czwartek, 30 sierpnia 2012

"Haruki Murakami i jego Tokio. Przewodnik nie tylko literacki" Anna Zielińska-Elliott

Wydawnictwo: Muza
wydanie: maj 2012
format: 145 x 205 mm
oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
liczba stron: 288




Aglomeracja tokijska (Tokio, Jokohama, Kawasaki, Saitama i inne miasta nad zatoką) skupia około 35 mln mieszkańców. To prawie tyle, ile mieszkańców całej Polski. Liczba ta uświadamia ogrom tej metropolii. Jak odnaleźć się w takim chaosie, wśród tych wszystkich neonów, autostrad, rozbudowanych linii kolei i metra? Czy w takim ogromie jest szansa na indywidualność, czy zwykły szary człowiek może być zauważony.


Z pomocą przychodzi Anna Zielińska-Elliott - wielka fascynatka Japonii i tłumaczka współczesnej literatury japońskiej. Wpadała ona na dość oryginalny pomysł, aby napisać przewodnik z opisywanymi miejscami w powieściach Murakamiego. Autora zabiera nas na spacer ulicami Tokio. Odwiedzamy miejsca, gdzie Haruki spędził lata swojej młodości i gdzie dzieje się akcja prawie wszystkich jego powieści.

A według zapewnień Anny Zielińskiej-Elliott - Tokio - mimo swojej nowoczesności, doskonale nadaje się do spacerów. Komunikacja miejska sprawia, że wszędzie łatwo się dostać, bo przystanki zapowiadają za ile minut będzie autobus. Najlepiej skusić się jednak na pieszą wędrówkę, która da nam możliwość zajrzenia w rozmaite zaułki, pozwoli wiosną poczuć zapachy i nasycić się kolorami rosnących wszędzie azalii i hortensji oraz kwitnących drzew wiśni,  natomiast jesienią podziwiać przepiękne kolory liści klonów. 

Tokio nie jest moim wymarzonym celem podróży, jest jednak miastem, które może zafascynować. Z przyjemnością również przeczytałam owy przewodnik. Przemierzałam Tokio śladami Murakamiego i jego bohaterów, schodziłam po tych samych ulicach, zwiedzałam niewielkie paki, nieduże świątynie.
"Każdy, kto zna twórczość pisarza, dostrzega głęboką nostalgię, którą przesiąknięta jest większość jego powieści". [str.280] I to jest największy plus tego przewodnika - autorce udało się ukazać miejsca, które możemy odwiedzić dziś (podane są adresy, strony internetowe, ceny biletów), jednocześnie możemy poczuć atmosferę życia w Tokio w późnych latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli czasach powoli zacierających się w pamięci. Dodać do tego jeszcze trzeba naprawdę świetne wydanie książki. A to sprawia, że taką pozycją warto mieć w swojej biblioteczce. 




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza

sobota, 25 sierpnia 2012

"Dolina strachu" Arthur Conan Doyle

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
wydanie: audiobook / 2012
lektor: Janusz Zadura




"Niezwykłe. Nie przypominam sobie żadnego przypadku, gdzie okoliczności byłyby bardziej niespotkane" – tak mówi ten, który ślady krwi bada szkłem powiększającym, ten który nigdy nie rozstaje się ze swoją fajką, ten który pracuje z miłości dla swojego fachu niż dla nabycia bogactwa i poklasku, ten który przyzwyczajony jest swoich rutynowych czynności, ten, który prawie wcale nie okazuje emocji i nie mówi o swych namiętnościach. O kim mowa? Oczywiście – Sherlock Holmes.

“Dolina strachu” to klasyka gatunku. Rasowy kryminał detektywistyczny. Przebiega według utartego schematu. Morderstwo – następuje na początku, rozpoznanie – detektyw ogląda miejsce zbrodni i czyni pierwsze pobieżne obserwacje, po których przedstawia ogólną teorię dotyczącą sprawcy oraz wstępny plan jego schwytania, przesłuchania bohaterów – rozmowy z podejrzanymi i świadkami, składają się na większą część akcji, narada – stanowi podsumowanie dotychczasowych wyników śledztwa, z reguły prowadzi ją detektyw wraz z pomocnikiem. Pościg (raczej krótki) i scena schwytania sprawcy (czyli finał) - w jednym miejscu zostają zebrani najważniejsi bohaterowie, w tym wszyscy podejrzani; jeden z nich zostaje wskazany jako sprawca.

Tutaj nie jest inaczej. Mamy brutalne morderstwo, które w momencie rozpoczęcia akcji jest już faktem. John Douglas, bogacz o tajemniczej przeszłości, ginie w niejasnych okolicznościach. Bezradna policja prosi o pomoc w śledztwie Sherlocka Holmesa. Detektyw przyjeżdża - wraz ze swoim przyjacielem doktorem Watsonem - spogląda i dedukuje. Podejrzenia w pierwszej kolejności padają na żonę zabitego, która z jego przyjacielem miała przygotować zamach. W miarę rozwoju akcji ujawniają się coraz to ciekawsze wątki, które każą szukać rozwiązania zagadki w przeszłości mężczyzny. Aby wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsce, należy sięgnąć do zdarzeń mających miejsce w tajemniczej Dolinie Strachu…

Finał – jak można się domyślić - jest  nieprzewidywalny. Wszystkie elementy układają się jak puzzle w logiczną całość. Dodatkowym atutem jest klimat  i urok dziewiętnastowiecznej Anglii. Powieść ma jeszcze drugą część - to retrospekcja wydarzeń rozgrywanych w Ameryce, w Dolinie Strachu. Poznajemy bliżej postacie,  ukazane są  motywy działań bohaterów - wszystko to pozwala lepiej zrozumieć czytelnikowi  późniejszą intrygę i morderstwo. 

Lubię Sherlocka, lubię detektywów, którym nie potrzebne są żadne nowinki techniczne. Lubię takich, którzy wykorzystają swoją wiedzę, są spostrzegawczy, analizują i łączą z niezwykłą lekkością fakty.

