czwartek, 31 października 2013

„Życie, piękna katastrofa” Jon Kabat-Zinn

Wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 14 sierpnia 2013
tłumaczenie: Dariusz Ćwiklak
tytuł oryginału: Full Catastrophe Living
oprawa: broszurowa
liczba stron: 592







W filmie Nikosa Kazantzakisa "Grek Zorba" pojawia się pewien dialog. Młody towarzysz Zorby pyta go w pewnej chwili: "Zorba byłeś kiedyś żonaty?". Na to Zorba odpowiada: "A czyż nie jestem mężczyzną? Oczywiście, że byłem żonaty. Żona, dom, dzieci, wszystko... pełna katastrofa". I to wcale nie było narzekanie, że małżeństwo i dzieci to katastrofa. Zorba w tej odpowiedzi zawarł szacunek dla bogactwa życia i nieuchronności wszystkich jego dylematów, żalów, tragedii i ironii. "Tańczy" w wichrze pełnej katastrofy, celebruje życie, śmieje się z siebie, nawet w obliczu osobistego upadku i porażki. Dzięki temu nigdy nie jest zbyt długo przybity, nie pokona go ani świat, ani jego własna bezmyślność. Dla niego zmierzenie się z pełną katastrofą oznacza odnalezienie i pogodzenie się z tym, co w nas samych najbardziej ludzkie.

Katastrofa przecież nie oznacza tragedii. Mimo, że składają się na nią kryzysy, załamania i drobiazgi, które się nam nie układają. To raczej smutna potęga naszych życiowych doświadczeń. Życie wciąż płynie i wszystko, co wydaje nam się stałe, jest jedynie tymczasowe i wciąż się zmienia. Mowa tu o naszych ideach, opiniach, związkach, posadach, majątku, ciałach, o wszystkim.  W tej książce będziemy się uczyć i ćwiczyć sztukę akceptacji pełnej katastrofy. Będziemy to robić po to, by życiowe burze, zamiast zniszczyć czy ograbić z sił i nadziei, wzmocniły nas i nauczyły czegoś o życiu, rozwoju i zdrowieniu w świecie pełnym tymczasowości przemian, a czasami wielkiego bólu. [str.31] I tak w istocie jest, sedno tkwi tu w zrozumieniu jednego - czynniki umysłowe i emocjonalne, czyli sposób, w jaki myślimy i zachowujemy się, mogą mieć znaczący wpływ - dobry lub zły - na nasze zdrowie fizyczne i na naszą zdolność do uporania się z chorobą czy obrażeniami.

„Carpe diem” – to motto wielu ludzi, taka pseudosentencja, której sami do końca nie rozumieją. Chwytaj dzień, żyj dniem, żyj chwilą. W życiu wcale nie chodzi o to, aby żyć chwilą, tylko żyć w danej chwili. „Carpe diem" – ma więc wydźwięk hedonistyczny i bynajmniej nie oddaje sensu życia.  Sedno tkwi w tym, aby odnaleźć sposob, jak można wsłuchać się we własne ciało i umysł, by bardziej zaufać własnemu doświadczeniu. Uwierzyć w to, że można żyć, patrzeć na problemy, zaakceptować pełną katastrofę i sprawić, że życie będzie bardziej radosne i bogate. Aby wykorzystywać każdą chwilę, nawet jeśli jest to chwila bólu, smutku, rozpaczy czy strachu. To „wykorzystywanie chwil” to przede wszystkim regularna, pełna praktyka świadomego przeżywania każdej chwili, czyli „uważna obecność”, pełne „posiadanie” każdej chwili życia, dobrej, złej, pieknej czy brzydkiej. To właśnie istota życia z pełną katastrofą. Takie pielęgnowanie uważnej obecności nazywanie jest istotą medytacji buddyjskiej. Jednak nie trzeba wyznawać buddyzmu, aby pewne elementy wprowadzić do swojego życia, gdyż istota medytacji jest uniwersalna. Jest również niezależna od ideologii, ta uważna obecność jest potężną siłą umożliwiającą zrozumienie siebie i zdrowienie. Tak przynajmniej twierdzi autor.

