przestają czytać. Szkoła – najbardziej naturalne miejsce – nie wyrabia nawyków czytelniczychco trzeci uczeń i student nie sięgnął w ubiegłym roku po książkę.

Musimy to zmienić! Znak, jako wydawnictwo gromadzące wokół siebie środowisko wybitnych pisarzy, filozofów i naukowców, czuje się szczególnie zobowiązany do promocji kultury czytania. Dlatego przed zbliżającym się Światowym Dniem Książki rozpoczniemy akcję wspierającą czytelnictwo wśród młodzieży Przeczytaj dziś, zanim nadejdzie Jutro.

Zainspirowały nas działania, jakie przeprowadzono w Szwecji w ramach Läsrörelsen [Ruch Czytelnictwa]. Jego twórcy uznali, że wysoki poziom kultury czytania jest niezbędnym warunkiem istnienia demokracji. Początkowo była to inicjatywa intelektualistów i edukatorów, jednak z czasem akcja nabrała rozpędu i włączyły się w nią kolejne instytucje, ministerstwa i rząd Szwecji. W trakcie projektu uruchomiono ponad 120 programów, w tym Ge dina barn ett språk, czyli Dajmy dzieciom język

Akcję przeprowadzono także w miejscach niekojarzonych dotąd z czytaniem – wybrane tytuły były między innymi dołączane w McDonald's do zestawów Happy Meal. Łącznie rozdano 1,2 mln egzemplarzy książek.

W ramach akcji chcemy przekazać każdemu gimnazjum i szkole ponadgimnazjalnej zestaw materiałów edukacyjnych, egzemplarz  powieści Johna Marsdena Jutro oraz materiały informujące o konkursie dla uczniów – przesłane materiały stanowić będą komplet narzędzi potrzebnych do przeprowadzenia lekcji.

Kontaktujemy się już ze szkołami, które bezpośrednio zapraszamy do wzięcia udziału akcji – skontaktowaliśmy się już z ponad dwoma tysiącami gimnazjów.

Wszystkie osoby, które chciałyby zgłosić swoją szkołę do udziału w akcji, prosimy o kontakt mailowy: jutro@znak.com.pl Wkrótce ruszy również oficjalna strona www.seriajutro.pl

 

środa, 23 marca 2011

"Gry wojenne. Patton, Monty i Rommel" Terry Brighton

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak za co bardzo dziękuję.









Data wydania: 2011
ISBN/EAN: 978-83-240-1484-2
Liczba stron: 384
Oprawa: twarda
Format: 158 x 225


"Gry wojenne" opowiadają historię trzech nadzwyczajnych osobowości, a zarazem dowódców o kluczowym znaczeniu dla wysiłków wojennych Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec. O przebiegu i wyniku wojny decydowały wybuchy pasji w ich wzajemnych relacjach oraz błyskotliwe popisy bitew pancernych.  Książka zaczyna się cytatami odnoszącymi się do opisywanych bohaterów. Zostały one bardzo dobrze dobrane – świetnie wprowadzają w klimat panujący w dalszych częściach tekstu. Pozycja podzielona jest na trzy części, których końce wyznaczają główne fazy wojny. Pierwsza kończy się na zwycięskim dla Niemców Blitzkriegu na zachodzie, druga dotyczy kampanii afrykańskiej i włoskiej, a trzecia – okresu od lądowania aliantów w Normandii do końca wojny.

Począwszy od krótkiej historii młodości poznajemy karierę każdego z bohaterów, a według autora to waśnie pierwsze wojenne doświadczenia miały wpływ na późniejsze poczynania generałów. Terry Brighton ukazuje różnice i podobieństwa jakie łączyły te postacie.

Bernard Montgomery, George Patton i Erwin Rommel przyszli na świat w rożnych latach, między rokiem 1885 a 1891, ale w tym samym miesiącu, listopadzie. Wszyscy trzej byli zodiakalnymi Skorpionami. I wszyscy trzej potrafili kąsać. Byli aroganccy, szukali rozgłosu i mieli wady, ale przede wszystkim odznaczali się geniuszem w dowodzeniu ludźmi i niezrównanym entuzjazmem do walki. Każdy patrzył na wojnę przez pryzmat własnych ambicji i rywalizacji z innymi. Ich nienawiść i wojenna rywalizacja, pomieszana z podziwem i zazdrością doszła tak daleko, że Montgomery miał na ścianie portret "Lisa pustyni",  jeden z jego psów wabił się Rommel, zaś Patton wyobrażał sobie pojedynek z niemieckim feldmarszałkiem.

