niedziela, 4 czerwca 2017

„Lśnij, morze Edenu” Andrés Ibáñez

Wydawnictwo:Rebis
data wydania: 9 maja 2017r.
seria: Salamandra
tytuł oryginału: Brilla, Mar del Edén
tłumaczenie: Barbara Jaroszczuk
oprawa: miękka
liczba stron: 816





„Jakby to miejsce nie było miejscem z naszego świata, tylko czymś pośrednim, rodzajem nawiasu”
Temat dość popularny - bezludna wyspa i garstka ludzi, którzy pragną przetrwać. „Przypadki Robinsona Crusoe”, „Tajemnicza wyspa”, „Zagubieni”, „Burza”, „Władcy much”. Można wymienić tu jeszcze kilka innych tytułów, zarówno literackich, jak i filmowych, gdzie taki motyw się pojawia. 

Andrés Ibáñez, pisarz hiszpański, sam mówi w wywiadzie, że  jego wyspa jest podobna i inna od serialowej. A czytelnik dostaje ponad osiemset stron wypełnionych emocjami i masą odniesień do świetnej, światowej literatury. I istotnie. Już po pierwszych stronach powieści ma się wrażenie, że to nietuzinkowe dzieło. Zachwyca tu przede wszystkim język i styl pisania. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się od katastrofy samolotu, który rozbija się na pozornie bezludnej wyspie. Tylko czy to na pewno jest to wyspa? Może to sen, jakaś iluzja albo inny wymiar, równoległy do naszego świata. Z biegiem akcji czytelnik sam nie wie za bardzo gdzie jest i staje się bohaterem książki, wędruje przez labirynt zagadek i niedopowiedzeń, rozkoszuje się intensywnością przeżyć i smaków, jest przerażony, ale i zaciekawiony. Sam narrator zauważa, że panowała tu od początku dziwna atmosfera „mieszanina otępienia, strachu i wakacyjnego rozluźnienia”. A narratorem jest hiszpański kompozytor Juan Barbarín, zamieszkały w Stanach Zjednoczonych miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Ocalały z katastrofy oczywiście. Pisze on wszystko z dystansem czasowym, zna zakończenie całej historii, zna losy innych bohaterów, ale tego nie zdradza. „Jak już wiecie, wasz Juan Barbarín, stary kocur o czułym sercu, niemal każdą kobietę uważa za nieodparcie pociągającą”. Wspomina swoje życie, swoje sukcesy i porażki, a postacie z życia „przed katastrofą” pojawiają się w jego iluzjach, po części też w snach i halucynacjach.

Liczba bohaterów jest tu ogromna. Każda postać ma swoją historię. Nie sposób zapamiętać i streścić każdej, ale nie to ma tu znaczenie. To zbiór opowieści, w którym zawierają się wszystkie problemy społeczne, religijne, gospodarcze, obyczajowe. Mamy tu istny miks narodowości - okrutnie bogaty Szwajcar, który chce naprawiać świat przez moralizatorstwo, Japończyk, który opatentował niesamowity wynalazek, młoda Meksykanka, po brutalnych przejściach, ponętna Rosana, która na wyspie codziennie maluje usta na czerwono, Wade - mechanik samochodowy, który poprawiał teksty sławnym pisarzom. Postać Wade'a jest podwójnie ciekawa - po pierwsze odgrywa on znaczącą rolę w powieści, a po drugie -  ma on swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Andrés Ibáñez przeczytał kiedyś artykuł o amerykańskim mechaniku, który znał się bardzo dobrze na literaturze, do tego stopnia, że odwiedzali go znani pisarze, a on poprawiał im wątki albo wymyślał nowe. 

Zatem każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zakłócenia elektromagnetyczne, niebieskie olbrzymy, ludzie powracający zza grobów, uzbrojeni po zęby partyzanci, kapłanki, okrutne tortury, porwania, podziemne tunele oraz Łąka, która pojawia się i znika. Cała wyspa jest metaforą ludzkiego życia. Wszyscy są na niej zagubieniu, ale każdy na inny sposób. Autor stawia pytania o źródło wartości i cywilizacji. To wizja społeczeństwa w kryzysie, właśnie w kryzysie wartości. Pojawia się również motyw narodzin od nowa. Rozbitkowie przybyli na wyspę, aby się narodzić ponowie. Tak jak w symbolicznym śnie o  żółwicy. 

„Moim zdaniem książki nie są po to, żeby kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Służą do tego, by czegoś doświadczyć, coś przeżyć. W życiu chodzi o to, by czuć, że żyjemy. Ja to czuję, gdy piszę”. Tak mówi autor w wywiadzie. Nic dodać, nic ująć.

Polecam gorąco. Ja czytałam ją dość długo, ale po prostu nie chciałam, aby się skończyła. Wielowątkowa i zręcznie napisana. I na koniec parę słów o okładce. Jest na niej wszystko, co w książce istotne. Autor ilustracji bardzo dobrze zrozumiał treść i przesłanie w powieści. Zatem kolejny plus do całości. 



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

2 komentarze:

  1. "Autor ilustracji zrozumiał treść powieści". Pewnie dlatego,że autorem rysunku jest sam autor powieści :-) Recenzja zachęciła mnie do przeczytania powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiedzieć ;). I cieszę się, że Cię zachęciła :)

      Usuń