czwartek, 11 lipca 2019

„Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA”

Wydawnictwo: Rebis 
data wydania: 2 lipca 2019r.
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 464



76 lat temu...
11 lipca 1943 roku na Wołyniu dokonała się jedna z najokrutniejszych rzezi w historii. Była wtedy niedziela, większość ludzi brała udział w mszach świętych. Zakończonych niestety krwawo. „Krwawa niedziela” - bo tak nazwany został później ten dzień. Czy musiał on się tak skończyć?

Piotr Zychowicz w ostatnich kilkunastu latach przeczytał olbrzymią liczbę relacji złożonych przez ocalałych Polaków. Z wieloma ludźmi rozmawiał osobiście. Słuchał „upiornych opowieści o nabijanych na pal niemowlakach, matkach, którym wypruwano z brzuchów płody, i starcach topionych w studniach”. [s.260]

O ludobójstwie na Wołyniu świat i niektórzy Polacy dowiedzieli się stosunkowo niedawno. Wielu ludzi wyobraża sobie, że mordy na Wołyniu były jakimś wielkim chaotycznym pogromem. Czy też serią pogromów dokonanych przez pijaną tłuszczę. Tymczasem doszło tam do precyzyjnej egzekucji, zorganizowanej na zimno przez czołowych działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Zrealizowała wszystko Ukraińska Powstańcza Armia. Szalę goryczy przepełnia fakt, że tej tragedii można by było uniknąć. Zachowane dokumenty archiwalne nie pozostawiają żadnych złudzeń i wątpliwości - Komenda Główna AK i kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego były na bieżąco informowane, o tym, co dzieje się na Wołyniu. Już od roku 1942 do Warszawy napływały liczne ostrzeżenia i alarmujące raporty na temat rosnącego banderowskiego zagrożenia i wręcz błagania o ratunek. Dowództwo AK pozostawało jednak bierne, a ta straszliwa gehenna naszych rodaków rozgrywała się pod nosem skłóconych ze sobą przywódców. 

Gdzie było Polskie Państwo Podziemne w lipcu 1943 roku, gdy na Wołyniu ukraińscy nacjonaliści wyrzynali naszych rodaków?
Skoro Armia Krajowa była tak potężna, to jak mogła dopuścić do tego ludobójstwa?
Dlaczego pozwolono na to, aby luźne watahy uzbrojonych w cepy i siekiery oprawców przez wiele miesięcy całkowicie bezkarnie wycinały w pień polskie wioski?
Dlaczego nikt nie przybył na odsiecz Wołyniowi?
Gdzie byli ci wszyscy malowani chłopcy z AK o dziarskich, groźnie brzmiących pseudonimach? Gdzie były te wszystkie „Wilki”, „Błyskawice” i „Gromy”? 
Dlaczego wielka wojskowa organizacja dowodzona przez zawodowych oficerów, generałów, pułkowników i majorów, pompowana przez brytyjskiego sojusznika dolarami, sprzętem i bronią, w lipcu 1943 roku nie podjęła żadnych poważnych działań wymierzonych w morderców z UPA?
Dlaczego Wołyniacy umierali w osamotnieniu? 

Piotr Zychowicz w swojej książce udziela na te pytania odpowiedzi. Są to jednak odpowiedzi bardzo okrutne, gorzkie, drażniące polską wrażliwość i obalające mit o całkowitym bezkrytycznym kulcie Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego. Zresztą ten mit pan Zychowicz obalił już w książce „Obłęd '44”, gdzie obwinił dowództwo za przeprowadzenie akcji „Burza”. W „Wołyniu...” historyk dokłada pewnym przywódcom przewinienia (mówiąc oczywiście łagodnie).  

Bardzo ciekawe i szokujące są również rozdziały: „Opcja niemiecka” i „Opcja sowiecka”. Historyk udowadnia, że niemieckie władze zrobiły dla mordowanych przez banderowców Polaków więcej niż Polskie Państwo Podziemne. Że nasi rodacy mogli bardziej liczyć na wroga i okupanta niż na własny rząd i własną armię. Po prostu w niektórych częściach ziem wołyńskich Polacy chwytali się brzytwy niemieckiej, w innych - brzytwy sowieckiej. Przystępowali do komunistów albo do armii Berlinga. „Odpowiedzialność za to spada na kierownictwo polskiej konspiracji”. [303]

Tak jak w innych swoich książkach - również tu - pan Zychowicz od razu uprzedza fakty. Jest pewien, że pewnie stanie w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, tutaj nazwani „brązownikami historii”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę i po latach wyciąga wnioski. Jednak na poparcie swoich tez historyk przytacza zawsze opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie. I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi polityków, żołnierzy, zwykłych obywateli, którzy wtedy alarmowali o zagrożeniach. Te wypowiedzi i ostrzeżenia nie zostały wysłuchane. Piotr Zychowicz korzysta ze wspomnień tych ludzi, powołuje się również na współczesne publikacje, szczególnie na prace historyków Ewy i Władysława Siemaszko „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”. Często przywołuje sceny z filmu Wojtka Smarzowskiego „Wołyń”. Broni tu pewnych obrazów, które znalazły się też w ogniu krytyki recenzentów filmowych i historyków. 

Zgadzam się również z autorem, że błędy i porażki historii nie powinny być zamiatane pod dywan, że celem nauczania historii nie jest podtrzymywanie ducha poprzez pudrowanie i szminkowanie przeszłości. Najważniejsza jest prawda.
A błędy przeszłości należy opisywać i analizować. Nawet jak ta prawda i błędy bolą. 


[*]
Dziś w rocznicę krwawej niedzieli na Wołyniu

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju.
Amen
[*]


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.


2 komentarze:

  1. Tylko czy P. Zychowicz moze byc wiarygodny. Wg. wielu on ma jakas chwytliwa teze, do ktorej wyszukuje pasujace jej fakty. Dla mnie to on jest takim madrala po 60 latach, siedzacym wygodnie w fotelu i oceniajacym ludzi tamtych strasznych czasow.
    Tutaj link, po wpisaniu tytulu wyskoczyl mi artykul z roznymi komentarzami. Czytajac komentarze widze, ze wszystko nie jest takie proste i zwlaszcza historyk powinien o tym wiedziec

    OdpowiedzUsuń
  2. https://dorzeczy.pl/kraj/106910/Zychowicz-pisze-o-zdradzie-na-Wolyniu-To-wstrzasajaca-ksiazka.html

    OdpowiedzUsuń