Terry Brighton nie tylko opisuje szczegółowo poszczególne bitwy, ale przede wszystkim wojnę charakterów, właśnie tytułowe gry wojenne. W XIX wieku taka rozgrywka rozegrała się między cesarzem Francuzów - Napoleonem a carem Rosji - Aleksandrem. Tamci grali w cesarskiego pokera, w XX wieku tych trzech dowódców, stoczyło ze sobą wojnę pancerną, bitwy pozycyjne, gry wojenne, ponosili klęski i zwycięstwa. Książka obfituje również w anegdoty, które rzucają inne światło na wizerunek dowódców. Opisuje  ich relacje z kobietami. Największe szczęście w miłości miał Rommel. Bardzo często pisał listy do swojej żony, które autor przytacza. W listach tych dziękował jej za miłość, zrozumienie i oddanie, jakim go darzy:

"Trudno jest żyć jako pokonany. Jeśli pozostanę na zawsze na polu bitwy, chce podziękować Tobie i naszemu synowi za całą miłość i radość jaką mi daliście. Przez te kilka tygodni w górach uświadomiłem sobie, jak wiele dla  mnie znaczycie. Będę  myślał o Was do samego końca".  

"Sytuacja jest napięta. Nie jest mi łatwo po tylu pięknych tygodniach spędzonych z Tobą."

Patton natomiast  miał znaczne większe powodzenie u kobiet i bardzo często lubił wykorzystywać swoją pozycję.  Terry Brighton opisuje również takie epizody z  życia bohaterów. Dlatego jest to, nie tylko dokładny rys historyczny, ale również  świetna powieść sensacyjna. Ta sprawa warsztatu pisarskiego autora, który umiejętnie łączy różne gatunki. Brighton nie faworyzuje żadnego z tych generałów. Każdemu z nich trafiła się pochwała czy też negatywny komentarz. Ocenia jednak ich decyzje, sugeruje, że gdyby postąpili inaczej w pewnych swoich rozkazach, to inne byłyby losy wojny. Za życia byli legendą - Rommel ze swoim goglami, Monty w swoim berecie, Patton z pistoletami - tylko historia różnie się z nimi obeszła. 

I kilka słów o wydaniu. Twarda okładka, przystępny format, szycie i kremowy, imitujący szlachetną starość papier, eleganckie, białe wkładki z kredowego papieru na fotografie, sporo ilustracji (choć trochę źle rozmieszczonych - jeden minus)  - wszystko to sprawia, że książka jest bardziej przystępna w odbiorze. Dlatego polecam, nie tylko fascynatom historii.

Istnieją momenty w historii, tak zwane punkty zwrotne, które potem decydują o dalszych losach. Gdyby jednak Monty wylądował szczęśliwie  w Arnhem, gdyby Patton zrealizował swój plan i rozpętałby wojnę z Rosjanami, gdyby paranoja nie pozbawiła Hitlera zaufania do Rommla... Właśnie gdyby? Jak teraz militarnie i politycznie wyglądałby świat? 
 

czwartek, 17 marca 2011

"Pola Negri" Mariusz Kotowski

Lubię ludzi z pasją. A autor, czyli Mariusz Kotowski jest niewątpliwie takim człowiekiem. Od samego początku jest zafascynowany swoją bohaterką i pochłonięty pasją jej życia oraz twórczości artystycznej. Dlatego książkę czyta się świetnie.

Wstyd się przyznać, ale do tej pory niewiele wiedziałam o Poli Negri, o kinie niemym. Fakt słyszałam nazwisko, ale nic poza tym, może dlatego, że nie jestem, aż tak wielką pasjonatką kina niemego. Ale za to uwielbiam lata 20. ubiegłego wielu, okres międzywojenny, dlatego kupiłam tę książkę.   

Apolonia Chałupiec 
urodziła się w Lipnie 3 stycznia 1897 roku (choć data jest sporna). Lipnowskie dzieciństwo Pola Negri wspomina pogodnie, jako okres miłości i bezpieczeństwa. Parę lat później jednak jej ojca aresztowano i zesłano na Sybir. Matka Poli opuściła wraz z córką Lipno i przeniosła się do Warszawy, gdzie straciła resztkę oszczędności na apelacje i rewizję procesu męża. Pola trafiła do szkoły baletowej. Wkrótce zadebiutowała w "Jeziorze łabędzim", wróżono jej karierę. Niestety, kariera baletowa nie trwała długo: wada serca czy też może początki gruźlicy sprawiły, że młoda tancerka musiała porzucić balet. Intensywna kuracja w Zakopanem podreperowała zdrowie, a przy okazji pozwoliła Apolonii zetknąć się z poezją Włoszki Ady Negri w przekładzie Marii Konopnickiej. Przeżycie było tak silne, że nazwisko poetki przyjęła jako własny pseudonim artystyczny.

Po powrocie do Warszawy - za sprawą Kazimierza Hulewicza, wicedyrektora Warszawskich Teatrów Rządowych - Pola dostała się do Szkoły Aplikacyjnej (aktorskiej) i po roku nauki, w 1912, zadebiutowała na scenie Teatru Małego jako Aniela w "Ślubach panieńskich". Recenzje były wstrzemięźliwe: braki dykcji, chrapliwy głos nie predestynowały jej do pracy na scenie. Ale kiedy Ryszard Ordyński, asystent samego Maksa Reinhardta z berlińskiego Deutsches Theater, wystawiał pantomimę "Sumurun", Hulewicz bez wahania polecił mu swoją protegowaną do roli ciemnoskórej tancerki. To był autentyczny sukces młodej aktorki. W wieku 17 lat stała się ulubienicą Warszawy, a w jej garderobie pojawił się Aleksander Hertz, szef Sfinksa - najważniejszej wówczas wytwórni filmowej w Warszawie - z propozycją angażu.

Tak zaczęła się wielka kariera Poli, która przez Berlin, Paryż i Nowy Jork trafia w końcu do Hollywood. Światowe stolice z czasów końca I wojny światowej i okresu międzywojennego  tętniły życiem na przekór historii i wielkiej polityce. To był idealny czas dla takich kobiet jak Pola. Zyskała sobie sympatie i uznanie. Stworzyła typ modnej w owych czasach "famme fatale", kobiety fatalnej, kobiety zmysłowej, opętanej emocjami, olśniewającej niemal baśniowej. A wszyscy mężczyźni padali do jej stóp... Romansowała z Charliem Chaplinem, jej kochankiem i narzeczonym był Rudolf Valentino, adorował ją Albert Einstein. I wielu innych, do których się przyznawała lub nie. Kobiety odbierały jej wybuchowy temperament jako oznakę niezależności, a mężczyzn pociągało takie zachowanie. Sposób, w jaki przymykała powieki i wydymała wargi oraz pełne ekspresji ruchy przyczyniły się do jej sławy.

Podobało mi się życie Poli, otaczała się luksusem i zbytkiem, kolekcjonowała najdroższą biżuterię i wyszukane stroje, gustowała w pięknych rezydencjach, została księżną, z pewnością utorowała drogę innym artystkom do Hollywood. Nie podobało mi się parę faktów (może incydentów) z jej życia, które trochę - moim zdaniem - rzucają cień na Polę jako Człowieka. Ale nie będę o tym pisać...

Lubię kobiety silne, z temperamentem, owładnięte emocjami, których nie boją się wyrażać. Pola Negri  - królowa wampów, huragan uczuć lat dwudziestych, której seksapil powodował, że męska cześć widowni mdlała w fotelach (pozazdrościć tego),  która potrafiła śpiewać swoim wibrującym niskim głosem, nasza Rodaczka.
 


  I ta siła KOBIET :)

sobota, 12 marca 2011

Wspomnienie - ks. Józef Tischner "Rozmowy z dziećmi: Kazania niecodzienne"

Gdyby żył, skończyłby dziś 80 lat.  
Ksiądz Józef Tischner...

