środa, 29 lutego 2012

"Komandos" Richard Marcinko, John Weisman

Wydawnictwo: Znak 
wydanie: 2012
okładka: broszurowa ze skrzydełkami
format: 144 x 205
ilość stron: 496
ISBN: 978-83-240-1673-0

"Sleep, EAt, and Live it up" ("Śpij, jedz i stań na wysokości zadania") - to akronim nazwy w slangu SEALsów, elitarnej jednostki komandosów Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych prowadzącej operacje na morzu, w powietrzu i na lądzie (SEa, Air, Land). 

 "SEAL Team był wyjątkowy. Byliśmy jedyni w swoim rodzaju: niewielki zespół, niezwykle mobilny, przeznaczony do szybkiego reagowania i wyszkolony do jednego zadania: zabijania na całym świecie. Nikt nie potrafił przemieszczać się tak szybko jak my. Żadna inna jednostka nie umiała zaatakować z równą łatwością i z wody, i z powietrza". [str.22]  Tak o tej jednostce mówi jej twórca Dick Marcinko. Marcinko z pomocą ghostwritera - Johna Weismana - opisuje swoje wspomnienia. Mówi o wszystkim: o szkoleniach, o walce, o tym, jak przypadek czy drobne z pozoru niedopatrzenie mogą kosztować życie wielu ludzi, o formalnościach, 0 "czterogwiazdkowych kutasikach-urzędasch z Pentagonu", o ciągłych starciach z ludźmi na wyższych szczeblach władzy – politykami, generałami i admirałami oraz o swojej rodzinie - żonie i dzieciach.

I trzeba mu przyznać, że Marcinko ma talent do opowiadania. Czyta to się wszystko bardzo szybko, choć nie jest to książka na jeden, czy dwa wieczory. Nie da się jej przeczytać "po łebkach". Styl dość rubaszny, nasycony dużą dawką wulgaryzmów, choć wcale nie prostacki, a raczej przemyślany, bo skoro już postanowił coś opisać, to tak jak w pracy, stanął na wysokości zadania  "a pieprzyć to, skoro już się uzewnętrzniam, to na całego". 

A kim był Richard Marcinko? - przez jednych uwielbiany, a przez drugich znienawidzony. Syn czeskich emigrantów, który jako osiemnastolatek wstąpił do US Navy. Wietnam, Kambodża, Iran, Bejrut. Najpierw frogman, potem komandos wodno-lądowy, który prowadził działania zaczepne wobec nieprzyjaciela, zastawiał misterne zasadzki mające zdezorientować i sterroryzować przeciwnika, przerywał linie zaopatrzenia, chwytał więzniów, by ich przesłuchiwać i pomagał szkolić partyzantów. Odznaczony najważniejszymi medalami i orderami za odwagę, a jednocześnie krytykowany za zbyt drastyczne metody. Dowody, proszę bardzo: 

"Może tak bywa w filmach, ale w nie rzeczywistości. W rzeczywistości strzela się do sukinsynów i się ich zabija - nie patrzy się, czy mają broń, czy nie, czy po nią sięgają, czy nie, czy wyglądają na niebezpiecznych, czy wydają się łagodni. W ten sposób zachowuje się przy życiu siebie i swoich ludzi".  [str. 158]

"Moja filozofia walki sprowadzała się więc zawsze do tego, żeby zabić nieprzyjaciela, zanim on zdąży mieć szansę zabić mnie, i używałem w tym celu wszelkich potrzebnych środków. Nigdy nie dawałam Charliemu [słowem "Charlie" określano zbiorowo partyzantkę Wietkongu] równych szans. Strzelałem z zasadzki. Wykorzystywałem przewagę ogniową. Nigdy nie wdawałem się w walkę wręcz, o ile nie było absolutnie żadnej innej możliwości". [str. 160]

"Wcześniej nie zabieraliśmy części rzeczy osobistych zabijanych wietnamców. Teraz zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to ważny materiał źródłowy, więc braliśmy wszystko, co wpadło nam w ręce. I w niczym nie przypominało to tych wszystkich scen z filmów, w których jakiś żołnierz znajduje zdjęcie dzieci i żony poległego partyzanta Wietkongu, po czym rozkleja się, bo uświadamia sobie, że właśnie zabił bliźniego". [str.144]

Czuł większą bliskość z ludźmi, z którymi służył, niż wobec żony i dzieci. Dlatego nie ukrywa, że był nieczuły i bezduszny, a wręcz ograniczony emocjonalnie, bo wiedział, że to było przyczyną rozpadu małżeństwa. Zdawał sobie sprawę z niepokojów żony, gdy on spędzał większą cześć roku w 'terenie', gdy do niego cały czas strzelano, ale nie potrafił jednak tego zrozumieć. Ponieważ odkąd wstąpił do teamów, szkolił się do wojny i nic nie mogło powstrzymać go od walki. Poza tym przyznaje otwarcie, że wierny to nie był i  nigdy nie przepuścił okazji.   

"Deser? Lubiłem to słowo. Kiedy zamawiałem w swojej kwaterze 'deser', mój służący Sothan przysyłał mi małą brązową i jadłem swój 'deser' w łóżku". [str. 252]

"Dom był miejscem, gdzie rzucałem bagaże, robiłem pranie i zostawałem na parę nocy. To nie był dom. Ale nie zamierzałem pozwolić, by życie osobiste miało wpłynąć na jednostkę. Nie można pozwalać, aby uczucia do żony i dzieci przeszkadzały w wykonywaniu pracy". [str.356]  
 
Marcinko nie pozwalał również na to, aby śmierć innego żołnierza wstrzymała tempo szkoleń.
W elitarnych oddziałach nie daje się drugiej szansy, nikt tu się nie zatrzymuje, żeby rozmyślać - trzeba po prostu wykonać misję. A w SEAL Team Six obowiązywały też "zmodyfikowane standardy wyglądu" - długie włosy, kolczyki, wąsy, brody - wszytko po to, aby w każdym miejscu na świecie  mogli uchodzić za nierzucających się w oczy robotników. Mogli sobie pozwolić również na różne gadżety i zabawki techniczne, bo ich budżet odpowiadał mniej więcej kosztom dwóch myśliwców F-14. Zawsze gotowi - każdy żołnierz miał pager, gdy zadzwonił, żołnierz musiał w ciągu czterech godzin stawić się przygotowany do wyjazdu w pełnym wyposażeniu. Zawsze sprawni - wszyscy przechodzili wielotygodniowe szkolenia,  zakończone okrutnym "hell weekendem". Zawsze niezawodni - "Chcieliśmy strzelać i  napierdalać, wyskakiwać z otwierającym się spadochronem - robić wszystkie te wspaniałe rzeczy, które mieli robić i w tak niezawodny sposób umieli robić SEALsi". [str.31] 

Każdą walkę, wojnę nie da się rozegrać w sposób książkowy, konwencjonalny. Oczywiście,  że istnieją odpowiednie taktyki, metody, jednak wojna bywa nieprzewidywalna. Kiedy pytano się: "Jak sytuacja żołnierzu?", odpowiedzieć można było akronimami: SNAFU -"situation normal, all fucked up", czyli "sytuacja normalna, wszytko się spieprzyło" albo FUBAR - "fucked up beyond all repair", czyli w luźnym tłumaczeniu "spieprzyło się tak, że choćby skały srały, już nic nie da się zrobić".
 
Jak nie trudno się domyślić te niekonwencjonalne metody nie wszystkim się podobały i  Marcinko usłyszał słowa, które chyba żaden żołnierz nie chce usłyszeć: "Odmaszerować, komandorze!". Przeprowadzono dochodzenie i w końcu postawiono go przed sądem w związku z rzekomymi nieprawidłowościami przy zakupie sprzętu.

Wiele mu również można zarzucić - arogancję, megalomanię, przerost ego, poczucie nieśmiertelności, obojętność i niezrozumienie uczuć rodziny. Ale Dick Marcinko-człowiek "Świr", to żołnierz, który zawsze był skoncentrowanym na zadaniu, wiedział, że musiał zrobić wszytko, aby je wykonać. I właśnie tacy ludzie powinni strzec naszych granic! Znieczuleni, bez skrupułów, skupieni jedynie na misji. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak 

 

6 komentarzy:

  1. Męska książka, więc polecę ją moim kolegom:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Dość przerażający obraz, człowiek, który został wyszkolony po to aby zabijać. Nie spodziewałam się, że żołnierz z elitarnej jednostki będzie inny, ale mimo wszystko straszne to.

    OdpowiedzUsuń
  3. No, nareszcie wiem, skąd się wzięła nazwa Komando Foki xD
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie przeczytam, zupełnie nie dla mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. męska rzecz dla zrytego bereta

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie ma sie co oszukiwać żołnierz musi być skuteczny, a żeby być skuteczny to musi być brutalny, szybki, brutalny, musi sptrzelać i napierdzielać jak to posze R. Marcinko i jeszcze musi byc brutalny. Oczywiście dla żołnierzy wroga.

    OdpowiedzUsuń