piątek, 14 lutego 2014

„Ewangelia według Piłata” Éric-Emmanuel Schmitt


Wydawnictwo: Znak 
data wydania: 17.02.2014r.
tytuł oryginału: L'Evangile selon Pilate
tłumaczenie: Krystyna Rodowska, Magdalena Talar
oprawa: miękka
liczba stron: 352
  

"W tej książce chciałem go pokazać najpierw jako człowieka, potem być może jako Boga..." [str.322] Od dwóch tysięcy lat teologowie spierają się o to, jak bardzo świadomy był Chrystus. Czy Jezus wiedział od początku, że jest Synem Bożym, a może odkrywał to stopniowo?

Eric-Emmanuel Schmitt do stworzenia tej powieści wykorzystał własne doświadczenie. W 1989 roku wyruszył na pustynię Sahara jako ateista, a wrócił jako człowiek wierzący. Noc pod gwiazdami zmieniła jego życie. Dlatego, odważył się napisać o czym, co go od zawsze nurtowało, chcąc przybliżyć i lepiej poznać Jezusa, "którego figura rozmyła się przez wieki obrazowania. Jego słowa brzmią jak zużyty, bezmyślnie powtarzany refren, czyny zastygły na obrazach tak znanych, że nikt ich nie zauważa. Nikt nie wie o jego krzykach, wątpliwościach i odwadze, ponieważ zagłuszają je Kościoły - w ramach nauczania ludu pokazują one bowiem Boga pocieszającego, pewnego sobie, świadomego swego przeznaczenia". [str.322]

Ewangelie według Schmitta - z jednym wyjątkiem - pokazują Jezusa jako człowieka, owszem natchnionego przez Boga, ale jednak człowieka aż do śmierci na krzyżu. Inaczej by nie cierpiał i inaczej by nie umarł. W ziemskim świece to zmartwychwstanie nadaje mu rangę Boga, co potwierdza tylko tezę, że jego posłannictwo było mu objawiane stopniowo. "Zadziwia mnie nie narodzenie Jezusa, lecz jego zmartwychwstanie". [str.326]

Pomysł napisania takiej książki pojawiał się pewnej nocy, kiedy Schmitt po raz pierwszy przeczytał cztery Ewangelie. Tej "nocy lodu i ognia" [str.362] targnęły nim sprzeczne uczucia, a różnice między tymi czterema tekstami, ich nierówna jakość zaintrygowały go. O tamtego wieczoru zawładnęła Schmittem obsesja na punkcie postaci Jezusa, którą potem nazwał chrześcijaństwem. Powieść składa się z dwóch części, analogicznie jak dwie tajemnice chrześcijaństwa - wcielenie i zmartwychwstanie.

W pierwszej części poznajemy Jezusa, a właściwie Jeszuę. Ten powrót do armeńskich imion miał na celu uniknięcie stereotypów, gotowych obrazów czy ukrytych ideologii. Młody Galilejczyk spędza swoją ostatnią noc w Ogrodzie Oliwnym. Jeszua sam zadaje sobie pytania, czy rzeczywiście jest Mesjaszem i czy jest gotowy podjąć się takiego zadania. Wyraża on tu tym samym ludzką naturę - pełną lęku, wahania, to krzyk zwątpienia. Wszyscy traktowali go przecież jako magika, nie potrafił im wytłumaczyć, że cuda nie dzieją się ot, tak sobie, że mają głęboki sens duchowny. 

Druga część książki - znacznie obszerniejsza - to już tytułowa ewangelia Piłata,  a właściwie jego listy  do brata. Aby skonstruować postać Piłata, Schmitt musiał zmienić trochę styl pisania, przejść od łagodności Jezusa do surowości Piłata. W zawodowym języku pisarzy trzeba po prostu dodać "mięsa", pogłębić opisy, wydłużyć dialogi. Jednak z twardej, żołnierskiej pozycji, Piłat Schmitt "uczłowieczył się". Ten pewny siebie brutal obnażył swoją jedyną słabość - a jest nią bezwarunkowa miłość do żony - Klaudii. Na samym końcu wyruszy śladem zaginionej Klaudii, a także na poszukiwanie zmartwychwstałego Jezusa. Bowiem prawdziwą drogą do Chrystusa jest miłość. Zanim to jednak nastąpi Piłat będzie prowadził śledztwo jak amerykański prawdziwy detektyw. Po zmartwychwstaniu rozpoczyna proces logicznego badania. Najpierw próbuje zbadać samą taką możliwość, przesłuchuje świadków, snuje przypuszczenia o intrydze przygotowanej przez Heroda, potem o sobowtórze. A kiedy wyczerpał wszelkie racjonalne hipotezy, znalazł się w obliczu tajemnicy... 

Cudowna to była książka, cudowna jest proza Schmitta. Paradoksy, sprzeczności, zagadki – ot, cały Schmitt, urzekająco tajemniczy. Doskonały w swej dojrzałości. Uwielbiam takich pisarzy, dlatego chylę czoła przed tym panem i sama jestem trochę zła na siebie, że odkryłam go tak późno, wprawdzie czytałam jego „Małe zbrodnie małżeńskie” i „Oskara i panią Różę”, które również mnie zachwyciły, ale paradoksalnie dalej mnie do niego nie ciągnęło. Ustąpił miejsca innym autorom, bądź przekładałam go na dalszy stos do przeczytania. Jednak po tej przygodzie, na pewno z twórczością tego pana zapoznam się bliżej.

 Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu  Znak

8 komentarzy:

  1. Właśnie zabieram się za czytanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja najukochańsza książka Schmitta! Och, gdyby pozostałe były równie głębokie i dobre, byłabym najbardziej oddaną jego wyznawczynią:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to szkoda, że inne nie są tak głębokie, bo właśnie chciałam zacząć czytać Schmitta systemowo...

      Usuń
  3. Kiedyś zaczytywałam się Schmittem, ale straciłam do niego serce. Nawet w najlepszym okresie, jakoś mnie nie zawojował. Ta książka jest o tematyce już kilkakrotnie poruszanej, ale nie wątpię, że Schmitt mógł o tym napisać oryginalnie i wyjątkowo. Może się jednak złamię i przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, tematyka często poruszana, jednak najbardziej ujmuje tu wykonanie :)

      Usuń
    2. o to dobrze :) dobrze wiedzieć może intensywniej się rozglądnę. Nie wiem czy Schmitta lubię bardziej "Dziecko Noego" czy książkę o Hitlerze

      Usuń
  4. Ze znanych mi książek autora, ta chyba najmniej mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  5. Obawiam się, że tej tak prędko nie przeczytam. Choć nadaje się na ten okres przedwielkanocny. Jednak ja generalnie stronię od tam nocno "zaciągających" Biblią książek. Owszem, relację z wyprawy po Camino de Santiago przeczytałam, ale ona zdeycowanie bardziej opisywała przeżycia na drodze. I te duchowe. Nienarzucające nic nikomu. A jeśli jeszcze nie czytałaś "Zapasów z życiem", radzę szybciutko to nadrobić. Ona najbardziej mnie poruszyła z wszystkich do tej pory przeczytanych tego autora.

    OdpowiedzUsuń