Na koniec parę słów o lektorze. Tu niestety muszę się czegoś przyczepić. Kwestie wypowiadane przez narratora, czy Sherlocka Holmesa są świetnie przeczytane. Natomiast dialogi wypowiadane przez policjantów ze Scotland Yardu, delikatnie mówiąc są przerysowane. Rozumiem, że lektor chciał podkreślić ich mniejszą inteligencję, niekompetentość, czy ciągłe frustrowanie się, ale tu przesadził. W niektórych momentach po prostu wrzeszczy i sam się niepotrzebnie denerwuje i irytuje. 

Mimo tego i tak polecam, mnie Sherlock nigdy się nie znudzi!

czwartek, 23 sierpnia 2012

"Prawdziwe Morderstwa" Charlaine Harris

Wydawnictwo: Replika
wydanie: lipiec 2012
tłum. Martyna Plisenko
format: 130 x 200 mm
okładka: miękka z skrzydełkami
liczba stron: 284


"Dziś chcę wam opowiedzieć o najbardziej fascynującym z tajemniczych morderstw". [str.7] Gotowi? Proszę rozsiąść się wygodnie w fotelach, przygotować miskę chipsów lub innych przekąsek, bo czeka Was niesamowity seans. Seans, dzięki któremu poczujecie dreszczyk emocji, wasze ramiona pokryją się gęsią skórką, serce zacznie łomotać, a za plecami będziecie słyszeć trzeszczące podłogi. I jak? kto potrzebuje dawki makabry?

Makabra będzie. Ale po kolei. Najpierw poznajemy przeciętną dziewczynę, niewyróżniającą się z tłumu -Aurorę Teagarden. Mieszka ona w prowincjonalnym miasteczku, jednym z tych, gdzie wszyscy się znają, sąsiedzi pozdrawiają się codziennie rano wychodząc do pracy i każdy praktycznie zna rozkład dnia blisko mieszkających osób. Aurora "Roe" jest bibliotekarką, ma cztery stopy i jedenaście cali wzrostu, nosi duże okrągłe szkła w szylkretowej oprawce i wydaje się być spełniona zawodowo. Po pracy oddaje się swojej pasji -  wraz z innymi jedenastoma mieszkańcami należy do klubu "Prawdziwe Morderstwa", którego członkowie spotykają się raz w miesiącu, aby analizować słynne sprawy kryminalne, zazwyczaj dość dawne,  dyskutują o tym kto zabił i dlaczego, a czasami też zastanawiają się czy policja aresztowała właściwą osobę, a jeśli zagadka została nierozwiązana, rozmawiają o tym, kto mógł być winny.

Podczas jednego ze spotkań zostaje brutalnie zamordowana jedna z uczestników, pani Mamie Wright. A co budzi największe przerażenie, pani Mamie pozbawiono życia w sposób bardzo przypominający morderstwo sprzed lat. Pojawiają się przeróżnie domysły: możliwe, że ktoś z zewnątrz żywił do klubu urazę lub prawie na pewno musiała być to osoba z klubu, która przecież doskonale znała okoliczności morderstwa sprzed paru lat. Wkrótce na adres domowy Roe przychodzi pudełko ulubionych czekoladek, które okazują się być zatrute. W kolejnych dniach ginie coraz więcej ludzi. Zaczyna się makabra, w sensie dosłownym - z użyciem siekiery i kijów bejsbolowych. 

I to by było na tyle plusów. Są niestety i minusy powieści. Fabuła zapowiadała się dość przyzwoicie, akcja się zawiązała, ciary zaczęły przechodzić po plecach, zagadka kryminalno-makabryczna zaczęta i... nagle pojawia się wątek miłosny. I akurat w tym przypadku - kryminał plus rozterki miłosne jakoś mi się gryzie. Albo jedno, albo drugie. Autorka skupia się na dylematach bohaterki typu, którego tu wybrać? - ponieważ wokół niej zaczynają kręcić się dwaj mężczyźni - niestety rzutuje na tempo fabuły, a zagadka kryminalna trochę się rozmywa. 

To moje pierwsze spotkanie z Charlaine Harris, zapowiada ona koleją serię właśnie z Aurorą - którą tu trzeba przyznać dość pomysłowo wykreowała. Mam nadzieję, że Roe wybrała mądrze, jeśli chodzi oczywiście o odpowiedniego mężczyznę i w kolejnych częściach nie będzie miała już dylematów miłosnych. Będzie mogła się skupić na rozwiazywaniu zagadek kryminalnych, co wychodzi jej zdecydowanie najlepiej. Chociaż nie chcę być tu złą wróżką, ale podobno związki zrodzone w niebezpiecznych okolicznościach nie mają szans na przetrwanie. Mam nadzieję, że Aurora szybko powróci, żebym mogła się o tym przekonać.

Na uwagę zasługuje jeszcze okładka ciemna, z żółtymi i krwistoczerwonymi akcentami z pewnością  przyciąganie wzrok wielu fanów kryminałów. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Syndykatowi Zbrodni w Bibliotece

wtorek, 21 sierpnia 2012

"Anatomia. Monotonia" Edy Poppy

,
Wydawnictwo: W.A.B. / Biblioteka Akustyczna
wydanie: 2012 /audiobook
Czyta: Anna Szawiel 


"...im więcej się czyta, tym częstych doznaje się rozczarowań. Dlatego większość czytelników dochodzi kiedyś do punktu, w którym na serio zaczynają rozważać zerwanie z czytaniem. Ale nie można, rzecz jasna, wierzyć obietnicom zatwardziałych czytelników, nie bardziej niż zapewnieniem alkoholików, którzy dopiero co przestali pić, czy małych dzieci. Głęboko w oczach zaprzysięgłych czytelników, twierdzących, że przestają czytać, tli się wciąż maleńki płomyk nadziei, oczekiwania na tekst, który swym temperamentem, skrywanymi niespodziankami, ładunkiem energii zdoła na nowo ożywić zniechęconego, lecz nieuleczalnego czytelnika". Tak zaczyna się przedmowa książki Edy Poppy. 

