poniedziałek, 30 lipca 2012

"Deklinacja męska/żeńska" Hanna Cygler

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 31.07.2012
format: 128 x 197 
oprawa: broszurowa klejona
liczba stron: 312





Oddaję jego dotyk, czuję jego zapach, jego smak. Jego oddech jest moim. Łączymy się w naszej miłości i wiem, że tylko dzięki niej moje życie ma sens. Tulę się mocniej do niego i znikam. Już mnie nie ma. Nie ma Zosi. Jesteśmy my. I nasza miłość”. [str.256] – zanim jednak główna bohaterka wypowie te słowa wiele w jej życiu się wydarzy. A bohaterką jest Zosia Knyszewska. Pamiętacie ją z Trybu warunkowego? Pora na jej dalsze losy. Żeby nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko, że jej związek z Marcinem zakończył się tragicznie. Zosia próbuje pozbierać się i ustabilizować. Burzliwy koniec lat osiemdziesiątych wcale jej tego nie ułatwia, a raczej potęguje jej rozczarowanie.

Zosia postanawia wyjechać do Anglii. Zanim spakuje walizki pojawi się w jej życiu Witek Halman – obiekt dawnej fascynacji, bardzo intrygujący, z drugiej strony trochę przerażający, na dodatek bliski przyjaciel Marcina. Odżywają skrywane uczucia, jednak decyzja o wyjeździe jest już nieodwołalna. Postanawiają spotkać się ze sobą dokładnie za pół roku – 15 marca. Zbieg okoliczności sprawia, że do tego nie dochodzi, a oni dosłowne się mijają. Ona zostaje w Anglii, a on trafia do więzienia. Rozstanie nie spowoduje, że przestaną o sobie myśleć, chociaż każde z nich będzie próbowało ułożyć sobie nowe życie. W końcu Zosia postanawia wrócić do kraj, z myślą, że uda się jej jeszcze spotkać Witka. Jest rok 1987. W Polsce rosną wielkie nadzieje, co idzie w parze w burzliwymi przemianami.

Losy naszych bohaterów toczą się na tle wydarzeń politycznych i społecznych. Przecież zaraz zaczną się obrady Okrągłego Stołu, objęcie władzy przez „Solidarność”, pojawi się kapitalizm, walka o władzę, nadzieje i rozczarowania. Wszystko to odbije się na życiu Zosi i… nie zdradzę oczywiście kogo. Czy zwiąże się z Witkiem, czy może pojawi się jeszcze ktoś inny? Powiem tylko, że będzie miała okazję sprawdzić się w roli żony, matki, tłumaczki i reporterki.

“Deklinację męsko/żeńską” czyta się świetnie i bardzo szybko. Kibicowałam losom Zosi, choć decyzje, jakie podejmowała nie zawsze były słuszne. Narrację prowadzi tu Zosia, na przemian z Witkiem, co daje szerszy obraz do zrozumienia niektórych wątków. Jedna kwestia mnie tylko trochę śmieszyła - otoczenie Zosi, jej znajomi, przyjaciele i sama bohaterka – miałam wrażenie, że ‘testują’ się wzajemnie, coś w stylu ‘każdy z każdym’, z którym lepiej wyjdzie. Cóż takie życie. Może czasami tak trzeba. Podkreślę tylko, że to wcale nie rzutuje na całość, ponieważ książkę czyta się z dużą przyjemnością i nie mogę się doczekać dalszych losów Zosi w “Odmianie przez przypadki”, gdyż zakończyło się dość nieoczekiwanie i kolejna część z pewnością nie będzie pozbawiona emocji tudzież burzy uczuć.

Polecam gorąco!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


Wydawnictwo Rebis przygotowało też konkurs, w którym można wygrać całą serię KLIK



sobota, 28 lipca 2012

"Pamiętam cię" Yrsa Sigurdardóttir

Wydawnictwo: Muza
wydanie: 2012
format:  145 x 205 mm
oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
liczba stron: 320





Islandia. Hen daleko na północy leży zapomniana osada Hesteyri. Owo miejsce na krańcu świata posiada pewien urok, spokój i niekończące się trasy wędrówek w dziewicze okolice. Ten monumentalny krajobraz powiewa również grozą. Tu aura jest specyficzna - zderzenie łagodnego i ciepłego klimatu oceanicznego z zimnym arktycznym powoduje różne skutki - częste zmiany pogody w ciągu dnia, nagłe opady, nagłe oziębienia i równie szybkie ocieplenia. Ot, taki urok. Miłośnikom natury wcale to jednak nie przeszkadza. Gorzej, gdy takim miłośnikiem się nie jest i trzeba do takich warunków przywyknąć.


Z pewnością przywyknąć musi trójka bohaterów powieści – Lif, Karin i Gardar. Przybywają oni do wyludnionej osady, aby wyremontować opuszczony dom, który w okolicy nie cieszy się najlepszą opinią. Karin i Gardar to małżeństwo, natomiast Lif jest wdową, której zmarły nagle mąż Einar zakupił ten budynek i razem z przyjacielem Gardarem chcieli zrobić z niego pensjonat. Przyjaciele choć przygotowali się co nieco do tej wyprawy i zrobili zapasy na tydzień, nie spodziewali się jednak, że parę dni bez prądu, wody, a nawet zasięgu będzie, aż tak wykańczające fizyczne. A ogromne zmęczenie i niewygody będą zaledwie początkiem nadchodzących kłopotów. Okaże się bowiem, że osada, wcale nie jest taka bezludna jak im się wydawało na początku. Urokliwy domek stanie się zamkniętą, groźną pułapką. Głośne stukanie spod podłogi, skrzypiące deski, tajemnicze napisy ułożone z muszelek, dziwne dźwięki o nieustalonym pochodzeniu sprawią, że wszyscy miłośnicy horrorów będą jak najbardziej usatysfakcjonowani, a na karku będzie czuć zimny oddech i przechodzące wszędzie ciary. 

A gdyby komuś było jeszcze mało, to równolegle toczy się druga historia. Na początku zupełnie inna i niemająca związku z poprzednią, z biegiem akcji jednak wszytko zacznie się układać ze sobą jak puzzle. Poznajemy Freyra, psychiatrę ze Szpitala Okręgowego w Isafjordur, którego policjantka-Dagny prosi o konsultacje badając sprawę zagadkowego włamania do przedszkola. Szaleniec, który wdarł się na teren placówki dokonał dziwacznych zniszczeń: niczego nie ukradł, nie wiadomo jak dostał się do pomieszczeń, bo nie tknął ani drzwi ani okien, a skupił się na porwaniu na strzępy zabawek, rysunków i połamaniu dziecięcych mebelków. Pozostawił też po sobie napis na jednej ze ścian "nieczytsy". Wkrótce wychodzi na jaw, że w latach pięćdziesiątych miało miejsce podobne włamanie, z tymże do szkoły. Chodziły do niej dzieci, które wiele lat później, właśnie teraz, zaczęły umierać w tajemniczy sposób, mając na placach wycięte krzyże. Trop prowadzi do tajemniczego zniknięcia chłopca - niejakiego Bernodusa oraz do innego zniknięcia - synka Freyra-Benniego, który zaginął trzy lata temu. Freyr, jako psychiatra, potrafił wyleczyć wielu ludzi, ale sam nie jest w stanie poradzić sobie z sobą i tym, co się stało, a nawet pomóc własnej żonie, która popadała w depresję.

Takie połączenie horroru i kryminału to świetny pomysł. Kryminał wielopłaszczyznowy i wielowątkowy uwidacznia mistrzostwo pisarki w tym właśnie gatunku. Błyskotliwa intryga przejawia się w umiejętnym powiązaniu wydarzeń współczesnych z losami bohaterów dawnych wydarzeń. Czytając Sigurðardóttir czujemy się jak na wielkim rollercoasterze, gdzie kolejka powoli wciągana jest coraz wyżej, aż na szczyt, a potem stamtąd spada. Właśnie spadające na czytelnika zaskoczenie to cecha jej prozy, która odróżnia ją od innych autorów kryminałów.

Polecam gorąco, nie czytajcie tylko tej książki w domu, w którym skrzyni podłoga albo jesteście sami w ciemnym pokoju, bo Yrsa Sigurðardóttir sprawi, że będziecie się bali ruszyć. I jak dla mnie Yrsa jest “królową skandynawskiego kryminału”. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza


wtorek, 24 lipca 2012

"Obsługiwałem angielskiego króla" Bohumil Hrabal

Wydawnictwo: Biblioteka Gazety Wyborczej
wydanie: 2011
oprawa: twarda +  płyta z filmem
liczba stron: 180



Chyba każdy kojarzy Franka Dolasa z filmu “Jak rozpętałem II wojnę światową”. Takiego prostego, szeregowca, który swoim sprytem potrafił wyprowadzić w pole niemal wszystkich, którzy znaleźli się w jego otoczeniu. Czeska wersja takiego Franka pojawia się na kartach książki Hrabala Obsługiwałem angielskiego króla” i zwie się Jan Dite. Z tą różnicą, że nasz Franek za wszelką cenę chce zdobyć karabin, aby walczyć z Niemcami, tak Jan Dite… No właśnie - kim jest Hrabalowski bohater?

Poznajemy go jako nastoletniego pikolaka, który w kolejnych hotelowych restauracjach uczy się zawodu. Błękitnooki, piegowaty, płowowłosy chłopiec szybko dochodzi do wniosku, że trzeba korzystać z chwili i radość z życia czerpać garściami każdego dnia. Jedynym jego celem stają się pieniądze! I tak jesteśmy świadkami kariery od pikolaka od miliardera. Kelner, bywalec domów publicznych, król zaklętego rewiru, Jan Detsche pijący szampana za zajęcie Pragi przez Niemców, komunistyczny łącznik, więzień na Pankrácu, polityczny więzień 1948 roku, milioner wykładający podłogę i ściany banknotami, burżuj zesłany na roboty leśne, a po drodze do tego jeszcze mąż, ojciec. Mikrus, który chciał dodać sobie wzrostu przez nieustanne wyciąganie głowy, dal którego każda kobieta była olbrzymką, bo zawsze miał wzrok na poziomie szyi.

Mikrus, który nie zauważa Anschlussu Czechosłowacji, żeni się z Niemką, zabiera z mieszkania Żydów cenne znaczki, za które kupuje sobie hotel. W Polsce od razu był by ogłoszony zdrajcą narodowym, napiętnowanym z każdej strony. Dla Polaków takie postępowanie jest nie do przyjęcia. U nas wszyscy lubią każdego ze wszystkiego rozliczać.

Prostaczek, naiwniak, dobroduszny człowiek, czy nikczemny egoista? Co chciał przekazać rodakom Hrabal w tej gawędziarskiej historii? Z pewnością trochę sobie zakpił Czechów, choć nikogo nie oskarża wprost, nawet nic nie sugeruje. Ale tu aż się prosi - dorabiacie się na konformizmie,nie stawiacie oporu, oddajecie dumę narodową za własną wygodę, bezpieczeństwo, z uśmiechem wszystko przyjmujecie.

Moje pierwsze spotkanie z Hrabalem i muszę powiedzieć,że mnie zauroczył do tego stopnia, że się rozkochałam w jego twórczości. Uwielbiam taki styl gawędziarki, prosty, przesycony ironią i humorem, błyskotliwy. Bez sztucznego patosu, za to z dystansem do samego siebie. A opisy pierwszych doznań seksualnych bohatera, zresztą tych późniejszych też - to majstersztyk. Kusi mnie, żeby zacytować choć jeden:

"To pojechaliśmy na bicyklach w lasek (…) i wtedy ja leżałem na niej, tak samo jak nasze bicykle w krzakach,ona położyła swą damkę na ziemię, a ja swój na niej, i tak się kochaliśmy jak te bicykle, i to było piękne". [str.21]

Właśnie - piękne! Wszystko u Hrabala jest piękne, przykłady – proszę bardzo:
"a potem patrzyłem na Pragę na te dachy, widziałem skrzące się Hradczany, a ten widok zamku czeskich królów sprawił, że zalałem się łzami [str.66]

“…ni stąd , ni zowąd braciszek zaczął śpiewać: ‘Święty Wacławie, panie ziemi czeskiej…' – Jego głos i grzmienie organów przenikały aż do refektarza, spojrzeliśmy wszyscy na obraz Ostatniej Wieczerzy Pańskiej i tak to wszystko zgrało się z naszym smutnym, żałobnym nastrojem, że jeden za drugim, katolik czy niekatolik, wstaliśmy i grupkami pobiegli przez dziedziniec, i przez otwarte wrota wbiegli w żółte światło świec do kaplicy, i nie uklękliśmy, tylko padli na kolana, właściwie nie padliśmy, ścięło nas coś silniejszego od pieniędzy, coś, co unosi się tutaj i czeka już od tysięcy lat… 'Nie wódź na zgubę nas ni potomnych…’ – śpiewaliśmy na klęczkach, niektórzy padali na twarz. Klęcząc, widziałem te twarze, byli to zupełnie inni ludzie, teraz bym ich nie rozpoznał, w żadnym obliczu nie było śladu miliona, za to wszystkie były rozpalone czymś wyższym i piękniejszym, tym najpiękniejszym, co człowiek posiada…” [str.152]





A uwieńczeniem mojej przygody z Hrabalem było wysłuchanie audiobooka w wykonaniu Kazimierza Kaczora. Genialny głos, mistrzostwo słowa, uczta dla ducha i dla ucha :) Kaczor cmoka, chrząka, nawet się przejęzycza. Wzdycha kiedy trzeba, śmieje się i ironizuje. Polecam!

sobota, 21 lipca 2012

"Ostatnia Kobieta-Wyrocznia" Kei Miller

Wydawnictwo: Świat Książki
wydanie: 2012
oprawa: miękka
format:135 x 215 mm
liczba stron: 224





“Uważaj na to, co mówisz, (…) uważaj, bo jak nie, to cztery wiatry porwą twoje słowa niczym latawiec i poniosą je w siną dal do uszu tych, którym nigdy nie chciałabyś ich powierzyć”. [str.24]


Każdą opowieść można opowiedzieć na wiele sposobów, tak po prostu, od początku do końca albo zygzakiem. Powiela się ją dalej, a ona przekazywana z ust do ust nabiera wciąż nowych interpretacji, a nawet nadinterpretacji.

Opowiem Wam pewną historię, więc posłuchajcie uważnie. Tę historię dopowiada też wiatr.


Ciii… 

Była sobie pewnego razu dziewczyna, nazywała się Pearline Portious, urodziła się na Jamajce. Powinna jednak nazywać się Adamine Bustamante, ale urzędnik nazwisko matki wpisał w rubrykę, gdzie powinno być dziecka i tak już zostało. A matka zmarła przy porodzie. Tak więc Pearline, a właściwie Adamine wychowała staruszka – Agatha. Agatha nie wierzyła w Boga ani nie mieszała się w Jego sprawy, za to wierzyła w przestrogi. Dożyła sędziwego wieku 105 lat, a kiedy odeszła wówczas 15-letnia Adamine usłyszała głos, rzucała wszystko i stała się Kobietą-Wyrocznią. Nie wspomniałam jeszcze o najważniejszym – działo się to w kolonii dla trędowatych. I tu można by tę historię opowiedzieć z innej strony.

Ciii...

Była sobie pewnego razu dziewczyna, nazywała się Pearline Portious i mieszkała na Jamajce. Przez całe dnie haftowała piękne kolorowe serwetki. Problem w tym, że na Jamajce jedynym tolerowanym kolorem takich wyrobów był biały. Nikt nie chciał kupić jej rękodzieła. Upór i determinacja, z jakim Pearline chciała sprzedać swoje serwetki, zaprowadził ją do miejsca, gdzie nikt nie chciał chodzić – do zamkniętej kolonii trędowatych. Gdy tam dotarła, po krótkim czasie już tam została na zawsze, przemieniając to “skażone miejsce” w kolonię kolorów.

Dziwna to trochę książka, niespotkana też w formie narracji, w treści, przesłaniu. Z pewnością interpretować ją można na wiele różnych sposobów. Napisana jednak pięknym językiem, z którego bije niesłychana energia, ciepło pomieszane z magią. Duża dawka egzotyki, niesamowitych pojedyńczych historii, ciekawe postacie zestawione z ponurym klimatem Anglii i szpitala psychiatrycznego. Książka spokojna, wyciszająca, ale też poruszająca. 

Ciii....

wtorek, 17 lipca 2012

"Ode mnie widać niebo przekrzywione", czyli muzyka na dziś...

Ot, taki dziś mam nastrój...


Zbigniew Herbert pisał: 
...bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

José Saramago - Jesteśmy ślepcami, którzy widzą, Ślepcami, którzy patrzą i nie widzą, 
Czy to znaczy, że mamy za dużo słów? To znaczy, że mamy za mało uczuć. A może przestaliśmy je nazywać? I dlatego je tracimy. 
 
A. Osiecka pięknie też napisała:
Pan był także proszę pana na zakręcie 
Dziś pan dostrzega proszę pana te realia                                    
 pan haruje proszę pana jak ten wół,
A moje życie się kolebie niczym balia.
Puentując słowami Edyty Bartosiewicz:
...a jeśli dzieli nas 
od przepaści krok 
chcę tylko czuć, że cię mam przy sobie.

sobota, 14 lipca 2012

"Dziwny przypadek Rockefellera" Mark Seal


podtytuł: Zdumiewająca kariera i spektakularny upadek seryjnego oszusta

Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Format: 144x205
Ilość stron: 352







Zawód – oszust. Kraj - Stany Zjednoczone, czyli potęga cywilizacyjna. Okazuje się, że jeden człowiek mógł tu przez 30 lat udawać kuzyna angielskiej królowej i spadkobiercę rodu Rockefellerów, nie posiadając konta ani dowodu tożsamości. I nawet jego żona nie miała pojęcia z kim żyje. Fikcja? Skąd! To historia autentyczna. Jeśli chcecie się przekonać jak to możliwe, to zapraszam do lektury biografii Christiana Gerhartsreitera napisanej przez Marka Seala.


Christian Gerhartsreiter to właśnie Clark Rockefeller. Urodził się niewielkiej niemieckiej miejscowości Bergen. W Ameryce pojawił się już jako siedemnastolatek i tym samym rozpoczął realizowanie swojego planu, aby zaistnieć w najbardziej elitarnych salonach Nowego Jorku. 20 lat później podbijał serca elit. Boston i Kalifornia też leżały u jego stóp. Ponadto posiadał kolekcję dzieł sztuki, równie fałszywych co nazwisko, żonę oraz tajemniczą, mroczną przeszłość. Nie miał za to dokumentów, historii kredytowej, prawa jazdy.

Urodziwy, sympatyczny, zawsze był elegancko ubrany – w ładnie skrojony angielski garnitur, krawat i koszulę. Gdy zdarzało mu się nosić zniszczoną marynarkę i wytarty krawat, to ludzie uznawali to za typowi styl arystokratów, którzy nie chcą się obnosić ze swoim bogactwem. Podczas procesu, gdy w końcu na jaw wyszły jego oszustwa i gdy został oskarżony o morderstwo, to też starł się zwracać na siebie uwagę strojem – blezer, biała koszula, spodnie khaki – Amerykanie zapamiętali jako wyróżniający się strój hochsztaplera.

Mark Seal pisząc ową biografię, a raczej dokument, odwiedził wszystkie miejsca, w których żył Rockefeller do czasu schwytania go przez policję. Pisarz rozmawiał z ludźmi, którzy dali się nabrać na jego grę i obdarzyli go zaufaniem, swoje relacje popierał także aktami policyjnymi i dokumentami potwierdzającymi poczynania bohatera. Czytając to cały czas zachodziłam w głowę: jak to możliwe, że taki oszust, robił to bezkarnie przez tyle lat i nikt niczego się nie domyślił. Tutaj sprawdza się powiedzenie nazistowskiego ministra propagandy Josepha Goebbelsa “Im większe kłamstwo, tym ludzie łatwiej w nie uwierzą”. Sic!

Clark Rockefeller to symbol czasów, w których ludzie gotowi byli uwierzyć w prawie wszystko, jeśli stało za tym sławne nazwisko. Jego historia, podobnie jak sam bohater, wydawała się zupełnie nieprawdopodobna. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak.


środa, 11 lipca 2012

"Światła września" Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: Muza / audiobook
wydanie: 2012
lektor: Piotr Fronczewski



"To nieprawdopodobne!" - żaden z przedmiotów nie zdawał się pochodzić z szarej rzeczywistości. Patrząc na otuloną mgłą rezydencję od razu zapadało się w hipnotyczny trans. Olbrzymie, kręcone schody zdawały się wspinać bez końca. Widmowa poświata rozchodziła się po pomieszczeniach i odsłaniała iście muzealne zbiory mechanicznych zabawek. Klamki były uśmiechniętymi twarzami, które puszczały oko, gdy się tylko ich dotknęło, fantastycznie opierzona sowa wytrzeszczała szklane źrenice powoli unosząc skrzydła, setki miniatur stały w gablotach, mały psotny szczeniaczek szczekał za przelatującą myszką, zwieszona z sufitu karuzela wróżek, smoków i gwiazd kręciła się wokół zamku unoszącego się pośród bawełnianych obłoczków, w rytm pobrzękiwania pozytywki. Dech zapierało do tych wszystkich nowych wspaniałości, zdumiewających, przemyślniejszych. Zauroczenie sięgało zenitu.

Owa rezydencja znajduje się w Błękitnej Zatoce u wybrzeży Francji. To tu przybyła wdowa z dwójką dzieci, aby po śmierci męża objąć posadę ochmistrzyni w bajecznego bogatego producenta zabawek Lazarusa. Dom na Cyplu w Normandii, jak i rezydencja pracodawcy, wywiera na Simone i jej dzieciach - Irene i Dorianie – piorunujące wrażenie. Otoczenie też wydaje się wręcz bajkowe, jak obietnica tysiąca przygód czekająca na odkrycie. Zatoczka wyżłobiona w skale przez morze, spokojne wody laguny, połyskująca tafla wody, ogromna dzika plaża ciągnąca się w nieskończoność. Pod warstwą okalającej wszystko mgiełki otwiera się ogród przejrzystych szmaragdów, piaszczyste dno migocze niczym biały welon, ławica ryb tańczy pod kadłubem łodzi. Magiczny, olśniewający świat migotliwych odbłysków.

W maleńkim portowym miasteczku też panują zupełnie inne reguły życia odmienne niż Paryżu. Powiew morskiej bryzy przesycony zapachem soli sprawiał, że traciło się tu poczucie czasu, a jedynym zegarem było słońce. W Paryżu wszyscy byli anonimowi, nikt się nie znał, tu - wprost przeciwnie - każde kichnięcie było obszernie komentowane, każde przeziębienie było wiadomością, a każde wiadomości rozchodziły się szybciej niż zarazki.

Jednak magia tego miejsca pęka jak bańka mydlana. Świat jest pełen cieni, (…) cieni mieszkających w każdym z nas”. To bajkowe miasteczko, a szczególnie w rezydencja Lazarusa, staje się siedliskiem uśpionych sił z przeszłości. Mechaniczne zabawki zaczynają budzić grozę i….ożywają. W krótkim czasie dochodzi to tajemniczego morderstwa młodej dziewczyny

Można zatracić się w tym niesamowitym, niepowtarzalnym klimacie, jaki potrafi stworzyć jedynie Zafon. Po przeczytaniu “Cienia wiatru” i “Księcia mgły” śmiem twierdzić, że autorowi o wiele lepiej wychodzą powieści młodzieżowe, bo w zamyśle Zafona “Światła września” miały być lekturą dla młodzieży. “Książę mgły” i właśnie “Światła września” oczarowały mnie, rozkochałam się w tej magii. I tak jak na końcu “Księcia mgły” tak i teraz po “Światłach września” - poryczałam się. “Któregoś dnia, nieważne kiedy, nadejdzie nasz czas, że gdzieś daleko światła września zapalą się dla nas, i że wtedy żaden cień nie stanie nam już na drodze, i że będziemy razem. Na zawsze”. To takie niesamowite i nieprawdopodobne!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza
 

wtorek, 10 lipca 2012

"Dziewczyna z poczty" Stefan Zweig

Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie: czerwiec 2012
tytuł oryginału: Rausch der Verwandlung
przekład: Karolina Niedenthal
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,5 x 20,2 cm
liczba stron: 336


Drewniana ściana z pionowymi przezroczystymi szybkami dzieli pomieszczenie na dwie sfery – ogólnodostępną i służbową. W części ogólnodostępnej brak miejsc do siedzenia, znajduje się tylko chwiejny pulpit obleczony porysowaną ceratą, a brudne ściany, pochlapane wapnem wydzielają woń stęchlizny i kurzu. W części służbowej stoi pancerna szafa, obok mosiężny aparat Morse’a, na stoliku leżą worki na listy, rejestry, odważniki, ciężarki, wagi do paczek, szpargat, lak do pieczętowania. Tak proszę Państwa, jesteśmy na poczcie, w Austrii.

Austria w latach dwudziestych XX wieku nie jest państwem dobrobytu. Zrujnowany po wojnie kraj walczy z kryzysem. Wszystko wydaje się za drogie. Bieda dotyka każdej sfery, beznadziejność życia sprawia, że ludzie popadają w apatię, nie widząc perspektyw na poprawę swojego losu. A nędznie wyposażone urzędy potęgują jeszcze bardziej poczucie niechęci do państwowych instytucji. Na takim właśnie urzędzie pracuje główna bohaterka powieści - Christine Hoflehner. Ma dwadzieścia osiem lat i zwie się asystentką pocztową. Niby stała, państwowa posada, ale codzienność niczym ją nie zaskakuje. Dzień zaczyna od oszczędzania, a kończy rachunkami. Otwiera worki z pocztą, stempluje listy, wypłaca przekazy, waży paczki, kręci korbką aparatu Morse’a, by po skończonej pracy opiekować się schorowaną matką. Licha pensja wystarcza jednak dla jednej osoby, dlatego liczy się każde ziarenko kawy, każda zapałka, każda kruszynka ciasta.

Pewnego dnia przychodzi zaproszenie od bogatej ciotki z Ameryki na spędzenie urlopu w luksusowym szwajcarskim kurorcie. I jak z dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się perspektywa przemiany z Kopciuszka w kogoś innego, chociaż przyjścia metamorfozy, a w praktyce zobaczenia czegoś innego niż okienko pocztowe. A metamorfoza zachodzi, i to jaka. Sama już podróż pociągiem ma wymiar symboliczny. Christine, spoglądając przez okno pędzącego pociągu, “uciekłszy pierwszy raz z własnego dusznego świata, bez końca wpatruje się w owe niewiarygodne wprost cuda, w wyrosłe przez jedną noc z jej snu, wyciosane z kamieni wieże. Od tysięcy lat muszą tu stać te olbrzymie, granitowe, boskie twierdze i zapewne będą trwały niewzruszenie miliony, miliardy lat, każda na swoim miejscu, gdy tymczasem ona, gdyby nie przypadek, gdyby nie ta podróż, mogłaby umrzeć, sczeznąć i zmienić się w proch, nie przeczuwając nawet, że w ogóle istnieją, nigdy nie doświadczywszy ich wspaniałości”. [str.43]

Pobyt w kurorcie, pod opieką ciotki i wujka, przerasta jej najśmielsze oczekiwania. Zamiast zwykłego, codziennego życia spędzanego w zadymionym i pełnym pajęczyn pokoju na poddaszu z brązowymi belkami u powały, leżąc na twardym materacu albo siedząc na poczcie przy poplamionym atramentem stoliku dostaje pakiet wspaniałości. Duży, jasny i kolorowo wytapetowany pokój, z balkonem przeznaczony tylko dla niej. Puchowa kołdra, obleczona kwiecistym jedwabiem, umywalnia z niklowymi kurkami, miękkie fotele, wypolerowane meble, wazon pełen czterobarwnych goździków. Nowe sukienki od ciotki, wizytę u fryzjera, buty, bieliznę, jedwabne pończochy  w zamian za pożyczoną bluzkę ze sztucznego jedwabiu i żółty podróżny płaszcz. Ten przepych sprawia, że Christine zapomina o chorej matce, o monotonii małomiasteczkowego życia. Oszołomiona, całkowicie odmieniona, ma wrażenie, że niesie ją fala, błogi wiatr. Nagle staje się zupełnie inną osobą – żywiołową, energiczną, rozgadaną. Cały czas otoczona jest mężczyznami zafascynowanymi nią, podsyłającymi różnego rodzaju prezenty. Uczestniczy w wytrawnych kolacjach, tańcach, przejażdżkach samochodami - nie może usiedzieć w jednym miejscu.

Zaistnienie w towarzystwie staje się powodem zazdrości i zawiści innych kobiet. Nie ma nikogo bardziej żądnego zemsty, bardziej podstępnego niż to maluczkie towarzystwo, które tak chciałoby być wielkim. Pewna pannica z Mannheimu “dekonspiruje” Christine, uważając, że "kobiety z nizin" z małych mieścin, nie mają prawa, aby się wybić i korzystać z luksusów życia. Nasza bohaterka musi wrócić do domu. Ale jak tu wrócić, zaznając innego życia. Jak ma zrzucić z siebie te wszystkie wspaniałości, te piękne suknie i przyodziać pożółkłą urzędniczą bluzkę? Kim teraz będzie?
 
“Każda materia zawiera w sobie pewien wymiar napięcia, którego nie da się już bardziej przekroczyć, woda ma swój punkt wrzenia, metal topnienia, żywiołom duszy również nie uda się ominąć tego niepodważalnego prawa. Radość może osiągnąć taki stopień, po którym nie będzie już odczuwalna, to samo dotyczy bólu, zwątpienia, przygnębienia, wstrętu i lęku. Wypełnione po brzegi wnętrze nie wchłonie już ani jednej kropli świata więcej”. [str.176]
Po powrocie już nic nie jest dla niej takie same, wszystko jest nieznośne, drobnomieszczańskie, żałośnie śmieszne, okropne. Czuje się zepchnięta do tego małostkowego świata, traci poczucie sensu i znowu wszystko jest za drogie. Zaczyna z pogardą patrzeć na ludzi, że godzą się z takim losem. “Cóż one wiedzą o świecie, jakie mają o nim pojęcie! Może jednak lepiej wcale o tym nie wiedzieć, że jest się takim biednym, tak strasznie, tak rozpaczliwie biednym i pożałowania godnym!”. [str.185]

Są takie książki, które poruszają umysł, dotykają duszy, rozpalają zmysły, sprawiają, że nie można się od nich oderwać. “Dziewczyna z poczty” z pewnością do nich należy. Jest ponadto powieścią otwartą, niedokończoną, Zweig popełnił samobójstwo w 1942 roku, nie godząc się na okrucieństwa II wojny światowej. Motyw samobójstwa jest także obecny tutaj – gdy nie ma już żadnych perspektyw, nędza się pogłębia, śmierć wydaje się jedynym wybawieniem. I właśnie o tym pokoleniu, jest ta książka, w dużej mierze straconym, o ludziach pełnych lęku przed demonami przeszłości, zagubionych w obliczu niepewnego jutra, a zrazem wciąż skłonnych uwierzyć, że kolejny dzień przyniesie poprawę losu.

Pięknie opowiedziana, zaskakująca, urzekająca, polecam z całego serca i duszy!

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa W. A. B. za co bardzo dziękuję.



sobota, 7 lipca 2012

"Upał" Marcin Ciszewski

Wydawnictwo: Znak
wydanie: 2012
format: 144 x 205

oprawa: miękka
ilość stron: 416





Zadanie priorytetowe - wyeliminowanie zagrożenia
i upewnienie się, że tysiącom ludzi nie grozi niebezpieczeństwo. Są podstawy sądzić, że grupa terrorystów szykuje zamach na Stadionie Narodowym. Nie wiadomo w jaki sposób. Możliwych jest kilka wariantów. Konieczne jest zachowanie najwyższej czujności i szybkości reagowania. Zapobiegać, chronić, czuwać i przeciwdziałać - oto zadania policji, a konkretnie Jakuba Tyszkiewicza – szefa Wydziału Zwalczania Terroryzmu Centralnego Biura Śledczego. To tylko zarys fabuły najnowszej książki Marcina Ciszewskiego “Upał”.

Ale od początku. Mamy czerwiec, trwa EURO 2012, reprezentacja Polski wychodzi z grupy (prawie jak science fiction) ma zagrać mecz ćwierćfinałowy z drużyną Niemiec. Na ulicach świętują kibice, panuje radosny nastrój. Policja ma jednak ręce pełne roboty. Dwa dni przed meczem, w okolicach Dworca Centralnego dochodzi do nieudanego zamachu terrorystycznego. Pewien Pakistańczyk miał się wysadzić, tyle że się nie wysadził, bo nie zadziałał mu zapalnik. Następnego dnia na stacji metra Centrum dochodzi już do wybuchu. Tym razem są już dwie bomby i ofiary śmiertelne. A to już powód postawienia do gotowości wszystkich służb. Meczu przecież nie można odwołać. Rozpoczyna się szybie śledztwo. Czasu pozostało coraz mniej, a nawet najdoskonalsze systemy zabezpieczeń, doświadczeni ludzie, sprzęt łączność, wszystkie te zabawki mogą czasami przegrać z fanatykiem, który marzy o tym, by oddać życie w imię sprawy, w którą wierzy. A im więcej zabije ludzi, tym większym będzie bohaterem. Na dodatek, jak to w polskich realiach bywa, okazuje się, że sami terroryści nie są jedyną przeszkodą w działaniach Tyszkiewicza i jego ludzi. Są przecież jeszcze szefowie innych służ i politycy, którzy wszelkie sukcesy chcą przypisać sobie, a porażki zwalić na kogo innego.

Świetnie się to wszystko czyta. Napięcie rośnie z kartki na kartkę, można wczuć się w wydarzenia i się nie zanudzić. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale zrobił na mnie wrażenie, pomimo, że powieści sensacyjne nie są moim ulubionym gatunkiem. Warto jeszcze wspomnieć o innych wątkach, które są tu też dość rozbudowane, np. o pani kapitan ABW Marii Potockiej – takiej polskiej Sharon Stone z “Nagiego instynktu”. Plus dla pana Ciszewskiego za oryginalny pomysł, błyskotliwe dialogi, przystępny język, pomysłowe zakończenie, akcję trzymającą w napięciu i może wizję proroczą. Taki chociaż ćwierćfinał Polska-Niemcy.

Gorąco polecam,  "Upał" na upał.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak

piątek, 6 lipca 2012

Nowy design :)

Potrzebowałam małej zmiany w życiu, nie wiem jeszcze czy na stałe, zaczynam więc od bloga. 
Z pewnością będę go dopracowywać i szlifować.
Poza tym chciałbym jeszcze stworzyć własne logo, ale to jeszcze przede mną.
Zmiany są podobno najlepsze, gdy są dokonywane małymi kroczkami, choć znam zbyt wielu takich, którzy preferują JEDYNIE zmiany radykalne. Ja zmieniam na razie szablon.
Przy okazji polecam świetną stronę z przepięknymi szablonami KLIK, którą podpatrzyłam u Kaye.

I jak? Lepiej czy gorzej?




czwartek, 5 lipca 2012

11 QUESTTONS TAG

U Mery zostałam do wytypowana do kolejnej zabawy.



Zasady:
1. Każda otagowana osoba musi odpowiedzieć na swoim blogu na 11 pytań przyznanych im przez ich "Tagger'a"
2. Następnie wybrać 11 nowych osób do tagu i zadać im 11 pytań.
3. Nie powinno się tagować ponownie osób, które już brały udział w zabawie.

Pytania:

1. Charlotte Bronte czy Jane Austen? 
Charlotte Bronte - zdecydowanie!

2. Paranormal czy klasyka? Klasyka - paranormal odpada.

3. Wielka papierowa biblioteka czy masa e-booków w czytniku? Hmm... Posiadanie czytnika ułatwiło mi wiele spraw, ale jednak tradycyjna biblioteka.

4. Wrzos czy lawenda? Wrzos, wrzos, wrzos!

5. Klasyka angielska czy rosyjska? Jedno i drugie ;)

6. Audrey Hepburn czy Marilyn Monroe? Audrey - zdecydowanie!

7. Kuchnia włoska czy francuska? Włoska.

8. Czarny humor: tak czy nie? Raczej nie.

9. Deszczowe poranki czy wieczory?Jeśli deszcz, to tylko wieczorem, szczególnie taki stukający o szyby:


"O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną". - UWIELBIAM!


10. Van Gogh czy Salvador Dali? Jeden i drugi z lekkim przechyleniem na Van Gogha.

11. Ania Shirley czy Emilka Byrd Starr? Ania, bo o Emilce nie czytałam.


Nie typuje nikogo, ponieważ większość wzięła udział, chyba że ktoś ma bardzo ochotę, to zapraszam. Z przyjemnością poczytałbym o innych typach i wskazaniach :)

środa, 4 lipca 2012

"Tryb warunkowy" Hanna Cygler

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 2012
oprawa: broszurowa klejona
format: 128 x 197
liczba stron: 280



Soczysta zieleń bije tutaj z okładki. W średniowieczu zieleń uważano za kolor symbolizujący katastrofę i zło, była kojarzona z samym diabłem. Istniał nawet przesąd, że ubieranie się na zielono może ściągnąć złe moce i pecha. Z biegiem czasu zielony zdobywał coraz lepszą reputację i przestał się kojarzyć ze złem, stał się natomiast symbolem losu i przypadkowości – zarówno w ich dobrych, jak i złych aspektach. Dzisiaj zieleń kojarzy się z przede wszystkim z życiem, harmonią, naturą i bliskim kontaktem z nią. Stanowi kolor nadziei i wolności, kojarzy się ze świeżością, powodzeniem i zadowoleniem. W niektórych okolicznościach zieleń może się kojarzyć z niestabilnością, niepewnością i losowością, odnosi się to głównie do miłości, nadziei, młodości.

I z pewnością niepewna i niestabilna uczuciowo była bohaterka powieści Hanny Cygler - Zosia Knyszewska. Poznajemy ją w momencie zdawania egzaminów na anglicystykę. Za namową kuzyna-Marcina decyduje się na studia w Warszawie i wyprowadzkę z ukochanego Gdańska. Marcin zawsze był obiektem fascynacji Zosi. Od dzieciństwa toczyli ze sobą długie i poufne rozmowy, zwierzając się z ukrytych pragnień. Z biegiem czasu dziecięca fascynacja przerodziła się u Zosi w miłości. Wyobrażała sobie atrakcyjne wizje, w których zwiedzają razem wszystkie kontynenty i uczestniczą we wszystkich ważnych wydarzeniach na świecie. A czasy były niespokojne, koniec lat siedemdziesiątych i początek  - osiemdziesiątych...

Marcin nic jednak nie wie o jej skrytym uczuciu i rzuca się w wir pracy - zawziętego fotoreportera, żeby wkrótce oświadczyć Zosi, że się żeni i wyjeżdża na stypendium do Francji. Mijają miesiące, Zosia klimatyzuje się w Warszawie, poznaje nowych ludzi, powiększa się krąg jej przyjaciół, zaczyna się spotykać z innymi mężczyznami. Wciąż jednak nie czuje żadnych "wibracji".

Zosia od pierwszych stron budzi sympatię. Ładna, ambitna, inteligenta, trochę pyskata, używająca ciągłej ironii. Jej histeryczno-emocjonalna faza uczuć, kolejne porcje nieszczęść i niepowodzeń miłosnych gwałtowne ściskały mnie za serce. Wszystkie jej stany przeżywałam razem z nią. Studia, imprezy, mieszanie u cioci Stasi, a wtedy atmosfera nie sprzyjał studiowaniu. Pierwsze strajki, powstawanie "Solidarności" - Zosia znajduje się w centrum tych wydarzeń.

Przepiękna książka, żadne tam "romansidło", czy coś w stylu literatury dla kobiet, jakie pisze Grochola. Wzruszająca, o trudnych miłosnych wyborach w jeszcze bardziej skomplikowanej rzeczywistości, na tle przełomowych wydarzeń politycznych.
"Jacy byliśmy, jacy będziemy i czy będziemy tacy, jacy sami pragniemy być, i czy los nieustannie koryguje nasze poczynania". [str.173]

Można nieustanie żyć złudzeniami, mitologizować dziecięcą miłość, szukać, krążyć, przyglądając się okruchom minionych chwil, wspomnieniom lub całe życie żyć zwiedzioną miłość i nadzieją. Jednak czasami warto zaryzykować i pewne uczucia powiedzieć wprost, bo po latach, może się okazać, że mogłoby być tak pięknie.
"-Gdybym tylko wiedział...
-Gdybym tylko był wiedział - przerwałam. - Tryb warunkowy, niestety niemożliwy do realizacji teraz."


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.