niedziela, 29 czerwca 2014

„Infekcja” Graham Masterton


Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 3 czerwca 2014
tłumaczenie: Kuś Piotr
oprawa: miękka
liczba stron: 368



Loudun - miejscowość w zachodniej Francji, rozsławiona w literaturze przez wydarzenia, które miały miejsce w XVII wieku. W 1632 roku urszulanki z klasztoru właśnie w Loudun doszły do przekonania, że zostały opętane. Twierdziły, że posiadły je zastępy różnych demonów. Aresztowano ojca Grandiera, księdza z pobliskiej parafii, uznano bowiem, że to on był sprawcą ich opętania. Próbowano wymusić na nim zeznania, łamiąc mu nogi i stosując inne tortury, później został spalony na stosie. Sprowadzono też egzorcystów, którzy próbowali wypędzić demony z zakonnic. Niewiele to pomogło. Jedna z sióstr, matka Joanna od Aniołów, twierdziła, że dalej jest opętana i to nie przez jednego, a siedem różnych demonów. Władze kościele wysłały jezuitę Jeana-Josepha Surina, żeby przeprowadził specjalne egzorcyzmy. Surin, po wielu nieudanych próbach, nie widział już innego sposobu przepędzenia demona, jak zaproszenie go do własnego ciała. Tak więc Surin ocalił matkę przełożoną, ale sam przez następne 25 lat cierpiał z powodu opętania i nie raz próbował popełnić samobójstwo. Jego życie, jakie wiódł po egzorcyzmach, jest dobrze udokumentowane, choć nie brakuje tu sprzeczności. Bardzo często zachowywał się agresywnie, deptał hostię, obnażał się i bluźnił. W końcu wrócił do klasztoru w Loudun. Zaszła tam w ciążę młoda zakonnica, a matka przełożona twierdziła, że mógł ją zapłodnić tylko demon, gdyż żaden mężczyzna nie miał tam wstępu. Chciała, aby Surin przeprowadził egzorcyzmy, gdy tylko dziecko się urodzi. Surin podołał zadaniu, choć nie są znane losy chłopca, który się urodził, jego matka zmarła zaraz po porodzie. Zaraz po tym wydarzeniu zakonnice zaczęły się ukazywać mieszkańcom miasteczka, przepowiadając ciężkie choroby i zarazę, a ludzie zaczęli umierać. Do tej pory jeżeli przed wybuchem jakiejś epidemii komuś ukazuje się zakonnica, Kościół nazywa to syndromem Loudun. 

Pisał o tym Jarosław Iwaszkiewicz w „Matce Joannie od Aniołów”, jest też obszerna książka Aldousa Huxleya i bazujący na niej dramat Johna Whitinga. Penderecki opierał swoją operę „Diabłów z Loudun” właśnie na nich. Sprawą interesował się też Dumas ojciec. Wszyscy i Huxley, i Whiting, i Iwaszkiewicz, wyszli od tej samej historii: rzekomego opętania całego klasztoru w Loudun, w tym jego przeoryszy oraz spalenia kapłana, który miał im pomóc, a sam okazał się kusicielem. Ten motyw wykorzystuje również Graham Masterton w swoim horrorze, będziemy mieć do czynienia z pojawiającymi się zakonnicami. Ale po kolei. 

Poznajemy panią epidemiolog Annę, która prowadzi badania nad wirusami. Pracuje ona w szpitalu, gdzie trafia pacjent z dziwnymi objawami, gwałtownymi drgawkami i obfitymi wymiotami krwi. Mężczyzny nie daje się uratować, a jego mięśnie twarzy zamiast wiotczeć po śmierci, w dziwny sposób się wykrzywiają. Po krótkim czasie takich pacjentów przybywa, jednym z nich okazuje się partner Anny - Dawid. Po szoku wywołanym śmiercią ukochanego, Anna stara się wrócić do pracy, aby zbadać śmiercionośnego wirusa. Jej umysł nie funkcjonuje jednak, jak należy. Słyszy telepatyczne przesłania zmarłych osób, widzi zakonnice, które bluźnią i próbują ją odwieść od badań nad wirusami. Dla Anny, jako naukowca, opierającej wszystko na doświadczeniu i logice, takie przeżycia nie mają sensu i trudno je jej zrozumieć.

W innej części kraju - Harry Erskine trudni się przepowiadając przyszłość bogatym klientkom i wróżąc im z kart. W trakcie jednego z seansu pojawiają mu się w tali karty, których wcześniej nie widział i które oznaczają zarazę lub epidemię. Po krótkim czasie jemu również pojawiają się zakonnice, które następnie przemieniają się w duchy dawno zmarłych czarowników z plemienia Algonkinów. Przybywają po to, aby Harry ostrzegł swój naród przed nadciągającą zagładą. Tak jak kiedyś przodkowie Amerykanów ściągnęli na Indian choroby, przed którymi oni nie potrafili się bronić, tak teraz duchy Indian, wymordowanych przed wiekami, chcą zesłać na współczesne Stany Zjednoczone podobną zarazę.

I jak na Mastertona przystało mamy tu makabrę i masakrę w jednym. Fontanny krwi tryskające na wszystkich i wszystko dookoła, wnętrzności ludzkiego ciała, małe i duże robale, pluskwy pełzające po pościeli. Ot, w takich okolicznościach obracają się bohaterowie jego horroru. Kto nie czytał jego wcześniejszych powieści, może być delikatnie zniesmaczony, ale dla stałych czytelników nie będzie to żadna nowość. Masterton lubi takie jatki, zatem hektolitry krwi pojawiają się w jego książkach często. Dlatego nie jest to literatura wysokich lotów, czyta to się wprawdzie szybko, akcja wciąga, ale żadnego intelektualnego przesłania tu nie ma. Dla wprawnego pisarza (Masterton napisał ponad 100 książek) jest to rutyna, wbija się po prostu w swój schemat. Można więc założyć, że kolejna jego książka nie będzie zaskoczeniem - pojawią się w pewnie krwawe jatki z makabrycznymi owadami czy robactwem. Zmieni się jedynie otoczenie, hotel już był, puszcza i lasy też, teraz mamy szpital. Zatem jest to idealna lektura na plażę, gdzie na leżaczku, przy szumie fal, kiedy jesteśmy zrelaksowani, możemy poczuć ciary na plecach, mając tę świadomość, że cała fabuła to jedynie wytwór wyobraźni autora.


 Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rebis.

sobota, 21 czerwca 2014

„Mała księżniczka” Frances Hodgson Burnett

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna/audiobook
data wydania: 14.05.2014r.
czyta: Joanna Pach-Żbikowska
czas nagrania: 7 godz. 19 min





Po pierwsze - sentyment, bo była to jedna pierwszych książek, które przeczytałam. Po drugie - sentyment jeszcze większy do serialu animowanego na podstawie tej powieści. Po trzecie - forma audiobooka, gdyż czerwiec to u mnie okres bardzo pracowity, zatem wysłuchanie treści było relaksem i odskocznią od papierów. Wszystko to sprawiło, że na chwilę powróciłam do krainy dzieciństwa i stałam się małą dziewczynką.

Trochę o fabule, gdyby ktoś nie znał. Sara Crewe urodziła się i wychowała w Indiach. Jej matka Francuzka zmarła zaraz po jej urodzeniu, ojciec-kapitan Crewe przywiózł córkę do londyńskiej ekskluzywnej szkoły dla młodych panien. Sara szybko zyskuje sympatię większości koleżanek dzięki wrodzonemu urokowi i okazywanej wszystkim życzliwości, a przede wszystkim zdolnościom do opowiadania fascynujących historii. Jednak panna Minchin - oschła i surowa właścicielka pensji, nie znosiła dziewczynki głównie dlatego, że była dobrze wychowana i nie wynosiła się ponad innych. Traktowała Sarę dobrze, gdyż ojciec dziewczynki płacił znaczną kwotę na jej edukację. Sara w zachowaniu panny Minchin wyczuwała nieszczerość, zawsze czuła się przez nią nielubiana, ale nigdy nie poskarżyła się ojcu. Sytuacja zmieniła się, kiedy nadchodzi wieść o bankructwie i śmierci kapitana Crewe. Panna Minchin bez żadnych skrupułów i współczucia, oświadczyła, że odtąd będzie służącą i wypędza ją do pokoju na poddaszu. Od tego momentu bardzo często upokarzała Sarę, czerpiąc z tego satysfakcję. Jednak mimo swojego beznadziejnego położenia, Sara nadal pozostała dobrze wychowaną i dobrą dziewczynką, a każde upokorzenie znosiła z godnością, pozostając w każdej sytuacji księżniczką, nawet gdy była w łachmanach. A los na koniec i tak jej to wynagrodził. Każdy bowiem dobry uczynek, wraca do człowieka trzykrotnie.

Piękna to powieść o wytrwałości, przyjaźni i nadziei. Wiele miejsca autorka poświęca tu na ukazanie stosunków panujących między dziewczynkami. I choć postacie są prosto skonstruowanie i odrobinę przerysowane, mogą być przykładem i antyprzykładem tego, jak należy i nie należy postępować. Dobro bowiem zostaje tu nagrodzone, a uczynki płynące z głębi serca potrafią stopić najtwardsze nawet serce. "Jeśli natura stworzyła kogoś do dawania, ma on otwarte ręce i serce, i chociaż ręce czasem mogą być puste, serce jest zawsze pełne rzeczy, które można rozdawać - ciepła, słodyczy, dobroci, pomocy, pociechy, śmiechu - a czasem wesoły, przyjazny śmiech jest najlepszą pomocą".

Dlatego wczorajszy dzień - zimy, deszczowy i ponury, rozświetlił mi się dzięki wysłuchaniu audiobooka. Historia Sary to niezwykle poruszająca opowieść, dodatkowo przeczytana w przepiękny sposób, bardzo ciepły i kojący. Ponadto głos pani Joanny Pach-Żbikowskiej świetne wyciszyłby dzieci szkole czy w przedszkolu i z pewnością urozmaicił zajęcia. Polecam gorąco! 



Za możliwość wysłuchania dziękuję Bibliotece Akustycznej


Urocze to było, kto pamięta? ;)



niedziela, 8 czerwca 2014

„Gra o tron” George R. R. Martin

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
premiera na świecie: 6 sierpnia 1996, premiera w Polsce: 1998
tłumaczenie: Paweł Kruk; przejrzał i poprawił Michał Jakuszewski
tytuł oryginału: A Game of Thrones
oprawa: miękka
liczba stron: 844




Wiele o niej już napisano, na samym portalu Lubimy Czytać Gra o tron ma ponad 1100 opinii, w większości pozytywnych. Fascynuje ona wielu czytelników na całym świecie, a liczba fanów wciąż rośnie. Teraz do tej grupy dołączyłam i ja, gdyż Gra o tron urzekła mnie od pierwszych stron.

Akcja powieści toczy się w Westeros, na rozległych ziemiach, które rozciągają się na siedem królestw. Królem tego miejsca jest Robert Baratheon, "pan Siedmiu Królestw i Obrońca Królestwa, lord Siedmiu Królestw, lord obrońca królestwa, pan Domu Baratheonów, lord Końca Burzy". W tak rozległym królestwie nie trudno o konflikty i podziały. Nie jest łatwo bowiem pogodzić wszystkich. Istnieje wiele zagrożeń dla władzy króla Roberta, bo tron łatwiej zdobyć niż go utrzymać. Pierwsze zagrożenie nadciąga z północy. Za Murem, czyli ogromną konstrukcją, która nieprzerwalnie rozciąga się od wschodu po zachód, i która chroni królestwo przed najazdem barbarzyńców - pojawiają się Inni. Do tej pory byli obecni, tylko w legendach opowiadanych przez stare nianie, ale wieczne lato (które trwa już ponad 7 lat), zbliża się ku końcowi, a wraz z nim nadchodzi zima. W lasach pojawiają się wilkory, mamuty i śnieżne niedźwiedzie, a mroczne cienie nawiedzają ludzi w snach. Kolejnym zagrożeniem są wewnętrzne spory między lordami, szczególnie z ciągle knującym intrygi rodem Lannisterów, z których wywodzi się żona króla. Natomiast największym problemem dla królestwa okazuje się potomstwo pozbawionego władzy szalonego Smoczego Króla. Króla Smoków, Aerysa Targaryena, władzy pozbawiał właśnie Robert z pomocą przyjaciela Eddarda. Po okrutnej walce i brutalnych rozgrywkach z obu stron, Aerys zginął z rąk jednego z Lannisterów, a jego dzieci musiały uciekać. Tron objął Robert i tym samym zakończył panowanie nieobliczalnego Targaryena. Jednak jego dzieci - Viserys i Daenerys nigdy nie zapomniały o swoich korzeniach i należnościach. Szczególnie Viserys - brat, pała żądzą zemsty i władzy o tron, który mu się należy. Dlatego wydaje swoją siostrę Daenerys za barbarzyńskiego khala Drogo. Khal jest przywódcą koczowniczego ludu Dothraków, którzy mają własną tradycje i obyczaje, i co najważniejsze potężną armię. A ta armia potrzebna jest Viserysowi do zdobycia władzy. 

Tak naprawdę to tylko początek fabuły, która jest tu wielotorowa i wielowątkowa. Całą historię poznajemy oczami kilku bohaterów. Nie jest to jednak narracja pierwszoosobowa, a relacja wydarzeń z różnych perspektyw. Zaczyna ją Eddard Stark, przyjaciel króla Roberta i władca zamku położonego na północy królestwa, Winterfall. Ma on sześcioro dzieci: Robba, Sansę, Aryę, Brana, Rickona i syna z nieprawego łoża-Jona Snow. Relacje Sansy, Brana, Aryi i Jona również tu poznajemy, jak i żony Eddarda-lady Catelyn. Wydarzenia opisywanie są też z perspektywy Daenerys oraz karła Tyriona Lannistera, brata królowej. Pozwala to na dokładnie poznanie postaci. Dzięki takiemu zabiegowi rys psychologiczny każdego z bohaterów jest bardzo precyzyjnie dopracowany. Majstersztyk. Każda z postaci jest tym samym barwna, wyrazista i świetnie scharakteryzowana. Choć zestawione są na zasadzie kontrastu. Zupełnie różnie są siostry Sansa i Arya, ród Straków i Lannisterów, Robb i Joffrey, Tyrion i Jaime. Różnic można by wymieniać jeszcze o wiele więcej.

Kolejna sprawa to magia. Jest jej tu znacznie mniej niż, na przykład, u Tolkiena. Tutaj bowiem na pierwszy plan wysuwa się polityka i żądza władzy, a nie tajemnicze moce. Różdżkami są tu stalowe miecze, które potrafią zmienić bieg historii. Tak naprawdę to żądza, pragnienia, namiętności są tu motorem napędzającym całą akcję. Dwór królewski to siedlisko żmij, zdrajców, gdzie intrygi i potajemne spiskowanie są na porządku dziennym. Magia kryje się gdzieś po lasach, daleko na północy, za Murem. No i oczywiście u Daenerys, ona bowiem jest bardziej tajemniczą i nieprzewidywalną postacią, która pomału odkrywa w sobie nowe moce.

Można by pisać tu jeszcze długo - opisać każdy wątek albo momenty, które sprawiały, że nie mogłam się do niej oderwać i tylko przewracałam kartki chcąc się dowiedzieć ile jeszcze stron do relacji następnej postaci. Można by wspomnieć o scenach batalistycznych czy o uczuciach rodzących się między bohaterami, ale tak naprawdę nikt tego nie zrozumie, dopóki nie przeczyta. Ja nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Jestem też po I sezonie serialu, który tylko zaostrzył mój apetyt i rozochocił mnie jeszcze bardziej. Ale z racji, że jestem przeciwniczką oglądania ekranizacji, bez pierwowzoru literackiego, więc kolejne sezony muszą poczekać. Ciekawe co będzie się działo, jak nadejdzie zima?

czwartek, 5 czerwca 2014

„Piękny dzień” Elin Hilderbrand


Wydawnictwo: Między słowami/ Znak 
data wydania: 5 czerwca 2014
tłumaczenie: Lucyna Wierzbowska
tytuł oryginału: Beautiful Day
oprawa: miękka
liczba stron: 464






„Ponad 4 miliony sprzedanych egzemplarzy” - brzmi zachęcająco, prawda? Dlatego skuszona taką ilością, chciałam się dowiedzieć, co też poczytują te miliony. Po lekturze (od razu się przyznam, że nie doczytałam do końca) zaczęłam szukać opinii o „Pięknym dniu”, gdyż wydawało mi się, że może coś przeoczyłam albo mi coś umknęło. Po przeczytaniu kilku recenzji, zaczęłam się zastanawiać czy może jestem pozbawiona wszelkich uczuć i emocji, czy też nie dostrzegam „głębi” tej książki. Bowiem większość opinii jest pozytywna, ba! nawet recenzenci bardzo gorąco zachęcają do kupienia i przeczytania.   

Ale może nieco o fabule. Tytułowy piękny dzień, to dzień ślubu, czyli dzień, który powinien być dla kobiety najpiękniejszy w życiu. Oczywiście po warunkiem, że ktoś ma takie oczekiwania i marzenia. Ale nasza bohaterka ma, więc idźmy jej tropem. „Piękność” tego dnia ma wyznaczać cała otoczka, czyli cudne miejsce, uśmiechnięci i modnie ubrani goście, odpowiednio dobrane dodatki, stoły, krzesła, zastawa porcelanowa, kwiaty, płatki róż na dywanie, cud, miód i orzeszki. Ani słowa o uczuciu państwa młodych, ale może to dla nich nie ma znaczenia, taki jedynie szczegół. Panna młoda, Jenny, przybywa z całą swoją rodziną na przepiękną (znowu to słowo) wyspę, gdzie ma się odbyć dokładnie dopracowana ceremonia. Wszystko śledziami oczami gości: siostry panny młodej, jej ojca, jej brata oraz jej druhny. Każdy z nich relacjonuje swoje wrażenia, jakie towarzyszą im podczas tego rodzinnego zjazdu. No i najważniejsza sprawa, Jenny nie rozstaje się z notatnikiem swojej zmarłej matki. W owym notatniku matka umieściła precyzuje wskazówki dotyczące tego dnia. Rady czy porady, choć to są raczej nakazy. Dotyczą wszystkiego, począwszy od wyboru sukni ślubnej, dodatków, kwiatów, przez odpowiednie ułożenie obrusów na stole po dobór menu (z zastrzeżeniem czego ma nie być) i treści psalmu czytanego na ceremonii. Każda "rada" kończy się słowami "ten i nikt inny" albo "tylko nie rób tego" bądź tamtego. Żeby było zabawniej nie ma tu rady (porady czy nakazu), jaką ma być żoną czy matką, nie ma tu nic, co dotyczy relacji damsko-męskich, a jej matka pisząc te notatki nie znała kandydata na męża swojej córki, zakładała tylko, że ktoś taki się pojawi, a wtedy oczywista! odbędzie się ślub, piękny ślub. 

I tak jesteśmy świadkami oczekiwania tego pięknego dnia, bo akcja obejmuje 4 dni: czwartek, piątek, sobotę i niedzielę. A przy takich zjazdach rodzinnych zawsze jest prawdopodobieństwo, że będą jakieś zgrzyty. My tymczasem dowiadujemy się o problemach emocjonalnych każdego z bohaterów, bo ma je każdy, tylko nie mogę się zdecydować kto ma większe. Czy siostra panny młodej (+40), dla której utopienie telefonu w toalecie jest najbardziej druzgocącą stratą, bo nie może odczytać wiadomości od kolejnego partnera. Czy może jej dzieci, które ani na chwilę nie rozstają się ze swoimi iPhonami i dostępem do sieci? Czy może matka panna młodego, bowiem jej jedynym celem jest „pokazanie” innym gościom, jaki to ona tworzy szczęśliwy związek małżeński. Ogólnie wszyscy przejmują się tym, jak wypadną na ceremonii. Pomijam już taki szczegół, że relacje gości układają się na zasadzie „każdy z każdym” i to po kilka razy, ze ślubami, rozwodami i ponownymi ślubami w roli głównej oczywiście. 

W takiej plątaninie emocji dość trudno było mi dostrzec „głębię” tej powieści. Może trudnej mi to docenić, ponieważ nigdy, jako mała dziewczynka nie miałam takich marzeń (przynajmniej najważniejszych): biała sukienka, goście, ślub ze wstążeczkami i balonikami. Nie było to dla mnie najważniejsze. I może dlatego nie zachwycą mnie śluby i wesela, szczególnie te w amerykańskim, komercyjnym stylu. Piękna sceneria, zielona trawka, białe krzesła i stoły, rozbity nad tym namiot i krocząca panna młoda ze swoją świtą druhen (tak samo ubranych). Do tego wielopiętrowy tort, najdroższa zastawa i sztućce - wszystko po to, aby pięknie to wyglądało. Tylko pytanie - gdzie jest to piękno, bo ja go nie dostrzegam. Jednak, żeby tak do końca nie było zniechęcająco - bo z pewnością znajdzie się grupa kobiet, którym ta książka przypadnie do gustu - to znalazłam tu jeden cytat, który mi się spodobał i który jest bardzo trafny i życiowy. „Nikt nie wie, co się dzieje w małżeństwie, poza dwojgiem ludzi, którzy w nim żyją”. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

wtorek, 3 czerwca 2014

Pokaż mi co cię otacza, a powiem ci kim jesteś...

W dużym uproszczeniu, jednak pewne przedmioty mogą świadczyć o przyzwyczajeniach, zainteresowaniach czy cechach charakteru. Mogą kogoś określać. Spodobała mi się bardzo zabawa, którą podglądnęłam u koleżanek-blogerek, KayeKsiążkowca.
Dlatego pokusiłam się o uwiecznienie przedmiotów, które lubię, które towarzyszą mi na co dzień i które są częścią mojej osobowości. Oczywiście w dość swobodnym i luźnym znaczeniu, bez głębszych interpretacji.


Czajniczek ze świeżo mieloną kawą. 
Herbatka parzona w czajniczku, pita z pięknej porcelany.
Orzechy, w sumie każdy gatunek, jako przekąska. 
Kolczyki, szutasz, robione przez moją koleżankę, mam do nich wielką słabość. 
Kalednarz-terminarz.
Angielski w fiszkach + słuchawki (ostatnio odkryty zabijacz czasu).
Czytnik książek, w którym przechowuje również ulubione zdjęcia. 
Etui, pióro i długopis.
Perfumy - najlepiej z cytrusową nutką i piżmem.
Słoiczek Dobrych i Miłych Chwili, z karteczkami w środku, wykonany przez moją Pociechę.
No i książki oczywiście. Są one bowiem częścią mojego życia. Te, które znajdują się na zdjęciu nie są przypadkowe. Baśnie (tu akurat azjatyckie), ale codziennie czytane na dobranoc. Malarstwo białego człowieka, bo Łysiaka i z racji mojego zamiłowania do malarstwa i muzeów. Książka Jan Miodka i ostania moja fascynacja Gra o tron
Taka oto ja, w małej pigułce.