poniedziałek, 30 stycznia 2012

"Lekcja historii Jacka Kaczmarskiego" Iwona Grabska, Diana Wasilewska

Wydawnictwo: Demart
wydanie: listopad 2011
oprawa: twarda (książka + CD)
liczba stron: 304
ISBN: 978-83-7427-636-8

Jacek Kaczmarski był poetą niezwykłym. Jego twórczość zawiera zarówno czysto autorskie pomysły, bardzo oryginalne i błyskotliwe w swej całości, jak i wiele tekstów inspirowanych cudzymi dziełami, szczególnie malarstwem. Z ponad sześciuset wydanych drukiem jego wierszy około sześćdziesiąt inspirowanych jest obrazami.

W 1981 roku powstał program tria Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński pod tytułem "Muzeum". Prawie w całości składał się właśnie z utworów uskrzydlanych malarstwem, szczególnie polskim. Wiersz "Stańczyk" otwiera cykl opisów obrazów, czyli ekfraz, w programie Kaczmarskiego. Zamyka go utwór "Arka Noego". Wiersze w pewien sposób spinają twórczość Jacka, czyli od katastroficznej wizji nadchodzącego upadku po manifest indywidualnej odpowiedzialności. Wszystkie ekfrazy nie były przypadkowo dobraną formą ekspresji twórczej, ale wyborem światopoglądowym. Często historie biblijne traktowane są przez artystów jako pretekst do poruszania problemów bardziej im współczesnych, do przedstawienia autorskiej wizji problematyki biblijnej. "Arka Noego" to jedyny wiersz w programie "Muzeum" inspirowany tematyką biblijną, reszta to inspiracja historią.

Przedmiotem troski poety była nie tylko kondycja jednostki jako takiej, a raczej jej relacje ze społecznością, która ją otaczała, szczególnie w kontekście przełomowych momentów historycznych. Kaczmarski wybierał takie obrazy, w których ten dialog jest szczególnie widoczny. Odnaleźć tu można, takie utwory jak: "Rejtan", "Wojna postu z karnawałem", "Samosierra", "Wiosna 1905", "Pikieta powstańcza".

Ale trochę więcej o książce. Znajdują się tu 32 wiersze zestawione z odpowiednimi dziełami sztuki polskiej i obcej, miedzy innymi: "Ambasadorowie", "Pejzaż z szubienicą", "Pejzaż zimowy", "Autoportret Witkacego". Całość wzbogaca komentarz historyczno-plastyczny Iwony Grabskiej, ukazujący symbolikę tych obrazów. Dopełnia tego analiza literacka - Diany Wasilewskiej - która odnosi się do wierszy Jacka, ich wymowy i okoliczności postania. Taki album marzył się Kaczmarskiemu, planował wydać własne wiersze połączone z reprodukcjami obrazów, a także z przekładem na języki obce. Śmierć jednak przełamała te plany. Teraz to marzenie, choć w części, się ziściło. Polecam! 


Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!

Było lato, była jesień. Początek zimy trochę przegapiłam, z racji tego, że jesień dłużej trwała. A jesień była piękna tego roku  :) Słoneczna, ciepła, pachnąca wrzosem i grzanym winem. A spóźniona zima, jak już przyszła, to z przytupem. Mroźno, mroźniej, a ma być jeszcze mroźniej. 

A to Pani Zima Alfonsa Muchy


Oj, ciepła życzę wszystkim i rozgrzania. Chociażby takiego, jak rozgrzewany jest ptaszek w dłoniach Pani Zimy. Mam nadzieję, że zima nie dała się, aż tak bardzo Wam we znaki. Byle do wiosny...
 

piątek, 27 stycznia 2012

Top 10: dziesięciu ulubionych bohaterów

Top 10 to akcja u Klaudyny, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta.

Ach, ci mężczyźni! Skoro były moje ulubieńce, to teraz - ulubieńcy. Niektóre postacie powtórzą się z rankingu: bohaterowie książkowi, z którymi chcielibyśmy się zaprzyjaźnić, ale pewnych upodobań się nie zmienia.