Wszystko działo się w kościele pod wezwaniem Świętego Marka w Krakowie przy ulicy Sławkowskiej.  O tych mszach krążyły legendy. Tischner był pierwszym księdzem, który wychodził do dzieci z mikrofonem i zamiast prawić kazania... rozmawiał z nimi. Dziś to wydaje się mało oryginalne, ale wtedy, w latach 70. była to prawdziwa rewolucja i rewelacja.  A do tego zawsze na mszę przychodził z własnym misiem - Bartkiem.   

"Kazania niecodzienne" to zapis  niezwykłych kazań Tischnera. Zachowało się sześć, nagranych na kasetach magnetofonowych.  Cztery pierwsze są dokładnie datowane: pochodzą z 10,17, i 24 września oraz 1 października 1978 roku. Dwa pozostałe nie zostały opisane, być może pochodzą z listopada lub grudnia tego samego roku, a być może są wcześniejsze. W książeczce zamieszczonych jest pięć, ponieważ szóste nie zachowało się w całości. Wszystkie kazania zostały zredagowane tak, by były przystępne w lekturze.

Od chwili, kiedy ksiądz Józef odprawił w kościele Świętego Marka pierwszą mszę dla przedszkolaków, minie niebawem czterdzieści lat. Przedszkolaki, które chodziły na te msze, są dziś dorosłymi ludźmi. A jednak o tych mszach ciągle się pamięta. Dlaczego? Bo  były niezwykłe. Ksiądz Tischner mówił na przykład, że Pan Jezus umarł także za misie, że dla Pana Jezusa ważne jest wszystko to, co kochamy, że Pan Jezus umarł za wszystkie nasze miłości, duże i małe. 

Tak wspomina je Marek Tischner-bratanek księdza: "Tak to było ciekawe: msze były o 10., albo o 9. Zaczynał się w telewizji program dla dzieci, Teleranek. To były czasy, gdy ten program to była jedyna rzecz, którą mogło dziecko w telewizji wtedy zobaczyć, a mimo to byliśmy skłonni zrezygnować z Teleranka, żeby tylko iść na mszę do Józia. To było niezwykłe -  msza, jakby ja położyć na wadze, przeważała telewizję".   

A co się stało z Bartkiem? Tego nie wie nikt. Może ksiądz podarował go któremuś dziecku, może ktoś z tych dorosłych dzieci posiada takiego misia?

Książeczkę polecam, ale nie tylko ją. Również inne pozycje księdza, szczególnie "Księdza na manowcach" albo "Historię filozofii po góralsku" 
   

czwartek, 10 marca 2011

"Długi marsz" Sławomir Rawicz

"Długi marsz", wydany po angielsku w 1956 roku, ukazał się Polsce po raz pierwszy dopiero w 1993 roku; miał potem jeszcze jedno wydanie - wszystko razem skończyło się na paru tysiącach egzemplarzy i nie spowodowało żadnego poruszenia. Co innego w Anglii i Stanach Zjednoczonych, gdzie książka stała się bestsellerem.

Ja miałam dość mieszane uczucia po przeczytaniu tej książki. Losy Rawicza, polskiego oficera kawalerii w kampanii wrześniowej, były podobne do setek tysięcy żołnierzy i cywilów, którzy trafili, znajdując się pod sowiecką okupacją, do więzień. Sfingowane procesy, najczęściej z zarzutem szpiegostwa i działań na szkodę państwa sowieckiego, kończyły się jeśli nie wyrokami śmierci, to w najlepszym wypadku gułagiem. Tortury w więzieniu w Charkowie i moskiewskiej Łubiance, następnie droga na Sybir do obozu nr 303 koło Jakucka pod Kołem Podbiegunowym. I z tego obozu udaje mu się uciec. Jemu i sześciu innym. W końcu  siedem osób: trzech Polaków, Amerykanin, Łotysz, Litwin i Jugosłowianin.  Jedyne wyposażenie to nóż i siekiera, skromny prowiant. I ponad 6  tysiące kilometrów. Na południe przez arktyczną Syberię,  wzdłuż Bajkału, poprzez Mongolię, pustynię Gobi, Tybet, Himalaje, aż do miejscowości Kalkuta. Ten dystans Rawicz wraz trzema towarzyszami pokonał w rok, na piechotę. 

Znamy wielu podróżników, którzy pokonywali olbrzymie odległości i przeżyli, pomimo straszliwych przeciwności losu. Jednak żaden z nich dokonał tego co Rawicz. I tutaj pojawiają się wątpliwości. 

Po pierwsze, co do autentyczności tej historii. Taki dystans, przy takich warunkach, wydaje się do pokonania nieprawdopodobny.

Po drugie - Witold Gliński. To podobno on, nie Rawicz uciekł z sowieckiego łagru i dotarł pieszo do Indii. Sam, bez towarzyszy, a Sławomir Rawicz ukradł tę historię.

Po trzecie, obecność w syberyjskim łagrze Polaków, Bałtów czy mieszkańca Bałkanów jest w pewnym sensie oczywista i nie dziwi. Amerykanin jednak to w tym towarzystwie postać egzotyczna. Autor dość szybko to logicznie wyjaśnia: Smith był inżynierem pracującym przed wojną przy budowie moskiewskiego metra, pewnego dnia został porwany z mieszkania przez NKWD, oskarżony o szpiegostwo i skazany. Właśnie - ale. Czy rząd amerykański tak łatwo i szybko zapomniałby o swoim inżynierze i nie próbował go odnaleźć?

Ale nie tylko to sprawiło, że miałam mieszanie uczucia. Przez pierwsze 180 stron historia Rawicza i jego towarzyszy jawi się jako zwykła przygoda. Niby jest im zimno, muszą zmagać się z mrozem, głodem, ale jakoś wszystko im się szczęśliwie udaje i pokonują trudności, mimo nie sprzyjających warunków. Poza tym pobyt w sowieckich łagrach, najpierw mozolna podróż koleją,  potem długa wędrówka pieszo w kajdanach, nie złamuje ich charakterów. A przecież łagry to coś nieludzkiego, wstrząsającego, trudnego do wyobrażenia, gdzie zanika człowieczeństwo, wyzwalają się zwierzęce instynkty, wszystko po to, by przetrwać. A tu? Wszyscy bohaterowie do końca pozostają honorowi, mężni, niezłamani, zachowują godność. Zupełnie odmienny obraz jak w "Innym świecie" Grudzińskiego, a przecież  opowiadał o tych samych łagrach. Dopiero wtedy, gdy umiera jeden z towarzyszy, historia ta wydała mi się prawdopodobna. 

Jednak mimo kontrowersji i zagadek wiążących się z książką i jej autorem "Długi marsz" jest fascynującą lekturą, która wciąga od pierwszych stron, ponieważ czytelnik chce się dowiedzieć jak się ona skończy. Czyta się świetnie, dlatego z czystym sumieniem gorąco ją polecam. Problem więc prawdziwości konkretnej postaci w tym wypadku nie ma znaczenia. Sowieckie łagry były faktem i o tym trzeba mówić. I dziwne jest również to, że wszystkie wątpliwości pojawiły się nagle po śmierci autora i tuż przed premierą filmu, opartego na tej książce. "The Way Back" właśnie wszedł na ekrany kin w USA. Polska premiera (pod tytułem "Niepokonani") przewidywana jest na 8 kwietnia. Najnowsze dzieło Petera Weira (twórcy "Pikniku pod wiszącą skałą" i Stowarzyszenia umarłych poetów")  po raz pierwszy w Hollywood opowiada o łagrach, opowiada historię Polaków, opowiada o ich heroizmie i walce.  I może po obejrzeniu tego filmu, niektórzy, szczególnie ludzie z  Zachodu, będą zadawali sobie pytanie: dlaczego nigdy nic nam o tym nie mówiono?  

niedziela, 6 marca 2011

"Cesarski poker" Waldemar Łysiak

Zacznę od tytułu. Poker, którego reguły opracowano w połowie XIX wieku - to gra w karty. Dopuszcza on możliwość swoistego oszukiwania, czyli blefu. Natomiast istnieje jeszcze poker polityczny, który stary jest jak świat. Najbardziej interesującym historycznym pokerem jest ten, w którym wzięło udział dwóch cesarzy: cesarz Francuzów Napoleon I i imperator Rosji Aleksander I.            
Ta właśnie rozgrywka jest tematem książki. 

Konstrukcja książki jest podzielona na rundy (8 rozdziałów = 8 rund), w których każdy z graczy odnosi sukces lub porażkę. Nie w każdym rozdaniu dochodzi do potężnego starcia, gdyż raz jeden, raz drugi partner dysponuje zbyt słabą kartą, by zaakcentować wysoką licytację. Dopiero, gdy figury po obu stronach w jednym momencie ułożą się w znaczące kombinacje, następuje wielka gra. Natomiast typowy blef polega na udawaniu, że się ma potężną kartę wówczas, kiedy się jej nie ma - jest to straszenie przeciwnika. Odwrotny blef ma go ośmielić - jest udawaniem, że przyzwoitej karty się nie posiada. I przez 15 lat tak pogrywało ze sobą tych dwóch cesarzy.   

Ale ad rem, wróćmy do graczy. Przedstawiać życiorysów chyba nie bardzo trzeba, poza tym nie o to tu chodzi, chodzi o to, jaką rolę odegrali w "Mamie Historii".  Sam Autor od początku nie ukrywa swoich sympatii, widać, że jest wielki znawcą epoki napoleońskiej i wielkim bonapartystą. I w pewien sposób rehabilituje Napoleona, ponieważ wiedza w Polsce na temat "boga wojny" jest, delikatnie mówiąc, fałszywa          i zakłamana. Niestety tak, jak znajomość historii Polski, która jest w kategoriach "Za króla Olbrachta wyginęła szlachta". I cytując Łysiaka: "Zawsze dobrze znać fakty, czyli prawdę, bo to chroni człowieka przed biciem się w cudzą pierś za własne grzechy, proszę szanownych rodaków!".
 
Dużo zatem uwagi poświęca Autor sprawie polskiej. Udowadnia, że Napoleon zrobił dla Polski więcej, niż jakikolwiek inny mąż stanu Europy i świata w ciągu ostaniach stuleci, a nadal jest wiele nieporozumień, nie tylko w publicystyce historycznej, lecz nawet w historiografii naukowej. I za to, między innymi, uwielbiam książki Pana Łysiaka. Chwała Mu za to, że otwiera oczy na rzeczy i sprawy, na które niejeden, nawet z tych uważających się za wyższe sfery intelektualne, nie dostrzega.  Ale nie tylko za to. Przede wszystkim, za styl, za język, za bogactwo anegdot, za interdyscyplinarność. Łysiak, jako jeden z nielicznych, a może nawet jedyny, potrafi łączyć dziedziny literatury, filozofii, socjologii, religii,  historii, sztuki, obyczajowości etc., etc. Dlatego jestem wielką zwolenniczką Jego książek.

Podsumowując - książka Łysiaka jest po prostu świetna, w prosty sposób przybliża wojny napoleońskie i pokazuje, w jak wielkim stopniu historia zależy od humorów zmiennej Fortuny. Autor bardzo przejrzyście rozdziela meandry polityki i wojny. Udaje mu się to, między innymi, dzięki konsekwentnemu trzymaniu się „pokerowej” konstrukcji.

Nie da się nie być bonapartystą po przeczytaniu tej książki. Dlaczego? ponieważ Napoleon był geniuszem, słusznie Nietzsche uważał go za  nadczłowieka, ale przede wszystkim był Wielkim Człowiekiem, w sensie Człowieczeństwa. Podam tylko jeden przykład. Napoleon: "...wszczepiwszy swoim ludziom przekonanie o nadrzędnej wartości honoru sprawił, że nie wymieniliby na żadne pieniądze takich drobnych gestów i słów, jak zwykłe "dziękuję ci" usłyszane z jego ust, jak pieszczotliwe szarpniecie za ucho (była to ulubiona poufałość Napoleona wobec żołnierzy) czy praktykowane przezeń podczas pobitewnych rewii uchylanie kapelusza przed najbardziej zasłużonymi oddziałami." Ergo, jak mogli go nie kochać  żołnierze, kobiety (ale to osobna historia),  naród!

Na pewno nie jestem pierwszą, ale na pewno wielką - Bonapartystką. "Niech żyje Cesarz!"

środa, 2 marca 2011

"Pocałunek Anioła Ciemności" Sarwat Chadda

Książkę wygrałam w candy u Kasandry :)                 I szczerze, chciałam odłożyć  ją na potem, mając do czytania inne pozycje. Ale tak tylko zajrzałam i... cały wieczór stracony ;) doczytałam następnego dnia. Książka wciąga od pierwszych stron, nawet zdań. 

Bohaterką jest piętnastoletnia Billi mieszkająca w Londynie. Z pozoru jest normalną nastolatką, chodzi do szkoły, ma telefon komórkowy, iPoda, słucha Nirvany. Właśnie, z pozoru, bo prawdziwe życie Billi dalekie jest od normalności. Każdego wieczora musi uczyć się łaciny, starożytnej greki   i okultyzmu, a każdego ranka ćwiczy się w walce z bronią (mieczami i sztyletami) i wręcz.  Wszystko po to, że jest templariuszką i należy do Zakonu! W XX wieku templariusze? A jednak... Billi nie pozostawiono wyboru, ojciec za nią zadecydował, teraz musi być bezlitosna, musi zabijać. Zakon powstał, aby bronić Ziemi Świętej, ale przegrał dawno temu. Teraz jego rycerze nie walczą już o Jerozolimę, ale o ludzkie dusze. Prowadzą wojnę, nazwaną przez siebie Mrocznym Konfliktem-Bataille Tenebreuse. Walczą ze Złem, które żeruje na ludzkości, którego zwykli ludzie nie dostrzegają. To obowiązek każdego templariusza, są wybrani, ale jednocześnie przeklęci, bo nie mogą prowadzić normalnego życia. Dlatego Billi czuje się pokrzywdzona. W szkole trzyma się na uboczu, nie ma przyjaciół, poza tym wszyscy uważają, że jest trochę dziwna. Przed nauczycielami ukrywa siniaki, zadrapania, które nabyła wykonując swoje poranne ćwiczenia...

Pewnego dnia poznaje tajemniczego Mike Harbigera. Chłopak wydaje się jej normalny, nie ma nic wspólnego z templariuszami, walkami; wydaje się być dla Billi odskoczą od jej  pogmatwanego życia. Jednak początkowe zauroczenie i fascynacja nowym chłopakiem, sprowadza na Billi i cały Zakon wielkie niebezpieczeństwo. Mike okazuje się kimś innym, niż tym, za kogo podawał się na początku... Kim jest Mike i z jaką misją przybył? Jak poradzi sobie z tym wszystkim Billi? Dlaczego ojciec Billi był na niej zawsze taki surowy? Kim jest Kay, który zawsze zjawia się, kiedy Billi potrzebuje pomocy? Chcąc poznać odpowiedzi, trzeba sięgnąć po tę pozycję. 

Wartka akcja, groza, wymieszana z elementami romansu sprawia, że powieść czyta się szybko, chcąc jak najszybciej dotracić do zakończenia. Sarwat Chadda podaje też parę faktów z historii zakonu templariuszy, przywołuje najważniejsze postacie, nawiązuje do biblijnego króla Salomona, który miał niegdyś  mocą swych wielkich zaklęć zamknąć w mosiężnym naczyniu (lub lustrze) wszystkie demony i Anioły Ciemności. Od tamtej chwili duchy te zmuszone były służyć każdemu, kto poznał ich magiczne pieczęcie i w zakreślonym magicznym kręgu wypowiedział salomonowe zaklęcia. Jednak "Biblia" milczy całkowicie o jakichkolwiek związkach Salomona z demonami  i rzekomej władzy, którą miał nad nimi posiadać. Wszytko to opiera się na legendach  i apokryfach.   

W "Pocałunku Anioła Ciemności" podobała mi się atmosfera powieści - mroczna, tajemnicza i akcja trzymająca w napięciu. Wielka literatura to na pewno nie jest, ale odbiór powieści jest niesamowity. I ta urzekająca okładka....