Całą pozycję czyta się bardzo przyjemnie, choć chwila nieuwagi i ma się wrażenie, że już się o tym czytało lub słyszało. Najwartościowszym dla mnie był rozdział na temat rodzajów stresu, na czym on polega i jaką ma wartość świadome przezywanie stresujących sytuacji, po to, byśmy mogli skuteczniej sobie w nich radzić. Na koniec autor zmieszcza dodatki – kalendarzyk świadomości przyjemnych i nieprzyjemnych zdarzeń oraz kalendarzyk świadomości trudnych i stresujących rozmów. Proponuje na początek, aby świadomie przeżyć jedno przyjemne zdarzenie, a potem zapisywać jak reagowało nasze ciało, jakie nastroje nam towarzyszyły, jakie myśli były z nami, gdy to opisywaliśmy. To oczywiście tylko przykład ćwiczenia, ale pomysł spodobał mi się bardzo. Cała książka może być swoistą terapią. Na pewno pokazuje inny sposób patrzenia na siebie, na własne życie, na sukcesy i porażki. To zaproszenie w podróż do samorozwoju oraz odkrywania wewnętrznych sił do zdrowienia i radzenia sobie z pełną katastrofą. Teorię mam więc opanowaną, teraz zajmę się praktyką.  


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca  



wtorek, 22 października 2013

„Mroczna wieża” Clive Staples Lewis



Wydawnictwo: Esprit

data wydania: 24 września 2013
tłumaczenie: Aleksandra Motyka
liczba stron: 272
oprawa: miękka ze skrzydełkami





C.S. Lewis należy do najukochańszych moich pisarzy. Odkąd zdobył moje serce "Smutkiem", pochłaniam wszystko, co wyszło spod jego pióra. Nie sądziłam również, że są jeszcze teksy, które nie ujrzały światła dziennego. A tu proszę - niespodzianka. Pojawia się kolejna publikacja. Historia utworów Lewisa umieszczonych w zbiorze pt. "Mroczna wieża" jest niezwykła. Te niepublikowane dotąd teksty zostały ocalone przed zniszczeniem, spaleniem wręcz, przez sekretarza Lewisa, Waltera Hoopera. To on, jako zagorzały fan swojego pracodawcy, uchronił pożółkłe maszynopisy przed unicestwieniem.

Tytułowa „Mroczna wieża” to niedokończony utwór, który – jak sugeruje Hooper – jest kolejną częścią trylogii międzyplanetarnej („Z milczącej planety”, „Perelandra” i „Ta ohydna siła”). Opowiada o pewnym wynalazku  - naukowca z Cambridge - który umożliwia spojrzenie w inny Czas, w przeszłość i przyszłość. Lewis miał obsesję, co do podróży w czasie – stanowiły one motyw wielu jego dzieł. Tezę tę potwierdza też fabuła „Mrocznej wieży”, szkoda tylko, że akcja urywa się w najciekawszym momencie. Dlatego przy wydaniu było wiele kontrowersji. Niektórzy uważają, że to okrutne publikować takie urywki, ponieważ w wielu przypadkach nie możemy nawet zgadywać, w jaki sposób autor chciałby zakończyć swoją opowieść. [str.10] - pisał Hooper, bo z takim dylematem się zmagał. Mierzyli się z tym również spadkobiercy Lewisa. Nie mniej jednak bardzo wielu czytelnikom od dawna marzyło się ujrzeć wydanie nieopublikowanych dotąd dzieł. Bowiem każdy chyba pisarz ma w swojej szufladzie ukryte rękopisy, notatki, zarysy, pomysły na fabułę – i nie zawsze wszystkim takim "perełkom” jest dane, aby zwykli zjadacze chleba mogli to ujrzeć.  W tym przypadku udało się i mamy zbiór utworów, które prawie by uległy spaleniu. Oprócz Mrocznej wieży” znajduje się tu 5 innych opowiadań – znacznie krótszych i bardzo zróżnicowanych pod względem treści, problematyki, jak i też czasu powstania.

