czwartek, 27 czerwca 2013

„Rytuał babiloński” Tom Knox

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 18 czerwca 2013

tłumaczenie: Maciej Szymański
tytuł oryginału: The Babilon Rite
data wydania: 18 czerwca 2013
liczba stron: 416



Zakon o surowych regułach, skupiających krzepkich mnichów-wojowników, których zadaniem było chronienie pielgrzymów - nawet za cenę życia - przed zagrożeniem ze strony bandytów i wrogo nastawionych muzułmanów to oczywiście templariusze, inaczej Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona. O zakonie można by napisać nie jedną książkę, od marszu templariuszy ku potędze, o dwudziestu tysiącach członków u szczytu chwały zakonu, o wpływach tej potężnej organizacji obejmującej całą Europę, aż do dramatyczny upadek zakonu. Jeden z tych motywów wykorzystał Tomy Knox w swojej najnowszej powieści. Tym motywem - jak nie trudno się domyślić - jest ukryty skarb - ponieważ bogactwo zawsze kusiło. Z drugiej strony - podobno, gdy ktoś zaczyna mówić o templariuszach - to znak, że odchodzi od zmysłów.


Chyba coś w tym jest. Pentagramy. Kolumny. Inicjacja zakonna. Tajemnicze zagadki mogą stać się obsesją. Tomy Knox czerpie wiec inspirację z wielu autentycznych źródeł historycznych, archeologicznych, kulturowych i łączy to z fikcją literacką. Ale może trochę o fabule, która toczy się tu wielotorowo. Najpierw jesteśmy świadkiem samobójstwa profesora historii, który zostawił intrygującą wskazówkę o ukrytym skarbie templariuszy. Równolegle przenosiły się do Peru, gdzie amerykańska antropolog prowadzi badania na temat rytuałów prekolumbijskiej kultury Moche. Zagłębia się w jedną z największych peruwiańskich zagadek, odnajduje na początku naczynia ceramiczne utrwalające erotyczne perwersje. Seks ze zwierzętami. Seks ze zmarłymi. Seks między szkieletami. Tym samym zbudziła śpiących bogów Moche, którzy zaczynają ją prześladować. Tak więc metafora, żart, czy jednak wyraz fantazji, rodzaj mitologii?

Tymczasem w Europie trwa śledztwo związane z plagą tajemniczych samobójstw. Młodzi, bogaci ludzie odbierają sobie życie poprzez odcięcie stóp, rąk lub głowy. Trop w śledztwie prowadzi do miejsc związanych z templariuszami i cywilizacją prekolumbijska, czyli kulturą Moche. Kultura ta rozkwitła na pustyniach w północnej części Peru między V a IX wiekiem naszej ery i jest uważana za najdziwaczniejszą ze wszystkich znanych cywilizacji prekolumbijskich. Najbardziej skomplikowany i okrutny rytuał zwany Ceremonią Ofiary. A sam członkowie ludu byli perwersyjni, zboczeni, występni, szaleni, po prostu źli.

Jak na cechy gatunkowe thrillera – dreszczyk emocji,  napięcie, niepewność, tajemniczość, śmiertelne niebezpieczeństwo i obrona dobra – „Rytuał babiloński” wszystkie te właściwości posiada, Czyta się szybo, a fabuła niesamowicie wciąga. Kto więc jest fanem tego gatunku z pewnością nie będzie zawiedziony. Jedynie czego mogę się przyczepić, to wydaje mi się, że autor przesadził z epatowaniem scenami o charakterze makabryczno-erotycznym. Pewne opisy mógłby sobie darować. Miałam wrażenie, że wyszedł z założenia, że im więcej perwersji i seksu, tym lepiej. Cóż, tu można się spierać. Nie mniej jednak, to idealna pozycja na zbliżające się wakacje. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

„Dlaczego nie jestem muzułmaninem” Ibn Warraq

Wydawnictwo: Europa Przyszłość
tłumaczenie: Karolina M.Wielgat, Gwidon Kuśmierek
tytuł oryginału: Why I Am Not a Muslim
data wydania: 16 kwietnia 2013
oprawa: miękka
liczba stron: 506


Niewiele książek o tematyce religijnej można określić mianem odważnych”. Praca, którą mam przyjemność przedstawić, w pełni zasługuje na takie określenie. Jest odważna, ponieważ autor włożył w nią (zgodnie z pochodzeniem tego słowa) wiele serca*; jest odważna, gdyż stanowi akt intelektualnej szczerości i odwagi, jest bardziej przejawem wiary niż jej braku. [str.9] To słowa z przedmowy, które od razu sugerują, że będziemy mieć do czynienia z wyjątkową pozycją. 

Ibn Warraq urodził się w rodzinie muzułmańskiej i wychował w kraju, który obecnie określa się mianem republiki islamskiej. Jego bliscy uważają się za muzułmanów: jedni są bardziej ortodoksyjni, inni mniej. Najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa autora dotyczy obrzezania i pierwszych dni spędzonych w szkole koranicznej. Zanim nauczył się czytać i pisać w języku ojczystym, nauczono go czytać Koran po arabsku, chociaż wtedy nie rozumiał ani słowa z tego, co czyta. Nie był jednak odosobnionym przypadkiem, takie wspomnienia ma tysiące dzieci muzułmańskich. Kiedy tylko zaczął samodzielnie myśleć, odrzucił narzucone mu wcześniej dogmaty religijne. Ogromny wpływ na światopogląd Ibn Warraq miała sprawa Rushdiego. O książce Rushdiego pisałam tutaj.


Ibn Warraq w bardzo rzeczowy sposób ukazuje współczesne dylematy muzułmańskiego świata. Krytykuje islam w całej rozciągłości - mam prawo bluźnić, popełniać błędy, ironizować i drwić. [str.39] Dla przeciętnego, niewykształconego w filozofii muzułmanina Koran pozostaje nieomylnym, bezpośrednim słowem Boga zesłanym Mahometowi za pośrednictwem "ducha" lub Gabriela w doskonałym, czystym języku arabskim. Wszystko w nim jest odwieczne i niestworzone. Oryginalny tekst znajduje się w niebie. Anioł podyktował objawienie Prorokowi, który powtórzył je po nim, a następnie objawił światu. Współcześni muzułmanie twierdzą również, że te objawienia zostały zachowane dokładnie w tej samej formie, w jakiej zostały objawione Mahometowi, bez jakichkolwiek zmian, dodatków i skreśleń. Koranu używa się jako amuletu czy talizmanu przy narodzinach, śmierci czy zawieraniu małżeństwa. Podzielony jest na rozdziały (sury) oraz wersety. 80000 słów, 6200 wersetów oraz 114 sur. Każda sura, oprócz 1 i 9, zaczyna się od słów „W imię Boga miłosiernego i litościwego”.


Właśnie ta fraza sprawiła, że Mahometowi udało się rozwinąć jeden z najgorszych systemów prawnych z nauk Koranu, koncepcję Świętej Wojny z pomocą idei nagrody w raju dla świętych wojowników, którzy zginęli w walce za islam. Cały więc system etyczny opiera się wyłącznie na strachu. Mahomet używa gniewu bożego jako broni, którą zastrasza swych przeciwników i zmusza wyznawców do pobożnych uczynków i całkowitego posłuszeństwa wobec siebie. W tym akcie oskarżenia potępia przede wszystkim szariat, czyli prawo islamskie, które wdziera się wszędzie i reguluje wszystko - od podatków pielgrzymów, poprzez umowy rolnicze, wyżywienie i zakwaterowanie niewolników, zaproszenia na ślub, używanie wykałaczek, załatwienie potrzeb fizjologicznych, do zakazu noszenia złotych i srebrnych pierścieni przez mężczyzn czy nakazu odpowiedniego traktowania zwierząt. Oprócz tego drastycznie przestrzega kar, które orzeka Koran. Amputacje, ukrzyżowanie, zamurowanie kobiet żywcem, chłosta oraz brutalna atmosfera dżihadu - w tak światłym XXI wieku są aktualne, ponieważ Koran to Słowo Boże - prawdziwe i obowiązujące zawsze. Autor odkreśla i wypisuje te wszystkie okropności w akcie sprzeciwu wobec sentymentalnych nonsensów o 'pełnym duchowości Wschodzie', który, jak niestanienie nam się wmawia, przewyższa dekadencki i ateistyczny Zachód. [str.220]

Ponadto ujawnia błędy i nieścisłości, mijanie się z prawdą historyczną. Pojawiają się brakujące wersety i wersety dodane. Nieścisłości pojawiają się przede wszystkim w identyfikacji postaci -Maria, matka Jezusa - pomylona jest z Marią, siostrą Mojżesza i Arona. Pojawia się nawet opowieść o Aleksandrze Wielkim - jednak jest beznadziejnie pogmatwana pod względem historycznym. Konkluzja autora jest taka, że islam nigdy nie zbuduje demokracji i nie będzie przestrzegał praw człowieka, jeśli będzie upierał się przy zachowaniu szariatu i jeśli nie będzie w nim rozdziału między Kościołem a państwem.


Zajęło mi trochę przeczytanie tej książki. Nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Nie należy się również z nią spieszyć. Całość napisana jest rzetelnie, jednak w bardzo przejrzystym językiem. Bardzo dobrze udokumentowana, pojawia się mnóstwo przypisów, fragmentów innych książek i artykułów. Wszystko to sprawia, że mamy przed sobą fachową i błyskotliwą pozycję, akt oskarżenia wobec jednej z wielkich religii świata. POLECAM, odważnym.

*angielskie "courage"- odwaga - ma źródłosłów we francuskim "coeur" - serce

Książkę do recenzji dostałam od serwisu Czytanie nie szkodzi.

sobota, 15 czerwca 2013

„Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny” Grzegorz Lindenberg, Anna Maria Goławska


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 10 czerwca 2013
oprawa: miękka
liczba stron: 356




Piano, piano - powtarzają Włosi, powolutku, po co ten pośpiech. Zaułki, schodki, tajemnicze, kręte przejścia, wąskie uliczki, zioła i kwiaty wypełniające donice. Dodać do tego prześliczne pejzaże, kamienne farmy, do których prowadzą aleje obsadzane strzelistymi ciemnozielonymi cyprysami, drzewa oliwne o szarych delikatnych listkach. Dodatkowo niepowtarzalnego uroku Toskanii dodaje łagodne, lekko zamglone światło, które sprawia, że krajobraz wygląda jak namalowany, a nie rzeczywisty. Czy można chcieć więcej? Po co się więc spieszyć?


Autorzy do Włoch jeżdżą od wielu lat, a do Toskanii i Umbrii od siedmiu. Wcześniej założyli stronę internetową toskania.org.pl. W końcu zrodził się pomysł, by zgromadzone przez nich informacje i wrażenia po podróży utrwalić w książce. I jak podtytuł sugeruje - istotnie jest to subiektywny przewodnik. Dużo tu uczuć, emocji, zwykłych "achów i ochów" oraz przestróg. Widoczne jest od razu, że autorzy fascynują się również malarstwem i architekturą. Mamy tu nie tylko opisy znajdujących się w Toskanii dzieł sztuki, ale i ciekawostek, anegdot, fragmentów legend związanych z daną miejscowością lub artystą.

To, co spodobało mi się najbardziej to szczerość autorów, takie właśnie subiektywne wrażenie, niczego nie ubarwiają ani niczego zbytnio nie krytykują. Piszą, o tym gdzie można zjeść najlepsze lody w Włoszech, ale też o tym, gdzie są te lody są najdroższe. Mnie, z racji mojego zamiłowania do malarstwa i sztuki, podobały się najbardziej dygresje właśnie dotyczące malarzy i ich dzieł.
Nie jest to typowy przodownik, gdzie znajdziemy adresy, trasę dojazdu, czy plany miast. To raczej literacka podróż do Toskanii, po jej klimacie. Najlepiej czytać ją na leżaczku, łapiąc promyki słońca, można się wtedy poczuć jak toskańskie koty, które wygrzewają się na środku ulicy lub na maskach samochodów podczas sjesty. Pozostaje jedynie znaleźć sobie jakiegoś ragazzo, aby mnie tam zabrał ;).


Książkę do recenzji dostałam od serwisu Czytanie nie szkodzi.

wtorek, 11 czerwca 2013

„Próbowałam już wszystkiego! Jak radzić sobie z niesfornym dzieckiem bez bicia i krzyku” Isabelle Filliozat

Wydawnictwo: Esprit
data wydania: 9 maja 2013
tłumaczenie: Monika Wenta-Hudziak
ISBN: 9788363621223
liczba stron: 232




Poradników na rynku dostatek. Treści w nich zawarte, w większości z nich, nie są warte więcej niż... Może nie będę kończyć, myślę, że każdy zrozumiał. Dlatego spodobała mi szczerość autorki już na wstępie. Nie proponuję żadnego "przepisu" na to, by dziecko "się udało", bo takie przepisy nie istnieją. (...) Nie ma uniwersalnych odpowiedzi i gotowych wzorów postępowania. Dany kłopot może występować w wielu formach i dlatego istnieje wiele różnych rozwiązań. Nie ufajmy tym, którzy proponują "jedno jedyne wyjście" z trudnych sytuacji wychowawczych. [str.8]

Rodzice zbyt często kierują się stereotypami - nie jest regułą, że każdy dwulatek dostaje ataku furii, a dzieci osiemnastomiesięczne robią to, czego im zabroniliśmy, patrząc nam przy tym w oczy. Autorka stawia więc hipotezę, ze wszystkie zachowania dzieci, nawet te ekstremalne, mimo wszystko wynikają z naturalnych pragnień dzieci właściwych ich wiekowi. Lepsze zrozumienie motywów postępowania dzieci wydaje się fundamentem sukcesu, ponieważ nasze własne reakcje zależ od tego, jak interpretujemy zachowania dzieci.

Druga tendencja rodziców - to skłonności do psychologizowania oraz interpretacja irytujących, odbiegających od normy zachowań jako domaganie się uwagi, bunt, próbę sił. – „Przeczytałam tyle książek o wychowaniu, tyle poradników, jestem alfą i omegą w tej dziedzinie” – tak twierdzi większość matek. Życie jednak czasami weryfikuje tę pewność. I wszystkie mądre rady, dygresje babć i ciotek, ogół tych porad wyczytanych z książek jest nieużyteczna, bo rodzice zapominają o czymś najważniejszym - mianowicie o intuicji i o kierowaniu się sercem.

Niniejsza pozycja zawiera właśnie wiele uproszczeń, opcji, wyborów, rozwiązań, które warto rozważyć, gdy brak innego pedagogicznego pomysłu, a trzeba stanąć twarzą twarz z jakimś problemem. I śmiem twierdzić, że takich pozycji – o wychowaniu dzieci, o nowych metodach czy pomysłach – nigdy nie za wiele. Dlatego warto do nich zaglądać, a nuż znajdzie się akurat taki sposób pasujący albo działający na nasze dzieci. Jednak zawsze warto pamiętać o jednym – najważniejszym, aby napełniać „zbiorniki miłości” naszych małych aniołków i zapewnić im poczucie bezpieczeństwa, które jest fundamentem proponowanego tu modelu wychowania.





Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit 

środa, 5 czerwca 2013

„Wstręt do tulipanów” Richard Lourie

wydawnictwo: Znak
data wydania: 6 maja 2013
tłumaczenie: Mieczysław Godyń
oprawa: twarda
liczba stron: 208





Rembrandt, wiatraki, tulipany. Chyba większość słysząc te słowa od razu kojarzy Holandię. I ze świeczką można szukać takiego, któremu nie podobałyby się tulipany. Morze barwnych kwiatów potrafi zachwycić każdego. Sama uważam tulipany za moje ulubione kwiaty. Jednak te cudne rośliny nie każdemu miło się kojarzą. Nienawidzę tulipanów. Są zbyt piękne, kiedy są żywe, i wyglądają strasznie martwo, kiedy więdną. Ale tak naprawdę nienawidzę ich dlatego, ze wiem, jak smakują. W czasie wojny, pod koniec, gdy niczego już nie było, jedliśmy je, jedliśmy cebulki tulipanów.[str.15] o słowa pewnego staruszka-Joopa-narratora w powieści. Poznajemy go w momencie, gdy odwiedza go młody brat-Willem, którego nie widział od 60 lat. Po rozstaniu rodziców Joop został z ojcem w Amsterdamie, a Willem wyjechał z matką do Ameryki. Joop opowiada więc bratu historię swojego życia, a właściwe części życia ich obojga, gdyż Willem był zbyt mały, aby wszystko pamiętać.

Przenosimy się do Amsterdamu. Holendrzy patrzą na sytuację polityczną z przerażeniem. Mają nadzieje, że tak jak w I wojnę pozostaną neutralni a zbliżająca się niemiecka agresja ich nie obejmie. Okupacja hitlerowska była dla nich dramatem, nie mogli się pozbierać, odnaleźć oraz funkcjonować w nowej rzeczywistości. Wszystko robiło się jakieś cieńsze. Podeszwy moich butów. Podszewka mojej kurtki. Ubywało ciepła w domu; w środku było prawie tak zimno jak na zewnątrz. [str. 87] Głód potrafi odprowadzić do szaleństwa. A gdy dochodzi to tego bezsilność – to niewiele trzeba, aby wyzwoliły się w człowieku inne instynkty. Oprócz tego Joop czuje się bardzo samotny. Jego matka musi zajmować się noworocznymi bliźniakami, a ojciec próbuje zarobić jakieś guldeny, aby wykarmić rodzinę, w końcu i on podupada na zdrowiu. Teraz to Joop próbuje utrzymać rodzinę, chwytając się różnych zajęć. A brakuje wszystkiego: opału, chleba, jajek, mleka, mydła. Ponadto za wszelką cenę chce odzyskać akceptację ojca, który przestał go nazywać swoim synem, po tym jak o mały włos nie zostałby przyłapany na sabotażu. Ojciec uważał, że w ten sposób naraził całą rodzinę na niebezpieczeństwo. Joop pragnie jedynie, aby ojciec znowu był z niego dumny.

A teraz najważniejszy wątek – Anna Frank. Anna to żydowska dziewczyna, która wraz z rodziną ukrywała się w Amsterdamie. Krótko wcześniej Anne otrzymała na trzynaste urodziny album, w którym rozpoczęła pisanie dziennika; żyjąc w ukryciu, w bardzo ciężkich warunkach, zawarła w nim i opisała wszystko to, co ją otaczało. W 1944 ktoś na nią doniósł i tym samym skazał rodzinę Franków na obóz koncentracyjny. I tu historia Anny i Joopa łączy się…

Poruszyła mnie ta książka, choć przeczytałam ją wczoraj, nadal o niej myślę. I bardzo lubię taki styl. Oszczędny, lekki, ale bardzo emocjonalny. Taki przenikający, chłody obiektywizm. Prosty, a piękno tkwi w prostocie i w oszczędności, w tym przypadku słów. I jeszcze jedno. Na tulipany patrzę teraz zupełnie inaczej.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

niedziela, 2 czerwca 2013

„Szatańskie wersety” Salman Rushdie


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 28 maja 2013
tłumaczenie: Jerzy Kozłowski

tytuł oryginału: The Satanic Verses

seria/cykl wydawniczy: Mistrzowie literatury
oprawa: miękka ze skrzydełkami
liczba stron: 664



-Stoję przed zgromadzeniem wielu poetów - mówi wyraźnie - ale nie mogę się mienić jednym z nich. Jestem za to Posłańcem i przynoszę wersety od Tego, który jest potężniejszy od wszystkich tu zebranych. [str.129] Te słowa wypowiada Mahomet (tu Mahmund - zniekształcone imię proroka). Słowa płyną z wizji objawień, podczas których Mahmundowi ukazywał się anioł Dżibril (Gabriel) i nakazywał mu głosić monoistyczną wiarę. Liczba wyznawców więc rosła, co prowadziło do konfliktu z wyznawcami wielobóstwa. Mahomet, chcąc ich sobie zjednać, najpierw zaakceptował niektóre z tych bóstw i ogłosił to jako boskie objawienie, a potem uznał, że te fałszywe słowa podyktowane mu zostały przez kuszącego go szatana (stąd określenie "szatańskie wersety"). Nietrudno się domyślić, że budzi to wiele kontrowersji w świecie islamu i nie zostało jednoznacznie udowodnione. Tak jednak przedstawia to Salman Rushdie: Oto, co usłyszał podczas słuchania, że został oszukany, że przyszedł do niego diabeł pod postacią archanioła, toteż wersety, które powierzył pamięci, a potem wyrecytował w namiocie poezji, nie były prawdziwym Przesłaniem, były jego diabelskim przeciwieństwem, nie boskim, lecz szatańskim. [str.139]

To właśnie wywołało takie oburzenie w świecie islamu. Po wydaniu powieści w roku 1988 świat muzułmański uznał ją za bluźnierczą dla ich religii. Ówczesny przywódca Iranu Chomejni ogłosił oficjalnie fatwę, a tłumacze książki byli prześladowani - włoski tłumacz został kilkakrotnie napadnięty, a japoński - zamordowany. Sam autor został wyklęty przez wyznawców tej religii, jego książki płonęły na stosach i przez wiele lat musiał się ukrywać.

Jednak na ponad 660 stronach Rushdie nie opisał tylko biografii Mahometa. To bardzo misternie skonstruowania opowieść, gdzie każdy rozdział otwiera osobną szkatułkę z inną historią, mitem czy legendą. Autor umiejętnie splata kulturę Zachodu ze Wschodem, przeskakuje z przeszłości do teraźniejszości, miesza świat fantastyczny z realnym, łączy symbole i aluzje.  W ogóle cała opowieść zaczyna się dość drastycznie. Samolot lecący z Bombaju do Londynu zostaje wysadzony przez terrorystów nad kanałem La Manche. Giną wszyscy pasażerowie oprócz hinduskiego aktora – Dżibrila Fariśta oraz Saladyna Ćmaća, zakochanego w angielskiej kulturze człowieka o tysiącu i jednym głosie. Spadając z nieba przeistaczają się, jeden w Anioła, drugi w Diabła. Prowadzi to oczywiście do rywalizacji między nimi. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że w tak wielopłaszczyznowej powieści trudno wszystko dobrze zrozumieć. Nie mam doktoratu z religioznawstwa ani nie orientuję się nawet we wszystkich dogmatach islamu. Tak naprawdę wszystkie te splecione ze sobą historie rodzą wszelkie interpretacje. Polecam też na początku skorzystać ze słowniczka zamieszczonego na końcu książki, a najlepiej przeczytać go na początku. Wyjaśnia on wszystkie ważniejsze pojęcia związanie z islamem – a dla laika takiego jak ja – jest to jak najbardziej pomocne przy rozumieniu całości. Z pewnością również wrócę do tej książki, ponieważ jest to pozycja, którą odkrywa się na nowo i warto ją przeczytać nawet kilkakrotnie, aby odnaleźć za każdym razem coś innego albo inaczej ją zrozumieć. Polecam, z czystym sumieniem!  

Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.