czwartek, 29 grudnia 2011

"Dziwne losy Jane Eyre" Charlotte Brontë

tłumaczenie:  Teresa Świderska
wydanie: e-book


Siostry Brontë to z pewnością fenomen w literaturze. Każda z nich pisała inaczej. Dzisiaj nikt tak już nie pisze, dziewiętnastowieczne powieści posiadają klimat, któremu nie sposób się oprzeć. I niech się schowają wszyscy, którzy twierdzą, że jest to powieść przegadana, nudna, o wzniosłym tonie i patetycznych wartościach. Niech się schowają, bo właśnie takie powieści przywracają wiarę w miłość. Miłość opartą o solidny fundament, będącą źródłem satysfakcji, ponieważ mowa jest o miłości spełnionej, wzajemnej, zdolnej do poświeceń. Miłości, która wszytko przetrzyma, która wszystko znosi.

"Dziwne losy Jane Eyre" zauroczyły mnie i zafascynowały, choć nie tak bardzo jak "Wichrowe wzgórza" Emily. Wybacz Charlotte, ale wolę twoją siostrę. Jednak przed tobą również chylę czoła.

Rzędy równo ustawionych ławek, a przy nich stojące dziewczęta - prosto i bez ruchu, wszystkie ze sczesanymi gładko z czoła włosami, bez jednego widocznego loczka, w brązowych, wysoko zapiętych sukniach z wąskimi, białymi kołnierzykami przy szyi i płóciennymi sakiewkami, przywiązanymi z przodu u paska, a mającymi służyć za torebki do roboty; wszystkie nosiły wełniane pończochy i fabrykowane trzewiki, zapięte na mosiężne klamerki - to obraz typowej angielskiej surowej i bardzo rygorystycznej szkoły. Do takiej szkoły uczęszcza nasza bohaterka - Jane. I szczerze powiedziawszy ta część podobała mi się najbardziej i zrobiła na mnie wrażenie, wręcz poruszyła.

Jane to wszytko przetrzymuje i wieku 18 lat zostaje guwernantką dziewczynki - Adelki. Tam los już na zawsze złączył ją z panem Rochesterem. Więcej o fabule nie ma sensu pisać, nie chcę zdradzać wątków, tym którzy może jeszcze tego nie czytali. A skoro jesteśmy przy Edwardzie Rochestererze, to trochę bawiła mnie jedna rzecz. Czy naprawdę wszystkie kobiety w dziewiętnastowiecznej Anglii zwracały się do swoich mężów 'per pan', czy tylko Jane? Rozumiem, że te wszystkie konwenanse, pewne znaki czasów, ale lekka przesada, kiedy Jane głaszcząc po policzku Rochestera i siedząc na kolanach, mówi do niego 'pan'. I nie była to żadna gra wstępna, czy jakieś tam 'droczenie' się - po prostu chyba tak wypadło. O tempora, o mores!

Inna sprawa, że powieść praktycznie jest 'wyprana' z namiętności, żeby nie powiedzieć z seksu. Wiadomo, że po powieści obyczajowej nie spodziewałam się gorących scen erotycznych, ale tu się wszytko kończy na głaskaniu po policzku. A przy tak gorącym uczuciu, to się trochę gryzie. Gdzie ta burzliwość uczuć i powalająca namiętność z "Wichrowych wzgórz"? Na dodatek związek zostaje skonsumowany dopiero wtedy, gdy Rochester traci wzrok i rękę, czyli dla mężczyzny jak najbardziej dwa znaczące erotyczne atrybuty. A z reguły większość mężczyzn to wzrokowcy. Ale nie wnikam dalej.

Jednak na tym właśnie polega fenomen sióstr, choć pisały inaczej, razem się uzupełniały. Charlotte - w przeciwieństwie do Emily, która poddawała się otchłaniom namiętności - postawiała na szlachetność charakteru, na hartowanie w sobie takich cech, które pozwolą żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Jane uznaje za bluźniercze i niewłaściwe młodzieńcze zachowanie Rochestera, ale również zimną religijność St. Johna Riversa. Krytykuje też pokorną pobożność. Dlatego wiedzie skromne życie, wierząc w Boga, ale równocześnie wierząc w to, że życie na ziemskim padole również może być szczęśliwe. I to zostaje jej wynagrodzone.