Temperament, zuchwałość, nonszalanckość, bezczelność, naturalność, słodycz, bezpośredniość, wrażliwość, zmysłowość, szokująca szczerość, surowość, zaskakująca forma wyzwolenia - tymi rzeczownikami z pewnością można nazwać utwór norweskiej pisarki, która opowiada w niej zarówno o miłości, jak i o desperacji. 

Poznajemy pewne małżeństwo - Vår i Lou. Ona pochodzi z niewielkiego miasteczka w Norwegii, on z południa Francji. Mieszkają w Londynie, tworząc luźny, bardzo liberalny związek. Vår zarabia na życie pozowaniem nago malarzom i studentom historii sztuki, a w wolnym czasie zalicza przygodny, pozbawiony uczuć seks z każdym nieznajomym, którego spotka. Lou ma romans z dużo młodszą od siebie dziewczyną Sidney, spaceruje z nią za rękę i karmią łabędzie w parku. Vår i Lou wiedzą o swoich zdradach, mało tego codziennie zdają sobie relacje z tego, jak im było dobrze z partnerem, wyznając zasadę, jedyny sposób, aby być ze sobą, to być z kimś innym. Absurdalne - prawda? Ale to dopiero początek. Pewnego dnia Lou proponuje żonie nową grę - rzuca jej wyzwanie - jeśli uda jej się zakochać w jakikolwiek mężczyźnie, on przerwie swój romans. Intrygujące i podniecające czy głupie i chore? 

Już sama ta propozycja może zniechęcić do dalszej lektury. Nie jest to z pewnością książka dla wszystkich, raczej dla tych odważnych, otwartych na nowości. Ja choć nie jestem zbyt odważna ani tym bardziej otwarta na wszelkie nowinki, przeczytałam (tu przesłuchałam) do końca. Zaciekawiło mnie to, czy w takim chorym układzie jest miejsce na jakikolwiek uczucia i emocje.  

Jest tu dużo o nagości, fizyczności, seks jest ukazany bezpruderyjnie, naturalnie, wręcz surowo. Sama bohaterka - zarazem narratorka - oddziela wyraźnie sfery seksu i miłości, wychodząc z założenia, że tylko jedna osoba zasługuje, by otrzymać i jedno, i drugie. Nie chce być niczyją własnością, dlatego nie chce też posiadać nikogo na własność. Razem z mężem zmagają się z zazdrością, jednocześnie nie wierząc w wierność. Badają swoje granice, to do czego są zdolni, jednocześnie jątrzyć rany, by powoli pozwolić im się zabliźnić. Wiadomo jednak, że wszystko ma swoje granice, a ból, który sam sobie człowiek zadaje może go zniszczyć.

Wierność -jak ją więc zdefiniować na nowo? Czy to w ogóle jest możliwe? Co to jest zazdrość, a  co to zaborczość, jaka między nimi różnica? Rozkoszowanie się monotonią, anatomią własnych ciał, bliskość w małżeństwie - piękne, prawdziwe, czy nudne? Ile jeszcze będą musieli poświęcić? Do takich wniosków muszą dojść na koniec bohaterowie powieści. Ale czy małżeństwo Vår i Lou ma jeszcze szansę na normalność?

“Anatomia. Monotonia” może pochłonąć i urzec czytelnika, może też zniesmaczyć. Bywają w niej fragmenty wstrętne, obrzydliwe. Te wszystkie sceny dotyczące załatwiania potrzeb fizycznych Vår to trochę przesada, zwłaszcza, że powtarzają się dość często. I jak na erotykę przystało nie ma tu scen też zbyt wyuzdanych, ale to akurat jest duży plus. Sceny erotyczne są przedstawione w bardzo bezpośredni sposób, ale nie wulgarny, prosty, ale nie prostacki. To może uwieść. No chyba, że kogoś bulwersują takie słowa jak 'cipka' czy 'penis'. Ja w takich sprawach wolę jednoznaczność i dosłowność, niż zastępowanie tego jakimiś innymi wyrazami typu "myszka", "muszelka", czy jeszcze bardziej wymyślnie.

Garść doznań, emocji z drugiej strony chłodność, pozorna bezuczuciowość, oziębłość. Zmysłowa, wstrząsająca, ohydna, ale zapadająca w pamięć. I przez to - warta przeczytana. Polecam! 


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

"Dajcie mi jednego z was" Jacek Getner

Wydawnictwo: Najlepszy Seler
Wydanie: 2005
Oprawa: miękka
Ilość stron: 164
ISBN: 83-922060-1-0





Bez zła nie byłoby dobra, bo nie potrafilibyśmy go dostrzec, podobnie jak nie umielibyśmy odróżnić dnia, gdyby nie było nocy. Zło jest wstrętne, gdy nas dotyczy, ale pociągające jako motor wielu działań, akcji. Zło. Jak je zdefiniować? Filozofowie mówią, że jest to to, co przeciwstawiamy dobru. Zło moralne - to zło wyrządzone przez człowieka, krzywda, którą wyrządza innym istnieniom. Istnieje też zło inne - nieszczęścia ze strony losu, bez winny drugiego człowieka, takie jak choroby, śmierć, ból, kalectwo. Obie kategorie zła od samego początku były bardzo popularne w literaturze. I filozofia, i literatura stawiła pytanie: dlaczego człowiek popełnia zło? Ponieważ jest to przynależne jego naturze, ponieważ nie jest istotą doskonałą - tak podejrzewają filozofowie. Pisarze z reguły nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Częściej pozostawiają ją czytelnikowi.

Mahatma Gandhi twierdził, że "dobro i zło muszą istnieć koło siebie, a człowiek musi dokonać wyboru". W swoje książce Jacek Getner też stawia bohaterów przed pewnym wyborem.
"Witam panów w podziemnym królestwie sprawiedliwości, gdzie, jako jedni z nielicznych, będziecie mogli uczestniczyć za życia w czymś w rodzaju Sądu Ostatecznego. Zwycięzca wygra wycieczkę na lepszy światów, przegrani wrócą do ziemskiego piekła". [str.34] 
Czterech mężczyzn znalazło się w zamkniętym pomieszczeniu, bez możliwości wyjścia. Żaden z nich nie znał się wcześniej, każdy z nich wykonywał również odmienną profesję. Wydaje się, że są w tym miejscu zupełnie przypadkowo. Wszystko się weryfikuje, gdy nagle z głosików usłyszą Głos. 
„Każdy z was wyrządził mi kiedyś krzywdę, która spowodowała, że staczałem się coraz niżej, po równi pochyłej życia. Na pewno mnie nie pamiętacie, bo taką sama krzywdę wyrządziliście dziesiątkom, a może nawet setkom innych, niewinnych ludzi. (…) Karą za to, co zrobiliście, będzie śmierć. (…) Jednak być może nie zasługujecie wszyscy na ten wyrok, a jedynie suma waszych win wymaga takiej kary. (…) Dlatego nie zabiję każdego z was, lecz tylko jednego. Pozostałym dam szansę poprawy.(...) To nie ja wybiorę, lecz wy sami. Trzech wybierze spośród siebie czwartego. Będziecie głosować. Możecie być tylko za.”[str.38] 

Poznajemy więc Kaprala, Szczęściarza, Przystojniaka i Proroka. Co jednak zrobili, że znaleźli się razem w jednym miejscu? Kim jest owy Głos? Dlaczego pragnie zemsty? Każdy z mężczyzn opowiada historię swojego z życia, dokonuje tym samym rachunku sumienia za wyrządzone krzywy. Okazuje się, że mają wiele ze sobą wspólnego. "Tu spotkały się cztery najgroźniejsze żywioły współczesnego świata, których się bał i nienawidził. Bogactwo, które nie liczy się z niczym. Brak moralności, który niszczy uczucia. Fałszywa wiara, która mami zbawieniem. Bezrozumna siła, która używana najpierw nawet w najszlachetniejszych intencjach, z czasem może przekształcić się wyłącznie w destrukcję."[s. 161]


Zaskoczyła mnie pozytywnie ta powieść. Jestem pod wrażeniem pomysłu autora, może nie tak oryginalnego - bo takie motywy pojawiały się, szczególnie w filmach - ale przełożonego na polskie warunki. Czyta się szybko, fabuła wciąga, a zakończenie też nie jest przewidywalne. Poza jednym mankamentem - ogromna ilość literówek, błędów ortograficznych i interpunkcyjnych - to pozycja jak najbardziej godna uwagi. Błędy wprawdzie trochę irytują,  jednak  akurat to można poprawić, a biorąc pod uwagę całokształt, to z czystym sumieniem - polecam. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Autorowi.

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Pamiętnik i inne pisma z getta" Janusz Korczak

Wydawnictwo: W.A.B.
wydanie: sierpień 2012
oprawa: twarda z obwolutą
format: 13,9 x 20,2 cm

liczba stron: 304






"Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga w młodości. -Daj, mi Boże, ciężkie życie, ale piękne, bogate, górne''. [107]

Korczak to postać symboliczna, prawie legendarna - odtwarzany obraz wyłania się z wielu opracowań, pism, wierszy, widzimy go kroczącego w ostatnim marszu na Umschlagplatz. Nie chciał on ratować własnego życia i pojechał wraz z dziećmi do Treblinki. Ta legenda przesłania życie, czyny i pisma Starego Doktora. Był przecież postacią rzeczywistą, człowiekiem z krwi i kości - nie żadnym tworem wyobrażeń - jadł, pił, spał, pracował, tworzył.

"Pamiętniki..." stanowią świadectwo autobiograficzne całego życia Korczaka, w szczególności okresu spędzonego za murami getta. Stary Doktor ma 64 lata i czuje się staro, jest schorowany i przybity. Dokuczają mu przeróżne dolegliwości: chore serce, przepuklina, woda w płucach, złamany ząb, kłopoty z pęcherzem, puchnące nogi. Jest w stanie przeddepresyjnym, czasami rano nie chce mu się wstać z łóżka.

"Teraz rok 1942. Maj. Chłodny maj w tym roku. I ta dzisiejsza noc najcichsza z cichych. Godzina piąta rano. Dzieciaki śpią. Jest ich naprawdę dwie setki. Na prawym skrzydle pani Stefa, ja na lewo w tzw. izolatce. Łóżko moje pośrodku pokoju". [str.12] To jedno pomieszczenie pełniło wiele funkcji. Było kuchnią, szwalnią, kącikiem rozrywek, izolatką, a  nocą zmieniało się w wielką sypialnię. W takich warunkach żył i pracował Stary Doktor. Dni mijały mu na załatwianiu spraw fomanlnych związanych z funkcjonowaniem, a bardziej z utrzymaniem Domu Sierot. Odwiedzał chorych, prowadził zajęcia z dziećmi i spał, ponieważ nocami albo wczesnym rankiem pisał pamiętnik. 

Choć swoje zapiski prowadził przez trzy ostanie miesiące, zawarł w nim całe życie. Od dzieciństwa przez młodość po dojrzałość. To takie wspomnienia, refleksje, migawki o codziennym zmaganiu się z problemami, z walką o paczki żywnościowe, o leki, przesycone bezsilnością i poczuciem niemocy. Dlatego też w swoich zapiskach bywa okrutny i nie szczędzi obelg, co do niektórych ludzi, obwinia ich za taki stan rzeczy. Stwierdza dobitnie, że "Dom  Sierot jest teraz domem starców", a getto uczyniło z beztroskich dzieci zniedołężniałych struszków. Pozostaje jednak do końca idealistą, choć zachowuje trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość. A w stosunku do samego siebie - postawę krytycznego dystansu i autoironii. 

Z innych wątków tematycznych obecnych w pismach Korczaka przebija się motyw śmierci, samobójstwa i eutanazji. Znajduje się nawet traktat, z propozycją zalegalizowania w przyszłości eutanazji, z przykładami uzasadnień i podań. 

Wszystkie jego poglądy, idee, wizje świata, koncepcje wychowawcze, refleksje wyrażają się w różnych formach zapisu. Pamiętnik, elementy reportażu, wspomnienia, bajki, nawet urwane wątki układają się w kunsztowne dzieło, ukazujące psychikę Korczaka. Kolokwialność zderzona z metaforą, poetycka wrażliwość, żywioł mowy potocznej, liczne ironie i autoironie świadczą o doskonałej precyzji pisarskiej i znajomości języka. 

