piątek, 11 listopada 2016

„Czego oczy nie widzą” Beata Tadla

Wydawnictwo: Rebis
data wydania: 22.11.2016r. przedpremierowo 
seria: X-Varia
oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
liczba stron: 256




Od prawie 10 lat nie oglądam telewizji, telewizora nie mam w domu. Słucham radia (głównie „Trójki”) i czytam wiadomości w internecie. Zasiadam przy szklanym ekranie jedynie podczas meczów reprezentacji Polski, bądź przy okazji innych ważnych wydarzeń sportowych. Telewizyjne serwisy informacyjne są mi obce, zatem nie znałam tej pani. Choć panów prezenterów i dziennikarzy telewizyjnych jakoś kojarzę, kobiet niestety nie. Tymczasem pani Beata Tadla ma bardzo bogaty dorobek dziennikarski, a Czego oczy nie widzą to jej czwarta wydana książka. Autorka jeszcze jako nastolatka zaczynała w Radiu Legnica, potem było Radio Eska i Plus. W TVN została gospodynią głównego wydania Faktów i wielu programów TVN24. Dalsza jej kariera związana była z TVP: Wiadomościami oraz programami publicystycznymi. 

W niniejszej książce dziennikarka wspomina swoje 25 lat w mediach. Jak sama pisze: „nie jest to spis skarg ani narzekań”. „To raczej zawodowy życiorys - zbiór słodkich i gorzkich sytuacji”.  Nie ma tu sztywnej chronologii, choć pani Beata pisze najpierw o swoich początkach w radiu, potem o przejściu do telewizji, to o niektórych wydarzeniach wypomina z dystansem czasowym. Rozdziały są krótkie, to raczej urywki chwil, emocji, opisy przełomowych wydarzeń dziejących w danym momencie w Polsce. Jednakowoż całość jest spójna i widać, że autorka przemyślała cały układ.

Fakt, że pani Beaty nie znałam z ekranu telewizji ułatwił mi odbiór książki. Gdybym była fanką plotkarskich portali, pewnie miałabym jakieś uprzedzenia. Wtedy przypuszczalnie oczekiwałabym czegoś innego. Choć wiedziona ciekawością, po przeczytaniu książki i tak zajrzałam na te portale. I co się okazało? Że osoba pani Beata należy tu do najbardziej popularnych i szeroko opisywanych.  Całe szczęście o tym nie wiedziałam, dzięki czemu mogłam skupić się na istotnych rzeczach, a mianowicie na pracy dziennikarza, gdyż głównie o tym jest tak książka, to opowieści z życia telewizyjnego.

Magia telewizji tu porywa. Te malowane i pisane słowem obrazy urzekają tudzież fascynują. Fascynują, bo zawsze pociągał mnie zawód dziennikarza. Praca w telewizji wymaga ogromnego zaangażowania. Trzeba być na bieżąco, żeby niczego nie przeoczyć, żeby nic nie umknęło. Należy „przetrawić” ogrom informacji, potem je wyselekcjonować, napisać teksty i je profesjonalnie przeczytać. Dziennikarz telewizyjny nie może sobie pozwolić na wpadki. Nie może sobie pozwolić również na „zarywanie nocy” i balowanie do białego rana, gdyż  następnego dnia trzeba być świeżym i wypoczętym. Każde „niedoskonałości” nie umkną  przecież uwadze widzów. Są wszak ludzie, którzy tylko czekają na takie wpadki i nimi się „karmią”. O tych wpadkach, „nienawistnych trollach”, kłopotliwych prezentach pisze również pani Beata. Wiadomo, że nie ma ludzi doskonałych i błędy zdarzają się każdemu.  Autorka tłumaczy się ze wszystkich swoich uchybień. I przyznam szczerze, że to najmniej mi się podobało. Wpadki bywają urocze, a z biegiem czasu o nich się zapomina. Jednak, gdy się do nich wraca i niepotrzebne tłumaczy, ludzie to zapamiętują. Miałam wrażenie, że pani Beata za wszelką cenę starała się „wytłumaczyć” ze swoich gaf, czy źle wykonanego makijażu. Tak jakby w tej dziedzinie dziennikarka nie miała dystansu do siebie.  Ale to moje jedyne odczucie na niekorzyść, bo cała reszta „zawodowego życiorysu” po prostu ujmuje.

Przede wszystkim już od pierwszych zadań można wyczuć wielką pasję pani Beaty do dziennikarstwa. A wiadomo, jak ktoś wkłada serce do wykonywanej pracy, to efekty muszą być. Sposób, w jaki autorka pisze o codziennych zmaganiach w pracy, łapie za serce. Relacje i reportaże, które robiła pani Beata urzekają rzetelnością, profesjonalizmem i zwykłym człowieczeństwem. Te najbardziej tragiczne - katastrofa w Smoleńsku, zajścia na Ukrainie, huragan w Legnicy w roku 2009 i te dające dawkę nadziei, jak uratowane górników w kopalni w Chile, czy nagrodzenie filmu „Ida” Oskarem. Życie w stresie, pod presją czasu i z ciężarem odpowiedzialności za każde słowo to nie jest zajęcie dla wszystkich. Pani Beata świetnie się w tym czuje. Ta „wieczna adrenalina”, którą – jak sama pisze kocha i nienawidzi – wymaga od niej, aby o określonej godzinie stanąć lub usiąść przed kamerą w pełnej gotowości, makijażu i stosownym stroju, z uśmiechem, wypoczętą twarzą i ze znajomością wszystkich tematów. Trochę żałuję, że tak mało dziennikarka poświeciła na swoisty język środowiskowy. Wprawdzie to temat rzeka, ale akurat mnie bardzo on interesuje. Taki kod porozumiewawczy dziennikarzy: „telewizorów”, „mikrofonów” i „pismaków” mógłby być tematem na koleją książkę. Na pewno byłabym jedną z pierwszych czytelniczek. Chylę czoła przed panią Beatą. Polecam gorąco.  

 Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Rebis za co bardzo dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz