czwartek, 23 października 2014

„Staś i Nel. Zaginiony klejnot Indii” Leszek K. Talko

Wydawnictwo: Znak
data wydania: 08.09.2014r.
oprawa: twarda
liczba stron: 360





Ta historia dzieje się w 1887 roku - dwa latach po wydarzeniach, które zostały opisane w powieści Henryka Sienkiewicza W pustyni i w puszczy. I tu zaryzykuję stwierdzenie, że grupa zwolenników W pustyni i w puszczy jest taka sama, jak liczba jej przeciwników. Niestety wokół tej lektury narosło wiele negatywnych opinii, przede wszystkim dlatego, że jest to lektura, a to słowo już wzbudza pejoratywne odczucia. Nie wspomnę już o wszelkich nadinterpretacjach tego dzieła i doszukiwaniu się trzeciego dna powieści. Stasia Tarkowskiego określano rasistą, mordercą, seryjnym mordercą, przedstawicielem białego gatunku człowieka, który wykorzystuje człowieka czarnego, no i oczywiście pedofilem, gdyż jako jurny 14-latego z pewnością obcował cieleśnie z 8-letnią dziewczynką. To tylko niektóre z interpretacji (nadinterpretacji raczej) powieści, pojawiające się w ostatnich latach. Mnie osobiście śmieszą tudzież nie potrafię zrozumieć motywów tej krytyki. Należę do zwolenników W pustyni i w puszczy i uważam, że styl Sienkiewiczowski jest nie do podrobienia. Mam zresztą podobne wrażenia i sentyment do tej książki, jak pan Leszek Talko, gdyż czytałam ją po raz pierwszy z radości i miałam przy tym wielką frajdę.

Z tej frajdy i radości zrodził się pomysł, aby napisać kontynuację przygód Stasia i Nel. Tym razem jesteśmy w Indiach, tam bowiem pan Tarkowski ma zlecenie na kolejną pracę. Zapisał syna do szkoły św. Tomasza w Madrasie (obecne Chennai), w mieście leżącym nad Zatoką Bengalską. Codzienność Stacha (tutaj tak nazywany) upływa dość monotonnie. Chłopiec wdraża się w szkolne życie, choć jako cudzoziemcowi, nie jest mu łatwo. Dla reszty uczniów jest przybyszem z dalekiego kraju, którego nawet nie ma na mapie. Akcja szybko jednak się rozkręca, gdyż Stach przypadkiem wchodzi w posiadanie tajemniczego manuskryptu. Manuskrypt jest kluczem do zdobycia największego diamentu świata, o czym Stach nie wie. Wiedzą natomiast inni - amerykański pułkownik, rosyjska hrabina, tajny agent  królowej, indyjski maharadża. Tym samym nasz szesnastolatek zostaje uwikłany w walkę wywiadów, momentami krwawą i nieprzebierającą w środkach. 

Tymczasem Nel również przybywa do Indii. W drodze z stacji zostaje jednak porwana przez sektę rabusiów - thagów, którzy specjalizowali się w napaściach na podróżnych, a swoje ofiary dusili szarfą, nie pozostawiając żadnych śladów. Stach wraz ze swoim przyjacielem Mungo wyrusza na jej poszukiwanie. 

Szczerze - mam mieszane odczucia po przeczytaniu. Pomysł niby ciekawy, takie dalsze losy Stasia i Nel, to chwytliwy temat. W przeciwieństwie jednak do W pustyni i w puszczy książka pana Talko nie jest powieścią typową dla młodzieży. Trochę w innym stylu pisze się teraz, chcąc trafić do nastoletniego odbiorcy. Bynajmniej nie chcę tu skrytykować stylu i warsztatu pisarskiego pana Talko, gdyż jako felietonista świetnie potrafi pisać rzeczowo, z pazurem i odpowiednią dawką ironii. Szczególnie dobrze wyszło Talce opisywanie swoich rodzicielskich doświadczeń, np. w Pomocy, jestem tatą!. Jednakże pisząc kontynuację przygód Stasia i Nel wyszło mu tak średnio. Może dlatego, że podejmując się chęci zmierzenia się z Sienkiewiczem jest się na straconej pozycji. Trudno dziś oddać ten klimat, ten styl, czy nawet te znienawidzone opisy przyrody. Tutaj tego nie ma, bohaterowie też są trochę płytcy, pozbawieni emocji, tacy sami - można by rzec. Nie podobał się też wątek chłopca-pantery, ściągnięty od Rudyarda Kiplinga z Księgi dżungli. 

Paradoksalnie - mimo tych niedociągnięć - nie żałuję chwil spędzony z książką pana Talko. Są pewni bohaterowie literaccy, których zawsze będę darzyć sentymentem, a Staś i Nel do nich należą. Miło mi się to czytało, z przyjemnością przeniosłam się w indyjski klimat, pachnący przyprawami, mieniący się kolorami i oślepiający słońcem. Teraz, na chłodne, deszczowe i ciemne wieczory, to lektura wymarzona. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

wtorek, 14 października 2014

„Władca liczb” Marek Krajewski

Wydawnictwo: Znak
data wydania: 11.09.2014r.
oprawa: miękka
liczba stron: 312



Czy zdarzyło się Wam, jadąc pociągiem, liczyć mijane drzewa? Albo wyglądając przez okno patrzeć na przejeżdżające samochody? Zauważyliście przy tym kiedyś jakąś logikę bądź przemienność? Powiedzmy drzewo iglaste-liściaste-iglaste-liściaste albo samochód czerwony-biały-czarny-czerwony-biały-czarny? Jeśli tak, to zadziałał demon liczb. Sprawa się komplikuje, jeżeli trzy przemienności na siebie najdą. Wtedy diabeł zostaje przywołany liczbami, władca liczb - Belmispar, zażąda ofiary. Uaktywnia się, opętuje człowieka, a ten składa mu się w ofierze. Jeśli w dzień Belmispara przez punkt Belmispara przejdzie łańcuch Belmispara, to z całą pewnością jedna osoba z sześciu go tworzących popełni samobójstwo”. [str.77] Czysta matematyka! Dzień liczmy zapisując datę i godzinę wschodu oraz zachodu słońca, punkt - uwzględniając szerokość geograficzną. W samym Wrocławiu takich punktów jest kilkanaście, wystarczy teraz odpowiednia grupa ludzi, która pojawi się tam określonego dnia i mamy ofiarę dla Belmispara.

Na tym pomyśle, na teorii przemienności, Marek Krajewski oparł swój najnowszy kryminał. Pojawia się zatem stały bohater - Edward Popielski, który dostaje zlecenie od ekscentrycznego hrabiego, aby rozwikłać zagadkę tajemniczych samobójstw. Hrabia twierdzi, że owe osoby nie targnęły się na swoje życie, a znalazły się w łańcuchu Belmispara. Popielskiemu - jako racjonaliście - początkowo trudno uwierzyć i zrozumieć związek Belmisparowych dni, miejsc i ludzkich ciągów. Prawda czy wytwór chorego umysłu? Popielski stara się udowodnić, że żadne z tych samobójstw nie miało nic wspólnego z tymi wyliczeniami, a rzekoma zgodność jest czystym zbiegiem okoliczności. Wkrótce w śledztwie pojawiają się kolejne tropy - tajemniczy, intuicyjny i kuszący trop wróżbiarski oraz racjonalny i jałowy trop fotograficzny. Zdrowy umysł kontra urojenia? Naciąganie teorii, aby usprawiedliwić własne zbrodnie? Pytań jest wiele, wszystko wyjaśni się na koniec, gdzie dodatkowo zostaje rozwiązania "gratisowa" zagadka.

To zręcznie napisany kryminał. Choć osobiście jestem raczej irracjonalistą, niż racjonalistką, to lubię zagadki matematyczne i zabawy z liczbami. Samo już motto intryguje i zachęca, aby zagłębić się w ciągi liczbowe Ujrzyj sens i potężne działanie liczb, nie tylko w świecie bogów i demonów, ale także we wszystkich ludzkich czynach. Poza tym powieść zwiera wszystkie cechy kryminału: zagadkę, grozę, momentami makabryczne sceny, ale i dużą dawkę ironicznego humoru. No i najważniejsze - topografia miasta Wrocław, uliczki i miejsca z lat pięćdziesiątych XX wieku przeplatają się z ulicami i placami współczesnymi. Urocze to, sentymentalne i subtelne.

Po lekturze tego kryminału, wszyscy ci, którzy nie wierzą w duchy, upiory i śmieją się z seansów spirytystycznych, ci, którzy kierują się logiką i rozumem, mogą doznać gwałtownej inwazji na racjonalny umysłi lekkiego zwątpienia w nauki przyrodnicze. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

niedziela, 5 października 2014

„Walizki hipochondryka” Mariusz Sienkiewicz

Wydawnictwo: Znak
data wydania: 28 sierpnia 2014r.
oprawa: miękka
liczba stron: 272






 
Szpital - miejsce kojarzące się z chorobami, bólem, białymi kitlami i specyficznym zapachem wypastowanych podłóg. Dla bohatera książki jest to jednak miejsce niezwykłe, gdyż odkąd sięgał pamięcią, towarzyszyła mu niewzruszona pewność, że tylko choroby trzymają go przy życiu. Chorował na wszystko, co tylko możliwe, począwszy od grypy czy anginy, przez skoliozę, przepuklinę, po problemy z nerkami. Każdą przypadłość, każde schorzenie przechodził w pełnym, podręcznikowym zestawie objawów. Nic zatem dziwnego, że przywykł do szpitali i do codzienności z nimi związanych.

A jak wygląda taka szpitalna codzienność? Kto leżał na w szpitalnej sali z pewnością lepiej to zrozumie. Otwiera się oczy. „Znowu sufit, ściana, palce stóp wystające spod kołdry. I rozczarowanie, jednak rozczarowanie, że bardziej jestem tutaj niż tam”. [str.23] Nasz bohater - Emil Śledziennik - leżąc po raz kolejny w szpitalu i czekając na dość banalny zabieg usunięcia kamieni, próbuje oswoić swą chorobę, wspominając minione życie. Przywołuje w myślach obraz wyimaginowanej kochanki, dla której układa poetyckie apostrofy. „Cudowna kapłanko, której uśmiech potrafi rozproszyć piekło mojej udręki" albo „Jaśniejąca lateranko, która rozpraszasz egipskie ciemności mojej hipochondrii!” [str. 99] pojawia się jeszcze „kocico iskrowłosa”, „galaktyczny piecyku”, „diablico przewrotna”. 

Emil, w przerwach między odurzeniem Ketonalem, w onirycznych wizjach wspomina swoje dzieciństwo i młodość, przeplata je z teraźniejszością. Półsenne obrazy majaczą w jego głowie, przypominają mu się twarze, sytuacje, dźwięki, produkty niedostępne w PRL-owskim świecie. Wszystkie te zdarzenia, wspomnienia składają się na to, jakim stał się człowiekiem. W walizkach, które ze sobą przytaszczył, znajduje się nie tylko ręcznik i piżama (w słoniki), ale cały bagaż jego doświadczeń. „Szpital jest specyficzną formą podróży: im dłużej leżysz, tym bardziej się oddalasz od świata na zewnątrz, tym częściej przekraczasz własne ciało, raz po raz przekraczając zarazem granice pamięci”. [str. 23]

Dawno nie czytałam już tak dobrej polskiej literatury. Sienkiewicz uwiódł mnie kunsztem języka i porwał do świata, który pozornie jest monotonny i depresyjny. Natomiast monolog wewnętrzny Emila, wygłoszony na szpitalnym łożu, to groteska o miłości, bólu i upokorzeniu. Momentami smutna opowieść, momentami przezabawna, chwilami surrealistyczna. Na pewno - ambitna i dopracowana literatura. Polecam gorąco!



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak