poniedziałek, 26 marca 2018

„Córki latarnika” Jean Pendziwol

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 31 stycznia 2018r.
tytuł oryginału: The Lightkeeper's Daughters
tłumaczenie: Jan Kraśko
liczba stron: 336






Życie mierzone minutami i godzinami podzielonymi na dyżury i czas wolny, pory zapalania, nakręcania maszynerii i sprawdzania poziomu paliwa. Tak wyglądało dzieciństwo Elizabeth i Emily, córek latarnika pracującego na Wyspie Porfirowej na północy Jeziora Górnego w Kanadzie. Bliźniaczki Elizabeth i Emily miały szczęśliwe dzieciństwo. Razem z dwójką starszych braci spędzały beztrosko czas na wulkanicznych brzegach wyspy. Rytm życia całej rodzinie wyznaczały pory roku. Przez całe lato i jesień robiono zapasy, bo wiadomo było, że zimą jezioro zamarza i nikt nie może przypłynąć. Tak mijały miesiące i lata. W sumie dziewczynki nie znały innego życia poza codziennością na wyspie. Poza tym Elizabeth czuła się odpowiedzialna za głuchoniemą Emily. Nie chciała zostawiać jaj ani na chwilę. Były nierozerwalne. Na wyspie nic im jednak nie groziło i czuły sią tam bezpieczne. Nawet jak starsi bracia wyjechali do miasta, aby się uczyć. znały każdy zakamarek wyspy. Pewnego dnia pojawił się jednak ktoś, kto na zawsze zmienił ich życie. 

Całą historię sióstr poznajemy u kresu życia Elizabeth. Mieszka sobie ona w domu spokojnej starości. Traci powoli wzrok i nie jest w stanie czytać książek ani podziwiać obrazów. Pustkę wypełnia muzyką i wspomnieniami. Niespodziewanie odnajdują się dzienniki jej zmarłego ojca, który spisywał wszystkie wydarzenia dziejące się na wyspie. Elizabeth chce odświeżyć sobie pamięć, ale też pragnie poznać pewną tajemnicę rodzinną, zagadkę, która spędzała jej sen z powiek przez wiele lat.  W czytaniu pomaga jej młoda dziewczyna – Morgan, która została przydzielona tu na prace społeczne. Morgan zamalowała płot kolorowym graffiti. W ramach kary musi pomalować płot i opracować swoje dyżury. Tak poznaje Elizabeth. I choć obie panie dzieli duża różnica wieku, szybko znajdują wspólny język. Wkrótce okazuje się, że mają podobne zainteresowania i pasje, a wyblakłe kartki z dzienników skrywają wspólną tajemnicę.

Zaskoczyła mnie ta książka. Nie spodziewałam się historii, która mnie pochłonie. Poza tym okoliczności przyrody, miejsce, w którym dzieje się akcja zafascynują od początku. Gdzieś, z dala o cywilizacji, na maleńkiej wyspie żyją sobie ludzie, a rytmem ich życia jest sprawdzanie poziomu paliwa i zapalanie latarni. I choć autorka nie do końca trzymała w napięciu, ponieważ pod koniec historia się "rozlewa", a cała tajemnica okazuje się banalna, to czytało się to świetnie. Niespokojna atmosfera jeziora, które dyktowało swoje prawa mieszkańcom udziela się czytelnikom. Polecam. 




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.


niedziela, 4 marca 2018

„Najszczęśliwsze dzieci na świecie, czyli wychowanie po holendersku” Rina Mae Acosta, Michele Hutchison

Wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 31 stycznia 2018r.
tytuł oryginału: The Happiest Kids in the World: Bringing Up Children the Dutch Way
tłumaczenie: Grażyna Woźniak
oprawa: zintegrowana
liczba stron: 320





Holandia ma opinię kraju liberalnego, w którym toleruje się różne używki i związki partnerskie. W rzeczywistości Holendrzy są narodem dość konserwatywnym, a w sercu holenderskiej kultury kryje się społeczeństwo domatorów, którzy stawiają rodzinę na pierwszym miejscu. Tak przynajmniej twierdzą autorki tej książki. Rina Acosta to Amerykanka o azjatyckich korzeniach, która wyszła za mąż za Holendra. I z San Francisco przeniosła się na niderlandzką wieś. Michele Hutchison to Brytyjka, która wychodząc za maż za Holendra, opuściła zimny Londyn i zamieszkała w Amsterdamie. Już po paru miesiącach pobytu w innym kraju obie panie stwierdziły zgodnie, że podejście do życia, mentalność oraz codzienne życie znacznie różni się od tego, którego doświadczyły w swoich rodzinnych krajach. I właśnie tymi spostrzeżeniami postanowiły się podzielić z czytelnikami.

Szok kulturowy był dla nich ogromny i bezlitosny. W Holandii jest wiecznie ciemno, deszczowo i pochmurnie. Gęstość zaludnienia też była przytłaczająca. Mimo tego przebywając tu już paręnaście lat są pełne podziwu dla holenderskiego sposobu wychowania dzieci.

Po pierwsze brytyjscy i amerykańscy rodzice czują się wiecznie sfrustrowani swoimi nierealnymi oczekiwaniami i opiniami innych. Święcie wierzą, że dzieci potrzebują całego czasu, pieniędzy i uwagi, jakiej rodzic może (nadludzkim wysiłkiem) im dać, by miały zapewniony lepszy start. Holendrzy natomiast rozumieją, że sukcesy dzieci nie muszą prowadzić do szczęścia, za to szczęście może sprzyjać sukcesom. Bycie najlepszym uczniem w klasie, świadectwo z czerwonym paskiem, granie na instrumentach, różnorodne zajęcia pozalekcyjne - taniec, basen, dodatkowe zajęcia językowe. Brzmi znajomo, prawda? To nie tylko amerykański i brytyjski sposób myślenia, ale też polski. Przykręcanie śruby własnemu dziecku (już od przedszkola), zachęcanie go do coraz większego wysiłku, bo to ma zapewnić bezpieczną i dostatnią przyszłość. Czyżby? Holendrzy natomiast trzymają na wodzy wszelkie niepokoje, stresy i oczekiwania, nadając nową definicję sukcesowi i dobremu samopoczuciu. Dla nich sukces zaczyna się od szczęścia - dzieci i rodziców.

Po drugie brytyjscy i amerykańscy rodzice w znacznie większym stopniu kontrolują życie swoich dzieci i poświęcają zbyt dużo czasu na wożenie ich wszędzie, gdzie tylko się da. Tym samym ci rodzice wpadają w błędne koło perfekcjonizmu. Natomiast holenderskich dzieci nikt do szkoły nie wozi, tu na lekcje dojeżdża się rowerami (i to bez kasku). Fakt, że w Holandii są bardzo rozbudowanie ścieżki rowerowe w miastach i wciąż wytaczane są nowe trasy. A to sprzyja takim praktykom. Ale żadnemu rodzicowi nie przyjdzie tu do głowy, żeby zawieźć dziecko do szkoły. Nawet, gdy pada deszcz i wieje wiatr. Dzieci wtedy mają specjalne płaszcze lub używają parasolek! Nie do pomyślenia w naszym kraju, wydaje się to okrutne i bezduszne. A jednak w Holandii działa. Poza tym dzieci w wieku przedszkolnym, już od 4 lat, mogą same bawić się na placach zabaw. Dla odmiany autorki podają przykłady amerykańskich realiów, gdzie sąsiad sąsiada pozywa od sądu o to, że ten zostawił siedmioletnie dziecko bez opieki na własnym ogrodzie. 

Holenderskim dzieciom sprzyja również system edukacji. Nie ma tu typowego i tak powszechnego „wyścigu szczurów”. Trzeba przecież dostać się do wymarzonej szkoły, a wcześniej zdać dobrze egzaminy. W kraju tulipanów dzieci też zdają egzaminy po szkole podstawowej, ale wyniki nie są przeliczane na punkty. Nie ma rankingów szkół! Egzamin ma na celu sprawdzenie umiejętności i predyspozycji, aby ukierunkować danego ucznia na dalszej drodze edukacji, czyli mówiąc prościej - do jakiej szkoły się nadaje. Czy do liceum teatralnego, czy technikum turystycznego, czy szkoły dla mechaników. Bardzo zdrowe podejście, gdyż dzieci nie stresują się wynikami egzaminów, nie są poddawane presji, a co za tym idzie - nie boją się źle wypaść na testach. 

Co zatem składa się na ten sukces Holendrów? Autorki podają tu mnóstwo innych przykładów, a raczej aspektów codziennego życia, które, według ich, są drogą do sukcesu. Czy zatem tajemnica tkwi w tym, że Holenderki rodzą w dzieci w domach, w przytulnym i znajomym otoczeniu. A może sekret leży w holenderskim śniadaniu i w czekoladowej posypce na kanapki hagelslag. A może w gezellig - odpowiedniku duńskiego hygge, czyli wywołaniu wrażenia przytulności, ciepła, przynależności, miłości, bezpieczeństwa, zadowolenia i wspólnoty. A może wszystko po trochu.

Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica. Pozwala na świeże i szalenie przydatne podejście do wychowania. Nie trzeba się jednak z tymi metodami zgadzać lub ślepo naśladować. Wiadomo, że Polska nie stanie nagle się drugą Holandią i nie będzie się szczyciła tym, że ma najszczęśliwsze dzieci na świecie. My mamy inne zwyczaje i inny model rodziny. Jeżdżenie rowerami po naszych ulicach nadal wydaje się nierozsądnie i niebezpieczne. Polscy lekarze pierwsi będą się również sprzeciwiać porodom domowym, co w Holandii jest normą. Nasz system pracy nie jest też tak elastyczny, jak w Holandii, gdzie prawo pozwala na więcej wolnego, jeśli posada się dzieci. Polskim rodzicom nie mieści się też w głowach, że sześcio- lub siedmiolatek może nie znać jeszcze literek. Tymczasem Holendrzy stawiają nacisk najpierw na umiejętności społeczne, a nauka czytania i pisania ma przyjść naturalnie i w odpowiednim czasie. Ciekawe co na to polskie matki, które już swoje niemowlaki uczą czytania?! Ale to właśnie Holendrzy we wszystkich ogólnoświatowych testach osiągają lepsze wyniki. Radzą sobie również lepiej z liczeniem i czytaniem w dorosłym życiu. 

Śmiem twierdzić, że tak książka nie zmieni myślenia o polskim wychowaniu i metodach kształcenia, ale może pewne pomysły można przejąć (przemyśleć) lub chociaż pewne rzeczy dzieciom odpuścić. Póki co - jeśli chodzi o wychowanie - można tylko żałować, że nie mieszka się w Holandii. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.