Jeszcze parę słów o wydaniu, ponieważ zasługuje ono na osobny akapit. Twarda okładka z obudową, szycie i kremowy, imitujący szlachetną starość papier, wszystko to sprawia, że czytanie jest nie tylko przyjemnością intelektualną, ale również zmysły dotyku i wzroku są bardzo pobudzone. Twarda okładka stylizowana na odnaleziony, gdzieś w starociach notes z zapiskami. Ponadto teść uzupełniają liczne fotografie i kopie zdjęć z oryginału "Pamiętnika".

Ostatni zapis z "Pamiętnika" pochodzi z 4 sierpnia 1942, tuż przed likwidacją Domu Sierot na ulicy Siennej 16. Potem jest tylko pochód w sierpniowym skwarze ulicami getta warszawskiego na Umschlagplatz. Tekst "Pamiętnika"nie jest skończony. Epilogu nie ma. Dopisali go Niemcy. 


wtorek, 14 sierpnia 2012

"Wszystko dla niej" Beata Rudzińska

Wydawnictwo: Amea
wydanie: 2012
format: 124x194
oprawa: miękka ze skrzydełkami 
liczba stron: 164





Ewa - znudzona codziennością gospodyni domowa, Barbara – nauczyciela biologii, w której nowy, młodszy kolega z pracy wzbudza namiętność, dawno już wypaloną, mężczyzna przyłapujący swoją żonę w łóżku z kochankiem, inny mężczyzna, dla którego ideałem kobiety jest erotyczna lalka, małżeństwo pracujące w Anglii, Franek walczący z nadwagą, aby się przypodobać na nowo żonie, kobieta, która podpala własne mieszkanie, bo nie jest w stanie rozpalić żaru we własnym małżeństwie – to tylko niektórzy z plejady bohaterów krótkich opowiadań Beaty Rudzińskiej znajdujących się w tomiku “Wszystko dla niej”.

Dość sceptycznie podchodziłam do tych opowiadań, myślałam, że będą zbyt banalne. Tymczasem zamiast spodziewanego rozczarowania, przeczytałam 14 niesamowitych historii, takich do bólu prawdziwych. Beata Rudzińska porusza trudne problemy, takie z którymi miało do czynienia większość z nas, jeżeli nie osobiście, tu u bliskich znajomych. Ze wszystkich opowiadań przebija się smutek, poczucie niespełnienia, zawiedzenia, rozczarowania doczesnym życiem. Bohaterowie przeżywają tu duchowe rozterki, czasami miotają się nie wiedząc co wybrać. Niektóre bohaterki zmieniają swoje nastawienie, niektóre "przegadają na oczy", inne widzą iskierkę nadziei na lepsze życie, inne ponoszą porażkę. 

Kobiety - silne czy słabe, egoistki czy poświęcające się dla innych, ofiary czy manipulantki, aktywne czy obojętne, emocjonalne czy zimne jak lód? Z pewnością każda jest inna, tak jak każda z nas. Każda z nas wybrałaby po swojemu, przeżywała inne uczucia, emocje. 

Beata Rudzińska w tych krótkich formach przekazała więcej niż czasem niektóre powieści. Jej opowiadania są przykładem, że tak wiele można powiedzieć pisząc tak niewiele. Obsesje, lęki i pragnienia są tu widoczne w świetnie wyważonych słowach. Nie wszystkie opowiadania są jednak na tym samym poziomie, jedne lepsze, drugie gorsze. Najważniejsze, że autorka niczego tu nie narzuca, nie moralizuje, a raczej pozostawia otwarte zakończenie. Mnie najbardziej poruszyły dwa utwory "Trzydzieści sześć i sześć" oraz "Żar". Cytat z tego ostatniego mógłby być pewnym przesłaniem, metaforą trwałości związków, małżeństwa:

"Ogień jest niebezpieczny. Tak samo dobry, jak i zły. Szanuj ten żar i chroń, kiedy trzeba. Nie pozwól by ogień zgasł, ale nie daj mu się spalić". [str. 78]


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Amea


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

"Voulez-vous coucher avec moi?", czyli "Diana w kąpieli" Bouchera - i laurka dla siebie samej.


 "Diana w kąpieli" Francois Boucher, 1742, ojej na płótnie, 57 * 73, Paryż, Luwr

"Powinny być pulchne bez otyłości, delikatne, z wąską talią. Rozebrawszy setki kobiet - znalazłem ledwie jeden idealny egzemplarz" - tak powiedział, wcale nie jakiś tam szef agencji modelek, a francuski malarz Francois Boucher. Podobno, gdy owy obraz pojawił się w Luwrze, przyciągał od razu rzesze widzów. Wszyscy zachwycali się i zgodne stwierdzili, że Boucher bezbłędnie rozumiał ciało kobiety, a namalowana bogini spełniała wszystkie warunki i parametry wymienione przez niego jako idealne - różowo-złotawa karnacja rozpalała podobno mózgi samców. Mówię podobno, bo mnie dość trudno to stwierdzić, czy istotnie to taki ideał. 

"Boucher uzyskał efekt 'dotykalności' pieszcząc pędzlem kremowo-brzoskwiniową, alabastrowo-różową, bladozłotą, mięciutką i delikatną skórę swoich rozebranych pań".[1] A te rozebranie panie to rzymska bogini Diana i jej nimfa. Rzymska Diana to grecka Artemida (Artemis). Artemida ma bardzo wiele wariantów i mitów z nią związanych, często pełnych sprzeczności, natomiast ta późnorzymska to po prostu bogini łowów. Często przestawiana jest z jej stałymi atrybutami (łukiem i kołczanem ze strzałami) również widocznymi na obrazie. We włosach nosi półksiężyc, gdyż nazywana była boginią księżycowego blasku. 

Diana dostała od twórców mitu cechę wiecznej i nieugiętej dziewicy, i przydomek: czysta. Jej czystość tłumaczono różnie: niechęcią do mężczyzn, wrogością do miłości, strachem przed ciążą. Zakochała się tylko raz, w pasterzu Endymionie, lecz odwiedziła go, wtedy kiedy mocno spał i nie budziła go. Zagadkowe trochę i dziwne. Natomiast wpadła w złość, kiedy jeden z myśliwych-Akteon, przypadkiem ujrzał ją podczas kąpieli. Z gniewu zmieniała go w jelenia, a sam podglądacz został rozszarpany przez własne psy. Psy występują również na tym obrazie, jeden pije wodę, ze strumienia, który właśnie opuściła Diana, a drugi bacznie obserwuje, jakby wyczuwał kogoś lub coś. Czy Boucher chciał coś przekazać? Zacytuję znowu Łysiaka, który twierdzi, że "wszystkich nas, lustrujących jej goliznę dzięki pędzlowi Bouchera, rozszarpią nasze własne suki"[2]. Trochę chyba przesada. Ale kto wie?

"Diana w kąpieli" znajduje się w Luwrze od 1852 roku, podobno po to "żeby hordy innych 'machos' miały równie głupie myśli na temat seksu. Co jest wiadomo charakterystyczne dla ludzi marginesu, chamów i dewiantów. My, faceci dobrze wychowani - do świeżo poznanych Francuzek nie odzywamy się już w drugim zdaniu:  "-voulez-vous coucher avec moi?". Najczęściej w ósmym, albo trochę później". [3] W ósmym czy też późniejszym to nieistotne, faktem jest, że Diana Boucherowska, w erze przed playbojowej, była obiektem pożądania wielu.


------
[1] Waldemar Łysiak, Malarstwo białego człowieka, tom VI, Nobilis, Warszawa 2011, str.230
[2] Waldemar Łysiak, op. cit,, str.232
[3] Waldemar Łysiak, op. cit,, str. 236

sobota, 11 sierpnia 2012

"Zoo City" Lauren Beukes

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: 2012
przekład: Katarzyna Karłowska
oprawa: broszura szyta ze skrzydełkami
format: 128 x 197
liczba stron: 384




Za "Zoo City" Lauren Beukens - nagrodzona została wieloma nagrodami. Johannesburg - największe miasto RPA, w potocznym języku nazywany Joburg, Egoli (złote miasto) albo Jozi. Całkowicie wielkomiejskie, dziko rozrywkowe, czy zakorzenione w afrykańskiej kulturze? Wszystko po trochu. Johannesburg jest pełen sprzeczności i kontrastów. Autorka przedstawia nam właśnie wizję miasta, w którym jednocześnie występuje afrykańska magia i współczesne zdobycze technologii. Tytułowe "Zoo City", w książkowej rzeczywistości, to jedna z najbiedniejszych dzielnic miasta, inspirowana rzeczywistą dzielnicą Hillbrow - znaną z dużej gęstości zaludnienia, wysokiej przestępczości i bezrobocia.

Główną bohaterką tudzież narratorką jest Zinzi December. To postać bardzo intrygująca już od pierwszych stron powieści. Została bowiem zanimalizowana - jest zooluską. Popełniła kiedyś, czyli  w Poprzednim Życiu przestępstwo. Dźwiga więc na swoich plecach leniwca. Poza tym otrzymała pewien dar mashavi. Posiada talent do znajdowania zaginionych rzeczy. Nie jest jednak przykładem kobiety-rycerza w lśniącej zbroi, który z czystej potrzeby pomaga bliźniemu, lecz robi to dla zysku. Inną słabością Zinzi jest paskudny dryg do oszust internetowych. Jej pozorny ład burzy się, gdy zostaje zamordowana jedna z jej klientek. Starsza pani została bestialsko pozbawiona życia, a Zinzi musi podjąć się zadania, na które nie ma najmniejszej ochoty. Ponadto zmuszona jest odświeżyć pewne znajomości z PŻ (Poprzedniego Życia).

Przemierzamy z naszą bohaterką bezwstydne ulice południowoafrykańskiego miasta, krążymy między wieżowcami, zaglądamy do dawnych kopalni złota, poznajemy gwiazdy muzycznego show-biznesu i egzotyczne zwierzęta. Ten gorący i tętniący życiem świat miesza się z magią, wierzeniami, zabobonami, obrzędami i potężnymi czynami afrykańskich sangomów.

Zinzi  wraz ze swoim leniwcem (tu można zrobić dygresję co do tego, dlaczego akurat przypadł jej leniwiec - może dlatego, że leniwce z natury są leniwe, dobrze przystosowujące się do otoczenia, a może to takie lenistwo moralne - kara za zbyt beztroskie życie) błyskotliwie opowiada swoją historię, często stosując ironiczne, wręcz sarkastyczne komentarze, jednak nie zdradza od razu wszystkiego. Uzupełnieniem historii Zinzi są wplecione raporty policyjne, artykuły prasowe, maile, wyciągi ze słowników, strony internetowe. Dzięki temu poznajemy wierzenia zooluskie oraz głośne "oszustwa nigeryjskie".

Jednak jest jedna rzecz, której mi tu zabrakło. Na początku akcja zostaje zawiązana bardzo intrygująco, wciągnięci zostajemy w kryminalną zagadkę, która potem, w wyniku innych wątków, trochę się gubi. Brakuje typowego kryminalnego napięcia, adrenaliny, dreszczyku emocji. Ale nie jest to przecież gatunkowy kryminał.

Podsumowując - książka z pewnością godna uwagi. To lektura obowiązkowa dla miłośników RPA, fantasty i thrillera science fiction. Zawiedzeni też nie będą miłośnicy magii. Jeśli macie ochotę na szaloną podróż, na zmierzenie się z przeszłością, uwolnienie się od jej duchów, to zapraszam do pełnego energii Johannesburga, do mrocznych sekretów Zinzi, która musi przemierzyć drogę najeżoną zbrodnią, magią i stawić czoło temu, co do niej wraca z Poprzedniego Życia, aby w końcu otrzymać bilet do normalności.


  

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


wtorek, 7 sierpnia 2012

"Obrona Łużyna" Vladimir Nabokov

Wydawnictwo: Muza
wydanie: czerwiec 2012
tłum:Eugenia Siemaszkiewicz
format: 133 x 205 mm
oprawa: twarda
stron: 256




 "Ze wszystkich moich książek, które napisałem po rosyjsku, "Obrona Łużyna" zawiera i wypromieniowuje najwięcej 'ciepła' - co może się wydawać dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę to, w jakim stopniu gra w szachy uważana jest za abstrajcyjną. Tak czy inaczej, właśnie Łużyna polubili nawet ci, którzy nie mają pojęcia o szachach albo po prostu nie znoszą innych moich książek. Jest niezgrabny, nieschludny, niepociągający, ale - jak od razu spostrzega moja miła panna (osoba sama przez się czarująca) - jest w nim coś, co wznosi się ponad nijaką szorstkość jego powierzchowności i ponad jałowość jego zagadkowego geniuszu". - trudno o lepszą recenzję książki, niż samego autora. 


SWITZERLAND. Montreux. 1968.
Nabokov zaczął ją pisać na wiosnę 1929 roku w Le Boulou – małym uzdrowisku w Pirenejach, gdzie łowił motyle, a skończył pisać tego samego roku w Berlinie. Na wydanie w języku angielskim książka musiała czekać 35 lat, musiał przyjść wielki sukces “Lolity”, aby wydawcy poważnie zainteresowali się wcześniejszym dorobkiem autora. Fascynacja Nabokova szachami jest faktem dość znanym miłośnikom prozy pisarza, a motywy szachowe pojawiają się w bardzo wielu jego utworach, o których można by było nasiać rozprawę. Rzeczywistych kandydatów na postać Łużyna jest również bardzo wielu, jednak Nabokov sprytnie z tego wybrnął mówiąc, że “mój Łużyn to najczystszy płód wyobraźni”.

O fabule trudno pisać, bo praktycznie jej nie ma. Można powiedzieć, że to historia cudownego dziecka - Wunderkinda - syna niespełnionego pisarza. Łużyn dał się szachom uwieść. “W skrzyneczce ciasno ułożone jedna przy drugiej leżały rzeźbione figury. Doskonałe szachy’(…). Kombinacje są jak melodie. (…) ja wprost słyszę posunięcia. (…) To gra bogów. Daje nieograniczone możliwości. To prastary wynalazek”. [str.36] Szybko zyskał tytuł szachowego arcymistrza i sławę w całej międzywojennej Europie, ale kiedy uświadomił sobie, że szachy wdzierają się do jego prywatnego życia i gwałtem je anektują, postawił na desperacki ruch. Popada w obłęd, ponieważ świat szachów przesłania mu rzeczywistość.

Paradoksalnie - jak to u Nabokova - wcale nie jest to powieść o szachach ani o maniakalnej obsesji - Nabokov gardził psychologizowaniem w literaturze, a szczególnie psychoanalizą, co daje wyraz we wstępie, pisząc ironicznie, że "małoletni freudysta zaś, biorąc wytrych za klucz do powieści, będzie tak czy inaczej utożsamiać postacie książki z moimi rodzicami", jak na przykład "zbawcza wzmianka  o tym, że gracz szachowy widzi w swojej królowej własną mamusię, a w królu przeciwnika - własnego tatusia".[str.9]

Łużyn na końcu powieści runie w przepaść, a przedtem wyda mu się, "że wspina się na drapacz chmur” [str.223]. Skoczy, bo uzna, że jedynym wyjściem jest “wypaść z gry” [str. 225], która ma na celu wciągnięcie go znowu w świat szachów. Leci ku “bladym i ciemnym kwadratom” i widzi “jaka to wieczność usłużnie i nieubłagalnie rozpostarta się przed nim” [str.228]. Ostatnia więc obrona również zawodzi, partia jest nieodwołalnie przegrana. Czy jednak sam bohater poniósł porażkę? 


U Nabokova nie ma nieistotnych detali, nazwisk. Wystrój pokoi, same stroje, rekwizyty mają    konkretne znaczenie. Mało tego pojawiają się te same motywy: pociąg, bohater zapadający w sen, cienie "Przez cały czas jednak, to słabiej, to ostrzej, przebijały przez ten sen cienie jego prawdziwego, szachowego życia, które wreszcie wydobywało się na powierzchnię" [str.119]. Nabokov wykorzystuje też innych swoich bohaterów, na przykład epizodycznie pojawia się małżeństwo Ałfierowów z "Maszeńki". Ponadto Łużyn czyta takie lektury jak "Anna Karenina", "W 80 dni dookoła świata", czy opowiadania o Sherlocku Holmesie, które też mają znaczenie. Znawcy jego twórczości doszukują się również podobieństw do innych bohaterów.  Fascynacja Łużyna szachami przypomina podobną obsesję Humberta Humberta z "Lolity". Zakochany w małoletniej nimfetce Humbert, podobnie jak Łużyn, goni za czymś idealnie czystym, choć nieuchwytnym i nieosiągalnym. W obu przypadkach obsesja ta nie pozwala bohaterom należycie postrzegać świata: Humbertowi wydaje się, że jest prześladowany, Łużyn zaś widzi wszędzie problemy szachowe, a rzeczywistość zewnętrzna przybiera kształt czarno-białych kwadratów szachownicy i nawet małżeństwo nie porfaiło tego uratować. 

"Jednak podczas nieuchronnych chwil narzeczeńskiej samotności, późnym wieczorem, wczesnym rankiem, doznawał uczucia dziwnej pustki, jakby  wielobarwnej obrazkowej składance, rozłożonej na obrusie, znalazły się niewypełnione niczym dziwaczne luki". [str.158]

Muszę pisać, że polecam gorąco? Chyba zbędne. Na koniec urzekające zdjęcie, które znalazłam szukając stron o Nabokovie. 


Nabokov z żoną Verną podczas jednej z partii.
SWITZERLAND. Montreux. 1966.


Zdjęcia pochodzą z francuskiego bloga Pierre'a Assouline'a. Autorem zdjęć jest Filipie Halsmannie -  jednym z najwybitniejszych fotografików XX wieku.