Mimo, że nie powaliła mnie namiętność, to szalenie ciekawie się czytało "Dziwne losy Jane Eyre". Niesamowity i prawdziwy obraz epoki, surowy i posępny klimat Anglii i wielki romans w tle. Cud - miód, po prostu KLASYKA przez wielkie K. Taki pokarm dla duszy, przywracający wiarę w prawdziwą miłość.

piątek, 23 grudnia 2011

Dedykacja ;) i życzenia

"Nie chce wiele na Gwiazdkę,
Jest jedna rzecz której potrzebuję
Nie przejmuję się prezentami
Pod świąteczną choinką
Chcę Cię po prostu dla siebie
Bardziej niż możesz sobie wyobrazić
Spełnij moje marzenie
Wszystkim czego chcę na święta jesteś Ty".



Niech nadchodzące Święta będą dla każdego z Was niezapomnianym czasem spędzonym bez pośpiechu, trosk i zmartwień. Życzę Wam, aby odbyły się w spokoju, radości wśród Rodziny, Przyjaciół oraz wszystkich Bliskich dla Was osób. I oczywiście, aby literatura była zawsze źródłem inspiracji, a pod choinką ogromu nowiutkich pozycji książkowych :)

 

"Planeta Kaukaz" Wojciech Górecki

Wydawnictwo Czarne
Wydanie: 2010
Liczba stron: 256
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7536-212-1

Autorzy piszący o Kaukazie najczęściej porównują go do wielkiego tygla, albo - ponieważ jest to ziemia niespokojna, obfitująca w wojny, krwawe zamieszki  - do beczki prochu. Obszar zamyka się miedzy Morzem Czarnym na zachodzie a Morzem Kaspijskim na wschodzie oraz między równiną Donu na północy a Turcją i Iranem na południu. Mierzy czterysta czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych. Tyle, co na przykład Szwecja. Niby niewiele. Jednak tę przestrzeń wypełnia tak zagmatwana mozaika ludów, kultur, języków i religii, że istotnie można mówić o swoistej planecie. Innej planecie, niż ta, na której wszyscy żyjemy. 

Wojciech Górecki odwiedził Kaukaz wiele razy, w sumie spędził tam dwa lata. Jak pisze, na każdym kroku doświadczył serdeczności i przyjaźni. Przygodni znajomi podwozili go, karmili, nocowali, ostrzegali przed niebezpieczeństwem, nawet ratowali mu życie. Brakuje mu słów, żeby wyrazić swoją wdzięczność. Niniejsza książka jest właśnie wyrazem hołdu ludziom, których spotkał w czasie swojej wyprawy. Jest to opowieść o niezwykłym życiu na niezwykłej ziemi. 

Porównując ostatnio przeczytaną książkę, również o Kaukazie - "Mordercy w mauzoleach" - pozycja Góreckiego jest o wiele barwniejsza, ciekawsza, soczysta, zaskakująca, urzekająca, wręcz  magiczna. 

Fascynująca, a zarazem, zdradziecka góra Elbrus; echa kultu Czyngis-chana; lezginka - szybki taniec, wykonywany solowo przez mężczyzn lub w parze z kobietą; osada Hinalung - gdzie dzieją się rzeczy niewytłumaczalne, np. wariował japoński zegarek i wskazywał nieistniejące godziny 21:61, 25:75, a potem sam się przestawiał; pieśni w rytmie zikru, a zikr to przywołanie imienia Allaha połączone z rozbudowanym ruchem ciała i gestami; szeroko pojęte słowa NARÓD i WOLNOŚĆ, szczególne przez Czeczenów i okrutne prawo czeczeńskie - Czeczen, który przyłapie swą żonę z kochankiem, ma dwa wyjścia - może zabić oboje albo obojgu wybaczyć. Gdy zabije tylko kochanka, staje się mordercą. Krewni zabitego będą go tropić, aż go dopadną albo zabiją syna, bo winę się dziedziczy. 

To tylko namiastka planety Kaukaz. Czyta to się wszytki gładko i z ogromnym zaciekawieniem, tudzież z niedowierzaniem. Czuć otaczającą magię miejsca, która znajduje w  wydychanym powietrzu, wodzie, ziemi. Zaglądamy do rodzin w Czerkiesku, Magasie, Władykaukazie, Groznym, Cchinwali. Podróżujemy miejskim autobusem. Odwiedzamy Abchazję, Kraj Stawropolski, Osetię Północną i Południową, Inguszetię - miejsca, które  już z samej nazwy są niezwykłe, inne, dla niektórych poza zasięgiem, a nawet wyobrażeniem.

Wiele tysięcy kilometrów stąd między Morzem Czarnym i delikatnym powiewem Morza Śródziemnego, a stepami Kałmucji, w kierunku koczowniczego Turkiestanu - rozciąga się planeta Kaukaz. "A w naszym stujęzycznym Kaukazie jedziesz, zapalisz fajkę u ogniska jednego narodu, a nim ją skończysz, już miniesz kilka krajów i narodów".
 

recenzja też na reporterskim okiem

niedziela, 18 grudnia 2011

Mój dzień w książkach

Zabawa podpatrzona u Lirael. Polega na małym podsumowaniu książek przeczytanych w 2011 roku. Bardzo spodobał mi się pomysł, dlatego go powielam.

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .



Zaczęłam dzień Pocałunkiem Anioła Ciemności.W drodze do pracy zobaczyłam Gringo wśród dzikich plemion  i przeszłam obok Greka Zorby, żeby uniknąć Doktora Jekyll i pana Hyde, ale oczywiście zatrzymałam się przy Kamiennych dziewicach.W biurze szef powiedział:  Bóg zapłać i zlecił mi zbadanie Domu jedwabnego. W czasie obiadu z Panią Bovary zauważyłam Buszującego w zbożu pod Tygrysimi wzgórzami. Potem wróciłam do swojego biurka w Rzymie. Następnie, w drodze do domu, kupiłam Viagrę mać, ponieważ mam Przemianę. Przygotowując się do snu, wzięłam Listy do Trynidadu  i uczyłam się Małych zbrodni małżeńskich zanim powiedziałam dobranoc Mężczyznom, którzy nienawidzą kobiet :)


czwartek, 15 grudnia 2011

"Jutro" John Marsden

wydawnictwo: Znak
wydanie: kwiecień 2011
stron: 272
 

Chyba jestem jedną z ostatnich, w blogowym świecie, która nie czytała tej książki. Ale teraz właśnie ją skończyłam. Po tylu przeczytanych recenzjach, trudno tu napisać coś nowego, odkrywczego i oryginalnego.

Człowiek się sprawdza w ekstremalnych warunkach. Wtedy wychodzą prawdziwe cechy charakteru. Czy jesteśmy lojalni, na ile wytarli, jakie mamy priorytety i czy pod płaszczykiem pozorów nie ukrywamy prawdziwego 'ja'.  Takie cechy jak wytrzymałości, zaradność, umiejętność panowania nad emocjami, trzeźwe i logiczne myślenie, odpowiedzialność wychodzą na jaw w nietypowych warunkach. Czy posiadamy cechy przywódcze, czy jesteśmy skłonni od pracy w grupie, czy po prostu jesteśmy egoistami, troszczącymi się tylko o własny los? Ciekawe... Ciekawe jakbyśmy się zachowali w sytuacji zagrożenia, gdzie w grę wchodzi życie nie tylko własne, ale i bliskich? 

Można na jakiś czas zblokować emocje, stać się oziębłym i sprawiać wrażenie 'wypranego z uczuć', ale za stłumione emocje będzie trzeba w końcu zapłacić,  chociaż można ukrywać je bardzo długo. Jedak potem wybuchają one, jak bomba z opóźnionym zapłonem. W takich przypadkach trzeba pogodzić serce i umysł. Umysł myśli o technice działania, a serce czuje żar i zapał. Wtedy jest szansa na przerwanie.

W takiej sytuacji znalazła się Ellie wraz z grupą przyjaciół. Gdy po powrocie z wycieczki w górach - do miejsca zwanego Piekłem - nie zastali w domach swoich bliskich. Były puste domy, wokół martwe zwierzęta, a po ulicach krążyli uzbrojeni żołnierze.

Teraz Piekło stało się dla nich rajem, azylem, gdzie mogli wrócić, bo tylko tam czuli się bezpiecznie, tamogli przetrwać. "Urwiska, skały i ta cała roślinność rzeczywiście wyglądały dziko. Ale dzikość nie oznacza piekła. Dzikość była fascynująca, trudna, cudowna". I tam właśnie ujawniają się prawdziwe oblicza, sprawdzają się więzi przyjacielskie, tam rodzą się nowe uczucia. Są razem, działają, próbują przywrócić dawny ład.

Skalisty górski obszar, kotliny schodzące w małe urwiska, skalista grań, drewniany most - takich miejsc jest wiele. Czy są one piekłem? Kiedy ludzie trzymają się razem i się nawzajem wspierają, żadne miejsce nie może być wtedy piekłem.
 
Co jeszcze napisać więcej? Chyba tylko to, że nie mogę doczekać się kontynuacji!

 

sobota, 10 grudnia 2011

O szmerach duszy Edgara Allana Poe

Jest mroczny, głuchy i smętny dzień jesienny. Posępny nastrój miesza się z bezgranicznym przygnębieniem. Na niebie pod ciężką posową obłoków, co wloką się nisko, nie widać najmniejszego przebłysku słońca. Na świat opadła zasłona szarości wywołująca rozstrój duchowy. W taki klimat wprowadził mnie wczoraj Edgar Allan Poe. Przeczytałam tylko dwie nowele, a cały wieczór przechodziły mnie dreszcze.  
"Zagłada domu Usherów"
Fabuła jest dość prosta. Nieznany nam bohater, przyjeżdża do domu Usherów, na prośbę swojego starego znajomego - Rodericka Ushera. Sama już doroga i widok zamku odbijającego się w jeziorze wprowadza go w posępny nastrój - "skierowałem mego konia na urwiste wybrzeże czarnej, zasępionej topieli, co roztaczała wokół domu zastygłe w bezruchu zwierciadło, i z dotkliwszym jeszcze niż poprzednio drżeniem spoglądałem na odbite w niej, przeinaczone obrazy szarego sitowia, upiornych pni drzewnych tudzież zgasłych niby źrenice okien". 

Roderick Usher napisał do narratora bardzo niepokojący list o gnębiącym go rozstroju umysłowym i o żarliwej chęi widzenia się z przyjacielem. I rzeczywiście docierając na  miejsce, zastał zupełnie odmienionego człowieka. W Rodryku, od ostatniego spotkania zaszły diametralne zmiany. Stał się zimny i chłodny, bez uczuć. Symptomy Ushera zdradzają dziwne przypadłości - wyjątkową wrażliwość na światło, dźwięki, zapachy, zmysł smaku oraz ostre lęki. Madeline, bliźniacza siostra właściciela domu, też zapadła na dziwne schorzenia - transy przypominające śmierć. Usher informuje następnie narratora, że jego siostra zmarła i domaga się, aby została ona złożona w rodzinnej krypcie. Przez następny tydzień zarówno Usher, jak i narrator są świadomi narastającego zdenerwowania bez jakiegoś wyraźnego powodu. Nadchodzi burza i... no właśnie - będzie jeszcze słychać ryk umierającego smoka, pusty i metaliczny pogłos upadającej tarczy, krzyki, szmer, a bagno wokół budynku zaczynie błyszczeć w ciemności, pomimo faktu, że nie ma oznak błyskawic.

"Zdradzieckie serce" (lub "Serce oskarżycielem")  
I znowu wyostrzenie zmysłów! I też nieznajomy narrator, który opowiada swoją historię z perspektywy czasu. Starszy człowiek, z którym mieszka, ma niewyraźne, sępie, bladoniebieskie oko, które do tego stopnia dręczy narratora, że ten postanawia go zabić. Parę nocy z rzędu zakrada się do pokoju starca, aby dokonać zbrodni. 

Poe w sposób mistrzowski aranżuje sytuację, w której zbliża się moment zabójstwa. Pokój, w którym sypia starzec jest pogrążony w całkowitych ciemnościach. Ciemność i oczekiwanie konsekwentnie budują grozę sytuacji, zwłaszcza, że ofiara przez bardzo długi czas jest świadoma zbliżającego się niebezpieczeństwa – starzec nie śpi już od samego początku. Sparaliżowany strachem nie jest jednak w stanie zapobiec nadchodzącym zdarzeniom. Do końca również oszukuje sam siebie, że tajemnicze odgłosy dobiegające z ciemności zalegającej pokój są jedynie odgłosami wiatru i nie niosą ze sobą zagrożenia. Fabuła opowiadania cechuje się nieustannym napięciem emocjonalnym. Pojedynczy promień światła z lampionu ląduje dokładnie w oku starca, a narrator dostrzega, że jest ono szeroko otwarte. Słysząc jak jego serce bije z przerażenia w niezwykły i groźnie szybki sposób, decyduje się na atak, skacząc w kierunku starego człowieka, krzycząc głośno, co powoduje u starca atak serca. Po czym zaciera ślady, odrywa deski w podłodze, ćwiartuje ciało, a na zabitą podłogę kładzie dywan i ustawia krzesła. Następnie sprowadza policjantów, ci zadają pytania, a narrator beztrosko sobie z nim gawędzi. Niedługo jednak. Nagle zaczyna blednąc, czuje ostry ból głowy, a dziwny szmer w jego uszach wzmagał się niemiłosiernie. Cichy, spokojny szelest przerodził się w dziki i szybki odgłos, podobny tykaniu zegarka. Szmer ciągle rósł. Zagłuszał wszystko, głośniej, coraz głośniej. Szmer jego duszy, wyrzuty czy odgłos serca bijącego pod podłogą? Narrator nie wytrzymuje.

Edgar Allan Poe mnie zafascynował do tego stopnia, że sama słyszę jeszcze szelesty, szmery, szumy.

czwartek, 8 grudnia 2011

"Mordercy w mauzoleach" Jeffrey Tayler

Wydawnictwo: Carta Blanca
Wydanie: kwiecień 2011
oprawa: broszurowa
liczba stron: 416


"Oj, kakoj russkij nie tatarin!" (Który Rosjanin nie jest Tatarem!) - kiedyś to porzekadło odzwierciedlało życzliwą akceptację faktu, że pod jarzmem mongolsko-tarskim na amen zmieszała się krew Rosjan. Dziś na próżno szukać takiej tolerancji; w opinii publicznej ludzie z Azji Środkowej - to zalewający Rosję barbarzyńcy, muzułmanie, żebracy i kieszonkowcy. 

Latem 2006 Jeffrey Tayler wyruszył w podróż z placu Czerwonego w Moskwie na plac Tian'anmen w Pekinie. Przejechał ponad 11 tysięcy kilometrów, przez najrzadziej odwiedzane zakątki południowej Rosji, Azji Środkowej i północnych Chin. Wszytko po to, aby odkryć świat, w którym mieszkają pozostałości komunizmu, rodzący się kapitalizm, wymieszany z islamem oraz kulturami etnicznymi.

A skąd tytuł? Na placu Czerwonym i placu Tian'anemen stają dwa imponujące mauzolea, w nich spoczywają zabalsamowane zwłoki dwóch euroazjatyckich przywódców, którzy rozpoczęli wielkie przemiany, lecz przy okazji doprowadzili do śmierci dziesiątki milionów swoich obywateli. Więc dlaczego ciągle w Moskwie leży Lenin, a w Pekinie Mao Zedong - skoro Związek Radziecki upadł, a Chiny są krajem kapitalistycznym? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć sobie autor. Przemierza bezdroża, unika ekspresów i 'wykształciuchów', a rozmawia z każdym, kogo los postawi na jego drodze. Nie była to jego pierwsza podróż, pracował już w Azji Środkowej, poza tym ożenił się z Rosjanką, więc język rosyjski jest mu dobrze znany. 

Miasta jakie na trasie odwiedził Tayler to między innymi: Nowoczerkask (stolica Kozaków), Rostow nad Donem, Piatigorsk (Kaukaz), Nalczyk, Władykaukaz (Osetia), Machaczkała, Astrachan, Atyrau, Aktobe, Aralsk, Kyzyłord, Astana, Ałma Ata, Biszkek, Kaszgar, Jiayuguan, Baotou. I od razu mogę powiedzieć, że zabrakło mi tutaj mapy, chociaż jakiegoś szkicu trasy. Musiałam posiłkować się atlasem, czego bardzo nie lubię przy czytaniu, bo wybija mnie to z rytmu.
  
Ale wracając do treści. Autor podczas swojej wyprawy spotyka wielu ludzi, a większość z nich przepełniona jest gniewem, goryczą i nienawiścią do Rosji. Bywają jednak tacy i takie miejsca, gdzie jeszcze widoczny jest kult Stalina, a slogan NIECH ŻYJE I ROZKWITA PRZYJAŹŃ MIĘDZY LUDAMI ROSJI jest nader aktualne. Z tymże w takich miejscach, można się spodziewać jedynie kłopotów. Wybuchy bomb na targu, zamachy, porwania są tu na porządku dziennym, a świat w ogóle o tym nie słyszy. Ale najbardziej przerażająca jest tu nienawiść na tle etnicznym, widoczna w prawie wszystkich republikach. 

Tak naprawdę Rosja traktowała zawsze wszystkie republiki jako swoistą ochronę i tarczę przed najazdami z południa; dlatego pozwalała na autonomię i zachowanie praw. W praktyce wyszło to gorzej, bo jak się dzieli nie po równo, to pojawiają się konflikty. Autor ukazuje ten "kulturowy tygiel", dostrzega różnice między narodami, nie waha się zadawać mieszkańcom niewygodnych pytań, ukazując w ten sposób mentalność i zwyczaje poszczególnych grup etnicznych. 

O Czeczeńcach słyszał chyba każdy, o Osetii też było głośno w 2004 roku, kiedy terroryści zatokowali szkołę. Ale czy ktoś z Was słyszał o Bałkarach, Muratach, Kabadarajczykach albo o Dunganach? Tayler opisuje te narody, szczególnie skupia się życiu codziennym, na odbiorze Zachodu i władz w Rosji. Mnie najbardziej spodobał się opis Kigistanu - taki kraj rzeczywiście może zafascynować.  

Jednak, biorąc pod uwagę całość, rozczarowała mnie tak książka. Tayler wprawdzie nawiązuje do faktów historycznych, ale traktuje historię po 'łebkach". Miałam wrażenie, że nie ma pojęcia, jakie wydarzenie było ważne dla danego narodu. Poza tym wszystkie jego wnioski, analizy polityczne i gospodarcze oparte są na rozmowach z ludźmi, którzy żyją na granicy prawa lub wręcz te granice przekraczają i raczej nie budzą sympatii. Oczywiście wszytko to odbywa się przy lejącej się litrami wódce (ewentualnie koniaku).

Taki przewodnik po knajpach Azji Środkowej, czyli gdzie najlepiej ugoszczą, gdzie można najeść i napić  się do syta. Na dodatek wydawało mi się, że Tayler pominął parę istotnych szczegółów. Aż dech mu zapierało od kaukazkich tancerek, śpiewaczek czy przewodniczek, a każdej z nich przyświecała dewiza, że -"najładniejsze dzieci rodzą się z mieszanej krwi, no i najbystrzejsze też, prawda?"

Zdumiała mnie też trochę (raczej śmieszyła) taka naiwność autora i "dziwienie" się z rzeczy oczywistych. Zdania typu: "Czy prawdą jest to, co czytałem, że ten człowiek [Czyngis-chan] - jeden z najbardziej bezlitosnych zabójców, jakich ziemia nosiła - był otoczony kultem i uwielbieniem w kraju, który zniewolił"? - może zadać tylko Amerykanin, doprawdy bardzo odkrywcze. Ale skoro ta książka "powinna być lekturą obowiązkową dla pracowników Departamentu Stanu USA i Pentagonu"- to niech sobie Amerykanie czytają i się dziwią.


recenzja też na reporterskim okiem

wtorek, 6 grudnia 2011

A jednak istnieje :)

Z reguły jestem tradycjonalistką. Lubię widok książek, ich zapach, ich ułożenie na regale. Potrzebna mi jest ich obecność, świadomość, że są przy mnie. Książki koją wtedy moje myśli. Napawa mnie to poczuciem bezpieczeństwa. I uwielbiam patrzeć na powiekszającą się moją biblioteczkę. 

Jednak... Ten sprytny gadżet poszerzył moje możliwości i zasoby książkowe. Mam teraz ogrom książek w swojej kieszeni, rozbudowałam swoje regały, zdobyłam upragnioną klasykę.

Tegoroczny Mikołaj po prostu czyta w moich myślach. A podobno facetom tak trudno odgadnąć co myśli kobieta i czego oczekuje ;)



I jak tu nie wierzyć w świętego Mikołaja!