Pan Cogoito
  
Mój numer jeden! Podmiot liryczny wierszy Zbigniewa Herbarta. Inteligentny, wykształcony, który twórczo przemierza świat, analizuje podstawowe zagadnienia egzystencji, problemy moralne i etyczne. Jest również gorliwym chrześcijaninem, potrafi wyrażać wdzięczność Bogu za piękny otaczający go świat. Zachwyca się również sztuką, dziełami i budynkami. Pogardza jednak zbrodnią, faszyzmem. Jest wierny swoim ideałom, przy czym zachowuje pokorę. 



 
Ignacy Rzecki z "Lalki" Bolesława Prusa

Zagorzały Bonapartysta - a to już jest temat na długie rozmowy, ponieważ podzielam jego pasję. Poza tym ten starszy pan jest niezwykle sumienny, uczciwy, a w stosunku do klientów,  uprzedzająco grzeczny. Uwielbiam takie postacie!




 Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa

Kolejny staruszek, ale za to jaki! Młody duchem mężczyzna. Z jednej strony to hulajdusza, dla którego ważne są tylko kobiety, wino i śpiew. Z drugiej natomiast to prosty i niezwykle wrażliwy człowiek, potrafiący zachwycać się pięknem przyrody, a swoje wewnętrzne troski i cierpienia ukrywa radując się życiem. Człowiek mający własną i niepowtarzalną filozofię życia: "postępuję tak, jakbym miał umrzeć w każdej chwili".  

 

Bohun z "Ogniem i mieczem" Henryka Sienkiewicza

Bohun - Kozak, gwałtowny i nieokrzesany. Postać z krwi i kości. Jak kocha to szaleje, jak nienawidzi to zabija. Namiętny, godny pożądania, kwintesencja męskości. A cukierkowaty Skrzetuski niech się schowa. Ale fakt, że mój zachwyt spotęgowała rola Aleksandera Domogarova z ekranizacji powieści.




d'Artagnan  z "Trzech muszkieterów" Aleksandra Dumasa

d'Artagnan dołącza do Atosa, Portosa i Aramisa - doświadczonych muszkieterów w służbie królewskiej. Szybko znajduje w nich uznanie, dorównuje im męstwem bitewnym i ogładą towarzyską. Przyjaźń, poświęcenie, odwaga - takie połączenie cech jest dziś trudno spotykane.




 
 Holden z "Buszującego w zbożu" 

Holden czuje się niezrozumiany przez rówieśników, bo w odróżnieniu od nich, widzi świat głębiej. Nie znajduje zrozumienia też od dorosłych. Wrażliwy młody człowiek, który nie zgadza się ze wszystkim, co go otacza, protestuje przeciwko hipokryzji, bezmyślności, głupocie - przez to jest samotny.


 
Sherlock Holmes

Kolejny inteligent, który pracuje raczej z miłości dla swojego fachu niż dla nabycia bogactwa. Dedukuje i obserwuje oraz mawia "Nigdy nie ufaj ogólnemu wrażeniu, mój drogi, ale koncentruj się na szczegółach".





Woland 

"Mistrz i Małgorzata" to jedna z moich ulubionych książek. Dlatego Wolanad nie mogło tu zbraknąć Wolanda. A "szef" od spraw zła, nie jest taki zły. Można nawet podejrzewać, że działa w imieniu dobra: przecież okazuje się dobroczyńcą Małgorzaty, przecież ocali rękopis o historii Chrystusa.



Conan  Roberta E. Howarda

Moja ostania 'męska' fascynacja. Nieokrzesany barbarzyńca, o sile niedźwiedzia i szybkości pantery, o przenikliwych błyszczących, niebieskich oczach. Żyje pełnią życia, co tam, że posiadał pewne braki w wychowaniu i pozbawiany był wszelkich manier, ale potrafił przetrwać, tam, gdzie większości ludzi, by zginęła. Ponadto potrafił kochać i być namiętnym kochankiem. Ale uwaga, cenił sobie lojalność, a kobietę, która go wydała potrafił wrzucić do szamba ;)

czwartek, 26 stycznia 2012

"Smutek" Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Esprit
wydanie: 2009
tłumaczenie: Jadwiga Olędzka
liczba stron: 120
wymiary: 130 x 200
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-61989-01-1


"A gdzie tymczasem jest Bóg? (...) zwróć się do Niego w rozpaczliwej potrzebie, kiedy wszelka inna pomoc zawodzi - z czym się spotkasz? Z drzwiami zatrzaśniętymi przed nosem, zaryglowanymi od wewnątrz".