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza

piątek, 3 sierpnia 2012

"Maszeńka" Vladimir Nabokov


Wydawnictwo: Muza
wydanie: czerwiec 2012
tłum: Eugenia Siemaszkiewicz
format: 133 x 205 mm
oprawa: twarda
stron: 144



Nakobov, jaki i cała jego proza, jest pełna paradoksów, aluzji, symboli, dwuznaczności i niedopowiedzeń. Urodzony w Petersburgu był prawdziwym obywatelem świata, od 1919 roku przebywał na emigracji. “Maszeńka” to jego debiut powieściowy, wcześniej tworzył utwory poetyckie, dramaty, szkice. Utwór powstał w Berlinie w roku 1926. Tu pojawia się paradoks pierwszy – uchodzi za najbardziej rosyjską powieść Nabokova, chociaż pisana była w obcym kraju.


Akcja dzieje w pensjonacie dla rosyjskich emigrantów. Znajdowało się w nim sześć pokoi, każdy z nich był oznaczony wydartą ze starego kalendarza kartką – sześć pierwszych dni kwietnia. W pokoju pierwszokwietniowym mieszkał Ałfierow – nauczyciel matematyki, w drugim – główny bohater powieści – Ganin, dawny partyzant, który utrzymywał się z najróżniejszych prac dorywczych (kelner, robotnik, statysta filmowy), w trójce – mieszkała sam gospodyni – pani Dorn – wdowa po kupcu niemieckim, w pokoju czwartym – stary rosyjski poeta Antoni Siergiejewicz Podtiagin, w piątce – Klara “panna o dużych piersiach i cudnych błękitno-brązowych oczach [str.11], pokoju nr sześć – baletowi tancerze Kolin i Gornocwietow “obaj po kobiecemu skorzy do śmiechu i szczupli, o pudrowanych nosach i umięśnionych łydkach”. [str.12]

Ganin – uwodziciel i amant, każdy dzień mija mu tak samo, mdło, na jakiś jałowym nieróbstwie, wyzutym z rozmazanej nadziei. Należał do gatunku ludzi, którzy umieją dążyć, osiągać, zupełnie jednak nie są zdolni do wyrzeczenia się ani do ucieczki – co w rezultacie na jedno wychodzi”. [str. 25] Wiąże się z Ludmiłą, która ma żółte włosy, maluje usta na fioletowo, co go wręcz obrzydza, “czuł wstręt i smutek, kiedy ubierając się po zawarcie mechanicznej miłości, mrużyła oczy, przez co stawały się nieprzyjemnie kosmate [str.17] Podczas rozmowy z Ałfierowem odkrywa, że jego żona, która ma na dniach przyjechać do pensjonatu, jest dawną jego miłością – Maszeńką. Zaczyna ją wspominać. “Było to nie po prostu wspomnienie, ale życie o wiele bardziej rzeczywiste, bardziej ‘intensywne’ – jak się pisze w gazetach – niż życie jego berlińskiego cienia. Był to zdumiewający romans, rozwijający się z prawdziwą i czułą ostrożnością”. [str. 65] Ten romans zaczął się jeszcze w przedrewolucyjnej Rosji, potem miał miejsce w listach w czasie wojny domowej i wreszcie zakończył się romansem we wspomnieniach “te dni były, być może, najszczęśliwszym okresem w jego życiu” [str.126]. I właśnie ten ostatni romans okazuje się dla bohatera najwspanialszy.

Trzeba zwrócić jeszcze uwagę na słowo “cień” pojawiające się w "Maszeńce". Można je uznać za pewien klucz, ponieważ występuje bardzo często.

“I kiedy potem położył się do łóżka i słuchał pociągów, przenikających na wskroś przez ten ponury dom, w którym mieszkało siedem rosyjskich zatraconych cieni, całe życie wydawało mu się planem zdjęciowym, podczas którego obojętny statysta ani wie, w jakim uczestnicy widowisku". [str.29]

“ponury dom, w którym mieszkało siedem rosyjskich cieni”. [str.29]

“cień jego mieszkał w pensjonacie pani Dorn, on zaś był w Rosji i przeżywał swoje wspomnienia jak rzeczywistość”. [str.64]

“Idąc na obiad, nie pomyślał o tym, że ci ludzie, cienie jego wygnańczego snu, będą rozmawiać o jego prawdziwym życiu – o Maszeńce”. [str.61]

Życie emigranta jest więc życiem cienia, widma, życiem w poczekalni kolejowej (tutaj ciągły motyw pociągu). A świat wydarzeń sprzed rozpoczęcia akcji, świat Rosji, wydaje się piękniejszy i lepszy. Czyżby przejaw nostalgii, tęsknoty za ojczystym “rajem utraconym”, światem lat młodzieńczych?
“kobiecość, cudna rosyjska kobiecość, mocniejsza jest od wszelkiej rewolucji, zdolna jest przetrwać wszystko – niedole, terror…” [str.23] Ten cytat nie jest jednoznaczny. Mówi o kobiecie, ale i też o Rosji. O tym wszystkim co tkwi we wspomnieniach bohatera, jego urojeniach i snach.

Zakończenie – jak to u Nabokova - jest otwarte. Ganin znajduje się na stacji, czeka na pociąg, którym ma przyjechać jego ukochana ze wspomnień, a on…
“Wszystko wydawało się ustawione jak należy, nietrwałe, odwrócone niczym w lustrze. I tak samo jak stopniowo wznosiło się słońce, a cienie rozchodziły się na swoje miejsca, tak właśnie w tym trzeźwym świetle owo życie wspomnień, którymi żył Ganin, stawało się tym, czym było naprawdę – odległą przeszłością”. [str. 125]

Chylę czoła przed Nabokovem. Znakomity styl. Bogaty język. Oryginalność struktury. Specyficzny klimat, pełen mistyfikacji, aluzji, ironii. Zafascynował mnie i uwiódł. Można by tu napisać jeszcze wiele, bo twórczość Nabokova to temat rzeka, na przykład o wątkach biograficznych w powieści czy o nawiązaniach literackich i echach tradycji piśmiennictwa rosyjskiego. Ale powiem krótko – dla mnie geniusz!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza