piątek, 26 kwietnia 2013

„Ogród Afrodyty" Ewa Stachniak

Wydawnictwo: Znak literanova
tłumaczenie: Bożenna Stokłosa
oprawa: miękka
liczba stron: 512



-Dlaczego tylko mężczyźni mają prawo do przyjemności? W pewnym momencie zastanowia się Zofia. I dostaje odpowiedź: Tak został stworzony świat. Los kobiety, jej przeznaczenie są inne. Na naszych barkach spoczywa  ciężar podtrzymania życia. [str. 198]

Zofia to Zofia Potocka, (Glavani) "piękna Bitynka", ulubienica salonów osiemnastowiecznej Europy. Poznajemy ją u kresu życia, kiedy to złożona chorobą nowotworową wspomina swoją młodość. Jako córka handlarza bydłem nie miała zbyt wielkich perspektyw na zaistnienie w świecie. Matka natura jej jednak pomogła, gdyż Zofia wzbudzała zachwyt, gdziekolwiek się pojawiła. Piękna dziewczyna o dużych czarnych oczach szybko zrozumiała, że jedynym dla niej rozwiązaniem jest bogato wyjść za mąż. Od wczesnego dzieciństwa czuła wielką niesprawiedliwość pomiędzy losami kobiet a mężczyzn. W tak patriarchalnym świecie tylko mężczyźni mieli prawo do przyjemności i uciech, a kobiety miały te przyjemności dawać. Dlatego w momencie, gdy jako młodziutka dziewczyna trafia na utrzymanie do ambasadora Polski w Turcji, chce zawalczyć o swoje miejsce. Nie chce tylko leżeć i pachnieć, i czekać na kolejną noc. Pragnęła czegoś więcej. I znała wiele sekretów Afrodyty. Dzięki swojej inteligencji i sile przebicia, a raczej desperacji, pomału staje się ulubienicą salonów i dworów europejskich, kochanką wielu polityków. Wkrótce zostaje żoną komendanta twierdzy kamienieckiej Jana Witta. Następnie – trochę pozbawiona skrupułów, ale wykazując się wyjątkowym sprytem wychodzi ponownie za mąż za hetmana koronnego-Szczęsnego Potockiego, najbogatszego magnata ukraińskiego, tego od Targowicy, czyli zdrajcy.

Tyle z biografii Zofii, oceniać jej nie będę, bo nie taka moja rola. Poza tym z dzisiejszej perspektywy dość trudną taką ocenę wystawić i zawsze będzie ona krzywdząca. Autorka próbuje trochę zrehabilitować swoją bohaterkę, pokazując ją właśnie jako dobrą matkę, muszącą zatroszczyć się o byt swoich dzieci, jak i także, jako kobietę walczącą z nieuleczalną chorobą, pozostawioną samą, zdaną tylko na siebie. 

Przyczepię się tylko stylu autorki. Książka napisana jest w czasie teraźniejszym, nie licząc listów i opowieści ze strony Thomasa-lekarza Potockiej. Taki zabieg jest dość ryzykowny, szczególnie, gdy wielkość historii opowiada kobieta z perspektywy czasu. Dla mnie brzmiało to sztucznie i mało przekonująco. Nie mniej jednak książka warta uwagi, szczególnie dla tych, którzy lubią biografie oraz opowieści o charyzmatycznych kobietach.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

wtorek, 16 kwietnia 2013

„Szmaragdowa tablica” Carla Montero

wydawnictwo: Rebis
data wydania: 16 kwietnia 2013 PREMIERA
tłumaczenie: Wojciech Charchalis
tytuł oryginału: La Tabla Esmeralda
oprawa: miękka
liczba stron: 672



Jest uważany za jednego z najbardziej tajemniczych malarzy. Interpretacja niektórych jego dzieł jest dyskusyjna, mówi się, że romansował z hermetyzmem i alchemią. Dobrze wykształcony, prawdziwy intelektualista-erudyta, utalentowany, doceniany, towarzyski i przystojny. A przez to rozrywany przez kobiety. Zmarł jednak młodziutko, bo w "Chrystusowym wieku", pono też przez kobietę, która zaraziła go dżumą. O kim mowa? O Giorgione, a dokładnie o Giorgio Barbarelli da Castelfranco (1477/78 - 1510) weneckim renesansowym malarzu, uczniu Belliniego. Poza tym mało wiadomo o jego życiu, a do tego Giorgione miał nieprzyjemny zwyczaj niepodpisywania swoich prac, co powoduje do dziś niemało błędów przy ich identyfikacji tudzież zostawia wiele łamigłówek historykom sztuki. Jedną z nich wykorzystała hiszpańska pisarka Carla Montero. Chodzi o tajemniczy obraz "Astrolog" tegoż właśnie malarza. Niewielkie płótno - 60 na 70 centymetrów - jednak po dobrej jakości tego płótna, bo pochodzącego z weneckich żagli oraz po grubości malunku (kilka warstw podkładu) można by wnioskować, że malarz poświęcił mu dużo uwagi. Kompozycja, postacie doskonale wpisane w pejzaż, żywe kolory (szkarłaty, turkusy, ochry), cudowna światłoczułość pędzla oraz światło jakie wysuwało się na pierwszy plan. Dzieło emanowało więc wielkim pięknem.
Nic zatem dziwnego, że było przedmiotem pożądania. Do tego stopnia, że zainteresował się nim Adolf Hitler. Co mogło skłonić samego Führer, że tak bardzo interesował się konkretnym obrazem, kiedy miał wielką organizację rabującą dzieła sztuki w całej Europie? Z jakiegoś powodu Hitler wierzył, że "Astrolog" ma w sobie coś nadnaturalnego. Pachnie tu czymś magicznym, relikwiami, na które liczył przy podboju świata. Jakaś ukryta spuścizna całej ludzkości, zahaczająca aż po podboje Aleksandra Wielkiego.




Ale ad rem! Fabuła powieści toczy się wielotorowo. Akcja zaczyna się we Florencji w roku 1492, gdzie właśnie Giorgione, który niechcący wplątuje się w jakieś mroczne sprawy. Po czym przenosimy się do okupowanej Francji. Poznajemy żydowską rodzinę Bauerów, która od wieków strzeże "Astrologa" i jego tajemnicy. I ostania relacja, z Madrytu i Paryża, z początku XXI wieku - to opowieść Any, pracownicy Muzeum Prado. Ana prowadzi spokoje i ustabilizowane życie u boku swojego bogatego narzeczonego-Konrada. Konrad jest niemieckim kolekcjonerem dzieł sztuki, który pewnego dnia odnajduje list napisany podczas II wojny światowej przez niemieckiego oficera, poszukującego - na rozkaz Hitlera - obrazu Giorgiona. W ten sposób zazębia nam się akcja - renesansowe Włochy, okupowany Paryż, kolaboranci i ruch oporu, tragiczne losy rodziny Bauerów, chęć odkrycia sekretu i zdobycia władzy nad całym światem oraz XXI wiek i dylematy młodej kobiety, która trochę rozdarta jest pomiędzy miłością do ukochanego, lojalnością, czy nawet odrobiną wdzięczności, a własnymi pragnieniami i ambicjami.

Świetne czytadło. Pożądanie, ludzkie słabości, tajemnica renesansowego artysty, chciwość i żądza władzy, ale przede wszystkim miłość, miłość zakazana, która zdarza się wbrew wszelkim przeciwnościom – wszystko to splecione w niezwykłe spójną historię. POLECAM!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.



środa, 10 kwietnia 2013

„Dziennik Mistrza i Małgorzaty" Michaił i Jelena Bułhakowowie


wydawnictwo: Muza
data wydania: 8 stycznia 2013
tłumaczenie: Margarita Bartosik
oprawa: twarda
format:155 x 235 mm
liczba stron: 688




Oto jego portret literacki, jak również polityczny i oczywiście – osobisty, wręcz intymny. Biorę się dziś za dziennik z poczuciem tego, że jest ważny i potrzebny. [str.42] - tak napisał sam Bułhakow pewnej październikowej nocy roku 1923. Opasała to kniga. Podzielona na dwie części i opatrzona świetnym posłowiem Wiktora Łosiewa oraz bardzo dokładnymi i rzetelnymi przypisami z komentarzami (ponad 100 stron). Pierwsza część książki to prowadzony od 1921 roku dziennik Bułhakowa, w którym opisuje swoją aklimatyzację w wielkomiejskiej i drogiej Moskwie. Nie jest to jednak tylko zapis dokumentalny jego życia. Pisarz jest świadomy, że jego notatki mogą być czytane przez pokolenia, dba więc o szczegóły. Rejestruje pozornie niemające znaczenia detale – ceny produktów, zmiany tras tramwajów czy kursy walut. Druga część to książki to zapiski żony (trzeciej z kolei), Jeleny Bułhakowej, która od 1933 roku, aż do śmierci pisarza i na jego prośbę prowadziła wspólny dziennik małżonków. Jelena pisała również pod dyktando męża, co świadczyło o ogromnym zaufaniu małżonków. Miała również świadomość utraty dzienników (osobiste zapiski Bułhakowa były konfiskowane przez władze, nie wszystkie potem zwracano), dlatego Jelena przepisywała jej kilka razy. Gromadziła z miłością i szacunkiem słowa, myśli, wspomnienia, drobne gesty, czyny, zwykłe rozmowy człowieka, któremu poświęciła życie.

Z kart dziennika wyłania się mężczyzn niezwykle odważny, twardy, tudzież niezłomny. Nie potrafił postępować wbrew własnym przekonaniom i wbrew swojemu kodeksowi honorowemu. Dlatego mimo niewyobrażalnej nagonki, której doświadczył na początku swojej kariery literackiej, bronił własnego stanowiska. Przyznaję się do tego. Walka z cenzurą, jakakolwiek ona jest i pod jakąkolwiek władzą istnieje, jest moim pisarskim obowiązkiem, tak samo jak nawoływanie do wolności słowa. Jestem gorącym zwolennikiem takiej wolności i uważam, że gdyby któryś z pisarzy zaczął udawać, że nie jest mu potrzebna, byłby jak ryba zapewniająca, że nie potrzebuje wody. [str.110] No i wieloletnia, ciężka wojna, jaką Bułhakow musiał stoczyć ze Stalinem. Wojna psychologiczna. Każda ze stron zdawała sobie sprawę, że ma niełatwego przeciwnika. Była to walka nierówna: Stalin miał władzę absolutną, zaś Bułhakow przewagę moralną. Zapłacił jednak za to wysoką cenę – przez wiele lat pisał utwory zróżnicowane gatunkowo, wszystkie jednak przepadały. To powodowało przygnębienie i potęgowało beznadzieję.

Swoje zapiski Michaił i Jelena pisali w bardzo ciężkich czasach, kiedy ostrożni ludzie starali się nie dokumentować bieżących wydarzeń, a tym bardziej swego życia osobistego. „Dziennik...” (mimo ilości stron) czyta się bardzo szybko. Całość jest pięknie wydana, opatrzona licznymi zdjęciami, dlatego z łatwością i przyjemnością przeskakuje się przez kolejne lata życia. To opowieść samego Bułhakowa i jego żony, a zarazem przyjaciółki, muzy i anioła stróża. Piękna i zacna to uczta intelektualna. Mnie urzekł jeszcze jeden fragment, napisany po latach przez Jelenę:
Mimo wszystko, mimo że zdarzały się chwile czarne, koszmarnie ciężkie, chwile nie smutku, ale i przerażenia na myśl o nieudanym życiu literackim, to gdybyście powiedzieli, że mieliśmy, że ja miałam tragiczne życie, odpowiedziałabym – nie! Ani sekundy. Było to najwspanialsze życie, jakie tylko można sobie wymarzyć, najszczęśliwsze. Byłam wtedy najszczęśliwszą kobietą na świecie… [str.18]
POLECAM GORĄCO!



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza



niedziela, 7 kwietnia 2013

Top 10 (7): Ulubione seriale

Akcja u Kreatywnej


Nie jestem fanką seriali, a wręcz przeciwnie - wywołują one u mnie uczucie irytacji. Przeraża mnie ich ilość, ich prostota, ich głupawe teksty i bark jakiegokolwiek aspektu wychowawczego. Obecnie nie oglądam żadnego, nie lubię, nie wciągają mnie, a przede wszystkim szkoda mi na nie czasu. Jednak - mam kilka swoich ulubionych - to te, które kojarzą mi się z dzieciństwem i wiekiem "nastu" lat. Darzę je wielkim sentymentem. A dziś słysząc w radiu piosenkę Cockera, zaczynającą się od słów  "What would you think if, I sang out of tune, would you stand up and walk out on me?...", wróciły migawki sprzed lat. Wywołała ona u mnie lawinę wspomnień. Zatem postanowiłam odświeżyć sobie te seriale, które kiedyś oglądałam, dlatego ten post jest taką podróżą do minionych lat.



1. Domek na prerii  (Little House on the Prairie)

Losy rodziny Ingallsów. Nie ma już dziś takich propozycji, najbardziej ciepły, rodziny i wzruszający. Rodzinka.pl czy inne dzisiejsze wytwory nie mają się co równać. A czołówkę pamiętam do dziś - trzy dziewczynki biegnące pośród traw.


2. Misteczko Twin Peaks




Ścieżka dźwiękowa do dziś wywołuje u mnie dreszcze. Pozornie sielskie i radosne miasteczko, zamieszkane przez sympatycznych ludzi, których specjalnością są placki z wiśniami, i których cieszy napływ turystów chcących podziwiać dwa bliźniacze, ośnieżone szczyty i piękny wodospad. Ale Twin Peaks kryło w sobie także najmroczniejsze  i ponure sekrety. Przerażający kiedyś, z perspektywy czasu stwierdzam, że był genialny.




3. Beverly Hills, 90210


Brandon czy Dylan - ówczesny dylemat, który przystojniejszy, który lepszy? Nie było chyba wtedy dziecka, które by tego nie oglądało. Zupełnie inny świat niż nasza szara, polska rzeczywistość, ale czy lepsza? Hmm... Na pewno wtedy fascynująca, ale jaka plastikowa i rozkapryszona.






4. Dzień za dniem (Life goes on)


OBLA DI OBA DA! Ten serial powinien być w kanonie "lektur" dla szkół podstawowych. Powinien być oglądany rodzinnie zamiast seriali o wampirach. Powinien łączyć rodzinę na jednej kanapie. Uroczy i już niepowtarzalny!

5. Cudowne lata (The Wonder Years)


Uzasadnienie chyba zbędne - ale niech będzie. Za czołówkę, za beztroskie lata, za pierwsze słowa utworu Cockera, za sobotnie przedpołudnia.


6. Zbuntowany Anioł

Był tak prosty i przewidywany, że w tej swojej prostocie piękny. A demotywator  - jak najbardziej prawdziwy.



7.  Północ-południe (North and South)

Muzyka, aktorstwo, fabuła - wszystko. Nie do podrobienia!

 i

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

„Sekretna księga Dantego” Francesco Fioretti

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 20 marca 2013
tłumaczenie: Karolina Dyjas-Fezzi
tytuł oryginału: Il libro segreto di Dante
liczba stron: 344



Dante Alighieri - wieszcz okrzyknięty najwybitniejszym poetą wszech czasów, bez wątpienia również człowiek, który przerósł swoją epokę. Jego uniwersalne dzieło "Boska Komedia” doczekało się wielu interpretacji, opracowań i inspiracji. Francesco Fioretti wielki fascynat i badacz Dantego dokonał nie lada wyczynu – w umiejętny sposób połączył fikcję literacką z prawdą historyczną, tym samym odczytując ukryty kod “Boskiej komedii”. 

Mamy rok 1291 – szerzą się okrutne rzezie, gwałty, a ci, co dotarli do Ziemi Świętej każą się nazywać rycerzami. Europa, która jeszcze dwieście lat wcześniej zrodziła pierwszych bohaterów wyprawy krzyżowej: Gotfryda, Boemunda, Baldwina, jest teraz jedną wielką pożogą, a większość templariuszy czuje się rozczarowana zmianami. Jednym z nich jest Bernard – jeden z bohaterów powieści.  Dante umiera 30 lat później, w dość niezwykłych okolicznościach. Wszystko wskazuje na malarię, jednak wkrótce pojawią się wątpliwości, ponieważ ginie 13 ostatnich ksiąg “Komedii”, co może wskazywać na jakieś celowe działanie bądź autor świadomie ukrył bezpiecznie księgi, ale zostawił pewne wskazówki, aby jego bliscy mogli je odczytać. Jego córka, mniszka Beatrycze, medyk Giovanni z Lukki i właśnie były templariusz Bernard próbują rozszyfrować zakodowaną wiadomość. I tak wersy znalezione na macie nad łóżkiem poety, jak i ukryte w skrzyni wskazywały na łamigłówkę, ukrytą w wersach poematu.

33
11
11
11
33
11
1
5
5
11
11
5
1
5
11
11
5
5
1
11
33
11
11
11
33

Dante wskazuje 33 wersy. 33 nie była to liczba przypadkowa, była to liczba-klucz. Suma cyfr w numerologicznym kwadracie zawsze wynosi 11, a suma sum 33. Każda część poematu liczy także 33 wersy, tyle ile żył Chrystus. To prywatna "Komedia" autora, pełna aluzji, przedstawił on tu swoją wędrówkę, czyli prawdziwe życie. Schemat jest syntezą jego trzydniowej tułaczki po Zaświatach. Ponadto w poemacie 33 sylaby w każdej tercynie składającej się z trzech jedenastozgłoskowców i 33 pieśni w każdej części. 33 to święta liczba Chrystusa. Liczba teodycei, boskiej sprawiedliwości, jako że jedenaście było liczbą sprawiedliwości, a trójka liczbą boskości. A przejście jedynki od setki przez dziesiątkę do jedności wyglądało niemal jak numeryczne przedstawienie wędrówki po trzech królestwach Zaświatów, od chaosu świata ku jedności rozumu, od najstarszych i obmierzłych stworzeń ku niezmiennej sile, pierwotnej materii Stworzyciela. Powtarzające się cyfry – jedynki i piątki - stanową bez wątpienia jakiś szyfr. Dlatego więc Dante postanowił ukryć zagadkowe przesłanie w swym poemacie? I jaki związek miało to z jego śmiercią? Mnożą się coraz liczniejsze zagadki, które potem będzie można odczytać z pentagramów.

Oprócz wątku związanego z rozszyfrowaniem zagadki, pojawia się też inny motyw. Miłości oczywiście. Była ona prawdziwą obsesją Dantego. Kiedy to z siebie sam uczynił głównego bohatera, który wędruje po kręgach Piekła, następnie trafia do Czyśćca i Raju, to w kolejnych niebach, napotyka na Beatrycze, która „w ogniu miłości jarząca", staje się coraz piękniejsza i świetlista, oślepiając go swoim blaskiem. Beatrycze tłumaczy mu, że miłość ziemska, choć jest jedynie słabym i mało znaczącym blaskiem bożej miłości, wywodzi się jednak od Boga, jest iskrą kosmicznej, niepowtarzalnej energii, która wypełnia gwiazdy, wszechświat i nawet nasze ciała, jest duchową siłą, której ludzkość nie docenia. [str. 56] Nasi bohaterowie również muszą zmierzyć się z tym uczuciem, a raczej najpierw jej poznać, aby siła miłości napełniła ich ciepłem.

Cała więc powieść jest tajemnicza, mroczna, zawiła, z drugiej strony pełna aluzji, symboli i mistycyzmu, czyli taka jak całe Średniowiecze.  Akcja sunie tu wolno, dzięki czemu docieramy do wszelakich zakamarków, ukrytych sensów i treści. A wersety Dantego miały przetrwać i przetrwały tysiące lat, opowiadając kolejnym pokoleniom o niecnych czynach ludzi Średniowiecza, którzy chcieli zatrzeć wszelkie ślady swojej działalności.


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.