Wielu z nas, a może ktoś z naszych bliskich, był w podobnej sytuacji. Jak trwoga, to do Boga! - choroba, śmierć kogoś bliskiego, poczucie zagrożenia - to wtedy najczęściej zawracamy się do Boga, szukając pociechy, zrozumienia. Jednak, co wtedy może nas spotkać? Cisza, zero reakcji, zaryglowane drzwi. Co zrobić, aby to nas nie spotkało? Jak żyć, jak postępować, aby te drzwi zostały otwarte, a nasze prośby wysłuchane? Co zrobić, by nasz "domek z kart" się nie rozsypał? Wielu się nad tym zastanawiało, rozważało. 

Clive Staples Lewis, po śmierci ukochanej żony, też zadaje sobie takie pytania. Śmierć bliskiej osoby jest amputacją. Nie uniknie się żalu, bólu, poczucia niesprawiedliwości. Każde jednak doświadczenie żalu jest niepowtarzalne. Lewis nie oferuje tu żadnych łatwych i sentymentalnych pociech, nie nakazuje jak trzeba żyć ze stratą, jak sobie radzić, jak zmierzyć się z "emocjonalnym paraliżem".
Unika dydaktyzmu i kaznodziejstwa. 

Na początku u Lewisa smutek wywoływał strach, potem krótkotrwałą utratę wiary, potrzebę przełykania łez, zapomnienie. To jest tu zdumiewiające, że Lewis jako apologeta chrześcijaństwa miał, odwagę powątpiewać w to, co sam głosił. Miał odwagę krzyczeć, wręcz wrzeszczeć na Boga, "wątpić i wierzgać" oraz zdrowo przezywać ból. 

Porusza również problem reakcji innych ludzi. W wyniku jego straty uświadomił sobie, że wprowadzał ludzi w zakłopotanie. W biurze, czy na ulicy zbliżające się do niego osoby próbowały powziąć decyzję, czy "powiedzieć coś na ten temat", czy też nie.  A przez to przypominał ludziom o śmierci. Kolejnym etapem było błaganie Boga, w czułych słowach o przywrócenie szczęśliwej przeszłości. 

Lewis przekazał tu piękne, dojrzałe i kojące świadectwo wiary. Żaden banał, czy tani poradnik. A wiara jest właśnie pociechą. To właśnie wiara, "ona sama, tracąc swoje główne lub raczej jedyne źródło szczęścia, nie utraciła rzeczy najważniejszej, a mianowicie nadziei". Gdy dwoje ludzi się pobiera, każde musi zaakceptować to, że któreś z nich umrze kiedyś pierwsze. A smutek, to raczej pewna faza, pewien proces, a nie stan w jakim jesteśmy. Musi ewaluować. 
"Żałoba to nie jest zniszczenie  miłości w małżeństwie, lecz jedna z jej normalnych faz - tak jak miodowy miesiąc. Pragniemy przeżyć nasze małżeństwo dobrze i wiernie także i w tej fazie"



Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit
 

środa, 25 stycznia 2012

"Conan i pradawni bogowie" Robert E. Howard

Wydawnictwo: Rebis 
wydanie:  2011
przełożył: Marek Nowak 
liczba stron: 656
format: 150 x 225
oprawa: broszura szyta ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-7510-818-7

Na Croma! To był świetny pomysł Wydawnictwa Rebis, aby wskrzesić opowiadania Howarda. Utwory wydawane były po raz pierwszy w roku 1932 w magazynie '"Weird Tales" i od razu przyniosły autorowi prestiż. A 70 lat później bohater Howarda osiągnął międzynarodową sławę. Pojawiał się wszędzie w filmach fabularnych, komiksach, animacjach, serialach, grach i na półkach z zabawkami.

Ta pozycja, to pierwsze trzynaście opowiadań o Conanie w oryginalnych wersjach i ułożonych w takiej kolejności, w jakiej pisał je Howard. Pojawia się tu wszytko to, co zrodziło się w wyobraźni Howarda, bo niestety w przetworzonym obrazie, zostały rozmyte oryginale cechy barbarzyńcy. A Conan to nie tylko góra mięśni nabitych sterydami, przywdzianych w futro superbohatera. To pewien pierwowzór. Całość wydania uzupełniają ilustracje, idealnie powiązane z treścią, wstęp ilustratora Marka Schultza oraz dłuższe wprowadzenie Patricea Louineta, w którym wyjaśnione są okoliczności powstawania kolejnych utworów o Conanie. 

Ale przejdźmy do głównego bohatera. Przede wszystkim Conan zmienia się i dorasta z tekstu na tekst. W każdym opowiadaniu jest w innym okresie swojego życia, w innym miejscu i zajmuje inne stanowisko. W pierwszym opowiadaniu jest królem Aquilnii w średnim wieku, w drugim - młodym barbarzyńcą na obrzeżach świata, w trzecim - złodziejem w cywilizowanym mieście Numalii. I oczywiście prawie w każdym opowiadaniu występuje jakaś kobieta: Atala - córka mroźnego olbrzyma, Belit - królowa czarnego wybrzeża, Yasmela księżniczka. Jak nie trudno się domyślić, żadna nie potrafiła mu się oprzeć.

"Miał szerokie, krzepie bary,  masywną pierś, gibką talię, emanujące siłą ramiona. Jego skóra zbrązowiała pod słońcem odległych krain. Oczy miał niebieskie i błyszczące; zmierzwiona czupryna czarnych włosów wieńczyła szerokie czoło. U pasa zwisał miecz w wytartej skórzanej pochwie". Ponadto miał wytrzymałość i żywotność wilka, łączyły w sobie silę niedźwiedzia i szybkość pantery. A jego oczy zawsze płonęły dzikością. Posiadał wrodzoną inteligencję, jednak pod wieloma względami był naiwny jak dziecko, strzegł swoich praw, w gniewie bywał groźny jak tygrys, a serce tętniło mu ogniem płonącego drewna. Poznał wielu bogów, ale wzywał tylko jednego - Croma. 

Crom zamieszkuje na wielkiej górze, w królestwie lodu i chmur, jest ponury i pozbawiony ciepłych uczuć. Nie dba o to, czy ludzie żyją czy umierają, dlatego lepiej go nie wzywać. Ludzie sami zmagają się z cierpieniem, a przyjemność odnajdują jedynie w namiętnym szaleństwie bitwy. Po śmierci ich dusze błąkają się, bez pociechy, w szarych mgłach, przez całą wieczność. Dlatego Conan chce czerpać życie garściami:
"Daj mi żyć pełnią, póki żyję; nich posmakuję obfitych soków czerwonego mięsa i cierpkiego wina na mym podniebieniu, gorącego uścisku bielutkich ramion, szalonego uniesienia bitwy, kiedy ostrza płoną błękitem i spływają czerwienią, a będę zadowolony. Niech nauczyciele, kapłani i filozofowie łamią sobie głowy nad problemem realności i ułudy. (...) Żyję, promieniuję życiem, kocham, zabijam i jestem zadowolony". 

Jak wyznał kiedyś Howard: "W trakcie czytania opowieści o Conanie człowiek ma odczuć na nowo te barbarzyńskie impulsy w głębi swojego jestestwa". I rzeczywiście, zamierzenie autorowi wyszło jak najbardziej. Chociaż fantasy to zupełnie nie moja bajka, o przygodach Conana czytałam z zapartym tchem, co kartkę popadając w większą fascynację. Conan za każdym razem mierzy się z czymś mrocznym, potężnym, nadnaturalnym, wymykającym się ludzkiej wyobraźni, z "antropologicznym paskudztwem, groteskową parodią stworzenia".

To, co jeszcze wyróżnia utwory o Cimmeryjczyku, to wyraźnie poczucie, że zawarty w nich dreszczyk przygody stanowi tylko maskę przed przesłaniem. Można je odczytać jako zmierzenie się barbarzyństwa i cywilizacji, gdzie pisarz wyraźnie stoi po stronie barbarzyństwa. Pojawiają się tu - resztą najczęściej cytowane - zdania, które tylko to potwierdzają: "Barbarzyństwo jest naturalnym stanem gatunku ludzkiego. (...) Cywilizacja jest czymś nienaturalnym. To kaprys okoliczności. A barbaria musi zawsze ostatecznie zwyciężyć".

Gorąco polecam, poczytajcie! O Cimmeryjczyku, o barbarzyńcy z barbarzyńców, u którego w umyśle majaczyły okalające wszytko głębiny północnej nocy, u którego żywotność i wytrzymałość dziczy była wraz z nim, pozwalając mu przetrwać tam, gdzie cywilizowany człowiek, by zginął. Na Croma!


 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


niedziela, 22 stycznia 2012

Top 10: ulubione postaci kobiece

"Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto! Postaci twojej zazdroszczą anieli, A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!..." - pisał Mickiewicz. I ileż miał w tym racji, bo literaturze aż roi się od barwnych, ciekawych i fascynujących postaci kobiecych. Mam kilka swoich ulubionych, dlatego w tym tygodniu przyłączam się do akcji TOP!

Top 10 to akcja u Klaudyny, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta.

Justyna Orzelska z "Nad Niemnem"

Wybrała pracę, harmonię życiową, Bohatyrowiczów, Jana i szczęście. Mogła wybrać majątek, tytuł, Różyca. Czy wybór był trudny?

Sol z "Sagi o Ludziach Lodu"
Sol, ale nie tylko Sol. Ogólnie prawie wszystkie kobiety z rodu Ludzi Lodu. Ta seria książek  obudziła we mnie pasję czytelniczą, zaczęłam czytać ją jeszcze w podstawówce. A Sol to moja ulubienica, piękna, trochę nieokrzesana, spragniona miłości i namiętności, o niezwykłych zółtych oczach. Kobieta, którą pochłaniały czary i magia. Miała jednak w sobie wiele ciepła, a  dla swoich bliskich była gotowa ryzykować życiem. 


Jane Eyre 

Moja ostatnia fascynacja. Kobieta, która walczyła i dążyła do szczęścia, która potrafiła chwycić los w swoje ręce, aby być spełnioną.

Lisbeth Salander  z "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet" 

Powieść nie za bardzo mi się spodobała. Raczej trochę mnie zniesmaczyła, jednak postać Lisbeth mnie zaintrygowała. Kobieta z trudną przeszłością, która mimo wszytko wie czego chce, twardo stąpająca po ziemi, z drugiej strony pragnąca bliskości i miłości. 

 Meggie i "Ptaki ciernistych krzewów"
"Słodka, szalona, piekielna miłość grzeszna. To moja miłość, wskroś potępiona, przegrana. Co tu kryć, to moja miłość, trochę wstydliwa, w  dodatku niebezpieczna..." Tym słowami można by określić uczucie Meggie i Ralpha - piękna powieść o miłości i poświeceniu, i mój wielki sentyment. "Ptaki ciernistych krzewów" obok "Sagi o Ludziach Lodu" obudziły " obudziły moje zamiłowanie do czytania.

"Ania z Zielonego Wzgórza"   

Tu nie będę oryginalna. Za "ocean rozpaczy", za wszystkie wyszukane nazwy, za ogromną wrażliwość i oczywiście za rude włosy.

Małgorzata z "Mistrza i Małgorzaty"

Ukochana Mistrza, wybranka, czarująca, inteligentna i piękna. Porzuca męża i godzi się zostać gospodynią szatańskiego balu. 

Katarzyna z "Wichrowych wzgórz" 


Za słowa "...położyła jedną rękę na czole, drugą zaś na sercu. Tu  i tu - gdziekolwiek kryje się dusza. Całym sercem, całą moją duszą czuję, że źle czynię".  Dla mnie, piękne, tragiczne i osobiste. 

"Anna Karenina"


Za odrzucenie konwenansów i odwagę  - tylko. Odeszła od męża dla wielkiej miłości. Zgubiła ją jednak chora zazdrość.

"Królowa Śniegu" Hansa Christiana Andersena


Władczyni lodowatej krainy, której obce były jakiekolwiek ciepłe, serdeczne uczucia. Chciała ona pozyskać Kaja dla swych celów. Szczerze to bałam się jej w dzieciństwie, zawsze jak zrobiłam coś niestosownego, myślałam, że na saniach przybędzie okrutna królowa i zabierze mnie do swej krainy. Brrr..... ;)

piątek, 20 stycznia 2012

"Cienista dolina" reż. Richard Attenborough 1993

 "Żyjemy w cienistej dolinie. Słońce świeci gdzie indziej, za zakrętem drogi, za wzgórzem".

Cóż, po wczorajszym zafascynowaniu Lewisem postanowiłam pójść o krok dalej i obejrzeć biograficzny film na podstawie jego książki "Smutek". Bohaterem filmu jest więc sam C.S. Lewis (tu Anthony Hopkins) oraz Amerykanka Joy Gresham (Debra Winger). Joy przyjeżdża  do Anglii z zamiarem poznania słynnego pisarza. Lewis - stary kawaler prowadzi uporządkowane, aż do absurdu życie, w sztywnym świecie angielskich gentlemanów. Głęboko wierzący, prowadzi także wykłady z etyki chrześcijańskiej. Jednak już przy pierwszym spotkaniu z Joy, Lewis nagle odkrywa, że życie chyba jest inne niż mu się do tej pory wydawało. Amerykanka wprowadza zamęt w uporządkowane życie starego oksfordczyka. Pobierają się, by Joy wraz synem - Douglasem mogła zostać w Anglii. Z początku małżeństwo to funkcjonuje jedynie na papierze. Jednak, gdy okazuje się, że Joy jest śmiertelnie chora, Lewis zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że ją naprawdę kocha. 

- Wiesz co. Zmieniłeś się. Patrzysz na mnie jak trzeba.
- Nie patrzyłem?
- Nie, jak trzeba.
- Nie chcę się stracić.
- Nie chcę odchodzić.

Lewis próbuje odpowiedzieć sobie na pytania: Czy miłość musi składać się z cierpienia? czy Bóg tak bardzo chce, żebyśmy byli szczęśliwi? czy chce, abyśmy cierpieli? Film ten przypomina o wartościach, które zawsze tkwią gdzieś w głębi serca. O potrzebie bliskości, zrozumienia,o miłości, ale takiej prawdziwej. O szczerym uczuciu i bezinteresownym oddaniu, o tym, że kochamy, by wiedzieć, że nie jesteśmy sami. I o tym, że w każdym z nas tkwi małe dziecko.
Piękny, wzruszający film, z cudownymi zdjęciami i genialnie zagranymi rolami. Anthony Hopkins bez względu czy gra seryjnego i psychopatycznego mordercę, czy subtelnego pisarza, robi to w sposób mistrzowski. A ostania scena rozmowy z synem Douglasem, jak i scena oświadczyn, rozłożyła mnie na łopatki. 

"Nie chcę być gdzieś indziej. Nie czekam na to, co się stanie, co się wyłoni za zakrętu lub wzgórza. Jestem tutaj i to wystarczy".


czwartek, 19 stycznia 2012

"O modlitwie. Listy do Malkolma" Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Esprit 
wydanie: listopad 2011
tłumaczenie: Magda Sobolewska
liczba stron: 200 
wymiary: 130 x 200 mm
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-61989-65-3

"Jednym z powodów, dla którego Bóg ustanowił modlitwę, mogło być zaświadczenie o tym, że bieg wydarzeń nie jest zarządzany jako państwo, ale tworzony jako dzieło sztuki, do którego każda istota wnosi swój wkład, a nawet (w modlitwie) świadomy wkład, i w którym każda istota jest równocześnie środkiem i celem". Do takiego wniosku dochodzi Lewis w swojej ostatniej ukończonej książce, wydanej drukiem po jego śmierci. Clive Staples Lewis - człowiek, który stworzył księcia Kaspiana, narnijskie przygody lwa Aslana i czwórki dzieci. Jak się okazuje, to nie tylko autor powieści dla młodzieży, ale przede wszystkim - wybitny eseista, autor prac psychologicznych i książek o tematyce chrześcijańskiej.

W czasie I wojny światowej Lewis stracił całkowicie swoją wiarę, a odzyskał ją pod wpływem rozmów z J.R.R. Tolkienem. Tak narodziło się zupełnie inne oblicze Lewisa, które ukazał właśnie w "Listach do Malkolma". Malkolm o jego nieistniejący przyjaciel, do którego pisze listy. O modlitwie mówi tu tak, jak o zupełnie naturalnym, niemal bezwarunkowym ruchu. 

Przede wszystkim mówi o swoich doświadczeniach, o tym, że stara się modlić w ogóle bez słów. Tę formodlitwy uważa za najdoskonalszą. Jest ona pomocna,  ponieważ "niczego nie nazywa, więc nie może też nazywać fałszywie". Słowa stanowią dla niego sprawę drugorzędną. Są jedynie kotwicą.


"Żeby modlitwa bez słów była udana, trzeba być 'u szczytu formy'. W przeciwnym razie nasze akty wewnętrzne stają się jedynie aktami wyobraźni lub emocji - a udawane emocje to rzecz godna pożałowania. Gdy zbliżają się te bezcenne chwile, w których Bóg rzeczywiście uzdalnia nas do modlitwy bez słów, jakiż głupiec chciałby ów dar odrzucić?"

Lewis dowodzi, że modlitwa to coś więcej niż powtarzanie formułek, których wszyscy uczyli się w dzieciństwie od rodziców. Pisze o modlitwach błagalnych, a tych wysłuchanych i o tych niewysłanych, czyli o niespełnieniu przez Boga naszej prośby. Czy jest sens wtedy się modlić? W końcu Jezus też modlił się błagalnie w ogrodzie, a nie został wysłuchany. Jednak tak naprawdę dla naszego życia duchowego o wiele więcej znaczy "branie pod uwagę" czy też "rozważanie" naszych modlitw przez Boga niż spełnienie prośby. 

Pokuta, przebaczenie, piekło, czyściec, niechęć do modlitwy - te zagadnienia również porusza Lewis. Do niektórych podchodzi poważnie, do niektórych z humorem: "Moje ulubione porównanie odwołuje się do doświadczeń na fotelu dentystycznym. Mam nadzieję, że kiedy ząb życia zostanie już wyrwany i będę 'dochodził do siebie', jakiś głos powie mi: "Proszę wypłukać tym usta'. Tym będzie właśnie czyściec". 

Bardzo zaskoczyła mnie proza Lewisa, a raczej ta druga odsłona pisarza. To jedna z tych pozycji, o których się nie zapomina na drugi dzień, tylko taka, która zmusza do refleksji, do zastanowienia się na chwilę, do zatrzymania się. Oczarowanie to chyba za małe słowo. Mimo, że jest to książka na temat wiary, a nie ma tu ani krzty dydaktyzmu, czy kaznodziejstwa. Lewis pisząc o tak skomplikowanych i trudnych tematach, robi to z niezwykłą prostatą, obrazowo, z empatią i wrażliwością. Poza tym jawi się tu jako człowiek oczytany, który z lekkością robi filozoficzne dygresje, nawiązuje do dzieł literatury, a wszytko to z niespotykaną dozą smaku i wyważenia słów. Skromny, ale przez to wielki erudyta, który nie próbuje nawracać czy wykładać swojej filozofii:  "Wszytko, co powiedziałem, to czysta autobiografia, a nie teologia".



Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit