sobota, 31 marca 2012

"Air Babylon" Imogen Edwards-Jones

Wydawnictwo: Pascal
wydanie: 2011
liczba stron: 448
format: 127 x 198 


"Latanie (...) Szampańskie życie na gównianej pensji". Bardzo liczna jest grupa osób, która pracuje w porcie lotniczym.  W książce fabuła została umieszczona na fikcyjnym brytyjskim lotnisku obsługującym wymyśloną linę Air Babylon. Opowiedziane przez Anonima-menadżera wydarzenia obejmują jedną dobę. Wszytko, co się w niej zmieściło, czyli zwyczajną codzienność w porcie lotniczym. 

Poznajemy kulisy pracy obsługi naziemnej oraz powietrznej, jak i przedziwne historie pasażerów. Tak jak w programie "Zawody" - gdzie przedstawiciele rożnych branż zdradzają swoje tajniki pracy.    

Pierwsza zasada, a raczej sposób na przyjemny lot - to być miłym i przyjacielskim od momentu wejścia na lotnisko i nikomu nie narazić się z obsługi, a nawet uważać, aby krzywo na nich nie spojrzeć. Bo ich zemsta niestety bywa okrutna:

"Jeśli narazisz się pracownikom lotniskowym, zawiadamiają załogę na pokładzie i nie tylko będziesz mieć nieprzyjemny lot, ale możliwe problemy żołądkowe przez następne kilka dni. Załoga napluje ci na jedzenie, nasika do kawy i wytrze stekiem kibel, zanim go zaserwuje I nikt się nie dowie Niektórzy stewardzi i stewardesy noszą nawet przy sobie środki przeczyszczają, który wrzucają do napojów lub jedzenia ludzi, kiedy im podpadną". [str. 213]
Okrutne prawda? Łagodniejszą formą zemsty jest posadzenie pasażera, przy jakimś bardzo otyłym osobniku albo przy wiercącym i płaczącym dziecku. 

Okazuje się, że tacy pracownicy wcale nie mają lekkiej pracy. Szczególnie taki menadżer, od którego zależy wszytko, co się dzieje w porcie lotniczym. Musi stawić czoło przeróżnym indywidualnościom. A trzeba przyznać, że wyobraźni pasażerom nie brakuje. Przemyt jest tu na porządku dziennym, od egzotycznych zwierząt po narkotyki. Chowane w przeróżnych miejscach, nie tylko w bagażach, ale we własnych ciałach. Poza przemytem każdy potencjalny pasażer ma swoje ma swoje dziwactwa.

"Przypomina mi się ten lot, gdy japońscy pasażerowie założyli piżamy i ułożyli się od snu w schowkach, bo myśleli, że to łóżka". [str. 310]

Ale to tylko namiastka takich anegdot. Ogólnie "Air Babylon" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Świetnie się przy niej bawiłam. Wciągająca, zadziwiająca, zabawna. Taki poradnik dla każdego wybierającego się w podniebny lot. Chociaż po lekturze, niektórzy mogą mieć pewne obawy przed podróżą samolotem. Polecam z czystym sumieniem!




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pascal

środa, 28 marca 2012

"Prześwietny raport kapitana Dosa" Eduardo Mendoza

Wydawnictwo: Znak
wydanie: 2012
format: 140x205
oprawa: twarda 
ilość stron: 160




Przenosimy się w przestrzeń międzyplanetarną, na pokład statku, w świat wystylizowanego science fiction. Horacio Dos jest kapitanem na tymże statku kosmicznym i codziennie pisze raporty ze swojej pracy. Nie ma jednak kompetentnej załogi, to są Upadłe Kobiety, Nieobliczalni Staruszkowie, Przestępcy, coś w rodzaju kolonii karnej. Lecą oni sobie w zakątki galaktyki, zawijając do różnych stacji kosmicznych. Z reguły szczęśliwie to się nie rozstrzyga, a kończy rożnymi kataklizmami. W międzyczasie na pokładzie kapitan Dos musi uporać się z innymi problemami: z poważnymi brakami żywności, ubytkiem artykułów kosmetycznych, buntem załogi, spożywaniu za dużej ilości napojów alkoholowych i innych substancji toksycznych przez załogę oraz roszczeń niektórych kobiet:


"Następnie odwołała się do mojego stanowiska dowódcy, a gdyby mnie to nie przekonywało, odwołała się później do szczególnej osobistej relacji, którą zawsze wyczuwała pomiędzy nami, a która wykrystalizowała się nie tak dawno w moim pokoju, gdzie ona uległa bez nadmiernych oporów przejawom mojego szacunku, przekonana, że są one przypieczętowaniem nierozerwalnej więzi". [str.48]


"Z taką samą stanowczością odmówiła przyjęcia propozycji zamiany miejsca swojego zakwaterowania na wygodniejsze, na przykład moją kajutę; wolała pozostać w sektorze Upadłych Kobiet, żeby, jak powiedziała, uniknąć plotek". [str. 62]   
 
To moje pierwsze spotkanie z Mendozą i od razu mogłam się przekonać, że jest on nietuzinkowym pisarzem. Co chciał przekazać czytelnikom przez tak wariacką i absurdalną powieść? Z czego się pośmiać, co wykpić? Interpretacji może być wiele. Mendoza śmieje się przede wszystkim z nas samych, gdzie pozbywamy się problemów, przez pozorne przykrycie je innymi warstwami. Stwarzamy pozory, a tym samym dalej jesteśmy niepewni przyszłości, nie wiemy dokąd zmierzać. Ślepo jesteśmy również zaparzeni w postęp, wszelkie nowinki technologiczne, łudzimy się, że nowoczesne "gadżety" zastąpią nam ludzi, rozmowy z nimi. Mendoza pisze to z ironicznym poczuciem humoru, lekko ubarwia, koloryzuje i przyprawia pikanterią. 

Piotr Kofta - krytyk literacki - zauważa, że Eduardo Mendoza wykorzystał tu bardzo popularną alegorię późnośredniowieczną, mianowicie - statek szaleńców. Powtarza się ona często na obrazach strych mistrzów. To taki okręt, który wypełniony jest przeróżnymi ludźmi, z przeróżnych warstw społecznych. Dryfują sobie oni po morzu, jednak nie mogą zawinąć do żadnego portu. Płyną i płyną, i błądzą chaotycznie po burzliwych wodach. Tutaj zamiast okrętu mamy statek kosmiczny, a reszta jest równie uniwersalna jak w w XV czy XVI wieku.

Takie statki malował między innymi Bosch, który "chłostał kler swoimi pędzlami".  Swoją łódź wypełnił szaleńcami i umieścił w niej sceny świadczące o głupocie, będące alegorią rozwiązłości, upodlenia, zepsucia obyczajów. 



Hieronymus Bosch, "Łódź głupców" 
(1490/1500),
 olej na drewnie, 
57,8 * 32,5, 
Paryż, Luwr
    

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak 

wtorek, 27 marca 2012

"Blondynka w Kambodży" Beata Pawlikowska

Wydawnictwo: G+J RBA Wydawnictwo
wydanie: 2011
format: kieszonkowy 

Tam, gdzie rzeka płynie wstecz. Mowa o rzece Mekong, która połączona jest z jeziorem Tonle Sap w Kambodży. Mekong płynie w kierunku jeziora od czerwca do października, między listopadem a majem - płynie odwrotnie.

Kambodża -  miejsce niebywale fascynujące i raczej dość nieosiągalne. Samo jezioro jest już pewnym ewenementem. Powstały bowiem na nim domy mieszkalne, mające okna, drzwi, ogródki, meble, telewizory. Wkrótce pojawiła się cała wioska rybacka, gdzie zbudowano również kościół, szkołę, bar i sklep.

Z takich ciekawostek składa się dziennik pani Beaty. I szkoda, że tylko z nich. Dziennikarka opisuje tu wrażenia, przemyślenia, zachwyty. A Kambodża z pewnością budzi zachwyt. Szczególnie świątynia Angkor Wat. Właśnie, jedna z  najsłynniejszych świątyń, zbudowana w XII wieku, ówczesne największe miasto świata, z potężnymi posągami i wieżami, gdzie po latach do opuszczonego miasta wkradła się dżungla, oplatając korzeniami drzew i przykrywając wszystko co się dało bujną roślinnością. A jednak przetrwała. Przerwała i ingerencję człowieka, i ingerencję natury. W dziennikach cały fenomen świątyni jest zaledwie liźnięty. Autorka skupia się głównie na swoich reakcjach:

"Wspinałam się na świątynię po stromych schodach, siedziałam na kamiennym słoniu, zaglądałam w oczy kamiennych lwów i dotykałam skrzydeł ptaków Garuda." 

I praktycznie na tym koniec, koniec wrażeń z Kambodży, jest jeszcze przygoda z wężem, wcale jednak niebudząca lęku czy najmniejszego przerażania, ot taka wersja dla dzieci w przedszkolu. Pawlikowska opisuje też historię Czerwonych Khmerów, ale też w pigułce i w większości cytując książki innych autorów. 

Jednak "Blondynkę w Kambodży" czyta się bardzo szybko, napisana jest lekkim i przystępnym językiem, rysunki autorki są dość zabawne. Ogólnie czuję niedosyt, tak jakbym zaczęła czytać wciągający kryminał, a ktoś wyrwałby mi książkę z ręki i nie pozwolił poznać zakończenia. Kambodża jest niezwykłe fascynującym krajem, też chciałbym wspiąć się po stromych schodach świątyni, zaglądnąć w oczy lwom czy może nawet posągom Buddy, wypić piwo "Angor"czy zobaczyć wioskę na jeziorze. Tak więc moja wcześniejsza krytyka - dziennika z podróży Pawlikowskiej - wynika chyba raczej z zazdrości. Ot, taka to kobieca natura ;)
 

niedziela, 25 marca 2012

"Ja, anielica" Katarzyna Berenika Miszczuk


Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie: audiobook i e-book
czyta: Anna Szawiel

Hmm... Książka ma bardzo skrajne opinie, od pełnych zachwytu po rozczarowujące.  Rewelacyjna i oryginalna czy tandetna i przeciętna?

Zaczyna się dość ciekawie. Wiktoria - dwudziestoletnia studentka - wiedzie zwyczaje życie. Chodzi na uczelnię, spotyka się ze swoim chłopakiem - Piotrem, wieczory spędza ze znajomymi w klubie lub na imprezach. Co jakiś czas spotyka jednak tajemniczego mężczyznę o żółtych oczach, oliwkowej cerze i kruczoczarnych włosach. Nietrudno się domyślić kim jest owy przystojniak. Beleth - wysłannik Piekła - podarowuje Wiktorii  zwykłe, zielone jabłuszko. Po zjedzeniu niepozornego owocu dziewczyna odzyskuje pamięć i przypomina sobie, że kiedyś była diablicą i pracowała dla Lucyfera. Piekielne moce powracają, a z nim Wiktoria dowiaduje się, że jej ukochany ją zdradzał. Okazuje się, że Wiktoria posiada również moc Iskry Bożej. Trafia więc najpierw do Piekła, a potem do Nieba. A z racji posiadania mocy diabelskich i anielskich szybko staje się kartą przetargową między diabłami a aniołami.

I to mi się podobało. Pomysł, wprawdzie nie taki oryginalny, ale dobrze zarysowany. Fabuła wydawała się być ciekawa, ale do czasu. To co mogłoby być atutem książki, przyczyniło się do jej pogrążenia. Postacie! Przerysowane, banalne, tandetne, stereotypowe. Zacznijmy od głównej bohaterki.

Wiktoria - niby studentka, ale inteligencją raczej nie grzeszy. Zachowuje się wręcz jak przeciętna gimnazjalistka. Ślepo zapatrzona w ukochanego, z którym po czertach miesiącach związku, wyobraża sobie wspólne życie i ślub. Jej cielęce spojrzenie dostrzega tylko zalety, bo Piotr przecież jest chodzącym ideałem. Naiwność, prostactwo i brak inteligencji zdradza w prawie każdej swojej wypowiedzi. Szczytem wszystkiego była kłótnia w Piekle, w apartamentach Kleopatry, z inną diablicą - Phylis.

Piotr, a raczej Piotruś - ukochany naszej bohaterki, "inteligentny indywidualista" - tak mówi o nim oczywiście Wiktoria, ale ani mu w parze z inteligencją, ani tym bardziej z indywidualnością. Dla mnie bez wyrazu, bez osobowości, bez niczego. Poza Wiktorią chyba najbardziej irytująca postać w powieści.

Beleth - pociągający, namiętny, godny pożądania, warty grzechu, jak na diabła przystało - nic z tych rzeczy, niestety. Natrętny, namolny, mało przekonywujący, odpychający, nie budzący ani krzty pożądania. 

Moroni - anioł, ale ten zły, spiskujący. Chyba najbardziej barwna i ciekawa postać, ponadto - zaskakująca. Tylko Moroni sprawił, że chciałam doczytać do końca. Zaintrygowało mnie to w jaki sposób skończy się jego historia.

A mogłoby być tak piękne. Pomysł na fabułę wydawał się interesujący, ale niestety stereotypy, oklepane wyobrażenia przyczyniły się do tego, że powieść wypada dość kiepsko. Nie mniej jednak czytało to się (a raczej słuchało) bardzo przyjemnie. Tu  zasługa lektora - aktorki Anny Szawiel. Przyznam, że gdyby nie jej wykonanie, to chyba nie doczytałabym do końca sama.
 
Czy było warto? Raczej tak, na pewno nie żałuję. Mimo mało barwnych postaci, powieść momentami była zabawna. Chociaż nie wiem, co wywoływało uśmiech na mojej twarzy, chyba naiwność bohaterów. Irytowały mnie też przeróżne stereotypy, do Piekła pukało się 6 razy, do Nieba - 7.
Jednak jestem pełna uznania dla dorobku autorki. Katarzyna Berenika Miszczuk (rocznik 1988) swoją pierwszą powieść "Wilk" wydała już w wieku 15 lat. "Ja, anielica" to druga cześć cyklu, wcześniej była "Ja, diablica", w zapowiedziach już czeka "Ja, potępiona". Pewnie inaczej odebrałabym tę powieść mając 'naście' lat, może wtedy byłabym bardziej zachwycona, może po prostu jestem za stara na takie powieści.


czwartek, 22 marca 2012

"Kraina traw" Mitch Cullin

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
wydanie: e-book





Kojarzycie takie sceny z westernów - kiedy rewolwerowiec wchodzi do saloonu, za nim trzaskają drzwiczki, a wszystkie głowy tam obecne (barmana, mężczyzn pijących whisky, dam do towarzystwa)  obracają się w stronę przybysza? W taki właśnie sposób odwróciły się wszystkie głowy w sklepie prowincjonalnego amerykańskiego miasteczka, kiedy to próg przekroczyła 11-lenia dziewczynka, dość niechlujnie ubrana i jej ojciec, długowłosy mężczyzna w ogromnych przeciwsłonecznych okularach. 

Wyglądali dość dziwnie, to prawda. Właśnie przemierzyli drogę z Los Angeles do Teksasu.

Jeliza-Rose nie była przeciętną jedenastolatką, która bawi się lalkami i przebiera się w sukienki. Już w wieku dziesięciu lat została obarczona obowiązkami. Jak myślicie jakim? sprzątaniem swojego pokoju, wynoszeniem śmieci, wyjmowaniem naczyń ze zmywarki? Nic z tych rzeczy! Zaraz po przebudzeniu Jeliza-Rose nabierała trochę heroiny ze schowka na herbatę, rozpuszczała brązowy proszek na łyżeczce z gorącą wodą i sproszkowaną witaminą C, podgrzewała to nad palnikiem, wciągała roztwór do strzykawki i zanosiła ojcu, który sobie to wstrzykiwał, a potem resztki zanosił matce. Po czym Jeliza-Rose miała cały dzień dla siebie, bo do szkoły nie chodziła, nikt jej po prostu nie zapisał. Mogła godzinami oglądać telewizje. O jedzenie też musiała się sama zatroszczyć. Na śniadanie jadła dwa lody z zamrażalnika, na obiad nadziewane ciasteczka, batony Milky Way, cynamonowe tosty, a wszytko popijała colą. Wieczorem miała jeszcze jeden przykry obowiązek - masowała nogi matce i odkażała strzykawki.  

Tak wyglądał każdy dzień dziewczynki, dopóki ojciec - niespełniony muzyk rockowy - podał matce za silną dawkę narkotyku. Chcąc uniknąć odpowiedzialności za śmierć żony, zabiera córkę do Teksasu, do opuszczonej farmy What Rocks, na której mieszała kiedyś babcia dziewczynki.

Krajobraz nie jest tu również przyjemny. Na wpół zrujnowana farma, z połamanymi meblami i wystającymi gwoździami. Jeliza-Rose tworzy sobie własny świat, mieszając rzeczywistość z wyobraźnią. Wszystko ma posmak narkotycznych wizji. W każdym kącie domu, za kępą traw, w króliczej norze może kryć się coś mrocznego i przerażającego. Te wytwory fantazji nie mają tutaj nic wspólnego z pogodnymi opowieściami o dziecięcych przygodach, przyjaźniach, o księżniczkach, pałacach czy magicznych wróżkach. Tu jest Potwór z Bagien, który budzi się po zmroku, dookoła farmy - w zaroślach czyhają rekiny, wrak szkolnego autobusu wypełnia się raz dziećmi, raz znajduje się w oceanie, a raz pełen jest świetlików. Zabawki Jeliza-Rose też uczestniczą w wydarzeniach. Z tymże te zabawki, to nie pluszowy miś, czy lalka z błyszczącymi lokami. To same głowy lalek Babie, wygrzebane kiedyś w sklepie, z przeceny - Klasyczna, Magiczne Loki, Modne Dżiny, Krój i Szyk. Te głowy dziewczynka nabija sobie na palce i razem z nimi przemierza chaszcze wokół domu. I jak się okaże laki mają również problemy emocjonalne, kłócą się i godzą.

Wyobraźnia jedenastolatki jest wyolbrzymiona, zniekształcona i karykaturuje otoczenie, które już same w sobie jest groteskowe. Jeliza-Rose zamyka się w tym surrealistycznym świecie. Ubarwianie takiego otoczenia można porównać do nieudolnego makijaż na twarzy. Dziewczyna sama zresztą taki makijaż wykonuje, na swoim ojcu, który nie wybudził się z narkotycznego transu. Jeliza-Rose maluje mu rumieńce, bo stwierdziła, że jest za bardzo siny. Zadziwia tu jedynie spokój dziewczynki, tak jakby byłby pozbawiona wszelkich emocji. Zamyka wszytko wewnątrz siebie.

"Zobaczyłam siebie płynącą przez niezmierzone podwodne przestrzenie, coraz głębiej i głębiej, jak pieniążek wrzucony do Stuletniego Oceanu...albo jak Alicja spadająca powoli, do króliczej nory, rozglądająca się i myśląca o tym, co ją może za chwilę spotkać".

Choć końcówka zapowiada się optymistycznie i pojawia się szansa na powrót do cywilizowanego świata, to zostało utracone coś najcenniejszego - szczęśliwe dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, ciepła, rozumienia, zatracona została niewinność. 

Często piszę, że pewne książki są urzekające. Ta z pewnością taka nie jest - ta jest przerażająca, dająca do myślenia, groteskowa, surrealistyczna. Ciężko od niej się oderwać, można się w niej zatracić, wpaść w  trans wizji Jeliza-Rose, coraz głębiej i głębiej. Poczuć jak Alicja, która spadała do króliczej nory. Tylko dobrze by było, gdyby po dotknięciu już podłoża, nad nami, roiło się od świetlików.   


wtorek, 20 marca 2012

I przyszła :)

Astronomiczna już od paru godzin, ta kalendarzowa jurto - W I O S NA!

Wprawdzie nie jest to moja ulubiona pora roku. Cieszę się oczywiście niezmiernie, że w końcu można schować płaszcze, czapki, szaliki, zimowe kurtki; optymizmem nastraja mnie słoneczko, ale jest to okres, gdzie dopada mnie przesilenie. Moja koncentracja słabnie, dziwnie jestem podrażniona i zawalona pracą. Jednak tych 'plusów' jest oczywiście więcej, bo i kwiatki kwitną (czekam z utęsknieniem na konwalie), i ptaszki śpiewają, i noce są cieplejsze oraz gwieździste. A ponadto sezon rowerowy i rolkowy już też rozpoczęłam :)


A Pani Wiosna Alfona Muchy taka jest beztroska, że pozazdrościć...


sobota, 17 marca 2012

"Dopóki mamy twarze" Clive Staples Lewis

Wydawnictwo: Esprit
wydanie: 2010
format: 130x200 mm
liczba stron: 360
oprawa: miękka ze skrzydełkami


Psyche jest główną bohaterką jednego z greckich mitów. Jej uroda wzbudziła zazdrość Afrodyty, która nakazała Erosowi, by rozkochał dziewczynę w najbrzydszym z mężczyzn. Eros zakochał się jednak sam w Psyche i odwiedzał ją co noc pod osłoną ciemności, uprzedzając, że straci go na zawsze, jeżeli będzie chciała zobaczyć jak wygląda. Ulegając namowom swych zazdrosnych sióstr, Psyche z ciekawości zapaliła pewnej nocy lampę oliwną, chcąc ujrzeć Erosa, ale kropla rozgrzanej oliwy zbudziła pięknego boga, który zagniewany jej nieposłuszeństwem odleciał. Zrozpaczona Psyche rozpoczęła wędrówki po świątyniach w poszukiwaniu ukochanego. Trafiła wreszcie do Afrodyty, która przyjęła ją do wykonywania najcięższych prac i posług. Swą pracowitością, łagodnością i urodą przełamała wreszcie niechęć bogini, obdarzona została przez Zeusa nieśmiertelnością, sprowadzona na Olimp i zaślubiona Erosowi. [z Wkipedii]

Tak mówi jeden z mitów. A reinterpretacja starej opowieści żyła w umyśle Lewisa już od czasów studenckich, krzepiąc i konkretyzując się z biegiem lat. Dopiero dzięki dyskretnemu wskazaniu i zachęcie ze strony Joy (żony pisarza) Lewis sformował główne założenia książki. Praca nad tą książką bardzo scementował ich związek.

"Dopóki mamy twarze" można interpretować na wielu płaszczyznach. W sensie dosłownym jest to opowieść o mieszkańcach barbarzyńskiej krainy, leżącej w cieniu Szarej Góry, którą włada okrutny  król-Trom. Trom ma trzy córki: Rediwal, Orual i Istra (Psyche). Każda z nich jest inna, zarówno na zewnątrz, jak i wewnętrznie. Rediwal jest piękna i próżna, Orutal - brzydka i inteligentna, od Psyche natomiast - już w chwili narodzin - bił niesamowity blask, który oświetlał zakątki pomieszczeń. Dziewczynka była o tak niezwykłej urodzie i cudownym charakterze, że lud traktował ją jak boginię. W królestwie czczono inną, bardzo okrutną boginię- Ungit. Gdy na krainę spadają plagi i nieszczęścia, świątynia Ungit i kapłani żądają pięknej, czystej i krwawej ofiary. To właśnie Psyche ma zostać złożona w ofierze tajemniczej Bestii, mieszkającej w Szarej Górze...  

"Dopóki mamy twarze" to również mit opowiedziany na nowo, gdzie przewija się kilka ważnych motywów, a każdy z nich niesie istotne refleksje. Najbardziej oczywisty jest motyw piękna i brzydoty, które w ogromnym stopniu wpływa na nasze życie i naturę."Był to ten rodzaj piękna, który nie wprawia nikogo w zdumienie, aż do czasu, kiedy zniknie z zasięgu twego wzroku i pragniesz przywołać jego obraz. (...) Obdarzała pięknem wszytko dookoła. Gdy stąpała po błocie, błoto stawało się piękne. Kiedy biegła w deszczu, deszcz  mienił się srebrem". [str.31] To oczywiście o Psyche, Orual nie miała tyle szczęścia. Przez całe życie musiała mierzyć się ze swoją zewnętrznością, z brzydotą. W końcu zakryła swoją twarz welonem, aby nikt nie oglądał jej twarzy.  

Innym motywem, jest problem wiary i zwątpienia. "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli" - ten cytat z ewangelii świętego Jana pięknie jest tu odzwierciedlony. Scena w niewidocznym pałacu, w którym szczęśliwa Psyche kłóci się z oszalałą ze złości Orual, pokazuje, jak dramatycznie różna jest rzeczywistość oglądana z tych dwóch punktów widzenia i jak wysoki mur niezrozumienia wznieść może wiara postawiona obok zwątpienia. To zwątpienie jest traktowanie w szerszym znaczeniu, jako poczucie niesprawiedliwości i braku reakcji zna cierpienie ze strony bogów. "Twierdzę, że bogowie postępują z nami niesprawiedliwie. Albowiem ani nie zostawiają nas w spokoju, byśmy przeżywali swój krótki żywot po swojemu (co byłoby najlepsze), ani nie ukazują się i nie mówią otwarcie, czego się po nas spodziewają. A i to można ścierpieć. Ale napomykać i ukrywać, gnębić nas w snach i wyroczniach, urojeniach na jawie, które nikną, zanim na nie spojrzeć, milczeć jak grób, gdy prosimy o odpowiedź."  [str. 289]

Trzeci  motyw to oczywiście miłość i zazdrość. "Ci, którzy kochają, muszą czasem ranić" - twierdzi Orual. Obserwujemy tu ewaluację siostrzanej miłości. Orual, na na początku jest w stanie oddać życie Psyche, chce żeby siostra był szczęśliwa, chce ją ratować, chronić przed złem. To zło jednak jest widoczne tylko dla Orual, dla Psyche to pełnia szczęścia. Czyż nie jest to motyw wciąż aktualny? Kto  z nas nie był w takie sytuacji, gdzie mówił: "z nim nie będziesz szczęśliwa", "co ty w nim widzisz",  "zasługujesz za lepszego". Kierujemy się  miłością i troską o bliską nam osobę, jednak często pod płaszczykiem takiej troski kryje się zazdrość i zawiść. "Jeśli nie potrafisz przekonać przyjaciół rozumem, musisz zadowolić się obecnym stanem rzeczy 'bez ściągania na pomoc zbrojnych najemców' (tu emocji)" [str. 208]. Niektórzy powinni wziąć sobie to do serca i traktować jak motto.

Jest tu również  mowa o miłości złudnej, chwilowej, namiętnej. Gdy jednak opadnie pożądanie, razem z nim odchodzi wszytko, a miłość się rozpływa. "Zostałam zawleczona na takie wyżyny i przepaści prawdy, gdzie nie było już powietrza, którym ta miłość mogłaby oddychać. Zaczęła cuchnąć. Gryząca udręka pożądania kogoś, komu nic nie możesz dać; kogoś, od kogo chciałbyś dostać wszytko". [str. 308] Pustka, lęk, rozczarowanie...

"Dopóki mamy twarze"to prosta historia opowiedziana w genialny sposób. Piękne i proste wyrażanie myśli to cecha prozy Lewisa. Język pełen życzliwości, ciepła, dodający otuchy, refleksyjny, mimo wcale nieoptymistycznego zakończenia. Polecam z całego serca i duszy. Ukojenie - właśnie dla ciała i duszy. A moja fascynacja Lewisem nadal trwa. 





 Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit
 
 

wtorek, 13 marca 2012

"C.S. Lewis Chłopiec, który spisał dzieje Narnii" Michael White

wydawca: Wydawnictwo Książkowe Twój Styl
tłumaczenie: Irena Scharoch
wydanie: 2007
liczba stron: 295
format: 165 x 220 mm





Żył po to, by pisać. Oddawał się więc wszystkim rodzajom pisarstwa - wydał dziesiątki prac naukowych, zbiory poezji, rozprawy filozoficzne, teologiczne i historyczne, autobiografię, książki z gatunku science fiction i fantasy, a także utwory dla dzieci czy satyrę o tematyce religijnej. 

Ponadto był dowcipny i błyskotliwy, miał ogromne poczucie humoru i cięty język, był również świetnym kompanem-przyjacielem, potrafił pisać tak jak mówił  - posługując się ciepłym, życzliwym i dodającym otuchy głosem. Jednak jego największym darem była umiejętność pięknego i prostego wyrażania myśli. 

Taki obraz Lewisa wyłania się z kart książki Michaela White, który starał się ukazać jego twórczość pisarską. Jednak - jak to w wypadku wybitnych osób bywa - charakter Lewisa był sumą sprzeczności. Dlatego ma zwolenników, jak i przeciwników. Ale zaczynimy od początku, czyli od dzieciństwa, bo ten okres ukształtował jego wyobraźnię i dostarczył materiału pozwalającego później stworzyć wyimaginowany powieściowy świat. Cechami, które już wtedy świadczyły o jego wybitnych zdolnościach, były znakomita pamięć i niepohamowany pęd do wiedzy. Jednak traumatyczne przejścia z dzieciństwa: wczesna śmierć ukochanej matki, dominująca samotność, tłumione emocje, obojętność ojca, uczucie izolacji "odegrały ważną rolę w wyborze przyszłej drogi życiowej, a także obdarzyły pewnymi zdolnościami aktorskimi, które później miały go chronić w trudnych sytuacjach". [str.33]

Drugim ważnym okresem, a raczej przełomem, w życiu pisarza był wybuch I wojny światowej. Tam na froncie na każdym kroku stykał się ze śmiercią i zagładą. "Okopy często wypełniała sięgająca ud, cuchnąca, mulista woda i roiło się w nich od szczurów. Wszędzie leżały rozkładające się ciał, w każdej chwili można było zginać od kuli snajpera czy odłamka szrapnela". [str.68] To było zbyt wiele dla wrażliwego młodzieńca, który niedawno odurzał się zapachami lata i z pewnością nie był przygotowany na potworne obrazy i paniczny strach. Wtedy poznał przyjaciela Paddy'ego Moore, z którym zawarł pewien pakt. Obiecali sobie, że w razie śmierci któregoś z nich, drugi zaopiekuje się pozostawionym rodzicem. Lewis miał wtedy - będącego w głębokiej depresji i zmagającego się z problemem alkoholowym - ojca-Alberta, natomiast Paddy - doświadczoną przez życie - matkę-Janie. Los chciał, że to właśnie Paddy znalazł się na liście zaginionych, a na Lewisie ciążyła obietnica złożona przyjacielowi. Znawcy twórczości Lewisa do dziś się spierają, czy to było poczucie odpowiedzialności i lojalności wobec przyjaciela, czy tęsknota za zastępczą matką, czy rzeczywiście wielkie uczucie. Z biegiem czasu między Lewisem a Janie Moore narodził się wyjątkowy, choć odbiegający od ogólnie przyjętych zasad, związek (on miał niecałe 19 lat, ona 45), który zaczął kształtować życie Jacka i miał trwać przez ponad 30 lat. 

Sam Lewis miał dość ambiwalentny stosunek do tego związku. Z jednej strony nie chciał się do niego przyznać i pragnął utrzymać go w tajemnicy, ponieważ taki układ stał na drodze jego kariery akademickiej i kłócił się z głoszonymi przez niego poglądami. Ponadto w napisanej autobiografii Jack poświęca Janie bardzo mało miejsca. Z drugiej jednak strony taki układ trwał ponad 3o lat i pod jednym dachem żył właśnie z Janie. "...w Zaskoczonym radością Lewis z zakłopotaniem unika jakichkolwiek szczerszych wynurzeń, pomijając milczeniem swój związek z Janie Moore, koloryzując relacje  z ojcem, zaciemniając fakty dotyczące doświadczeń seksualnych z czasu dojrzewania". [str.158] I szczerze powiedziawszy trochę mnie to zaskoczyło. Po obejrzeniu "Cienistej doliny" myślałam, że jedyną kobietą w życiu Lewisa była Joy. Okazuje się, że nie jedyną, jednak Joy była na pewno - największą miłością.

W prywatnym dzienniku nie potrafił odkryć swoich uczuć, zrobił to dopiero w "Opowieściach z Narnii". To właśnie tu stworzył fantastyczny świat, który wyposażył go w narzędzie, dzięki któremu mógł ujawnić najskrytsze pragnienia, marzenia i uczucia, na co dzież ukrywane.

To oczywiście tylko namiastka tego, czego można dowiedzieć się o Jacku. Bardzo ciekawy jest wątek przyjaźni Lewisa i Tolkiena, ich znajomości, wzajemnej fascynacji, wzajemnego wpływu, rozmów w towarzystwie Inklingów, a potem stopniowego ochłodzenia ich relacji. Równie istotny jest wpływ brata Warrena, a przede wszystkim znajomości, wielkiej miłości i przywiązania z Joy Gresham. To uczucie spadło na Jacka niespodziewanie, nie zdążył się nim nacieszyć, jednak do końca był wierny jednemu przekonaniu. "Lewis wierzył w teorię przeniesienia, która głosiła, że modląc się o to, można wziąć na siebie cudzy ból i cierpienie. Był przeświadczony, że jeśli będzie się modlić wystarczająco mocno, weźmie na siebie ból Joy, a on zostanie jej odjęty  w stopniu adekwatnym do żarliwości  modlitewnych próśb". [str.229] Piękne. A kiedy zbliżał się koniec, Jack poprosił Joy "jeśli to będzie możliwe - przyjdź do mnie, gdy ja będę umierał". A co Joy powiedziała: "Nie wiem, czy niebo mogłoby mnie wtedy zatrzymać; a jeśli chodzi o piekło, rozbiłabym je na kawałki". [str.232]

Przez całe życie Lewisem targały sprzeczne uczucia, wręcz paradoksy. Niespecjalnie lubił dzieci, a napisał jedną z najbardziej ukochanych powieści właśnie dla dzieci. Miał problemy z kobietami, ale trzy z nich kochał bardzo głęboko i inaczej -  matkę, Janie i Joy. Nie akceptował homoseksualistów, ale jego wieloletnim przyjacielem i powiernikiem był Artur Greeves - gej. Nienawidził rytuałów obowiązujących na uniwersytetach, ale nigdy nie zrezygnował z pracy na uczelni. Stracił wiarę, aby ją potem odzyskać. Czy to lekturze tej biografii czuję się zawiedziona, czy Lewis 'stracił' w moich oczach? NIE! Z cała pewnością nie, wprawdzie zaskoczyły mnie pewne fakty, ale dzięki takim pisarzom jak Jack świat jest bezapelacyjnie lepszy i piękniejszy.  Polecam gorąco!