W całym zbiorze znajdziemy wielkie tematy tak charakterystyczne dla twórczości pisarza jak: Czas, Przestrzeń, Pozór, Rzeczywistość, Zdolności ludzkiego umysłu, Granice wytrzymałości człowieka i Sen. Wszystkie jednak są podane w przystępnej formie. Bo to właśnie język – ten wyszukany, kunsztowny dobór słów, wielkość w prostocie, sprawia, że smakuje się tu każdy wyraz. Nic nie jest tu przypadkowe, wszystko ma zamierzony cel, aby pobudzić czytelnika do refleksji, aby zwrócić na coś uwagę. W „Niewidomym od urodzenia” będzie to zgubny współczesny zwyczaj patrzenia jedynie na rzeczy, a nie na to, co je otacza, na światło. To historia człowieka, który urodził się z zaćmą na oczach. Ciągle słyszał o świetle, ale nic z tego nie pojmował. Po przejściu operacji zaczął częściowo widzieć, ale ciągle nie mógł zrozumieć światła. Lewis zwraca tu uwagę na bezmyślne postrzeganie rzeczy przez nas samych i niedostrzegania rzeczy, które mamy przed oczami.

Fascynująca to gratka dla fanów Lewisa. Można podziwiać jego warsztat literacki, jak się rodził zamysł, pomysł na fabułę. A przy tym bardzo przyjemnie to się czyta, lekki język sprawia, że – mimo poważnych tematów -  nie jest to lektura ciężka w odbiorze. Wyjątkowe dopełnienie mozaiki – całej twórczości Lewisa.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit 

piątek, 18 października 2013

„Kąpiąc lwa” Jonathan Carroll

Wydawnictwo: Rebis
wydanie: październik 2013
tłumaczenie: Jacek Wietecki
tytuł oryginału:Bathing the Lion
oprawa: twarda
liczba stron: 320






Kraina snu jest jak plac zabaw, na którym zerwana z więzów rzeczywistości wyobraźnia wyżywa się na karuzelach, huśtawkach i zjeżdżalniach. [str.121]

Zastanawialiście się kiedyś gdzie podziewają się nasze sny, kiedy się budzimy? Czy istnieje jakieś miejsce, gdzie one się gromadzą i czekają na odpowiedni moment, aby do nas przybyć? A może one cały czas gdzieś wędrują w naszym umyśle, do jakiej składnicy snów, którą nosimy w sobie? A co się stanie, gdy coś nagle wyrwie nas z głębokiego snu? Co się wtedy dzieje? Wszystko znika, próbujemy sobie przypomnieć jakieś skrawki, ale całość nam się plącze, a następnie – najczęściej – sen wywietrzeje z głowy. A jeśli w naszym śnie były jeszcze jakieś inne osoby, te które znamy na co dzień, co się z nimi dzieje? Próżnia, bezsenna pustka, tajemnicza sfera półcienia, gdzie ład i porządek ściera się z Chaosem - tak to nazywa Jonathan Carroll.

W takiej próżni zostaje uwięzionych pięcioro przyjaciół. Wcześniej jesteśmy świadkami kłótni małżeńskiej, gdzie bohaterowie – Dean i Vanessa – postanawiają dać sobie trochę czasu na przemyślenie sensu dalszego trwania ich związku. Następnie ekskluzywny sklep odzieżowy prowadzony przez Deana i jego przyjaciela Kaspra (i kochanka Vanessy) zapada się jakby pod ziemię. Zamienia się nagle w salonik prasowy sprzed trzydziestu lat, w którym pracuje poprzedni właściciel, a obecnie już staruszek. Pojawia się też dziewczynka, która miała się urodzić wiele lat temu pewnemu małżeństwu. No i jest jeszcze Jane, która nie kryje swojej orientacji seksualnej i nagle zaczyna rozmawiać z krzesłem, wyjętym wprost z powieści, którą czytała po rozstaniu z kochanką. Przyznacie, że niezła gmatwanina. A gdy dodać do tego jeszcze różowego słonia- Mubę, który śnił się wiele lat temu Deanowi, który chorował wtedy białaczkę, to już wychodzi z tego prawdziwie poplątanie. A może to po prostu Porządek i Sens będzie walczył z Chaosem.

Nagle okaże się również, że w okamgnieniu bohaterowie będą w stanie wejrzeć w najtajniejsze zakamarki swoich umysłów, w pokłady pamięci, w szufladki ukrywające największe sekrety. Dar czy przekleństwo – taka umiejętność czytania w czyiś myślach? Co do jednego byli jednak zgodni. Poprzedniej nocy przyśnił się wszystkim identyczny sen. A raczej koszmar, którego indywidualne fragmenty posklejały się w wspólny horror. Trochę prawdy, trochę fałszu,   trochę przeszłości, trochę teraźniejszości i bardzo dużo absurdu.  „Chwytali wiedzę w krótkich przebłyskach, zerkali na moment za kurtynę życia, zaglądali w cudze serca i historie, zalewające ich niepowstrzymaną falą. Każde z nich reagowało przy tym odmiennie”. [131]

Specyficzny ma styl pan Carroll, trzeba mu przyznać. Można się nim albo zachwycać, albo nim pogardzać. Z pewnością nie można jego książek odkładać po pierwszych stronach, gdzie z początku wydają się płytkie i banalne. Należy wytrwać, gdyż w tym tkwi cały urok jego twórczości. Jonathana Carrolla trzeba smakować powoli, a wtedy uraczy nas pięknym, plastycznym językiem oraz wieloma dwuznacznościami i niedopowiedzeniami. I choć Carroll nie należy do moich ulubiony pisarzy, i serca mojego nie zdobył, to jednak darzę go wielkim sentymentem, a wszak - wiadomo - skoro jest sentyment – to jest i sympatia, i delikatny uśmiech na twarzy, po przeczytaniu całości. Czyżby magia? 

A kto ma ochotę zobaczyć Carrolla na żywo, to zapraszam:



 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

poniedziałek, 14 października 2013

„Ania z Avonela” Lucy Maud Montgomery

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
wydanie: audiobook, sierpień 2013
przekładz: Ewa Łozińska-Małkiewicz
Czas nagrania: 9 godz. 58 min





Nadal jestem w kręgu powieści dla młodzieży. Tym razem powrót do lat młodzieńczych. Ania Shirley należy do moich ulubionych bohaterek literackich i to z kilku powodów. Po pierwsze, ze względu na ogromnie podobieństwo zewnętrze -piegi, rude włosy, jak i wewnętrzne - wrażliwość i parę innych cech.  Mając naście lat zmagałam się z takimi samymi dylematami co Ania. Piegi i rudości były dla mnie zmorą. I podobnie jak Ania przeżywałam z tego powodu katusze. Po drugie - imię Diana - mój drugi kompleks z dzieciństwa. Jeszcze parę lat temu, no dobra paręnaście, było to rzadkie imię. Dlatego przedstawiając się zawsze miałam wrażenie, że wychodzę na dziwoląga, a tu nagle czytam powieść, gdzie najlepsza przyjaciółka Ani, ma na imię tak samo jak ja. Jakież było moje zaskoczenie, że nie ja jedna J Teraz, śmieję się z tych mich dylematów i problemów. Włosy – podobnie jak Ani trochę mi ściemniały,  a z piegów jestem bardzo dumna. Jednak mimo tych podobieństw - bliżej mi do Ani z Avonela, niż do Ani z Zielonego Wzgórza.

Ania w drugiej części dojrzewa. Roztrzepanie i urocza gapowatość gdzieś się ulotniły. Swój wybuchowy charakterek potrafi już okiełznać, jednak dusza marzycielki i niepoprawnej romantyczki wciąż w niej tkwi. 17-letnia Ania dostaje posadę nauczycielki i nietrudno się domyślić, że szybko zdobywa sobie sympatię uczniów. Maryla pod wpływem Ani również dojrzewa - jeżeli tak to można ująć. Staje się bardziej ciepła i łagodniejsza, czego skutkiem jest przygarnięcie osieroconych bliźniąt - Dory i Dawidka, które sprawiają jej wiele kłopotów. Jednakże Maryla twierdzi, że dom w ten sposób tętni życiem. Natomiast Ania traktuje opiekę nad bliźniętami jako wyzwanie wychowawcze. W życiu Ani pojawiają się nowe "bratnie dusze" - pan Harrison, panna Lawenda, czy Paul Irving. Bardzo podoba mi się tu postawa Ani – z jednej strony mądra już życiowo, a drugiej wciąż jeszcze skłonna do marzeń i wyobrażania sobie romantycznych historii. Z resztą w powieści wielkich miłości nie brakuje – jedne dopiero pączkują, drugie – po latach, znowu wybuchają uczuciem. A już przeurocza była historia Helen Gray i jej ogrodu. Można by na koniec wysnuć refleksję - Gdzie te dziewczyny, gdzie się podziały takie dziewczęta, obdarzone taką bogatą wyobraźnią, wrażliwe, urocze, romantyczne. W dzisiejszych czasach - przepełnionych plastikowymi i przepuszczonymi przez Fotoshopa wizerunkami, w czasach wyuzdania, arogancji i hipokryzji - ze świecą szukać takich temperamentnych, a zarazem taktownych i uroczych postaci jak Ania.

Tym razem miałam okazję wysłuchać audiobooka. Ciepły głos pani Joanny Pach-Żbikowskiej  w cudowny sposób przeniósł mnie do Avonela. Postacie żeńskie były w bardzo wiarygodny sposób odczytane, gorzej z męskimi, ale to szczegół.  Bo choć nie ma tu  takich opisów przeżyć wewnętrznych jak w „Ani z Zielonego Wzgórza”, to nie brakuje scen, gdzie podobnie jak Ania, można jedynie popaść w zachwyt. Cudownie-uroczo-czysta. Polecam!


Biblioteka Akustyczna




wtorek, 8 października 2013

„CzarLa. Poszukiwacze” Tony DiTerlizzi

Wydawnictwo: Znak Emotikon
data wydania: 26 września 2013r.
tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
oprawa: twarda
liczba stron: 472






Jeśli chcesz, aby twoje dzieci były inteligentne, CZYTAJ IM BAŚNIE. Jeśli chcesz, aby twoje dzieci były bardziej inteligentne, CZYTAJ IM WIĘCEJ BAŚNI. Te słowa, które są tu mottem, wypowiedział nie kto inny, tylko Albert Einstein. Co potwierdza fakt, że nawet umysły ścisłe są zdania, że nigdy nie wolno lekceważyć siły wyobraźni, a wrota do fantazji otwierają się przed nami zwłaszcza wtedy, kiedy czytamy baśnie.

„CzarLa. Poszukiwacze” oszałamia już od pierwszych stron, ba! nawet zdań. W dużej mierze za sprawą ilustracji. Autor sam je wykonał, czerpiąc inspirację z takich pozycji, jak „Gwiezdne wojny”, „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” i „Alicja w Krainie Czarów”. I niczym Alicja wpadamy w fantazyjny świat, pełen niezwykłych stworzeń, przygód i niebezpieczeństw




Poznajemy Ewę. Ewę Dziewięć, dokładnie, która ma 12 lat. Nie jest jednak zwyczajną nastoletnią dziewczynką. Nie ma typowych zabawek, nie mieszka w normalnym domu, jak i nie posiada nawet zwykłego łóżka czy ubrań. Jej dom do Sanktuarium, łóżko jest elektryczne, którego przenika błogie ciepło, nosi kurtizelkę, czyli ubranie, które informuje ją o temperaturze i innych pomiarach, a jej zabawką jest omnipod – urządzenie, które instruuje ją o różnych zadaniach. Jakby tego było jeszcze mało – to Sanktuarium mieści się pod ziemią, a opiekuje się nią robot-Mat. Ewa zalicza ciągle zadania programu szkoleniowego, aby móc poradzić sobie z przetrwaniem poza ich bezpiecznym miejscem. Dlatego dziewczynkę dręczą pytania, na które nikt jeszcze nie potrafi jej odpowiedzieć. Dlaczego wychowuje ją robot? Czy poza nią istnieją jeszcze inni ludzie i inny świat? Dlaczego mieszkają pod ziemią? Jej dylematy wzmacnia tylko znaleziony kiedyś obrazek, na którym widać małą dziewczynkę trzymająca za rękę robota oraz jeszcze jedną osobę. Pod spodem znajdował się fragment tekstu: Czar La. To nasuwa jej na myśl kolejne pytania.


Pewnego dnia do ich bezpiecznego Sanktuarium wkrada się jednak intruz – stwór o imieniu Bestill. Jego celem jest Eva. Dziewczynka zmuszona jest uciekać z Sanktuarium i musi się wydosatć na powierzchnię. Na górze okazuje się, że świat zamieszkają najróżniejsze istoty, niepodobne do niczego, o czym Eva się uczyła. Czy trafi na ślad ludzi? Czy dowie się, gdzie i kim jest? I w czym pomoże jej nauka nowego języka – orbońskiego? Przepiękna to była wędrówka, niezwykłe realia, wymyślne stworzenia, wzruszające relacje, nietypowe przyjaźnie – wszystko to zwala z nóg i nie pozwala zapomnieć o sile wyobraźni oraz o tym, że magia jednak istnieje. Polecam gorąco!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

środa, 2 października 2013

„Bracia Hioba” Rebecca Gablé

Wydawnictwo: Esprit
data wydania: 11 września 2013
tłumaczenie: Paulina Filippi-Lechowska
tytuł oryginału: Hiobs Brüder
oprawa: miękka ze skrzydełkami 
liczba stron: 876







Są takie książki, które nas wzruszają, są takie książki, które wywołują uśmiech na ustach, są takie, dzięki którym poznajemy realia danej epoki, są takie, które zachwycają do pierwszych stron, są takie książki, w których bohaterowie staja się naszymi ulubieńcami i nie sposób się z nimi rozstać, są i takie, które sprawią, że po skończeniu czujemy żal, że to już koniec. W przypadku "Braci Hioba" mamy wszystkie te wymienienie wcześniej cechy spełnione.

Rok Pański 1147, w Anglii trwa wojna domowa między cesarzową Matyldą a Stefanem z Blois. Oboje byli wnukami Wilhelma Zdobywcy. Matylda była pierwszą w linii, aby przejąć koronę. Jej ojciec kazał przyrzec lordom, że po jego śmieci przekażą jej koronę. Jednak, gdy król umarł lordowie złamali przysięgę i osadzili na tronie kuzyna Matyldy, Stefana. Nie chcieli bowiem, aby władzę nad Anglią, wraz z Matyldą, przejął jej małżonek Geoffrey z Anjou. I tak zaczęła się  długa wojna, między zwolennikami Matyldy a Stefana, toczona z wielkim okrucieństwem i zaciętością. To tło historyczce wykorzystała niemiecka pisarka i powiązała ze sobą postaci historyczne z fikcyjnymi. Tych postaci fikcyjnych jest tu kilka i każdy z nich zasługiwałby na osobną charakterystykę. Nie sposób ich jednak opisać w jednej recenzji.

Poznajemy najpierw Simona, młodego chłopca z epilepsją, którego mnisi wywożą na odludną wyspę, ponieważ według średniowiecznych przekonań – ludzie chorzy nie urodzili się jako dzieci Boga - na Jego obraz i podobieństwo - dlatego należało ich odseparować od reszty chrześcijańskiego społeczeństwa. Duchowni utrzymywali pogląd, że ludzi kalekich, upośledzonych Bóg odrzucił, zatem idąc za Jego przykładem, czynią to samo. Mnisi z klasztoru św. Pankracego znaleźli więc idealne miejsce, gdzie takich ‘dziwaków’ można trzymać. Taki los spotkał i Simona. Poznaje tam inne osoby o fizycznych i psychicznych mankamentach. Wśród nich są: bracia syjamscy -Godryk i Wulfryk - zrośnięci na wysokości bioder, Edmund, który uważa się za króla i świętego, Oswald z Zespołem Downa, Regie – psychopatyczny i seryjny morderca, jednak szlachetnie urodzony, Luke – chłop ulegający atakom szaleństwa, twierdzący, że ma węża w brzuchu oraz cierpiący na amnezję Losian. Wybuchowa to mieszanka różnych osobliwości. Większość z nich założyła, że spędzą tam już resztkę życia, jednak Opatrzność daje im drugą szansę, gdyż wyspę nawiedza powódź, która sprawia, że wydostają się oni na ląd. Miejsce, które było dla nich więzieniem, z drugiej strony dawało namiastkę stabilności i bezpieczeństwa znikło, a oni trafili na ziemie ogarnięte wojną domową, anarchią i bezprawiem. Każdy z nich będzie musiał na nowo zmierzyć się ze swoimi ułomnościami i poradzić sobie z przypiętą etykietką odmieńca.  Zadanie wcale nie łatwe, gdy nie ma się pewności z kim ma się do czynienia, bo każdy z bohaterów skrywa jakąś jeszcze tajemnicę.

Rebecca Gablé korzystała z wielu źródeł pisząc powieść. W umiejętny sposób wplotła też dwie legendy, odgrywające w świadomości Anglików bardzo znaczącą rolę. Pierwsza z nich opowiada o świętym Edmundzie, a druga o czeladniku, który podobno padł ofiarą żydowskiego mordu rytualnego. Dodatkowo cały czas przewija się - i ma związek z fabułą - inne wydarzenie historycznie – mianowicie zatonięcie statku White Ship, na którym płynął następca angielskiego tronu. Normandzki statek zatonął na kanale La Manche w dniu 25 listopada 1120 u wybrzeży Barfleur. Oprócz króla zginęło około 300, z których uratował się tylko rzeźnik z Rouen. Kontrowersji wokół tego zatonięcia narosło wiele i było początkiem – wspomnianej przeze mnie wcześniej – wojny domowej.

Fascynująca fabuła wysuwa się tu na pierwszy plan. Świetnie nakreślone realia epoki tylko ją uzupełniają, a już wisienką na torcie są kreacje postaci, gdzie każdy z bohaterów to postać z krwi i kości, Nie da się ich nie lubić. Nie da się nie lubić poczciwego Oswalda czy pełnych optymizmu braci-Godryka i Wulfryka, nawet seryjny morderca - Regi dostarczył mi chwil wzruszeń, a zielono-niebieskooki Losian zwalał po prostu z nóg. Na uwagę zasługuje również kreacja postaci historyczny i takich szczegółów z życia, 'smaczków', które dodają tylko pikanterii w powieści, np. burzliwy temperament Henryka Plantageneta czy słabość królowej Eleonory Akwitańskiej do wysoko sznurowanych butów. A, i zapomniałabym – wielka miłość w tle, taka prawdziwa, która pokonuje wszelkie bariery, stany i za nic ma opinię innych ludzi. Cudowna! Gorąco Polecam!


Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit